RSS
 

ROCH na Grochowskiej

Roch budził się wraz z pierwszymi promieniami słońca za oknami jego nyży. Praca wymagająca tak wczesnego wstawania nie była dla niego szczególnym cierpieniem, bo i tak nie opuszczała go ustawiczna bezsenność. Czwarta rano, to magiczna godzina pracoholików, maniaków depresyjnych i melancholików. Można by po trosze zaliczyć go do każdej z tych grup, chociaż niespodziewanie miał też napady senności. Nadrabiał to wysypiając się do woli w wolne soboty i niedziele. W dni powszednie odbywał długą podróż tam i z powrotem, z pracy do domu, czy raczej mieszkania. Gdy spoglądał przez okienną szybę w autobusie na opustoszałe ulice miasta, mógł napawać się do woli widokami mijanych przestrzeni. Stolica o świcie wygląda zgoła inaczej, niż za dnia, kiedy pędzący po trotuarach przechodnie usiłują wymusić na warszawskich kierowcach powstrzymanie potoku jadących w różnych kierunkach pojazdów.
Roch mógł o tej wczesnej porze zupełnie bezpiecznie przechodzić na czerwonym świetle oczekując na przystanku kolejnego autobusu. Wcale mu się nie spieszyło. Obserwował, jak wielkie miasto budziło się ze snu, a w jego polu widzenia pojawiali się kolejni pasażerowie. W oddali majaczył biało – czerwony kształt kosza na warzywa zwany przez kibiców Stadionem Narodowym. Przez stary wiadukt kolejowy, przerzucony nad ulicą Targową, przejeżdżały podmiejskie i dalekobieżne pociągi z ludźmi, którzy mogli ujrzeć Rocha nieopodal Teatru Powszechnego. Stojąc na przystanku widział pierwsze tramwaje i wsiadających do nich pospiesznie robotników. Pewnie musieli zaczynać pracę jeszcze wcześniej od niego. Wykorzystując słaby ruch na skrzyżowaniu, młody Wietnamczyk spokojnie, acz z wysiłkiem taszczył ogromny, czterokołowy wózek, obładowany tekstyliami do jednego z wielu sklepików na bazarku w pobliżu dworca autobusowego. Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś… Od czasów Wiliama Szekspira, nic w tej zasadniczej kwestii się nie zmieniło… to są zwyczajne dzieje

W dwumilionowym mieście garstka obcokrajowców pędziła marny żywot na pograniczu nędzy pracując długie dni w pocie czoła, od bladego świtu. Jedynie z zewnątrz bazar wygląda atrakcyjnie i kolorowo. W rzeczywistości miejsce to przypomina raczej praskie ZOO zapełnione egzotycznymi zwierzętami, które powinny biegać po afrykańskiej sawannie, dalekich stepach w Azji i wiecznej zmarzlinie na Grenlandii. Przyjechali tu przed wielu laty, wydali potomstwo i z przyzwyczajenia egzystują bez żadnego pomysłu i woli zmiany swego losu. Bazar otwiera się o świcie, aby idący na pierwszą zmianę kupili po drodze rzeczy, których o tej porze nie oferują warszawiakom pozamykane jeszcze sklepy. Można się tam zaopatrzyć w pochodzące z przemytu towary, dość tanie papierosy rozmaitych marek, odzież i skompletować dodatki do kupionego stroju.
Oszczędny Roch rzadko gościł w takich miejscach, ale kilkanaście razy odwiedził je z przyjaciółmi, którzy szukali okazji, a ponadto ciekawiła ich jedna z ostatnich w Warszawie enklaw wolnego handlu. Właściciel tego kawałka ziemi nie oddał go miastu za bezcen, jak pochopnie uczyniło to wielu gołodupców, łasych na pieniądze, które im zaoferowano w zamian za ich ojcowiznę. Roch nie miał nic. Można by powiedzieć wprost : goły i wesoły, gdyby nie kiepski nastrój, w jakim znużony zdążał do roboty. Nie była to przecież jego wymarzona praca, a zwykła konieczność.
Nie codziennie, ale od czasu do czasu nachodziły go myśli o zrezygnowaniu z niej, lecz rachunki trzeba regularnie płacić, a nikt już nie oferował mu najmniejszego nawet stypendium, ani też nie dostawał żadnych nagród za to, co do tej pory udało mu się zrobić. Nikomu nie chwalił się tym, co praktycznie zajmowało mu czas od świtu do nocy. Nieliczni, którym ufał i odważył się im wyznać swoją tajemnicę, przekonywali go pocieszając, że to bardzo szlachetna profesja, a nawet swoista misja. W końcu listonosz dla wielu starych ludzi jest jedynym łącznikiem ze światem zewnętrznym. Na ogół przynosi im rachunki za czynsz i media, ale od święta zdarzają się też listy, czy kartki z życzeniami od zapomnianych przyjaciół i najbliższych osób. Wtedy na twarzach tych samotnych nieszczęśników pojawia się uśmiech, który wynagradza wszelkie trudy, jakie nieodłącznie są związane z taszczeniem załadowanych przesyłkami, ciężkich toreb i plecaków. Z czasem Roch nauczył się cierpliwości i uporu, więc nie rezygnował z dotarcia wprost pod drzwi mieszkania, pomimo że nikt z lokatorów nie odzywał się na sygnał z domofonu. Otwierała mu wtedy drzwi zaspana po nocnym dyżurze pielęgniarka dziękując za oczekiwany list, przepraszając za zwłokę. Ktoś znowu tłumaczył się rozmową telefoniczną z przełożonym, której oczywiście nie mógł przerwać. Był gotów z wdzięczności wynagrodzić do oferując listonoszowi parę drobnych, ale Roch zawziął się w sobie i nie brał od żadnego adresata złamanego grosza. Inni nie mieli takich skrupułów, ale on uznał, że na pewno go to za bardzo nie wzbogaci, a ludzie i tak nie mają za wiele pieniędzy, żeby je lekkomyślnie rozdawać. Zapamiętał jednak te nieliczne momenty, pełne przyjaznych spojrzeń i słów, powracając do nich w chwilach ciężkiego zwątpienia.

Zdarzało się mu dość wcześie skończyć wydawanie listów, ale lekkomyślnością było pojawiać się w bazie z pustymi torbami przed upływem godziny piętnastej, chociaż od przebudzenia mijało już wtedy kilkanaście godzin. Mimo to taki ryzykant mógłby zostać wysłany w teren z nową porcją pilnych przesyłek. Roch spędzał te nieliczne godziny w pobliskim parku, gdzie mógł się skryć na ławce w zielonej gęstwinie i spokojnie spożyć kajzerki popijane kefirem. Jadł tanio i prosto, żeby panować nad swoim organizmem, bo na trasie wędrówki nie było przecież żadnych toalet, a trudno było listonoszowi prosić lokatorów o udostępnienie kibla. Musiałaby to być naprawdę dramatyczna sytuacja, więc na wszelki wypadek Roch starał się do niej nie dopuścić. Kiedy już się nasycił mógł przypatrzyć się liszajowatym murom kamienic przy ulicy Bliskiej na Pradze, w okolicach Dworca Wschodniego. Ta przestrzeń zainspirowała amerykańskiego artystę, który pobielił farbą kilka ścian aby na tym zagruntowanym tle namalować swoje murale. Na jednym z nich umieścił podobiznę słynnego kuriera, Jana Karskiego z napisem nawiązującym do ogromnych zasług tego człowieka, datą jego urodzin i śmierci. Inna kamienica była już w połowie zamalowana geometryczną figurą w czerni. Można się domyślać, że autor przeznaczył tę plamę, jako tło do jaśniejszych liter, ale treść wiersza, czy maksymy była na razie dla przygodnych widzów tajemnicą. Jedynym, w pełni skończonym dziełem na surowym murze kamienicy była postać drapieżnego ptaka, który lądował rozczapierzając wielkie, krogulcze pazury, kierując dziób w stronę ciała ofiary. Odwzorowanie sylwetki ptaka nie było realistycznym przedstawieniem w rodzaju podobizny w ornitologicznym albumie. Linią, która wyznaczała kontury tej dynamicznej sylwetki, były poskręcane, metalowe wióry, jakie powstają w trakcie obróbki skrawaniem. Ciemna, błyszcząca powierzchnia gorących jeszcze odpadów, nadawała malowanemu ptakowi niesamowitego wyrazu, grozy i energii. Roch stał przed nim u podnóża czteropiętrowej kamienicy i podziwiał wizję artysty w miejscu, gdzie żaden pojazd nawet na chwilę nie przystawał, a i ludzie z rzadka się tu pojawiali. Naprzeciwko był zagajnik, w którym wiosną, latem i wczesną jesienią, nocowali bezdomni. Pod murem opisanej kamienicy obojętni na współczesne dzieła sztuki pijaczkowie raczyli się różnymi mieszankami napojów wyskokowych, które między sobą nazywali wynalazkami. Nastał czas powrotu do firmy, więc Roch zebrał wszystkie manele, obrócił się jeszcze raz sprawdzając, czy niczego nie zostawił. Ruszył w stronę autobusu na Dworcu Wschodnim, który jechał do upragnionego celu. Miał już dość wrażeń. Chciał, żeby ten upalny dzień wreszcie się dla niego skończył. Musiał wcześnie zasnąć aby następnego ranka o świcie obudzić się na nowo i nie spóźnić się do pracy… jaką by ona nie była, to jednak ją miał. To właśnie sobie bardzo cenił.

Pod zawieszoną na klatce schodowej informacją o niebezpieczeństwie ze strony oszustów i wandali Roch dopisał własnoręcznie własną prośbę do mieszkańców:
Bardzo wszystkich Państwa proszę o udostępnienie mi kodów dostępu do drzwi wejściowych. W przeciwnym razie będę zmuszony oddawać przsyłki do centrali z adnotacją: BRAK DOSTĘPU DO SKRZYNKI POCZTOWEJ.”

Podał swój e-mail, numer telefonu komórkowego licząc na to, że ktoś z lokatorów odezwie się do niego. Niespodziewanie pomoc przyszła z najmniej oczekiwanej strony. Wychodząc z budynku na podwórze zastał pod drzwiami drobną dziewczynę wypakowującą z wózka listy przeznaczone dla mieszkańców domu przy Grochowskiej. Chociaż pracowała ona dla Poczty Polskiej, a nie grupy listonoszy z In Post’u, pozdrowił ją z uśmiechem radości, bo widział jak ta zaradna osoba dostawała się do skrzynek na listy bez pomocy tubylców. Wiedział, że to nielogiczne prosić ją o udostępnienie kodów, które zdobywała pewnie przez długie miesiące pracy w tym rejonie.

Przyzwyczajeni do jej codziennej obecności ludzie z czasem powierzali jej tajemne kobinacje cyfr i kluczy do swojego domu, a nawet otrzymała ze spółdzielni transkoder, który wystarczyło przytknąć w oznaczonym miejscu, aby drzwi się otworzyły samoczynnie. Oszczędzało to doręczycielce mnóstwo czasu, bo zamiast wydzwaniać po lokalach z prośbą o otwarcie drzwi do Sezamu, momentalnie dostawała się do środka i porcja przesyłek w jej sakwojażu zmniejszała się w o wiele szybszym tempie. Obładowany listami i pismami Roch odbywał swoją codzienną peregrynację w ślimaczym tempie. Musiał prosić, apelować, a nawet błagać o łaskawe uchylenie wrót do Raju, używając przy tym najbardziej wymyślnych argumentów. Jedną ze skutecznych motywacji Rocha był osobisty apel do sąsiadów o wzajemną solidarność . Pod ich nieobecność ich dobry znajomy może listonoszowi umożliwić wrzucenie listu do skrzynki. Inaczej adresat byłby zmuszony jechać aż do oddalonego o wiele kilometrów punktu obsługi klienta aby odebrać ważną przesyłkę. Klienci poczty są nieufni i bardzo roszczeniowi. Kiedy zobaczyli przyklejone na drzwiach druki awizo zrobili dziką awanturę, bo musieli zrywać taśmę niszcząc częściowo oderwane formularze.

Jednakże tak zdecydowanie śmiełe postępowanie Rocha spodobało się doręczycielce z Poczty Polskiej. Kiedy jej mimochodem o tym wspomniał, postanowiła z własnej woli podzielić się z nim zdobytymi kodami dostępu. Nie musiała wcale sięgać do notatek, bo recytowała je z pamięci. Roch rzucał hasło w postaci numeru budynku, a ona po chwili namysłu, zdradzała zbawienną tajemnicę. Uczyniła to bez wahania ubawiona zapewne bezradnością Rocha, który usiłował bez powodzenia wydobyć tę informację od mieszkańców. Jeden z nich powiedział mu wprost, że nie wygląda na listonosza, a na jakiegoś obwiesia, chociaż nie użył tego ostatniego słowa. Zastąpił je kalumniami i przekleństwami, od których innym, bardziej wrażliwym śmiertelnikom, pewnie by zwiędły uszy.

Miał szczęście, bo z opowieści współpracowników dowiedział się, że częstokroć musieli się oni salwować ucieczką z miejsca, gdzie lokatorzy szczuli ich psami na wieść o nadejściu poleconego listu z sądy, czy od komornika. No cóż… taki los doręczyciela. Więcej w nim ponurych, chłodnych cieni, aniżeli słonecznego blasku. Zdarzają się oczywiście, w tej monotonnej pracy, nieco bardziej pogodne momenty, ale to raczej nikła dawka prowitaminy w codziennej diecie zdominowanej przez dość niesmaczną papkę. Roch wciąż powtarzał sobie w myślach i dzielił się na głos z adresatami maksymą: INNYM JEST GORZEJ… I rzeczywiście, przekonał się o tym rozliczając awizowane listy. Nie wiadomo jakim sposobem i po ilu perturbcjach, dotarła tam po swój list staruszka. Miała około dziewięćdziesięciu lat, a może nawet więcej… Milczała siedząc na krześle, niczym mumia.

Czekała cierpliwie w kolejce, a kiedy już otrzymała przesyłkę nie mogła się nawet podpisać, bo informatycy nie przewidzieli opcji dla osób niepełnosprawnych. Po prostu kabel do rysika, którym adresat podpisuje się na ciekłokrystalicznym ekranie komputera jest za krótki, żeby mógł on sygnować odbiór listu. Gdyby nie odwieczna polska improwizacja, ta dość patowa sytuacja byłaby nie do rozwiązania. Nie ma potrzeby ujawniać szczegółów technicznych przedsięwzięcia, ale po długich korowodach udało się jakoś wybrnąć z tego kłopotu. Ale na tym nie koniec, bo tuż po zakończeniu operacji, na zewnątrz zerwała się gwałtowna wichura i rozpętała istna burza z piorunami. Należało powstrzymać bidulkę przed opuszczeniem lokalu, bo niehybnie by sobie nie poradziła z dotarciem do swojego domu. Na domiar złego, zdenerwowanej i zagubionej starowince zachciało się siusiu. Ludzki organizm reaguje w ten sposób na nadzwyczajne stresy i zagrożenia.

I tu się pojawił kolejny problem, bo chociaż to nie bank, jednak ten szczególny obiekt wymagał ochrony. Placówka tego typu rządzi się ostrymi regułami postępowania wobec klientów. Drzwi wejściowe są zablokowane i otwierane przez operatora, a o skorzystaniu z toalety na zapleczu, gdzie znajdują się pieniądze, wypełnionione umowy i finansowe formularze, nawet nie ma mowy, Ale tym razem nie było wyjścia. Wobec siły wyższej, umożliwiono starszej pani skorzystanie z tego cywilizacyjnego dobrodziejstwa, tym bardziej, że odbyło się to bez świadków. Pies z kulawą nogą by się nie pojawił w tym miejscu o tej porze. Zbliżała się pora zamknięcia punktu obsługi klienta, ale ponieważ burza wciąż trwała i nic nie wskazywało na to, by wkrótce miała ustać.

Czas mijał nieubłaganie a na dworze deszcz zacinał w najlepsze. Zniecierpliwona staruszka dopytywała się, na co czeka. Widocznie do jej świadomości i zmysłów nie docierało to, co rozszalało się w plenerze. Nie ma sensu przedłużać opisu przymusowego obcowania trzech osób zamkniętych przymusowo w jednym pomieszczeniu. Wszystko, co złe i dobre jednak ostatecznie ma swój finał i tym razem tak się szczęśliwie stało. Kierowniczka prowadząca przedsiębiorstwo musiała jeszcze uporać się z zawiłą procedurą zamknięcia lokalu, więc Rochowi przypadła w udziale misja odprowadzenia starszej pani do autobusu. Wziął ją ostrożnie pod rękę, ale ona wolała oprzeć się na jego przedramieniu. Tak było jej wygodnie iść. Przechodzili przez wymarłe uliczki bazaru przy dawnym SuperSamie. Deszcz wystraszył całą klientelę, więc sprzedawcy pospiesznie pozamykali swoje budki i stragany. Pozostały tylko ociekające deszczówką stosy starannie ułożonych warzyw i sterty owoców, którym burza nie zaszkodziła. Bukiety kwiatów zyskały nawet drugie życie po tak odświeżającym, obfitym prysznicu. Staruszka była jednak wyraźnie zmęczona po tych wszystkich komplikacjach. Z ledwością, w żółwim tempie poruszała się w stronę pobliskiej pętli autobusowej, ale Roch dziękował Bogu, że trzymała się dzielnie i nie ustawała ani na chwilę. Widocznie wola dotarcia do celu dodawała jej sił. Zastanawiało go jednak, co to za rodzina, która bezdusznie skazuje starszego człowieka na takie męki.

Skarżąca się w drodze na swój los kobieta powiedziała, że dotarła tu dzięki pomocy dobrych ludzi. Gdyby nie oni błądziła by po uliczkach Grochowa w nieskończoność. W polu widzenia Rocha znalazł się wreszcie autobus lini 143. Warto było by pzyspieszyć, żeby kierowca nie odjechał im sprzed nosa, jak to niektórzy mają w zwyczaju. Na szczęście zobaczył, że w kabinie jeszcze nikogo nie ma. Pojazd był zamknięty na cztery spusty. Po raz pierwszy Roch błogosławił komuś za to, że nie otworzył innym drzwi. W ten sposób rosły szanse na dotarcie do autobusu przed jego odjazdem. Gdy wreszcie zbliżyli się do niego, ujrzeli mężczyznę, który odchylił czołową klapkę przy zderzaku i po naciśnięciu guzika odblokował wejście do kabiny.

Niebawem wszystkie drzwi zostały otwarte i staruszka mogła zająć miejsce tuż przy wyjściu dla pasażerów. W ten sposób zabezpieczała sobie możliwość szybkiego opuszczenia autobusu, gdy ten dotrze do celu jej podróży. Roch musiał jeszcze się rozliczyć z całodziennego urobku w firmie, więc musiał rozstać się z kobietą, która dziękowała mu wylewnie za okazaną pomoc. Nie chciał niepotrzebnie przedłużać tej kłopotliwej dla niego sytuacji, więc uśmiechnął się do niej tylko w odpowiedzi. Na szczęście kierowca włączył silnik, więc miał dobry powód do natychmiastowego opuszczenia autobusu. Odprowadził wzrokiem odjeżdżający pojazd i pomachał ręką na pożegnanie, chociaż staruszka pewnie go nie widziała, czujnie pilnując, żeby nie przegapić swojego przystanku.

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS