RSS
 

inCorpore Sun

Drzwi do siedziby Słonecznej Poczty były otwarte wcześniej, niż ustalone przez dyrekcję firmy godziny rozpoczęcia pracy. Wymusili to sami kurierzy, którzy zjawiali się jeszcze przed wschodem słońca, aby jak najwcześniej wpisać się na listę oczekujących w kolejce po materiał. Najpierw każdy z nich pobierał od dyżurnego nadajnik GPS. Pozwalał on zlokalizować położenie pracownika w określonym czasie i rejonie i w razie sporu z klientami udowodnić, że odwiedził on ich mieszkanie pod wypisanym na kopercie adresem. Umieszczono też w tym niewielkim urządzeniu przycisk alarmowy, aby w przypadku jakiegokolwiek zagrożenia kuriera w trakcie roznoszenia listów, zapobiec nieszczęściu. Zdarzało się bowiem, że ktoś niezrównoważony chciał otworzyć przesyłkę bez pokwitowania jej odbioru. Ludzie dość opornie przyjmowali zawiadomienia o czekających ich sprawach sądowych, pisma procesowe i urzędowe komunikaty od komorników. Roch przekonywał wahających się adresatów, że skoro po dwóch nieudanych doręczeniach list traktowany jest jako doręczony, warto przynajmniej zapoznać się z jego treścią. Lepiej wiedzieć, co na nas mają, niż żyć w nieświadomości oczekując szczęśliwego przypadku, który uchroni nas od wszelkiej odpowiedzialności. Takie i podobne epizody z codziennych wizyt kurierów na przydzielonym im rejonie, były tematem rozmów w oczekiwaniu na swoją kolej. Nikt nie poruszał innych, osobistych spraw, skupiając się raczej na tematach czysto roboczych. Przez radio leciały przeplatane wiadomościami reklamy i przeboje, urozmaicając wypracowaną przez lata procedurę porannej odprawy doręczycieli. Energiczna, szczupła blondynka donośnym głosem dopytywała się współpracowników, czy bardzo się spocili usuwając z korytarza palety, które zalegały tam od dłuższego czasu. Oczywiście wciąż tam stały, więc uparcie nalegała, żeby ktoś się wreszcie ruszył z miejsca i zlikwidował to wąskie gardło. Równie głośno prosiła dobrych ludzi o otwarcie drzwi wchodzącym do budynku pracownikom. Wystarczyło dotknąć przycisku przy framudze, ale każdy był zajęty opracowywaniem pobranego materiału. Nie była sama, ale widocznie zdawała sobie sprawę, że jeśli ona nie krzyknie i nie zaapeluje do gawiedzi, to nikt za nią tego nie zrobi. Należała do ludzi, którzy wiedząc o tym, jak niewiele jest w społeczeństwie aktywnych jednostek, wolą brać sprawy w swoje ręce nie czekając, aż ktoś z większości ludzkiej populacji ruszy się łaskawie z własnej woli. Ta idealistka i perfekcjonistka nie znosiła bylejactwa, markowania roboty i bałaganu w pracy. W tym szaleństwie jest wszakże metoda i najważniejsze elementy procedury są dopilnowywane ze szczególną uwagą i wykonywane z pieczołowitością. Kiedy wyprowadzony z równowagi kurier zaczął głośno narzekać i powiedział, żeby operator dał mu spokój usłyszał ze strony kierowniczki uwagę, że nie ma w tym nic osobistego, a po prostu wykonuje on swoje obowiązki. Trzeba mieć na sobie identyfikator z fotografią i gotowy do pracy komputerek. Dokładnie sprawdzano osobiste wyposażenie kurierów przed wyruszeniem na trasę i pytano każdego z nich o stan naładowania akumulatora w tablecie. Wprowadzone do eksploatacji urządzenia nie działały idealnie a mówiąc wprost, częściej psuły się przysparzając kłopotów pracownikom operacyjnym i listonoszom. W przypadku awarii należało oddać tablet do serwisu i wycofać partię przesyłek oznaczonych jako elektroniczne. Trzeba jednak przyznać, że pomimo nerwowości w każdym z takich przypadków postępowano bez zbytniego przejmowania się uszkodzeniami powierzonego kurierowi sprzętu, bo takie są przecież realia każdego okresu przejściowego. Pracownicy podpisywali przy odbiorze tabletu oświadczenie o odpowiedzialności materialnej za to urządzenie, ale zarabiali tak niewiele, że nie wiadomo skąd by mieli wziąć pieniądze na uregulowanie gigantycznej dla nich sumy. To samo dotyczyło kaucji i weksli, jakie na dzień dobry wystawiali podpisując w sekretariacie umowę o świadczenie usług. Ktoś obserwujący z zewnątrz te praktyki puknął by się w czoło przekonując lekkomyślnego kandydata, że sam nieświadomie wiąże sobie stryczek na szyję. Usłyszałby pewnie, że nie ma innego wyjścia. Alternatywą jest nieustanne i daremne poszukiwanie innej pracy. To zajęcie miało tę zaletę, że było na nie zapotrzebowanie. Co więcej, za przyprowadzenie do pracy nowego człowieka wypłacano premię, a za przyjście do pracy w wolną sobotę, kurier otrzymywał dodatkowe sto złotych. Przy skrajnie niskich przychodach miesięcznych była to dla ludzi suma nie do pogardzenia, ale wszyscy byli tak zmęczeni chodzeniem dzień w dzień po tych samych domach, że jak kania dżdżu, pragnęli tych dwóch dni odpoczynku na odreagowanie wszelkich napięć i spokojne dojście do siebie. Po weekendzie, w poniedziałkowy ranek znów byli gotowi do wypełnienia tej ważnej misji publicznej, bo w myśl przepisów byli urzędnikami państwowymi. Ten status pozwalał żądać wyraźnego podpisywania się adresatów imieniem i nazwiskiem z aktualną datą w formularzu potwierdzającym odbiór przesyłki. Gdy Roch się upierał nie pokazując parze emerytów listu przed sygnowaniem faktu jego przyjęcia, usłyszał ze strony staruszki, że zachowuje się jak komunista. Groziła, że zadzwoni do firmy informując o zachowaniu kuriera i napisze oficjalny protest w tej sprawie. W sukurs przyszedł jej wiekowy małżonek. Były prawnik stwierdził nawet z przekąsem:

- Pan by się pewnie nadawał do pracy, jako oficer służb specjalnych… A może pan jest?

Roch nie mógł stracić kontenansu, więc ze spokojem odpowiedział:

- Nie po raz pierwszy mnie obrażają… Muszę to znosić i żądać podpisu, bo takie na obowiązują procedury.

Staruszkowie zorientowali się, że w inwektywach zabrnęli za daleko, więc zaczęli przepraszać Rocha, wycofywać się z pochopnie wypowiedzianych kwestii. Słowo wylatuje ptaszkiem, a powraca wołem… Wiecznie aktualna maksyma nie straciła ani na jotę na znaczeniu po upływie tysiącleci od jej zanotowania na kartach starożytnej księgi mądrości. Roch poddał starcowi dłoń na zgodę nie chcąc pozostawiać go w niepewności, czy mu wybaczył. Z wiekiem ludzie stają się coraz trudniejsi dla otoczenia, co zresztą wynika z bezradności człowieka wobec praw biologii. Zaczepiła go wsparta na lasce kobieta prosząc o wsparcie:

- Proszę pana, jestem głodna… Nogi mnie bolą. Ledwo się mogę poruszać…

Nie było to z jego strony zbyt szlachetne zachowanie, ale przemierzając ulicę Grochowską wszerz i wzdłuż, co i rusz spotykał żebrzących kapeluszników, a tramwajach słuchał melodii wygrywanych przez rumuńskie dzieci. Tak, był poruszony ich nędznym losem, ale gdyby za każdym razem sięgał do kieszeni po te parę groszy sam by się nie pożywił, a przecież musiał mieć siły do wspinania się po schodach z ciężką torba i plecakiem. Nie wiedział zresztą, czy wszędzie jest pożądana jego obecność. Jedynym sposobem przekonania się o tym było udanie się pod drzwi mieszkania w kamienicy pozbawionej jakichkolwiek zabezpieczeń i domofonu. Wielokrotnie pukał do tych samych lokali, aż w końcu przekonany o daremności tych wysiłków, wypisywał awizo bez ponownego ich odwiedzania. Były i gorsze budynki, bo tu przynajmniej był otwarty dostęp do skrzynek pocztowych. Pomiędzy sporej wielkości parkiem na Witolinie, a nowoczesnym salonem samochodowym ostały się bliźniacze domy z tym, że jeden był zupełnie zaniedbany i zamknięty dla odwiedzających na cztery spusty. Nie można go było obejść, bo mur zagradzał dostęp od zaplecza, a zakratowane wejście od ulicy pozbawione było jakichkolwiek przycisków na dzwonek przynajmniej do jednego mieszkania. Lustrzanym odbiciem tej rudery mogła by być sąsiednia kamienica, ale jej mieszkańcy zadbali o działający domofon i powierzyli Rochowi tajemnicę kodu dostępu do drzwi wejściowych. Po wielu bezskutecznych próbach przekonywania lokatorów kolejna interwencja zakończyła się wreszcie powodzeniem. Zamiast długotrwałego dzwonienia do opustoszałych lokali i przekrzykiwania ulicznego ruchu, wchodził tam, jak do siebie i pozostawiał w skrzynkach pocztowych awiza listów poleconych, kolorowe magazyny, rachunki za energię, czynsz, telefon, media, zawiadomienia, zaproszenia a także przesyłki ekspresowe. Jeśli nie mieściły się one w skrzynce, musiał poszukać adresata, a gdy nie zastał w mieszkaniu odbiorcy, podejmował kolejna próbę doręczenia. Po drugiej próbie zwracał przesyłkę osobie lub instytucji, która ją nadała. Nie otrzymywał wówczas ani grosza za te wysiłki bo trud Rocha był daremny i nie zakończył się oczekiwanym rezultatem. Po powrocie z rejonu należało jeszcze odwiedzić punkt obsługi klienta, gdzie zgłaszającym się tam ludziom, wydawano awizowane przez kuriera listy. Potem musiał on dokładnie wypełnić listę wydań, opisać każdą zwrotkę, policzyć awizowane przesyłki, podstemplować każdą pozycję na głównym formularzu pilnując, żeby nie popełnić przy tym żadnego błędu. Po ostatecznej weryfikacji tych dokumentów u pracownika operacyjnego za oknami już zmierzchało.
Roch jechał w kierunku Dworca Wschodniego, skąd mniej więcej co pół godziny odjeżdżała podmiejska kolej dojazdowa. Po zachodzie słońca nie było już w wagonach tłumów pasażerów, a nawet można było wygodnie rozsiąść się w lotniczych fotelach i rozprostować zbolałe nogi. Podróż do Płud trwała nieledwie kwadrans, ale widoki za oknami pociągu były na tyle ciekawe, że Roch nie musiał włączać wyświetlacza telefonu, aby zabić nudę oglądaniem kolorowych zdjęć na internetowej witrynie swoich znajomych. Nie kolekcjonował ich, jak czynili to jego nieliczni partnerzy. Jeśli już włączał się do sieci, to głównie po to, żeby szukać w niej lepszych ofert pracy, niż ta, którą przyszło mu w pocie czoła wykonywać.

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS