RSS
 

NESTOR POLSKICH REŻYSERÓW

W tej dość długiej historii filmu dokumentalnego czas teraźniejszy miesza się z czasem przeszłym, pewne fakty uległy dezaktualizacji a ich oceny przewartościowaniu, co wcale nie znaczy, że to wszystko działo się na niby. Wszystko to prawda, jak prawdą jest, że do tej pory wciąż nie ma filmu o Stanisławie Jędryce… A czas bezlitośnie płynie i mamy go coraz mniej. W klubokawiarni KICIA KOCIA na warszawskim Grochowie oglądaliśmy chyba tylko raz emitowany w telewizyjnym kanale „Kino Polska” dyplomowy film Stanisława Jędryki. W roli głównej wystąpił Emil Karewicz. Na projekcji była Pani Grażyna Hasse, Bożena Janicka i młodsi widzowie, którzy nie pamiętają nawet czasów stanu wojennego, a cóż dopiero lat tuż po wojnie. Przybliżył im je autor filmu i reżyser, Stanisław Jędryka. Spotkanie było bardzo interesujące, pełne wspomnień uczestników i zaproszonego gościa, który podpisywał swoją autobiograficzną książkę: „Miłości mojego życia”. Organizatorzy imprezy, zamierzają 80 – letniemu twórcy sprawić urodzinową niespodziankę już w lipcu bieżącego roku.

Z okazji 80. rocznicy urodzin reżysera Stanisława Jędryki, znanego z realizacji niezapomnianych filmów i seriali dla młodzieży takich jak: „Podróż za jeden uśmiech”, „Stawiam na Tolka Banana” czy „Szaleństwa Majki Skowron”, chcielibyśmy zaprosić Państwa na mini – przegląd zainspirowany jego twórczością. Zobaczymy między innymi: „Do dóry nogami”, „Paragon, gola!”, „Porwanie” i „Wyspę złoczyńców”. W dniach 26-28 lipca obok młodzieżowej części twórczości Stanisława Jędryki zaprezentujemy mniej znane filmy realizowane dla widzów dorosłych takie jak: „Dom bez okien”, „Powrót na ziemię” czy „Amnestia”.

Niby wszystko jest w porządku, bo ci, którym mówię o projekcie filmu dokumentalnego są całym sercem po mojej stronie. Chwalą reżysera kultowych filmów i seriali przyznając, że wychowywali się chodząc do kina na Paragona i oglądając „Do przerwy 0:1″ w telewizji. Ja sam zainteresowałem się przed laty historią piłkarzy z drużyny warszawskiej Syrenki i tak mi już zostało do dzisiaj. Historia zatoczyła wielkie koło i przymierzam się do filmu o artystycznej karierze Stanisława Jędryki. To jednak także część mojej sportowej biografii, bo chociaż nie zaistniałem na boisku, to zawsze marzyłem o robieniu takich filmów. Redakcja dokumentu w TVP jest za… ale nie ma wystarczającej ilości pieniędzy na sfinansowanie tego projektu. Pomyślałem, że może w rodzinnym Sosnowcu znajdzie się jakiś zamożny fan talentu 80 – letniego dzisiaj reżysera i wspomoże nas w realizacji dzieła, które jest dla niego swego rodzaju hołdem od wdzięcznych widzów. Mam taka nadzieję i nie tracę jej nawet, gdy inni słuchając tych wywodów patrzą na mnie z politowaniem. Pewne powody do takiej reakcji są, bo posiedzenie Zarządu Głównego SFP odwołano a wakacje i urlopy już się rozpoczęły. W TVP S.A. kanikuła trwa przez cały rok, bo kiedy trzeba z kimś konkretnie porozmawiać, to go nie ma. Niemniej jednak nawet w takich ciężkich momentach załamania, przypominam sobie optymistyczne zawołanie: „Dum spiro… spero!” Uruchomiłem na FB stronę bohatera mojej opowieści, która zatytułowałem „Całe życie w kinie”. Powinno być nawet „w moim kinie”, bo mój bohater zawsze realizował filmy, w których najważniejsze są uczucia i ludzkie emocje. Powstała już druga wersja scenariusza. Zapewne powstanie też trzecia, po uwagach producenta i redakcji artystycznej TVP. Chętnie się zabiorę do tej pracy, ale muszę mieć partnera do rozmowy. Na razie idzie to z wielkimi oporami. Przynajmniej władze Sosnowca przyznając mi stypendium potwierdziły konkretne zainteresowanie moim projektem. Inni jeszcze wciąż się wahają. Jak długo? Czas pokaże…

Z konieczności obszerny pierwotnie wywiad z reżyserem został on skrócony przez autora, który dawno z nim przeprowadził rozmowę z reżyserem bo kilka lat temu. Niemniej jednak, co się odwlecze, to nie uciecze. Artykuł ukazuje sie w wigilię urodzinowego cyklu seansów filmowych w kinie ILUZJON w Warszawie.

A Z OKAZJI URODZIN MISTRZA KINA DLA DZIECI I MŁODZIEŻY PODAJE KILKA STRON INTERNETOWYCH DLA PRZYPOMNIENIA:


http://www.portalfilmowy.pl/osoba,0,1,18514,Stanislaw-Jedryka.html

http://www.portalfilmowy.pl/wydarzenia,5,16099,1,1,Urodziny-Stanislawa-Jedryki-w-Iluzjonie.html

http://www.portalfilmowy.pl/wydarzenia,202,7633,1,1,Pilka-nozna-w-polskim-filmie-fabularnym.html

http://www.portalfilmowy.pl/wydarzenia,155,5100,1,1,Stanislaw-Jedryka-Milosci-mojego-zycia.html

http://www.rp.pl/artykul/1031487.html?print=tak&p=0

Stanisławowi Jędryce poświęciłem sporo stron w tym blogu.
W tym miejscu pragnę je zebrać i podsumować wielomiesięczne rozmowy z artystą polskiego kina. A więc do rzeczy:
Dobiegają końca moje ponad półroczne zmagania z tematem twórczości Stanisława Józefa Jędryki. Dzięki stypendium Wydziału Kultury i Sztuki Urzędu Miejskiego w Sosnowcu, podążałem śladem jego kariery artystycznej i sportowej tak, jakbym powtórnie przemierzał własny szlak… Sam kiedyś także przecież próbowałem zaistnieć na boisku w barwach „Lotnika” Wrocław na Psim Polu. W tym czasie reżyser Stanisław Jędryka był już po swoim błyskotliwym debiucie i wielkim sukcesie telewizyjnego serialu „Do przerwy 0:1”. Wzruszałem się grą Paragona, ale po maturze w technikum LZN zdecydowałem się ostatecznie na studia humanistyczne i artystyczne. Karierę sportową pozostawiłem kolegom, którzy otarli się o reprezentację, jak mój Mistrz… Podobnie, jak on próbowałem reżyserii filmów z udziałem dzieci i młodzieży, ale w porę zorientowałem się, jaka to naprawdę trudna sztuka.

Pozostałem przy tematach lotniczych i historii z portretami wybitnych ludzi sztuki i kultury. Poczesne miejsce zajmuje wśród tych postaci ów wybitny człowiek z dalekiego Sosnowca, którego dokonaniami artystycznymi bezskutecznie próbowałem zainteresować redaktorów w Telewizji Polskiej. Pomimo doznanej klęski i rozczarowania po przegranej walce, nie uważam tego czasu za stracony. Poznałem bowiem dzieje myśli autora bardzo osobistej książki: „Miłości mojego życia” i bardzo wiele się nauczyłem od kogoś doświadczonego osiemdziesięcioma latami życia w rozmaitych epokach i warunkach. On sam mówił, że co prawda ważna jest skuteczność w staraniach o realizację własnych projektów… Ale ważniejszy jest styl, w jakim się to wszystko odbywa. Jeżeli mamy robić filmy o ludziach kultury, a wszystko to odbywa się w warunkach daleko od niej odbiegających, rezygnuję z walki tak, jak on sam to zrobił ponad dwadzieścia lat temu. Zrobił to zniesmaczony brakiem elementarnego szacunku dla autorów ze strony urzędników, którzy pełnili funkcję redaktorów, a z czasem ośmielili się produkować własne programy. Twórcy stali się im niepotrzebni, przeszkadzali w walce o sławę, bogactwa i zaszczyty. Stanisław Jędryka uznał, że nie należy się zniżać do tak dennego poziomu moralnego i pomimo wszystko zachować resztki godności. Parweniusze dorwali się do kasy, panoszą się na festiwalach i decydują o tym, co mają oglądać masy. No i mamy kompletny chaos, widzów, którzy nie chcą płacić abonamentu za taki chłam i publiczność odwracającą się od telewizji. Żaden film, czy teatr nie jest wart zaprzeczenia tradycyjnych zasad zapisanych w Dekalogu i rezygnacji z podstawowych wartości, które wyniosło się z rodzinnego domu. Mistrz, który mi zaimponował tą kosztowną w sumie rezygnacją, nieświadomie uczył mnie już za młodu wstępowania w tzw. „dorosłe życie” krok po kroku, film po filmie. Po serii filmów dla dojrzałej widowni teraz uczy mnie, na czym polega starość, jak znosić ją z pogodą ducha i jak osobiście przygotować się do przekroczenia najważniejszej granicy pomiędzy życiem a śmiercią. Usiłował o tym opowiadać na antenie radia TOK FM, ale redaktorka natychmiast zmieniała temat na weselszy, mniej przerażający, a szkoda… Wszystko teraz musi być lekkie, łatwe i przyjemne, bo liczą się tylko młodzi, piękni i bogaci. No i w karierze wszystkie chwyty są dozwolone. To jasno wynika z programów emitowanych w eterze i na ogólnopolskiej antenie telewizyjnej. Na własnej skórze przekonałem się, że w tej chwili , niestety, większość programów w telewizji publicznej odbywa się i zdobywa, na zasadach „Wolnej Amerykanki”. Kontakt z urzędującymi za szczelnie zamkniętymi drzwiami decydentami odbywa się na, nie wiadomo jakich zasadach. Dawniej po prostu rozmawiano z autorami, czytano ich scenariusze, dyskutowano o tym, co by było najlepsze dla filmu. A dzisiaj?… To, co się dzieje jest tak dziwne, że już nie jestem nawet w stanie tego opisać. Musiałbym wyrażać się o zatrudnionych w TVP urzędnikach bardzo źle, pisząc bez ogródek o nich, że są… no właśnie. Reżyser Stanisław Jędryka określa to jako brak szacunku, ale mnie cisną się na usta o wiele cięższe emocjonalnie, słowa.
Słowa, słowa, słowa… Wymieniamy ich tysiące, a żadne z nich nic nie znaczy, bo pół roku gadania i czekania skończyło się w ten sposób, że nagle wszedł na nasze poletko ktoś ze „znajomych królika” i zagospodarował je dla siebie. Słuchaliśmy o biedzie w telewizji i braku kasy na programy, a tu masz, za jednym pstryknięciem palców znalazły się „ dutki” na notacje video i wywiady. Jakim cudem to się stało? Nawet nie próbuję dociekać. Nie mam prawa wstrzymywać osiemdziesięcioletniego bohatera i namawiać go do pozostawania przy projekcie powstającym w mozole od wiosny do jesieni, która powoli już dobiega końca. Dobrze, że ta postać zostanie uwieczniona. Szkoda tylko, że efekt tej pracy zostanie głównie w rodzinnym Sosnowcu. Warszawa i kraj wolą korzystać z innych kronikarzy. Trudno, takie jest życie. Nie będę się przecież kopać z koniem. Towarzyszyłem Stanisławowi Jędryce z kamerą w chwili dekorowania go medalem GLORIA ARTIS. Byłem na jego benefisie w Miejskiej Bibliotece w Sosnowcu w dniu 1 października. Oglądałem jego dwa wspaniałe filmy na uroczystej gali jubileuszowej w warszawskim kinie KULTURA. Wszyscy na widowni byli zachwyceni, włącznie z główną osobistością – Stanisławem Jędryką. Następnego dnia zwierzył się, że ci sami ludzie, którzy tak mu bili brawa, kładli mu pod nogi w przeszłości kłody. Teraz doświadczam tego samego i dobrze wiem, że nie jest to moje ostatnie zmaganie z ludzką podłością. Nawet, jeśli ucieknę z filmu do literatury. Tam również nie brak urzędników, którzy są w stanie wstrzymać Słońce. Cóż, pozostaje mi tylko poruszyć Niebo i Ziemię…

No więc poruszyłem co nieco… i co?
Nie wiedzieć czemu, ulegam chwilami wrażeniu, że absolutnie wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie… Piszę o tym tak, jakby do tej pory zawsze szło mi jak z płatka. Tymczasem wiadomo, że w życiu i w sztuce nie zawsze musi być kawior. Wymowne milczenie po wysłanych pismach z prośbą o wsparcie i wszelkiego rodzaju krytyka powinny mnie odwieść od zamiaru sportretowania mojego bohatera. Ale nie, przeciwnie… Po raz nie wiadomo który zaczęło mi zależeć na filmie o fantastycznym człowieku, starszym ode mnie równo o dwie dekady. A jak człowiekowi na czymś bardzo zależy, zazwyczaj nie osiąga tego zbyt łatwo. Tak, jak mój bohater, grałem kiedyś w ligowej drużynie piłki nożnej i podobnie, jak Stanisław Jędryka zostałem po egzaminach przyjęty w poczet studentów łódzkiej szkoły filmowej. Mijaliśmy się wiele razy w kuluarach kin, teatrów, taże na krajowych i zagranicznych festiwalach filmowych. Ostatnio jedynym, na jaki mogę sobie pozwolić, dzięki SFPjest Krakowski Festiwal Filmowy. Pan Stanisław już nawet tam nie jeździ. Jak sampowiedział w jednym z wywiadów: „Jestem na zasłużonej emeryturze”.
Podczas festiwalowych przerw pomiędzy seansami, zdobyłem się na szczerość wobec nieco bardziej życzliwie usposobionej, telewizyjnej Pani Redaktor(ki) wyznając jej, że mam już dość gry pozorów, udawania i dlatego nie mam zamiaru chodzić do gmachu przy ulicy Woronicza z kolejnymi projektami filmowymi. Ona oczywiście broniła Telewizji Polskiej, jako głównego, jeśli nie jedynego, poważnego producenta filmów dokumentalnych. Powiedziałem, że właśnie o tę powagę mi chodzi i wzajemne traktowanie się przez obie, partnerskie strony. Nie ma się co okłamywać, nigdy nie byliśmy i nie jesteśmy równorzędnymi partnerami. Scenarzysta, reżyser, autor projektu i producent wykonawczy nie mającwymaganych przepustek, muszą cierpliwie czekać, aż ktoś z uprawnionych, stałych pracowników TVP S.A., łaskawie przyzwoli im na przemknięcie wraz z nimi, którzy otwierają wrota Sezamu zakodowanymi kartami z plastiku. Zanim zbudowano na Woronicza tę Wieżę z Kości Słoniowej, istną Wieżę Babel, dano nam, twórcom, jasno do zrozumienia, że absolutne pierwszeństwo realizacji filmów i programów mają etatowi pracownicy zatrudnieni w tej szacownej instytucji. Tymczasem tylko nikła część autorów kończących warszawską, łódzką, katowicką, oraz krakowskie i gdyńskie uczelnie filmowe, ma w ogóle stałe zatrudnienie w branży. Pozostałem więc wstrzemięźliwy wobec zapewnień Pani Redaktor, że Telewizja Polska czeka na nasze (w tym moje) pomysły i naprawdę jest gotowa wyprodukować film, który wyreżyserujemy. Mimo wszystko postanowiłem to sprawdzić. W końcu nic to mnie nie kosztowało. Po zakończeniu festiwalu wysłałem więc temat scenariusza z eksplikacją realizatorską filmu biograficznego o Stanisławie Józefie Jędryce. Chociaż jest to w moim autorskim zamierzeniu klasyczny dokument, wychodzi z tego życiorysu wiele analogii ze ścieżkami, które on wydeptywał przede
mną, ludźmi, którzy byli moimi mistrzami, nauczycielami, a jego przyjaciółmi.
Ostatni film zrobił tak, jak ja w 58 roku życia. Mając nadzieję, że mnie nie dotknie to przekleństwo, uzyskałem z rodzinnego miasta Stanisława Jędryki stypendium na
dokumentację tak wspaniałego dorobku, prawie 40 filmów fabularnych, teatrów telewizji i dokumentów, nawet z epizodem aktorskim na planie serialu Radosława
Piwowarskiego. Przedstawiłem plon mojej półrocznej pracy, aby na tej podstawie skierowano do produkcji film, który Telewizja Polska jest po prostu winna swojemu
kultowemu reżyserowi, przyciągającymi przed ekrany odbiorników już kolejne pokolenie widzów. Moja interlokutorka z okresu krakowskich festiwali filmowych stwierdziła, że jej redakcja nie zajmuje się podobnymi tematami i obiecała pomysł przekazać do akceptacji Dyrektora Jerzego Kapuścińskiego. Gdybym to wiedział, nie zawracałbym jej głowy korespondując i wysyłając podmontowane wersje trailerów proponowanego portretu filmowego reżysera Jędryki. Przede wszystkim nie należało wierzyć w jej gorące zapewnienia o telewizyjnej rzetelności.
Nie po raz pierwszy okazało się, że gra pozorów jest wszystkim, na co stać telewizyjnych mocodawców. Dzwonię na podany mi przez producenta numer osoby decydującej o emisji i produkcji filmowej w Programie 2 TVP. Niestety, w telefonie Dyrektora, Jerzego Kapuścińskiego nie odpowiada żaden ludzki głos, nawet nie ma automatycznej „sekretarki” do nagrania wiadomości. Jego asystentka otrzymała od nas ( oprócz konspektu filmu) książkę „Miłości mojego życia” z osobistą dedykacją przyszłego bohatera filmu dokumentalnego. Tygodniami zwlekała jednak z oddaniem szkiców scenariusza i eksplikacji na ręce Szefa, bo raz przeszkadzał temu nastrój po nie zagasłej aferze, a innym razem powód był równie enigmatyczny. Skutek był taki, że na kolejne sesje PISF nie można było zgłosić tego projektu bonie mieliśmy jakiegokolwiek zapewnienia emisji ze strony Telewizji Polskiej. W tej beznadziejnej sytuacji, nie wiedząc już gdzie się zwrócić wymyśliłem, że zrobię notację, o czym pochopnie napisałem do poznanej podczas krakowskiego festiwalu redaktorki. Miałem nadzieję, że ten materiał będę mógł potem użyć w montażu gotowego filmu, kiedy zostanie on wreszcie skierowany do realizacji.
Oczywiście notację zrobiła inna Pani Redaktor, a ja otrzymałem propozycję zakupu fragmentów wypowiedzi Mistrza Jędryki po sześć tysięcy za minutę.
W ten sposób wezwana do dyrektorskiego gabinetu Andrzeja Godlewskiego uzasadniała wywiązywanie się z powinności pełnienia funkcji publicznej tej instytucji, zastępczyni Andrzeja Fidyka, redaktor Barbara Pawłowska. Nie poddałem się tak łatwo udzielającemu się współpracownikom marazmowi.
Nie zrezygnowałem tylko dlatego, że jakiś urzędnik obawia się reakcji Szefa, a ktoś inny uważa sprawę za niegodną uwagi. Być może było tak, że mnie nie powierzono misji zrealizowania dokumentalnego portretu artysty tak, jak stało się to w przypadku filmu Stefana Szlachtycza o Januszu Majewskim, dokumentu Janusza Kijowskiego o Kazimierzu Kutzu, portretu Danuty Szaflarskiej i innych wybitnych dziełach uznanych twórców. Widocznie uznano, że ja nie znajduję się w kręgu tak wielkich postaci polskiego kina, bo o wartości dorobku Stanisława Jędryki raczej trudno dyskutować. Ona jest bezprzecznie potwierdzona nagrodami, które znajdują się w mieszkaniu reżysera i Archiwum Filmoteki Narodowej. Nie zdziwiło mnie, że osłabła już wytrwałość producenta in spe, Grzegorza Kasperka, który musiał przecież zadbać o swoje doczesne sprawy. Nasz przyszły bohater miał przynajmniej tantiemy i artystyczną emeryturę. Regularnie chodził z domu przez Krakowskie Przedmieście, do restauracji przy kinie „Kultura” na obiady, gdzie spotykał się z młodszymi od siebie filmowcami. My musieliśmy zarabiać na życie i dlatego byliśmy uparci… do czasu. Szkoda było zmarnować długich, twórczych rozmów przy kawie i herbacie w „Marcinku” na warszawskim Podwalu. Przez wiele godzin powstawało kilkanaście wersji tego samego portretu filmowego. Część z nich powstawało w naszych, rozgorączkowanych głowach, a kilka zaproponował nam sam Pan Stanisław. Przyznał się nam, że to nie pierwsze tego typu przedsięwzięcie. Przed laty młody właściciel studia filmowego proponował mu realizację filmowego portretu dokumentalnego z przeznaczeniem do emisji w sieci operatora telewizji sateliternej o zasięgu europejskim. Wyglądało to profesjonalnie i poważnie, lecz sprytny przedsiębiorca zrezygnował z przedsięwzięcia tuż po tym, jak dzięki rekomendacji Stanisława Jędryki został członkiem Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Cóż, nie dla każdego z nas film jest treścią życia… bywa też pretekstem.
Potem sam reżyser próbował podejść do rozpoczętego już tematu. Było to przy okazji telewizyjnych filmów dokumentalnych o swoich młodocianych aktorach i Adamie Bahdaju. Wtedy jeszcze Telewizja Polska była otwarta na rozmaite propozycje artystyczne twórców różnych pokoleń, poglądów i rozmaitej konduity. Dzisiaj się to już kompletnie zmieniło. Z nastaniem Nowego Roku zniknął z pola widzenia Pana Stanisława, nie odstępujący go dotychczas na krok producent, Grzegorz Kasperek. Jego miejsce zajęła młodsza, a więc bardziej energiczna, Ewa Misiewicz. Musiała wierzyć, co najmniej tak, jak ja, w powodzenie tego prostego projektu, bo inaczej nie zaryzykowała by tak wiele straconego czasui środków, na przygotowanie dwóch osobnych wersji pakietów do Funduszy Regionalnych. Na pewno przekonało ją uzyskanie przez reżysera stypendium z PISF
na pisanie scenariusza dokumentu filmowego. Ostatecznie, po uzyskaniu akceptacjii wsparcia z tamtej strony, zamierzamy wystąpić do PISF z prośbą o finansowe
wsparcie projektu naszego filmu o Stanisławie Jędryce. Wszystko to brzmi, niczym sprawozdanie z nudnej konferencji, ale w rzeczywistości tak wygląda codzienny trud ludzi filmu, walczących o środki na realizację swoich artystycznych planów. Nie ma w tym żadnej martylologii, jeśli brak odpowiedzi na pismo do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego czy też do Rady Stowarzyszenia Filmowców Polskich z prośbą o jakiekolwiek wsparcie, jakie by nas uprawniało do wypełnienia wniosku o dotację z ramienia istniejących funduszy filmowych. Nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi, po prostu nas zignorowano, jakby ta sprawa nikogo absolutnie nie obchodziła. Może, gdyby prośba ta pochodziła od tak wybitnego dokumentalisty, jak Łoziński, czy wspominany już Szlachtycz… ale Kowalewski?, Jędryka?…
Oczywiście, zdarzają się w tej katorżniczej pracy momenty cudownej odmiany. Są to zazwyczaj jaskółki zwiastujące jakąś obietnicę sukcesu. Takim było na pewno
przyznanie stypendium przez Komisję Scenariuszową Ekspertów PISF pod wodzą Jerzego Śladkowskiego, który zaznaczając, że jest z Radomia poprosił o jaśniejszą
wykładnię tego, o co mi chodzi w tym filmie. Odpowiedziałem zwierzając się, co mnie osobiście ujęło w opowieściach Stanisława Jędryki. Pomijając jego wyznania z książki i spisane wywiady, które ma zarejestrowane na płytach DVD, pamiętam, że najbardziej uderzyło mnie uzasadnienie decyzji o przerwaniu prób kontaktów z Telewizją Polską. Co prawda dzwoni tam w sprawie emisji, czy notacji, na które bywa zapraszany, ale powiedział kiedyś sobie, że to, do czego jest zmuszany twórca
filmowy w zderzeniu z redakcyjną machiną akceptacji propozycji, upokarza nie tylko jego, ale zawód reżysera filmowego. W imię zachowania godności zaprotestował tak, jak mógł, bo żadnych manifestacji z tego powodu nie było. Gdyby tak postępował Andrzej Wajda, czy Zanussi, może byłby z tego, jak mawiają na Śląsku – „hyr”…
Ale jego krzyk protestu i tak by nie został zauważony w rozgwarze głośnych dyskusji po Sierpniu 1980 roku. Mam podobne odczucia i własny pogląd na te artystyczne sprawy dotyczące potrzeby zachowania godności w partnerskich relacjach między ludźmi sztuki. Przede wszystkim trzeba być przewidywalnympartnerem dla drugiego człowieka, dopiero potem można być artystą. Redakcje są przepełnione niespełnionymi twórczo ludźmi, którzy zachowują się wobec kolędujących autorów, jak carscy urzędnicy. To nie stwarza twórczej atmosfery. Telewizja jest niestety bastionem publicystyki, nacechowanej wszelkiego rodzaju „bieżączką”, gdzie nie ma miejsca na skupienie, medytację nad scenariuszem, dopracowanie tematu i artyzm. To była pierwsza część zeznania przed Komisją.
Drugim aktem było przywołanie finału benefisu urządzonego z okazji urodzin w Miejskiej Bbliotece Publiccznej w Sosnowcu. Znany reżyser przez całe lata krył się z uczuciami, jakie żywił w stosunku do tych dwóch wspaniałych kobiet mieszkających w jego rodzinnym mieście. W końcu odważył się im to powiedzieć wprost przy sali wypełnionej publicznością do ostatniego miejsca. Ania i Stachna wzruszyły się odbierając kawałki urodzinowego tortu z rąk osiemdziesięcioletniego jubilata. On również nie mógł o tym
zapomnieć nawet po powrocie do Warszawy. Taki finał wyraźnie ujął wszystkich oceniających mój projekt członków jury. Zanim usłyszałem ostateczne zapewnienie z ust Przewodniczącego,że będzie walczyć o ten scenariusz musiałem dać słowo, że ten finał podróży z Warszawy do Sosnowca zachowam nie tylko w piśmie, ale także w samym filmie, jeśli oczywiście dojdzie do realizacji. Nie upierałem się i zgodziłem się z sugestiami jurorów, wśród których była współpracująca za Stanisławem Jędryką montażystka, Agnieszka Bojanowska. Trzeba przyznać, że wiadomość o przyznaniu stypendium zelektryzowała większość  moich znajomych, ale jakoś nie uruchomiła wyobraźni dotychczas współpracującego ze mną producenta, ani nawet samego bohaera filmu.On też coraz bardziej wątpił w możliwość realizacji wymarzonego przez nas filmu. „Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle”. Ewa Misiewicz nie ruszyła z posad bryły świata, ale zrobiła wszystko, żeby ci, od których cokolwiek w TVP zależy, powiedzieli jej jasno, czy zależy
im na tym, żeby film powstał, czy nie. Ze swej strony zaapelowałem via mail do Zastępcy Dyrektora I Programu TVP S.A. aby w tej nowej sytuacji spojrzał powtórnie na projekt, który uprzednio skierował do redakcji kierowanej przez Andrzeja Fidyka. Owszem, doszło do spotkania i konkretnej rozmowy, ale skończyło się na obietnicy przesłania materiałów literackich z książką Stanisława Jędryki do najbiedniejszego kanału TVP KULTURA. Tam temat utonął. Nie wchodząc w szczegóły dyskusji pomiędzy redaktorką
a moją producentką, rozstały się one z nadzieją na to, że w kolejnej fazie dyskusji rozmowa może przynieść oczekiwane przez nas zapewnienie emisji oraz wykopiowania z Archiwum Filmowego TVP. Jednocześnie ja napisałem do Pana Jerzego Duszy, który jest wielkim orędownikiem Stanisława Jędryki w Sosnowcu, aby rozeznał się w terenie, czy nie ma w okolicach Sosnowca chętnych do sponsorowania filmu o urodzonym w stolicy Zagłębia reżyserze.
Pan Stanisław z typowym dla siebie, wisielczym humorem odpowiedział mi
na te próby, żebym przynajmniej zadbał dla niego o pochówek na Powązkach
a nie jak to się zdarzyło w przypadku Ś.P. Bohdana Poręby, że SFP odmówiło mu
godnego miejsca na cmentarzu. Stowarzyszenie Filmowców Polskich
urządziło Stanisławowi Jędryce wielki benefis w sali kina KULTURA,
ale podejrzewam, że Prezes Jacek Bromski uczynił to zawstydzony
rozmową z jubilatem podczas uroczystości odsłonięcia obelisku ku
czci operatorów filmowych Powstania Warszawskiego. Zdegustowany
obojętnością SFP reżyser podzielił się z młodszym kolegą po fachu
taką oto uwagą: – Doceniam, Jacku Twoją delikatność, że nie zwracasz
uwagi na to, jak bardzo się starzeję. Pewnie dlatego po przekroczeniu
osiemdziesiątki nie usłyszałem od Ciebie żadnych życzeń…
Po takim dictum aperbum pozostał tylko do ustalenia termin benefisu,
który odbył się 8 listopada o godzinie 19 – tej. Prawie pół roku wcześniej,
tuż po zakończeniu Krakowskiego Festiwalu Filmowego, w Sosnowcu
wręczono szacownemu jubilatowi srebrny medal GLORIA ARTIS.
Wykorzystaliśmy tę wsaniałą sposobność kręcąc tzw. „zdjęcia uciekające”,
mając nadzieję, że przydadzą się te niepowtarzalne sceny, utrwalone w kadrze,
do naszego filmu. Przemierzyliśmy wraz z jego przyszłym bohaterem pół miasta
w poszukiwaniu znaczących miejsc z dzieciństwa i młodości słynnego Zagłębiaka.
Po powrocie do Warszawy był on zmęczony, ale szczęśliwy, bo tylu dowodów
uznania nie każdy z nas otrzymuje. Jeszcze pełen pozytywnej energii przyjmował
zaproszenia od klubu KICIA- KOCIA na warszawskim Grochowie, gdzie studenci
Politechniki Warszawskiej odśpiewali mu chóralnie tytułowy song z serialu:
„Stawiam na Tolka Banana”. W kinie KULTURA była o wiele starsza widownia.
Konferansjer przyznał się po przeczytaniu wzruszającej autobiografii reżysera, że
on wychował się na jego filmach, mimo że ich twórca zawsze odżegnywał się od
tego typu zamiarów. Chciał po prostu zrobić dobre filmy i seriale, co mu się zresztą
doskonale udawało. Miał szczęście do wybitnych aktorów i umiał ich z wyczuciem
dobrać do każdej roli. Sam też wystąpił w serialu „Na dobre i na złe” w roli reżysera
zbierając za to bardzo pozytywne recenzje. Kobiety zgodnie przyznają, że Pan
Stanisław potrafił się pięknie starzeć. Dodam nawet, że spędza te swoje emerytalne
lata nie tylko na kontrolnych wizytach u lekarza, ale stara się dotrzymywać kroku
młodszym od niego internautom. W swojej małej kawalerce, na czwartym piętrze,
spędza przy komputerze sporo czasu starając się zgłębić tajemną wiedzę o
Internecie i wszelkich pomocnych człowiekowi programach. Przez całe życie
w kinematografii pisał wszystko ręcznie, a teraz może to robić przy pomocy
klawiatury komputera. Nestor polskich filmowców idzie z duchem czasu.
To był dla niego rok pełen wrażeń, zarówno dla Stanisława Jędryki, jak i dla nas.
W pierwszej fazie walki z marzeniami polegliśmy, chociaż nie zostaliśmy jeszcze
całkowicie pokonani. Stary reżyser żartuje, że w końcu sam nakręci o sobie film.
Zachowało się sporo odręcznych notatek i szkiców, które wykorzystywał w pracy
nad kolejnymi wersjami, jakie pisaliśmy w nawiedzanej przez artystów kawiarni
„Marcinek” przy ulicy Miodowej na Starym Mieście w Warszawie.
W Opocznie sfilmowano go na tle rodzinnego domu, gdzie mieszkała jedna z jego
matek, bo (jak sam napisał w książce) miał dwie i ani jednego ojca. Właściciel
sprzętu filmowego zapewnia mu profesjonalny montaż nakręconego materiału.
Z dystansem i humorem reżyser stwierdza, że z czasem przemierza w karierze
drogę w odwrotnym kierunku, jaką idą młodzi twórcy. Oni zaczynają od sprzętu
amaorskiego w kierunku profesjonalizmu, zaś on sprzymierzył się z amatorami,
którzy kochają kino tak sami, jak on. Od nowoczesnej techniki zmierza teraz w stronę
braci Lumierre i podobnych im pionierów światowego kina. Co z tego wyjdzie?…
On sam jest ciekawy. My również… Z jednej strony mieliśmy złudzenia i nadzieję,
ale jeszcze nie upadliśmy na duchu tak nisko, żeby się nie podnieść do walki
w kolejnej rundzie. Która to już jest z kolei… i jeszcze ile nas czeka?

Minęło sporo czasu, zmieniały się składy komisji oceniających naszą autorską propozycję portretu filmowego starego reżysera. On sam zwątpił, że uda się przekonać kogokolwiek do tej idei, skoro tak wielu krytyków, scenarzystów i reżyserów nie wyraziło pozytywnej opinii na ten temat. Kilka dobrych słów skreślono tu i ówdzie na wstępie, czy wtrącono pomiędzy odsądzające nasz projekt od czci i wiary. W międzyczasie zmieniły się władze Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, przyszli nowi fachowcy, a po wyborach parlamentarnych do grona starych znawców doszlusowała nowa kadra. Ja już dawno się poddałem wyrokom komisji nieżyczliwych ekspertów, ale producentka, która zaangażowała tyle energii, sił i ostatków kapitału, ani myślała skapitulować. Ostatecznym rzutem na taśmę zdecydowała napisać rozpaczliwą prośbę do nowej Pani Dyrektor o szansę składania po raz wtóry odrzuconego przez wszystkie dotychczasowe instancje projektu. Pomyślała: wóz, albo przewóz… Najwyżej po raz kolejny otrzyma odmowę na piśmie, ale nie będzie potem sobie wyrzucać, że czegoś w tej sprawie zaniedbała. Ileż to razy wieźliśmy w zębach gruby pakiet pomnożony o ilość wymaganych kopii ze trajlerem na płytach DVD, oprawione jednolitego koloru plastikowe etui, a wszystko to przypominało inwestycje w kupon loterii fantowej. Wykupywaliśmy raz po raz los z niemą prośbą do Pana Boga, żeby tym razem dopisało nam szczęście. Trwało to całe miesiące, a w sumie parę lat pełnych nadziei i zwątpienia. W trakcie tych daremnych starań sam bohater stracił cierpliwość i pozwolił sobie nakręcić film o własnej matce sprzedając go tej samej telewizji, która miała być współudziałowcem obliczonego na pełnometrażowy film, planu. Stary reżyser miał moralne prawo tak postąpić, ale był to przysłowiowy strzał w kolano. Nie dość, że amatorski film pozostawał na półkach w telewizyjnym kanale KULTURA, to chcąc, nie chcąc, podważył on opinię o profesjonalizmie naszego przedsięwzięcia. Gwiazdorom jednak się wybacza a przecież nasz bohater z lwią grzywą platynowych włosów wzbudzał równie powszechny zachwyt jak sławny dyrygent Maksymiuk z pasja rozprawiający o symfonicznej orkiestrze, kompozytorach i muzyce, która od zawsze była treścią jego życia. Dla naszego bożyszcza najważniejszy był film… ni i kobiety! U schyłku życia pojawiła się na jego drodze młoda, piękna i utalentowana dziewczyna. Był to dar od losu dla niego… i dla nas. Stało się nawet tak, że gotowy scenariusz, w którym ledwie zaznaczyliśmy jej obecność ewoluował właśnie w stronę tego platonicznego, a może nawet bardzo intesywnego związku dwojga ludzi. Było w tym coś niewinnego i pięknego zarazem, że pomimo pięćdziesięciu lat różnicy wieku, ona potrafiła ożywić w sercu starego człowieka uśpione od dawna emocje. Wznieciło to w nim siły o jakich istnieniu mógł nawet nie mieć pojęcia, a seria portretów fotograficznych przypomniała go tym widzom jego filmów, którzy już dawno przestali być dziećmi. On sam odprowadzał na miejsce wiecznego spoczynku kilku bohaterów serialu o Tolku Bananie, a z pozostałymi aktorami utracił kontakt. Biologia ma swoje nieubłagane prawa i pomyślałem, że ja także nie przezwyciężę niewidzialnych barier, jakie sprawiły, że ten filmowy portret nie uzyskiwał przez tyle lat wsparcia ze strony prywatnego ani państwowego mecenasa. Siedząc z producentką przed ekspertami powiedziałem, że w tej całej historii nie są ważne moje artystyczne ambicje, bo to jest powinność, jaką wszyscy razem powinniśmy wypełnić, dopóki jeszcze istnieje taka szansa. Nie będzie jej, gdy twórca filmów, na których wychowywały się całe pokolenia odejdzie bezpowrotnie w przeszłość. Pewnie uznano to za moralny szantaż, ale musiałem to z siebie wyrzucić. Cokolwiek zdecydują w sprawie filmu wiem, że w tej sprawie zrobiliśmy wszystko, co jest możliwe.
…………………………………………………………..

No i zdecydowali wreszcie, ale to nie rozwiązuje naszych problemów. Dofinansowanie jest o wiele za małe, żeby ruszyć ze zdjęciami nie wspominając już o montażu i całej postprodukcji. Chcieli obdarować wszystkich, aby nikt nie czuł się pokrzywdzony, ale w ten sposób jesteśmy ugotowani. 120 tysięcy złotych po odliczeniu podatku VAT, to kropla w morzu potrzeb. Nawet rezygnując z własnych honorariów nie da się rozpocząć realizacji zatwierdzonego przez ekspertów scenariusza. Trochę złej krwi wprowadziło do profesjonalnego kina austriackie gadanie o możliwości produkcji filmów robionych telefonem komórkowym. Usłyszeliśmy nie raz w odpowiedzi na nasze drogie projekty, że amatorzy potrafią to samo zrobić taniej „za psie pieniądze”… więc właściwie czego my chcemy i o co nam chodzi…? Z takimi argumentami nawet trudno dyskutować.

Napisałem mail do PZPN mając nadzieję, że Prezes Zbigniew Boniek oglądał Paragona w serialu “Do przerwy 0:1” i w ramach promocji piłkarstwa uszczknie sto tysięcy dla filmu o reżyserze, który zupełnie dobrze grał w piłkę. W końcu ta potężna organizacja nie jest biedna, bo otrzymała niemałą premię za awans drużyny narodowej. Na razie nie ma odpowiedzi. Druga możliwość pozyskania brakującej sumy, to Wielkopolski Fundusz Filmowy. W Poznaniu, który wielokrotnie nagradzał filmy bohatera i uhonorował twórcę Platynowymi Koziołkami za całokształt dorobku artystycznego, Stanisław Jędryka prowadził warsztaty fiilmowe dla młodzieży. Jest to na pewno tytuł do ubiegania się o wsparcie od tak hojnego sponsora i potencjalnego udziałowca. Trzecim adresem, pod który musimy się udać jest Studio Filmowe KADR, które jest depozytariuszem zrealizowanych przez reżysera filmów fabularnych. Tak więc otwiera się kolejny rozdział pracy, na którą mamy coraz mniej sił i nadziei, że uda się dotrzeć do mety trwającego już trzy lata maratonu. Ale nie mamy innego wyjścia. Skoro z taką energią i zapalczywością przekonywaliśmy członków Komisji w PISF, że ten film jest potrzebny, nie możemy w tej chwili poddać się i zrezygnować.

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS