RSS
 

Przyjaciele LZN za Oceanem

20 lis

duoBOOKJeden z absolwentów Lotniczych Zakładów Naukowych, mój serdeczny kolega ze szkolnej ławy, po wybuchu stanu wojennego w Polsce, znalazł się za Oceanem. W kraju nie miał żadnych perspektyw na przyszłość. Dyplomowany inżynier Politechniki Wrocławskiej, Jerzy Michniewicz, jako technik o specjalności budowy silników lotniczych, pracował w kanadyjskich zakładach Orenda Aerospace Corporation… właśnie tam, gdzie skonstruowano i zbudowano prototypy słynnego, ponaddźwiękowego myśliwca Avro Arrow. Samolot ten był na owe czasy prawdziwą rewelacją techniczną i nowością pod każdym względem. Oblatywali go również polscy piloci doświadczalni: Żurakowski i „Spud” Potocki. Byliśmy goszczeni przez Państwa Annę i Bronisława Żurakowskich na oddalonych o pięćset kilometrów od Toronto „Kaszubach”, gdzie spotkaliśmy się z wnuczką lotnika i dowódcy Dywizjonu Myśliwskiego 306. Krysia poszła w ślady słynnego dziadka i jest dzisiaj instruktorem szybowcowym. Tam też zarejestrowaliśmy rozmowę Bronisława Żurakowskiego z pilotem 300 Dywizjonu Bombowego Ziemi Mazowieckiej, Kazimierzem Szrajerem, który Dakotą latał do okupowanego kraju z takimi kurierami, jak Jan Nowak Jeziorański, czy Józef Hieronim Retinger, a także po części z dokumentacją techniczną pocisku V-1. Podczas pobytu w zimowym krajobrazie kawałka Polski za Oceanem, udało się nam spotkać z emerytowanymi pilotami bombowymi, a przy okazji poznać konstrukcje Polaków, którzy w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych spędzili większość profesjonalnego życia.
Mam jeszcze gdzieś dokumentację i zachowany fragment amatorskiego filmu z próbnego lotu szybowca, znanego jako „latające skrzydło”. Mimo pokaźnej biblioteczki lotniczej, jaką posiadam w swoich zbiorach i częstego zaglądania do tych książek, dowiadywałem się całkowicie dla mnie nowych rzeczy. Byłem niezmiernie wdzięczny gospodarzom Kaszub, za sposobność do spotkania z tak ciekawymi ludźmi, których pasją życia jest lotnictwo. Czas zaciera ludzkie wspomnienia, ale na szczęście pozostały taśmy z wywiadami o pracy członków kanadyjskiego aeroklubu nad nowym samolotem, który dzisiaj ma pewnie na liczniku sporo wylatanych kilometrów, nie mil, bo w Kanadzie temperaturę i odległość mierzy się dokładnie tak, jak w Europie. Inaczej, niż w Stanach Zjednoczonych, które po zabójczej ingerencji w program budowy Avro Arrow, traktowane są z taką samą rezerwą, jak Polacy zawsze traktowali swojego Wielkiego Brata.
W towarzystwie Petera Grajdy, autora internetowej strony o polskich tradycjach kulturalnych, morskich i lotniczych w Kanadzie, udaliśmy się do członków grupy rekonstrukcyjnej, którzy budowali ruchomą makietę Avro Arrow z myślą o tym, żeby były fabryczny pilot doświadczalny, Bronisław Żurakowski mógł nim kołować po pasie startowym fabrycznego aerodromu. Zostaliśmy szczegółowo zaznajomieni przez tych zapaleńców z dramatyczną historią zniszczenia gotowych już samolotów, której poświęcono nawet wielki, fabularny film z gwiazdorską obsadą. Po jego obejrzeniu u Państwa Boehm, ruszyliśmy do siedziby największych zakładów lotniczych w Ameryce Północnej, w Seattle. Centrala koncernu Adobe, matecznik Billa Gatesa, jest miejscem, do którego prybywają transporty z podzespołami Boeinga z całych Stanów Zjednoczonych. Scalane są one w największej hali montażowej na świecie, którą zwiedzaliśmy w towarzystwie polskiego inżyniera zatrudnionego przy projektowaniu podwozia. Spotkaliśmy tam także Polki i Polaków instalujących we wnętrzu ogromnego kadłuba kilometry rurek pneumatycznych, hydraulicznych i przewodów elektrycznych. Co ciekawe,wszyscy sobie chwalili program socjalny w tym kapitalistycznym przedsiębiorstwie. Opieka medyczna, bezpłatne szkolenia, bogaty program z tanią ofertą wypoczynku i rekreacji to standard… Zupełnie inaczej, niż w Polsce.
Norman Boehm, który poślubił polską pisarkę, Aleksandrę Ziółkowską, nie dałby jednak o tym kraju złego słowa powiedzieć.AleksNorman Na dodatek jest on zdeklarowanym fanem lotnictwa. Nic dziwnego, bo w młodości był pilotem lotnictwa morskiego US Air Forces. Z myślą o nas, zaprosił do siebie dwóch weteranów polskiego lotnictwa, jednego myśliwca, drugiego bombowca. Rozprawialiśmy więc z nimi o dawno minionej historii walk podczas drugiej wojny światowej, obowiązującej wówczas taktyce, epizodach z przeciwnikami, których nie znajdziesz w oficjalnych historycznych opracowaniach, bo nie wszystko nadaje się do druku. Prawdę, o jakiej nie wypada mówić publicznie usłyszeliśmy z ust świadków historii. Fred Bankowski nie owijał w bawełnę zdradzając się z niepohamowanej chęci całkowitego unicestwienia wroga, który salwował się ucieczką z płonącego samolotu na spadochronie. Dla niego był to po prostu osobisty rewanż za hitlerowskie zbrodnie wojenne podczas kampanii wrześniowej w Polsce wedle zasady: Oko za oko, ząb za ząb…” Niemcom za sterami myśliwców i bombowców wmawiano wówczas, że na ziemi nie ma żadnej ludności cywilnej, tylko wszystko, co się rusza jest to siła żywa do zlikwidowania.
W trakcie długiej rozmowy z weteranami, słuchając ich wojennych wspomnień, nabrałem ogromnego szacunku do Freda Bankowskiego, który przywędrował aż z dalekiej Syberii, żeby uczestniczyć w nalotach bombowych na Niemcy i okupowaną Francję. Jednak w tym samym dniu, kiedy ogłoszono wreszcie pokój po sześcioletniej, krwawej wojnie, on sam natychmiast zapomniał o wojsku i lataniu. Po prostu wyrzucił z pamięci wojenne koszmary starając się powrócić do normalnego życia. Naturalnie z przeszłości płynnie przeszliśmy do wizji przyszłości, która w ich własnej opinii również nie w pełni pokrywała się z projektami zakupów myśliwców F-16 dla Wojska Polskiego.
Doświadczeni piloci, stare, lotnicze wygi, nie byli do końca przekonani o tym, że oddalony o tysiące kilometrów partner jest dość niezawodnym serwisantem w przypadku jakiejkolwiek awarii tak nowoczesnej aparatury i wrażliwego sprzętu bojowego. Z przytulnego, drewnianego domku w kolonialnym stylu, gdzie przy kominku spędziliśmy godziny na nocnych Polaków rozmowach, przenieśliśmy się do odległej siedziby inżyniera Franka Nicholasa Piaseckiego, słynnego konstruktora „latającego banana”, który był często używanym śmigłowcem w amerykańskich operacjach bojowych podczas wojny w Wietnamie.
Korzystając z doskonałej znajomości języka przez zaprzyjaźnionego kierowcę, obieżyświata, zarazem naszego przewodnika, inżyniera Adama Przekopa, przeprowadziliśmy wywiad ze znanym polskim inżynierem, konstruktorem, wielce zasłużonym dla promocji słynnego „Sokołasw3” Schorowany starzec ledwie odpowiadał na zadane mu pytania, a właściwie mamrotał po angielsku, bo przed naszym przyjazdem przeżył kolejny wylew krwi. Stąd wynikała konieczność dokładnego rozpoznania intencji naszego rozmówcy. Dzięki niemu produkowany w Świdniku śmigłowiec SW-3 otrzymał cenny, międzynarodowy certyfikat techniczny stanowiący ważną przepustkę na targi lotnicze odbywające się na całej kuli ziemskiej. Synowie, którzy kontynuują pracę znanego w kraju i za Oceanem ojca, opowiedzieli o swoich projektach lotniczych realizowanych w założonym przez Franka Nicholasa Piaseckiego przedsiębiorstwie. Fotografując się razem po zdjęciach filmowych miałem wrażenie, że uwieczniamy coś, co za chwilę przestanie istnieć. Nie chodzi o wystrój wspaniale urządzonego domu, ale o gospodarza, który niebawem zamilknie i bezpowrotnie odejdzie w przeszłość, jak zresztą wielu polskich lotników, którzy po wojnie znaleźli się poza Polską. Zdaję sobie sprawę, że piszę głównie o zmarłych, którzy mieli tak wspaniałe życie w lotnictwie i zostali docenieni przez swoich współczesnych. Dobrze wiedzieć, że coś takiego jest na tym świecie możliwe.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS