RSS
 

Grochowskaja szosse

Ileż nazw przybierała ta sama arteria podczas dziejowych burz i zmian panujących w tej przestrzeni władz?… Pomimo wielu powstań i wojennych zawieruch Grochowska wciąż trwa wraz z pajęczyną przylegających do niej uliczek i skwerów. Nie jest już taka sama, jak przed wiekami, ale jest to nadal to samo, magiczne miejsce na mapie Stolicy. Rzeczywista codzienność miesza się tu z niespodziankami, które świadczą o tym, że ta niezwykła ulica żyje nieustannie inspirując wrażliwego obserwatora wszystkiego, co się tutaj dzieje.

W okolicy Placu Szembeka ktoś umieścił w załomie muru filozoficzny wiersz: “Kot Gdziuk i teoria bytu”. Można by go nawet w całości zacytować, ale pewnie zaraz po nagłośnieniu opublikowanego utworu, odezwał by się autor i nie wiadomo, jak by zareagował na wnikliwą analizę jego treści. Ważne, że zaistniał ten swoisty artefakt, tuż obok wszelkiego badziewia sprzedawanego za bezcen przez bazarowiczów, oglądanego i kupowanego przez przygodnych warszawiaków. O wiele trudniej zainteresować ludzkość wytworami intelektu, niż najpodlejszym przedmiotem codziennego użytku. Ludzie gotowi są wydać parę złotych na używany nóż kuchenny,ale nie poświęcą ani grosza na coś tak bezużytecznego, jak wiersz, czy książka… No, chyba że są tam sensacje przekraczające miarę naszej szarej codzienności. Mieszkańcy centrum stolicy nie mieli powodu zapuszczać się w rejony o zupełnie innej specyfice i nastroju. Grochów przylegający do Pragi był z nią związany i bliski tak, jak współistnieją bliźniacy.
Ulica Grochowska przechodzi z Zamojskiego obok Teatru Powszechnego, Fabryki Wedla, dawnych rogatek, świątyni na Kamionku i pojawia się niepostrzeżenie wielki, pokryty płaskorzeźbami, ciemny ostrosłup ze spiżu, upamiętniający bitwę pod Olszynką Grochowską. Duma wynikająca z dawnych walk o wolność Polski przetrwała w cokołach, marmurowych tablicach na ścianach domów i kolorowych muralach z dopisywanymi hasłami na miarę współczesnych czasów. Roch zapamiętał jedną z najbardziej celnych myśli autorki manifestu wiary i solidarności z ofiarami wojennego pogromu: “Gdy nie protestujesz, zgadzasz się na wszelką niegodziwość”. To bardzo osobiste nawiązanie do misji Karskiego, któremu zresztą nie dano wiary. Uznano, że kurier z okupowanej Polski przesadził w dramatycznych opisach egzekucji, tortur, mimo, że wszystko to widział i odczuł na własnej skórze. Znaczenie słów Zofii Kossak – Szczuckiej jest dziś uniwersalne i dotyczy zarówno wojny polsko – polskiej, jak też wydarzeń w Europie i na świecie. Daleko od nas ludzie mordują się w imię niezrozumiałych dla mieszkańców Grochowa idei. Życie ma swoje prawa.
Coś, co dzieje się daleko, nas nie dotyczy. Odwiedzani przez Rocha ludzie zajęci są codziennymi sprawami, o których nie mówią zbyt wiele. Czasami dzielą się osobistą refleksją otwierając kopertę, gdy on pakował do torby formularze i długopisy. Adresat zostawał w domu sam na sam z otrzymanym listem, a Roch ruszał w swoją drogę. Przez Pragę Południe wiedzie szlak, który wytycza ulica Grochowska rozdzielona w środku rondem ze straganami, domami towarowymi i budkami, które oferują rozmaite towary i usługi, których nie uświadczysz w nowoczesnych centrach handlowych. Rzemiosło, o którym mówi się, że zniknęło wraz z umierającymi mistrzami, tu jeszcze istnieje i nic nie wskazuje, aby miało zaginąć. Tramwaj przemierza ulicę Grochowską zajeżdżając na pętlę przy rondzie, ale część składów jedzie dalej, aż na Gocławek w stronę ulicy Marsa. Roch przejeżdżał tędy przed laty widząc tych samych, stałych bywalców bazaru i okolicznych barów. Zmuszony do pieszej wędrówki z listami po kamiennym trotuarze przekonał się, że do tej pory nie miał pojęcia, czym ta Grochowska jest dla Warszawy. To miejsce ocalało z wojennej pożogi i nie ucierpiało tak bardzo, jak Stare Miasto, Żoliborz, Powiśle, czy Mokotów. Jednak i w tej przestrzeni rozlegały się artyleryjskie salwy, rozrywały się pociski i słychać było strzały z broni maszynowej. Mieszkańcy Grochowa czuli nierozerwalną więź, jaka łączy ich ze Stolicą, więc nie żałowali krwi. Podobnie, jak zadomowieni na Pradze rękodzielnicy, handlarze, uliczni grajkowie i śpiewacy, a także włóczykije, odseparowali się od odpicowanego centrum miasta. Tu, jak na Brzeskiej, panuje swoisty klimat, który może sprawiać, że niektórzy goście czują się dość nieswojo. Chociaż na pierwszy rzut oka wygląda to momentami strasznie, naprawdę nie ma się czego bać. Roch wspinał się po wytartych, skrzypiących, drewnianych schodkach, które pamiętały jeszcze carskie czasy, Wjeżdżał windami typu Schindler na sam szczyt gmachów w blokowiskach kojarząc to nazwisko ze słynnym, niemieckim przemysłowcem, który ratował żydowskie dzieci. Nie tylko jemu przyszły w tym miejscu na myśl, tak oczywiste refleksje. Miną kolejne wieki po oswobodzeniu Warszawy, a ślad po minionej wojnie pozostanie w nas wciąż żywy. Nie uświadczysz tu dziś kamiennych tablic z wyrytymi liczbami rozstrzelanych przez hitlerowców ofiar. Za to w parku na Gocławku, stoi dość spory, kamienny głaz. To pomnik ku czci bohaterskiego bojownika, dowódcy, który przeżył wojnę, lecz na wolności zwiądł, jak kwiat bez ożywczej wody. Tyleż zwięzła, co skąpa informacja na mosiężnej tablicy z jego konterfektem, skłania do sięgnięcia po wojenne pamiętniki jego podkomendnych. To nie jest trudne, bo na szlaku listonosza Roch z wielką ciekawością przystawał przed witryną z okładkami tytułów wybranych ze zbiorów dzielnicowej biblioteki publicznej i wystawą starych książek w ulicznym antykwariacie. Wystarczyło tylko wdepnąć na podwórze i z całej siły krzyknąć na właściciela, a zawołany, chudy literat usłużnie otwierał drzwi do Sezamu, pełnego starych rycin, map, magazynów ilustrowanych a czasami prawdziwych, białych kruków. Ulica Grochowska nie jest łatwym w opisie monolitem. Trudno rzec, aby w zgodzie współistniały na niej stare rudery, gierkowskie bloki i nowoczesne budynki.
To, co dla jednych stanowi o różnorodności, inni określają jako zwykły bałagan i chaos. Roch nie czuł się tu jednak obco, chociaż nigdy nie zatrzymał się na dłużej w tej przestrzeni. Nie miał tu znajomych, czy przyjaciół i nie był związany z Grochowem w żaden inny sposób. Po prostu pracował tutaj od świtu do nocy i tyle… Wracał potem na swój Tarchomin, bo tam czuł się u siebie. Z nielicznymi wyjątkami, nikt na ulicy Grochowskiej nie rozpoznawał go, a jeśli nawet, to firmowa torba i strój odmieniają człowieka. Roch spodziewał się jednak, że kiedyś wreszcie nadejdzie taki dzień, w którym spotka się na ulicy z kimś, kto go dobrze zna. Nawet, gdyby doszło do spotkania z kimś znajomym, to przecież żadna praca nie hańbi… Wmawiał sobie, że do tej profesji przypisany jest jakiś rodzaj misji bezpośredniego kontaktu z ludźmi, którzy czekają na listy. Było mu miło, gdy ktoś go zapytał, czy ma w torbie coś dla niego i akurat znajdował odpowiednią przesyłkę dla tego lokatora. Zdarzało się to bardzo rzadko. Częściej doręczyciele z firmy psioczyli na warunki pracy, narzekali na zmęczenie a gdy proponowano im robotę w sobotę, tylko nieliczni decydowali się na ten dodatkowy wysiłek. Ostatecznie człowiek nie jest bezduszną maszyną i musi się jakoś psychicznie zregenerować i fizycznie odświeżyć. Najstarsi weterani słonecznej poczty pracowali ponad rok z nadzieją, że znajdą lepiej płatne zajęcie, ale szukali bez powodzenia. Być może podświadomie odrzucali całkiem przyzwoite oferty wierząc, że ich uposażenie wzrośnie wraz z wysługą lat, a może zaproponują im awans na jakieś spokojniejsze stanowisko biurowe, gdzie nie trzeba wcześnie wstawać i codziennie ruszać w teren, bez względu na pogodę i porę roku. Polacy słyną z narzekania, ale w zespole doręczycieli byli także obcokrajowcy, którzy wykonywali trudne misje bez żadnych pretensji, ale widać było, że nie są zachwyceni. Tym, którzy obsługiwali rejony osiedli na Pradze Południe, udawało się wrócić po południu macierzystej placówki. Weryfikujący ich raporty pracownicy operacyjni nie byli z tego zadowoleni. Tym bardziej, że niektórzy listonosze decydowali się na zwrot części przesyłek odkładając ich doręczenie na kolejne dni. Inni, z rejonów podmiejskich docierali z pustymi torbami późnym wieczorem. Tych oddanych pracy męczenników witano dopiero z prawdziwym szacunkiem i uznaniem. Chociaż ostateczny termin rozliczenia mijał po upływie godziny dwudziestej, czekano na ich pojawienie się, jak na lądowanie samotnego pilota, powracającego z niebezpiecznej misji bojowej. To ciekawe, bo takim powietrznym doręczycielem był wielki lotnik, Antoine de Saint Exupery. Skończył tragicznie, ale zdążył opisać niesamowite przygody na trasie i zanotować swoje osobiste przeżycia w trakcie pocztowej misji w różnych warunkach i porach roku, w pogodzie i niepogodzie, w dzień i w nocy. Kiedy porówna się jego niebezpeczną misję z codzienną, pieszą wędrówką po ulicy Grochowskiej, to praca Rocha mogła wydawać się nawet swoistą sielanką. Była by to nawet prawda, gdyby nie pojedyncze konflikty, dość rzadkie, ale jednak niebezpieczne.
Nie wszyscy adresaci są aniołami, a gdy ktoś otrzymuje pismo z sądu albo od komornika, wyzwala to u niektórych ludzi potężną agresję. Roch zdawał sobie sprawę z zagrożenia i powagi sytuacji. Usiłował obrócić w żart wszelkie grubiaństwa, jakie słyszał z ust wściekłych mieszkańców Grochowa. Przekonywał ich, że lepiej wziąć list korzystając z jego obecności, niż samemu drałować parę kilometrów i stać w kolejce po to samo pismo, kiedy wreszcie dojdą do przekonania, że warto dowiedzieć się szczegółów sprawy, która żywotnie ich dotyczy. Odbiorcy powinni być trzeźwi, pełnoletni i w ogóle wylegitymować się doręczycielowi. Muszą podpisać się imieniem i nazwiskiem z aktualną datą.
To wszystko teoria, którą bardzo trudno wyegzekwować od zjadaczy chleba. Ludzie źle reagują na argument, że akurat takie są obowiązujące procedury. Oni mają je w nosie. Roch dopisywał więc imiona, daty rekonstruując nazwisko adresata z jego hieroglificznych zawijasów i parafek.

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS