RSS
 

Powrót do LZN

21 lis

AERODROM Cokolwiek nie pomyśleli o nas obrzydliwie bogaci partnerzy zza Oceanu, na pewno nie dali po sobie tego poznać. Nie zmienili pierwotnego zamiaru, aby pomiędzy zdjęciami i wywiadami, zaprosić nas wieczorem do eleganckiej restauracji na uroczystą kolację, w gronie współpracujących z nami osób w stosunkowo młodym wieku. Przed wejściem stał potężnej postury Murzyn (pardonne mois le mot) Afroamerykanin w uszytym na swoją miarę kostiumie. Wyglądał imponująco w feerii jarzących się przed wejściem świateł. Można było odnieść wrażenie, że to nie restauracja, a kinoteatr gdzieś na Broadwayu. Tymczasem był to największy port wielorybniczy w tym zakątku kuli ziemskiej.
Proponowane menu było przebogate, pełne owoców morza i wykwintnych dań. Jakoś nie mogłem się zdecydować, więc dla pewności zamówiłem zwykły kotlet schabowy z ziemniakami, białą kapustę i piwo. Okazało się, że największy kłopot był z kartoflem, którego mi podano na gorąco zawiniętego w sreberku, rozkrojonego z kostką masła w środku. Można się poczuć zaskoczonym oczekując, że gdzieś indziej spożywają zupełnie dla nas nieznane potrawy, a nie potrafią przyrządzić tak prostych i smacznych dań jak zupa ogórkowa, czy gotowane kartofle z kwaśnym mlekiem. Dla pewności wszelkie wstępne ustalenia przed wylotem za Ocean poczyniliśmy już w Warszawie z nieco starszym od amerykańskich biesiadników, przedstawicielem firmy Boeing z polskiej strony. Był on niezmiernie dumny z wprowadzania do rejsowych samolotów innowacyjnego rozwiązania „winglet”, które dzisiaj jest powszechnie stosowane w liniach lotniczych na całym świecie. Montowane dzisiaj na końcówkach skrzydeł profile pozwalają oszczędzać znaczne ilości paliwa, a o decyduje o kosztach przewozu pasażerów. Lecieliśmy Boeingiem do Stanów Zjednoczonych i Kanady z nadzieją pozyskania nowych przyjaciół i nie zawiedliśmy się.
Mogę dziś powiedzieć więcej, że nie spodziewaliśmy się tak wielkiej ilości niespodzianek. Jedną z nich zgotował nam nasz spolegliwy Cicerone, Adam Przekop. Zawiózł nas on w magiczne miejsce, nieopodal Kill Devil Hill w Pensylwanii, skąd bracia Wilbur i Orwill Wright wystartowali do pionierskiego lotu w przestworza. Był doskonale zorientowany w początkach historii lotnictwa, o czym opowiadał na tle szopy, w której spali i naprawiali przygotowywany do lotu samolot. Pokazywał szynę, po której sunęło podwozie aeroplanu wspomaganego przez pomysłową dźwignię z ciężarem, który opadając dodawał startującemu bolidowi sporej porcji energii kinetycznej. Ostatecznie on sam zaprezentował się na ekranie jako student amerykańskiej uczelni o specjalności, którą docenili w NASA, angażując go do zespołu naukowców opracowujących projekt poszycia kadłuba statku kosmicznego lądującego w przyszłości na Marsie.
Kolejna, wielka kariera polskiego studenta wydziału ME i L Politechniki Warszawskiej rozpoczęła się w osiedlowej modelarni pod patronatem Aeroklubu Polski, prowadzonej przez instruktora modelarskiego, Bogdana Wierzbę z Aeroklubu Polski w Warszawie. Tam, na Polu Mokotowskim startowali w pierwszych latach istnienia polskiego lotnictwa piloci, którzy byli pensjonariuszami Villa Wawel Copernicus Center w Kanadzie, a w Stanach Zjednoczonych mieszkali w ofiarowanej Polsce i Polonii willi Apolonii Chałupiec. Pilot Stanisław Błasiak zdążył nagrać na video ostatnią rozmowę z Bolesławem Orlińskim, a my mogliśmy zarejestrować na taśmie opowieści przyjaciół bohatera rekordowego rajdu na trasie Warszawa – Tokio – Warszawa w Izbie Tradycji Jego imienia i wiecznej pamięci. Prowadził ją niestrudzony w propagowaniu polskiej awiacji kurator tej placówki, Tadeusz Kowalczyk z pilotem Markiem Ostrowskim, autorem wspomnieniowej książki: „Wyżej niż Piniory” o długiej drodze emigrantów z Ameryki Południowej do polskich dywizjonów lotniczych w Wielkiej Brytanii. On był jednym z nich. Towarzyszył następnego dnia kombatantom z całych Stanów, którzy zjechali do Miasta Aniołów, aby spotkać się, być może po raz ostatni z byłymi pilotami, nawigatorami, bombardierami, radiotami, strzelcami i technikami pokładowymi różnych specjalności.
Willa Rudolfa Valentino i Poli Negri w okolicy Los Angeles wyglądała przepięknie, wręcz okazale, zaś zgromadzeni w niej weterani lotnictwa polskiego przyjechali tam na doroczny zjazd. Aby ułatwić nam pracę Andrzej Dąbrowa i jego rówieśnicy zebrali w jednym miejscu żyjących weteranów lotnictwa.KASPERKA Urodzony w Opolu Werner B. Kirchner miał do organizatorów zlotu pretensje, że go nie poinformowano o tej imprezie. Nie mieliśmy wystarczająco dużo czasu, żeby pokonać odległość 200 mil w tę i z powrotem, dla nagrania jednego, choć bardzo cennego wywiadu. Podobnie było w Seattle, gdzie jeszcze mieszkał i żył, w stosunkowo dobrej formie, pilot Bolesław Gładych ze słynnej amerykańskiej formacji Eagles w Wielkiej Brytanii. Udało się nam tylko zarejestrować ( przy okazji filmu o Stanisławie Skalskim) rozmowę z generałem lotnictwa Tadeuszem Anderszem w Londynie, z tej samej jednostki. Wystawę pamiątek po trzecim pilocie myśliwskim z amerykańskiego Dywizjonu Orłów, w którym latali również Polacy, sfilmowaliśmy w nowojorskiej siedzibie weteranów. Przyjechał tam również pilot latający w Pakistanie, niezwykle szanowany i zasłużony pilot Jan Franczak, ale cóż z tego, jeżeli on nie potrafił płynnie mówić. Nie chodzi o to, żeby kombatant oczarowywał widza i słuchacza krasomówstwem, chociaż Stanisław Skalski miewał takie monologi. Nic dziwnego, skoro ten As myśliwski chciał być w młodości aktorem. Z dziennikarskiego obowiązku zarejestrowaliśmy jego wspomnienia,ale do filmu weszły kadry z ekspozycji poświęconej lotnikowi z amerykańskiego Dywizjonu Orłów (Eagles Formation) Frankowi Gabresky’emu, czyli Franciszkowi Gabryszewskiemu z Żyradowa, który zdążył jeszcze wykazać się skutecznością i mistrzostwem pilotażu w wojnie koreańskiej. Wspominał o nim generał Donald Joseph Kutyna, z podobnym uznaniem wyrażał się o nim w laboratorium badań aerodynamicznych szef tej placówki naukowej uniwersytetu w Pensylwanii. Najbardziej osobiste wspomnienia o tym wspaniałym pilocie i człowieku usłyszeliśmy z ust generała pilota Tadeusza Sawicza, chociaż i on miał już spore trudności z płynna wymową i układaniem zdań w sensowną całość. Wywiad trwał ponad godzinę, a do wyboru było niewiele użytecznego materiału.
Niestety, wiek i prawa biologii robią swoje. Czas jest nieubłagany, czyniąc z dnia na dzień w ludzkiej pamięci olbrzymie spustoszenia. Zdawałem sobie sprawę, że choć słusznie zdecydowaliśmy się, to było już stanowczo za późno na tę pobieżną z konieczności dokumentację ostatnich, żyjących lotników z okresu drugiej wojny światowej. W Kanadzie zjawili się oni razem w Muzeum Historii Lotnictwa w Hamilton, gdzie znajduje się latający egzemplarz bombowca Avro Lancaster z insygniami poległego bohatera, Andrzeja Młynarskiego. Samolot ma pod kabiną pilota wymalowany wizerunek najwyższego odznaczenia przyznanego mu pośmiertnie w uznaniu zasług przez królową Imperium Brytyjskiego. Zależało nam przede wszystkim na żyjących uczestnikach drugiej wojny światowej, ale zapominaliśmy o poległych lotnikach myśliwskich i bombowych, którzy stali się dla nich wzorcem do naśladowania. O nich piszą sami piloci, którym udało się przejść przez to piekło: Janusz Meissner, Bohdan Arct, Stanisław Skalski, Witold Urbanowicz, Eugeniusz Ejbich, Włodzimierz Olszewski, Stanisław Pawlikowski, Ludomił Rayski, Tadeusz Rolski, Wacław Król, a w ich ślady poszli młodsi polscy piloci i historycy lotnictwa, dla których oni z kolei są wielkim natchnieniem. Stworzyli oni nawet grupę rekonstrukcyjną, która pojawia się w mundurach lotniczych z okresu drugiej wojny światowej prezentując, obecnym na uroczystościach ludziom, jak w rzeczywistości wyglądali bohaterowie Bitwy o Anglię w polskich mundurach RAF. Są dzisiaj wysoko cenionymi konsultantami wielu filmów historycznych i dokumentalnych, w tym ekranizacji „Dywizjonu 303” Arkadego Fiedlera.
Tak oto w skrócie wygląda historia naszej zaoceanicznej eskapady z filmowym tryptykiem lotniczym, jako materialnym rezultatem tego zbiorowego wysiłku. Pozostało nam jeszcze odwiedzić w kraju Szkołę Orląt, muzea lotnicze i zakłady produkujące samoloty. Wtedy było to jeszcze możliwe, dzisiaj wiadomo, jak to wygląda… czarna rozpacz, Black Hawk.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS