RSS
 

ulica Grochowska

Ulica Grochowska… była źródłem natchnienia Andrzeja Stasiuka. Poświęcił jej sporo ciepłych słów, zarówno w mowie na spotkaniach autorskich w pobliżu Placu Szembeka, jak też na kartach swoich książek. Wspominając okres dorastania w tej przestrzeni, lubił powracać w te rejony do niepowtarzalnej atmosfery tworzonej przez jakże oryginalne typy rodzimych cwaniaczków, tylko z pozoru podobnych do tych z okolic Brzeskiej i bazaru Różyckiego. Czytając te wyznania Roch rozsmakowywał się w przebogatym języku, wymyślnej składni i muzycznych frazach kronikarza dawno minionej epoki starej Pragi, Piekiełka, Cichego Kącika czy kipiącego swoistym rytmem życia, Grochowa. Przemierzał jedną z najdłuższych ulic na obrzeżach stolicy, roznosząc listy mieszkającym tam warszawiakom i pracownikom rozlicznych firm, które upodobały sobie to miejsce. Poczynając od skrzynki pocztowej na campingu pod numerem jeden wrzucał do niej awiza, bo wokoło nie widać było żywej duszy. Zaczynał zresztą tak wcześnie, że większość ludzi jeszcze spokojnie spała. Objuczony kilogramami zwykłych i poleconych listów z pozwami sądowymi i drukami reklamowymi, dreptał bladym świtem, metr po metrze, z torbą i duszą na ramieniu. Na tym szlaku mijali go pierwsi, zbudzeni amatorzy joggingu. Codziennie pokonywali spore odległości biegnąc tą samą trasą ze słuchawkami na uszach. Roch witał ich uśmiechem nie wypowiadając słów sakramentalnego powitania, bo i tak żaden z biegaczy by go nie usłyszał. Pomyślał tylko, że jego dystans był o wiele dłuższy, niż droga każdego z nich. Po południu i pod wieczór mijały go starsze osoby z kijkami w rękach, kroczące dziarsko po trotuarze, uprawiające nordic walking. Gdyby nie ciężar listów, który go przytłaczał, mógłby się uważać za równie świetnego faceta, który w niczym nie ustępuje pełnym energii i sił witalnych seniorom. Niestety, wiek ma swoje prawa i coraz trudniej przychodziło mu docierać na najwyższe piętra kamienic bez windy. Wspinając się po spróchniałych schodach uważał, żeby nie potknąć się i nie zlecieć na łeb, na szyję z pełnym ładunkiem korespondencji. Trzymał się mocno poręczy, bo do ciemnych klatek schodowych docierało tylko skąpe światło z dawno nie mytych okien. Nie mógł wiedzieć, czy ktoś jest w mieszkaniu adresata, bo na dole, przy wejściu nie było domofonu. Bywało, że osoba odbierająca przesyłkę podpisywała się trzema krzyżykami, a innym razem podpity gospodarz lokalu kazał sobie czytać, kto i co do niego pisze. Chociaż to nie należało do jego obowiązków, a nawet było to jawne naruszenie tajemnicy korespondencji, Roch spełniał te oryginalne życzenia pocieszając zdenerwowanych treścią niesprawiedliwych orzeczeń komisji, wyroków sądowych, ponagleń z banku i pism od komornika, że przecież wszystkich nas gnębią po równo… Nie mijał się z prawdą, naprawdę tak sądził. Na samym początku doznawał szoku, kiedy po opuszczeniu dziewiętnastowiecznej nory z zagrzybionymi ścianami i odpadającym z murów tynkiem, trafiał do lśniącego czystością, nowoczesnego gmachu z mnóstwem wymyślnych zabezpieczeń przed wtargnięciem na ten zamknięty teren, intruzów. On sam czuł się o wiele bardziej swojsko w tych biedniejszych kamienicach, które przecież były zamieszkałe przez lokatorów najprzeróżniejszej maści i konduity. To na pewno nie była oaza bezpieczeństwa i spokoju. Na półpiętrze było czuć swojski zapaszek dochodzący z trzech ubikacji, z których korzystali wszyscy mieszkańcy. Nie było sprzątaczek, więc oni sami czyścili je, przetykali zapchane przewody i wymieniali deski klozetowe, gdy udało się ludziom dojść do porozumienia. Na ogół jednak dominowały wrzaski pijanych ojców, lament matek i płacz bitych dzieci. Musiało upłynąć w Wiśle sporo wody, zanim ktoś doprowadził te cuchnące przybytki do jako takiego stanu używalności. W tych domach ludzie znali się doskonale i Roch mógł spokojnie powierzyć kopertę życzliwemu sąsiadowi czy sąsiadce. W blokowiskach ze szkła i aluminium było to absolutnie wykluczone. Z czasem jednak Roch przyzwyczaił się jednak do niesamowitych kontrastów biedy i bogactwa na tej samej ulicy.

73Musiało kiedyś przyjść opamiętanie, bo Roch nie mógł przecież żyć bez nadziei lepszego jutra. Budził się przerażony wizją kolejnych, sądowych nakazów zapłaty i komorniczych egzekucji. Teraz sam musiał dostarczać do rąk własnych te same pisma i komunikaty o zaleganiu adresata z czynszem, czy ratą kredytu. Kiedy go nie zastał w domu, albo delikwent udawał, że go nie ma, wypisywał awizo – jedno, potem drugie… Trzeciego nie było, bo sąd uznawał, że procedura korespondencji zakończyła się dostarczeniem listu do winowajcy i wdrażał proces windykacji należności. Ileż to razy puszczał mimo uszu zgryźliwe komentarze współlokatorów adresata listu. Dla nich nie różnił się od ochroniarza, policjanta, komornika, czy strażnika miejskiego, który jest przedstawicielem reżimu, dysponującemu rozbudowaną administracją i aparatem przemocy. Wypełniał jednak druczki awizo znosząc w milczeniu najgorsze epitety, jakimi można obdarzyć znienawidzonego przeciwnika. Ale nie wszyscy reagowali w ten sam sposób. Jedni bojkotowali korespondencję, jakby zupełnie ich nie dotyczyła i nie odwiedzali punktu obsługi klienta, który magazynował nie dostarczone przez doręczyciela listy. Przeciągali w ten sposób procedurę spraw jakie mieli nadzieję odwlekać do czasu przedawnienia. Inni, wprawdzie z oporami, ale odbierali przesyłki sądowe kwitując to własnoręcznym podpisem na zwrotce i liście wydań. Ci nie mieli złudzeń, że twarde prawo zmusi ich w końcu do uregulowania długu. Roch roznosił koperty z ponagleniami, orzeczeniami komisji i wyrokami sądowymi do zwykłych ludzi, a także kancelarii adwokackich, którym ci powierzali swoje losy. Mieli nadzieję, że ktoś doświadczony uchroni ich przed egzekucją, a przynajmniej zmniejszy wymiar nieuchronnej kary. Za udokumentowane dostarczenie listu poleconego listonosz dostawał złotówkę, natomiast za wystawienie awiza tylko dziesięć groszy. Musiał to jeszcze po powrocie do firmy szczegółowo opisać, wyszczególniając gdzie pozostawił wiadomość o nadejściu listu. Nie było to takie proste, bo dostęp do skrzynek zależał od dobrej woli mieszkańców domu, których trudno przekonać, że listonosz nie wrzuci im do skrytki dodatkowej porcji druków reklamowych i ulotek. Z początku Roch prosząc namawiał ich do zgody na otwarcie drzwi na klatkę schodową, gdzie znajdowały się skrzynki na listy. Usiłował przekonywać, że lokatorzy powinni mu zaufać i zdradzić pilnie strzeżony kod cyfrowy umożliwiający mu bezproblemowe otwarcie drzwi pod ich nieobecność. Ludzie nie są przecież ciągle w tym samym miejscu. Pracują, chodzą na zakupy, wyprowadzają psa na spacer, wreszcie wyjeżdżają w delegację daleko poza miasto. Rzadko, ale zdarzało się, że taki kod udostępniano mu, lecz kłopot na tym się nie kończył, bo raz otrzymana kombinacja cyfr i znaków zmieniała się co jakiś czas i zabawa zaczynała się od nowa. Roch zaakceptował tę swoistą grę i po naciśnięciu cyfr na klawiaturze dotykał ikony z dzwonkiem, a kiedy nikt się w lokalu nie odzywał, próbował skontaktować się z sąsiadem, potem kolejnym mieszkańcem, aż do skutku. Zdawał sobie sprawę, że w ten sposób terroryzuje Bogu ducha winnych ludzi, ale uznał to za mniejsze zło od przyjścia z powrotem do firmy wraz z kupą nie dostarczonej korespondencji i paczek. Czasami w sukurs jego wysiłkom przychodzili ochroniarze z pilnie strzeżonych kompleksów mieszkalnych. Czuli, że właściciele lokali czekają na listy, a ponieważ domofony często się psuły, dobrowolnie podjęli się roznoszenia przesyłek i awiz przy okazji codziennych obchodów posesji. To wsparcie bardzo ułatwiało zadanie listonoszowi, który mógł zostawić kilkanaście kopert w jednym pomieszczeniu nie tracąc czasu na przekonywanie lokatorów, aby zechcieli otworzyć mu drzwi. Podobnie było w większych instytucjach, do których przychodziła obfita porcja urzędowych pism, w tym dużo pochodziło z sądów i od komornika, który nie znajdując delikwenta pod prywatnym adresem słał listy do zakładu pracy, który go zatrudniał. Najczęściej były one skierowane na Berdyczów, bo pracownik dawno już zwolnił się, ulotnił i można było tylko szukać wiatru w polu. Potwierdzano oczywiście ten fakt przystawiając na kopercie sygnowaną pieczęć firmy. Roch odnosił te listy z powrotem, jako świadectwo nieudanej misji doręczyciela, który nie znalazł adresata i zstąpił na Ziemię po całodziennej wędrówce pomiędzy ludźmi.83
Roch szukał jakiegokolwiek płatnego zajęcia, nie oczekując po ciężkiej pracy sprawiedliwego wynagrodzenia. Na tyle orientował się w sytuacji na rynku, że był gotowy wziąć to, co mu zaoferowano. Skoro Zenon Laskowik tak sobie chwalił noszenie listów do ludzi, bezpośrednie kontakty, rozmowy z nimi, Roch nie miał nic przeciwko naśladowaniu jego wyboru. Zaufał intuicji nie mając pojęcia, czy się nadaje do takiej roboty. Pierwsze wątpliwości zasiali w nim pracownicy operacyjni w centrali firmy. Zdarzyło mu się wrzucić do skrzynki list polecony, zamiast zwykłej przesyłki, a nawet pozostawić gdzieś w sklepie całą listę z przyczepionymi do niej kopertami. Oczywiście nie mógł przed nikim ukryć tak potwornej klęski. Wywołało to w centrali spore zamieszanie i niejaką sensację, bo niecodziennie listonosz gubi powierzoną sobie korespondencję. Zachodził w głowę, gdzie mógł je podziać. W spisanym na żądanie dyrekcji, oświadczeniu wspomniał o pośpiechu, który był przyczyną chwilowego roztargnienia. Były to przecież pierwsze dni w terenie po dwudniowym kursie i od razu wrzucono go na głęboką wodę. Roch z pokorą przyjmował kąśliwe uwagi i docinki z każdej strony. Zasłużył sobie na nie, więc musiał wytrzymać zarówno kpiny ze strony doświadczonych doręczycieli i oficjalne rozmowy z przełożonymi. Czym prędzej udał się na komendę policji, aby to zgłosić, ale tuż przed rozmową z oficerem dyżurnym zadzwonił uczciwy sprzedawca zgłaszając zgubę do odebrania pod wskazanym przez niego adresem. Tym razem udało mu się odzyskać bezcenne listy bez ponoszenia ciężkich konsekwencji tego nieszczęścia. Od tego czasu, gdy powracał z ulicy Grochowskiej do firmy, witano go żartobliwym pytaniem o to, ile tym razem zgubił listów. Kiedy po raz kolejny usłyszał je z ust ogolonego na zero młodziaka zdobył się na uwagę w stylu:
- Pańskie poczucie humoru jest na miarę dzisiejszego upału!… nie do zniesienia.

Obecne przy tym kierownictwo miało do wyboru zareagować ostro, albo nabrzmiałą konfliktem sytuację obrócić w żart. W ciasnym pomieszczeniu biurowym rozległ się chóralny śmiech i tym razem wszystko rozeszło się po kościach. Nie na długo, bo łysy szczyl nie ustępował szukając okazji, aby podczas rannej odprawy i wieczornym rozliczeniu wtrącić swoje trzy grosze a propos kwalifikacji Rocha, czy jego braku predyspozycji do wykonywania tego trudnego zawodu. Kiedy kolejny mądrala usiłował kpić na tę samą modłę usłyszał pytanie Rocha:
- Czy naprawdę ma Pan tak niewiele własnych problemów, żeby zajmować się moją osobą?.. Proszę się rozejrzeć. Dookoła sami uśmiechnięci, życzliwi sobie ludzie. Rozmawiają o pracy, wymieniają ze sobą opowieści o tym, co im się przydarzyło i nikt nie zadaje takich głupich pytań jak Pan. Człowiek robiąc to postępuje, jak drapieżna bestia, czy myśliwy czyhający na ofiarę. Ale wszyscy jesteśmy syci i nie mamy na co polować. Ciekaw jestem, czy Pan teraz woli być w oczach innych osobą, czy bestią?..

Niuniuś wysłuchał tego, lecz nic nie odpowiedział. Poszedł, jak zmyty. To wszakże epizod, czy też kilka zdarzeń, które w żadnym razie nie przekreślają niezwykłego wrażenia, jakie wywarli na Rochu jego partnerzy. Od świtu układali pobrany do rozniesienia po rejonie materiał, numerami domów i nazwami ulic. Każdy ukradkiem spoglądał na blat sąsiada, aby sprawdzić, czy ten ma sprawiedliwie tyle samo korespondencji, ulotek i pism. Nie było wśród nich zawiści i raczej nikt otwarcie nie wyrażał pretensji o to, że ma za wiele kopert. Ta sama ilość adresów w centrum miasta, czy na odległych peryferiach stolicy zajmuje zdecydowanie więcej czasu w przestrzeni, którą trzeba pokonać rowerem. W mieście listonosz może przemieszczać się pieszo, korzystając dodatkowo z tramwajów i autobusów. Przed wyruszeniem w trasę najstarszy stażem doręczyciel instruował świeżo przybyłą adeptkę słonecznej poczty pokazując, jak się wypełnia druki awizo. Inna dziewczyna, kobieta, matka, dzwoniła do swojej córeczki szczegółowo rozpytując o to, co jadła na śniadanie i jak jest ubrana do szkoły. Kontrolowała, czy wszystko spakowała do plecaka z książkami i zeszytami. Uspokojona po wyłączeniu telefonu powracała do segregowania kopert i wypełniania listy wydań. Wśród doręczycieli byli obcokrajowcy, chociaż mówiący po polsku Litwin, czy Ukrainiec należy właściwie do „swoich”. Nikt z tych wspaniałych, kolorowych ludzi, nie narzekał na tę odpowiedzialną, dość ciężką robotę, ale też trudno było uświadczyć wśród nich strony słów zachwytu nad tym, co zmuszeni byli wykonywać za psie pieniądze. Na tym tle wyróżniała się dość dojrzała pani, która codziennie zjawiała się z promiennym uśmiechem na ustach. Przechodząc szybkimi krokami od drzwi wejściowych w stronę biura witała wszystkich:
- Dzieńdobeeerek!!!…

Działo się to w takim tempie, że nie sposób było natychmiast odpowiedzieć w podobnym stylu. Ona zresztą chyba tego nie oczekiwała. Pewnie też miała swoje codzienne problemy i rozmaite kłopoty z bliskimi sobie ludźmi. Może w ten sposób zażegnywała potencjalny konflikt, jaki tkwi w zarodku wszędzie, gdzie liczy się czas i pieniądze…? Ale to przecież nie wszystko.

Ludzie listy piszą… ale zanim słowa na papierze, w zaklejonej kopercie, zostaną odczytane muszą dotrzeć do operatora pocztowego, przejść przez sortownię, zostać opieczętowane, zakodowane i powierzone kurierom, którzy po dwóch próbach nieudanego doręczenia zwracają list do nadawcy. Roch nucił sobie w drodze piosenkę „Skaldów” mrucząc cicho pod nosem: – Ludzie, zejdźcie z drogi, bo listonosz jedzie…
On szedł, chociaż roznoszący przesyłki do Wawra, Marek, czy Wesołej poruszali się rowerami docierając na miejsce kolejką podmiejską startującą z Dworca Wschodniego. Mieli dalej, ale za to uwolnieni byli od konieczności pokonywania bariery kodów. W mieście trzeba było pokonać zaporę w postaci bramy do posesji i kolejnych drzwi na klatkę schodową. A w wielopiętrowych blokach mieszkalnych tych klatek bywało naprawdę sporo. W odległych peryferiach stolicy panowała cisza i kurier mógł rozkoszować się świeżym powietrzem, nie wspominając o owocach na drzewach w gospodarstwach, które odwiedzał z listami. Na zatłoczonej ulicy Grochowskiej panował taki zgiełk, że trzeba go było przekrzykiwać, aby lokator wiedział, że na dole jest listonosz, któremu trzeba było otworzyć drzwi. Często zdarzały się awarie domofonu i zamiast ułatwienia, mechanizm blokujący wejście stał się dla obu stron, przeszkodą nie do pokonania. Raz, jedyny raz, zdarzyło się mieszkańcowi zbiec na dół po schodach i zawrócić zniechęconego listonosza z powrotem, aby ten mu oddał przesyłkę. Na przyszłość wymienili telefony, aby móc się porozumieć w przypadku nadejścia kolejnego listu. Nie zawsze udawało się trafiać na tak rezolutnych klientów. Bywało, że po naciśnięciu numeru lokalu odzywał się nieżyczliwy głos jegomościa, którego Roch prosił o otwarcie drzwi:
- A do kogo ten list?
- Do Pana sąsiada, chciałem zostawić mu w skrzynce awizo…
- To proszę zadzwonić do sąsiada…
- Dzwoniłem, tam nikt się nie odzywa…
- No to ja na to nic nie poradzę?
- Proszę tylko otworzyć mi drzwi…
- Niech Pan zadzwoni pod inny numer.
Takie to były dialogi na cztery nogi. Innym razem lokatorce zdecydowanie odmawiającej Rochowi otwarcia drzwi zwrócił on uwagę, że list przeznaczony właśnie dla niej:
- Jeżeli Pani woli iść do Punktu Obsługi Klienta aż na Czapelską, to mogę przykleić do drzwi awizo. Ale jestem na miejscu i może to Pani wykorzystać.
Z oporami, ale w końcu zawzięta właścicielka mieszkania zdecydowała się dotknąć przycisk zwalniający blokadę zamka. Rozległ się odgłos brzęczyka i można było wrzucać do skrzynek listy, awiza, a nawet druki reklamowe. Tych było niewiele, ale właśnie z ich powodu ludzie wstrzymywali się z wpuszczaniem wszelkiej maści kurierów, doręczycieli i listonoszy. Kiedy na pytanie, kto dzwoni słyszeli:
- POCZTA!… dopytywali:
- Jaka poczta?
- Słoneczna… In Post!
- A to nie Poczta Polska?
- Polska, jak najbardziej polska!
- Teraz się tutaj tylu kręci… Każdy może powiedzieć, że jest listonoszem.
- Mogę Pani pokazać identyfikator i mam służbową torbę z logo firmy…
Na tak jałowych rozmowach schodziło sporo czasu, bo trudno było się doprosić o kod dostępu, jaki mieli wszyscy lokatorzy. Traktowali oni doręczyciela, jako obcego intruza, któremu nie można ufać. Było w tym odrobinę racji, bo zatrudniający się w firmie kurierzy przychodzili i odchodzili zniechęceni marnymi zarobkami. Roch jednak zamierzał wytrwać, przynajmniej do pierwszych, jesiennych chłodów. Poza tym chodzenie równym, marszowym krokiem wzdłuż ulicy Grochowskiej okazało się dobrą kuracją dla zastałych stawów. Chociaż ta marnie opłacana robota była przykładem jawnego wyzysku człowieka przez człowieka, szukał w niej wszakże czegoś dla siebie. Tak bardzo starał się to znaleźć, że gotów byłby zadowolić się czymkolwiek. Pracował z bardzo ciekawymi ludźmi. Nie lubił ich, bo przez miesiąc nie zdążył nikogo poznać, ale nie nudził się z nimi. A to już było coś…

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS