RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2016

Kiedyśmy żyli …

30 wrz

Coraz liczniejsze, nagłe i niespodziewane odejścia, bez powrotów bliskich sercu ludzi, zdarzają się coraz częściej, a myśl o tym nie opuszcza mnie, im bliżej listopadowych Zaduszek. Nie ma już między nami niezapomnianego Edka Żentary, ( chyba przeczuwał własną śmierć grając tak sugestywnie Janka Praderę w „Siekierezadzie”) Jurka Grałka… miałem nadzieję, że do tego czasu lista odchodzących na zawsze znajomych nie zwiększy się ani o jedną osobę, ale to było niewykonalne. Nauczyciele z naszej łódzkiej szkoły filmowej, także udają się na wieczny spoczynek, jak parę lat temu Wojciech Jerzy Has a także spore grono jego współpracowników. Oni również mieli na nas wielki wpływ. Asystowaliśmy im po ukończeniu szkoły, a w szufladzie zachowałem jedyny, ręcznie napisany list od Andrzeja Wajdy. Wielki Mistrz już nie będzie obecny na polskiej premierze swojego najnowszego filmu. Ktoś kiedyś rzekł, iż wraz ze śmiercią ważnych dla nas osób i my sami, w jakiejś części, umieramy. Może to i prawda… ZWKowalewskiO zmarłych nie powinno się mówić, żle a jednak sławny reżyser kompletnie zagubił się w tym polskim chaosie zmian, nie on jeden zresztą. A to był przecież ktoś, komu zawdzięczamy inspirację i naukę zasad, wobec których buntowaliśmy się, ale też dzisiaj pozostajemy im wierni, bo to były mądre rady bardzo doświadczonego człowieka. Tempus fugit… Czarna seria trwa. Po wielkich cierpieniach odszedł wreszcie słynny, serialowy Czterdziestolatek, któremu małodusznie odmówiono pochówku na cmentarzu w Laskach. Wydaje się to niezrozumiałe, ale dzięki temu Andrzej Kopiczyński pochowany zostanie w Alei Zasłużonych na warszawskich Powązkach. Może to i lepiej?…
Czasy się zmieniają, a my wraz z nimi, nie jesteśmy przecież coraz młodsi, może tylko bardziej interesujący się sprawami, o których wciąż mamy co najwyżej blade pojęcie. Cóż bowiem można rzec o śmierci? Należy się z nią pogodzić i żyć dalej, aż do kresu. Jeszcze jako student łódzkiej PWSFTv i T, grałem u Jurka Ridana w jego absolutoryjnym filmie rolę robotnika, który został pobity przez innych roboli. Film został przez rektora Stanisława Kuszewskiego potraktowany równie brutalnie, a zmarły reżyser nie mógł zrekonstruować go po nadejściu nowej epoki, bez cenzury politycznej. Odszedł niepogodzony z tym światem i jego brutalną rzeczywistością. Wcześniej od niego pożegnał się z nim operator zdjęć w filmach leszka Wosiewicza i moich rówieśników, Krzysztof Ptak. Nigdy nie spotkałem się z nim na profesjonalnym planie, więc pielęgnuję miłe wspomnienia ze szkoły filmowej w mieście Łodzi przy ulicy Targowej. Tak jest o wiele lepiej, niż mieć głupi żal do niesprawiedliwego losu.
W sierpniu pożegnaliśmy skromną i cichą artystkę, którą większość oceniaczy sztuki kojarzyło jako córkę znanego i szanowanego pedagoga Akademii Sztuk Pięknych i wnuczkę słynnego drzeworytnika, Władysława Skoczylasa.witkaDorobek i nazwisko Agnieszki pozostawało znane najbliższym znajomym i rodzinie. A przecież jeszcze na miesiąc przed śmiercią kipiała energią za wielu gości obecnych na ślubie i weselu jej córki. Nie poddawała się chorobie wierząc, że ma jeszcze przed sobą sporo czasu, ale los zrządził inaczej. Odejście ludzi w sędziwym wieku nie powinno nas już dziwić… Od dzieciństwa rodzice wpajają swoim pociechom wiedzę o tym, że wszyscy rodzimy się, powoli dojrzewamy, niepostrzeżenie starzejemy się i w końcu umieramy. Tak to po kolei odchodzili nasi mistrzowie sztuki filmowania, Henryk Kluba (ten, który nad Bałtykiem niósł Polańskiemu szafę z Goldbergiem) i niezapomniany profesor Jan Rutkiewicz, u którego wraz z koleżanką z roku, zagrałem rolę ciężko kontuzjowanego żużlowca w telewizyjnym filmie „Poza układem„. Zdecydował się na to widząc mnie w szkolnych etiudach operatorskich i reżyserskich, a to w „UCIECZCE” Leszka Wosiewicza, znów też w „Lekarzu wiejskim” wg Kafki, w reżyserii Krzysztofa Skudzińskiego. Być może to moje półprywatne aktorzenie zdecydowało o przyjęciu do szkoły, a nie ciąg wydarzeń podczas morderczych egzaminów. To był naprawdę cudowny okres, kiedy wspaniali, wrażliwi ludzie wspierali się wzajemnie, bo potrafili docenić talent, który widać. Nawet, jeżeli jesteśmy przekonani, że to dawno minęło i powoli uległo zapomnieniu… to nie jest zupełna prawda INGRID Są przecież bezinteresowni ludzie, którzy wspierają nas duchowo i przez to wydają się nam wieczni… Czas ich się nie ima… Tak bardzo ich istnienie wydaje się nam oczywiste, że świat bez nich nie istnieje. Dlatego też niespodziewana śmierć Normana Boehma była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Blisko spowinowacony z boską Ingrid Bergman lotnik i przedsiębiorca był mężem świetnej, polskiej pisarki, która przybliżyła mu swój kraj tak bardzo, że go pokochał wraz z nią. Pogodziliśmy się z tym, że niezbadane są wyroki Boskie i w pokorze przyjęliśmy ten kolejny, smutny fakt bez protestów. Taka jest przecież naturalna kolej rzeczy…
Minęło lato i pod koniec września trzeba było pogodzić się z kolejną wiadomością, tym razem o śmierci byłego męża znanej aktorki. Dla mnie to był najbliższy kolega ze studiów w łódzkiej szkole filmowej, Waldek Dziki. VALDiA dziennikarze w prasie i na forach internetowych napisali, że zmarł mąż wcześniej zmarłej na raka, naszej rówieśniczki, Duśki Trafankowskiej. Niech im będzie, ja wiem, że był on kimś wyjątkowym, zawsze życzliwym, bez cienia zawiści, jaka panuje w środowisku artystycznym.
Kiedyś przyjechała do Łodzi dziennikarka z magazynu FILM. Pani Barbara Mruklik po rozmowie z naszym rokiem reżyserii zatytułowała opublikowany wywiad: „ICH BĘDZIE KINO„. Okazało się, że to kino jest rzeczywiście ich, (Nataszy, Dzikiego, Pitery, Novicy, Alego) a nie moje… I bardzo dobrze, bo świat pełen ludzi szczęśliwych, całkowicie spełnionych artystycznie byłby nie do zniesienia. Już jako starszy reżyser, po przejściach odkryłem, że istnieje jeszcze życie poza telewizją i kinem.
Nie wszystko, co zostało powiedziane podczas naszej długiej dyskusji o sztuce, zmieściło się na kilku stronach magazynu filmowego. Zapamiętałem jednak to, że Waldek marzył o tym, aby na planie filmowym pracować, jeść, kochać się i umierać. Paradoksalnie, tak mu się to właściwie ziściło, bo żył w szalonym tempie realizując swoje marzenia, a naprawdę miał ich bez liku. Był najmłodszy na roku i to raczej on miał odprowadzać nas na miejsce wiecznego spoczynku.NATASZA

W ilustrowanym naszymi podobiznami artykule mam z nim wspólną fotografię, a ze szpaleru tych cudownych, młodych, pełnych nadziei postaci zniknęła wcześniej zjawiskowa piosenkarka, dziennikarka i dokumentalistka, Natasza Czarmińska, która pomagała mi w przygotowaniu profesjonalnego debiutu filmowego. Razem pracowaliśmy w filmie zmarłego już reżysera Krzysztofa Nowaka : „Grzechy dzieciństwa„. Ja asystowałem wówczas starszemu koledze, a ona grała w tym filmie rolę guwernantki bohaterek opowiadania Prusa. Wielce tajemniczy, przystojny i intrygujący syn aktora, Paweł Danielewski , z którym w stanie nieważkości, wspólnie przemierzaliśmy o świcie łódzkie parki i ulice, został ostatecznie pokonany przez złośliwy nowotwórDANIEL.

Dzisiaj, po kilkudziesięciu latach spędzonych z dala od szkoły (a nie jakiejś „filmówki”) wspominam tych, którzy pozostali jeszcze z tego wspaniałego roku: Piotr Hanuszkiewicz i Andrzej Falber w Niemczech, Tomek Przestępski, tuż za miedzą, Syed Ali Haider Rizvi wykłada teorię filmu w dalekim Bangladeszu, Peter Vajda na Węgrzech, Novica Dragovic w kraju i na terenie byłej Jugosławii, Aleksander Czekanowski gdzieś we Wiedniu, Paweł Pitera, Bożena Jabłońska i Janek Moskal… no i ja, piszący te słowa nie wiadomo po co… chyba dla tych, którzy wciąż jeszcze pamiętają się nawzajem?…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

C’est le ton, qui fait la chanson…

10 wrz

… co znaczy, że na urok piosenki ma wpływ ton, tembr głosu śpiewaka, szansonerki, a o ich powodzeniu decyduje publiczność.
Można oczywiście sprytnie podmienić osobę i podłożyć zupełnie inny dźwięk, ale prędzej czy później oszustwo wyjdzie na jaw.
Ostatnimi czasy zauważam coraz więcej takich prób zauroczenia odbiorcy przy użyciu nowoczesnej techniki i oprogramowania. Mamy więc okazję usłyszeć wywiad ze zmarłym filozofem, kaznodzieją, pilotem samolotu, bo przecież ciemny lud wszystko kupi. Nieważne, po czyjej stronie leży wina. To współczesne media serwują swojemu audytorium coraz potężniejszą porcję info propagandy. Po raz kolejny słyszymy więc o odkryciu oryginalnych nagrań z kabiny tupolewa TU154 M. Dzisiaj nikogo już to nie dziwi. Wiedząc o tym, że bez dowodów śledztwo jest niemożliwe czekałem na zwrot czarnych skrzynek i wraka.
Nie wypowiadałem się o przyczynach tragicznej katastrofy polskiego samolotu z prezydentem na pokładzie mając nadzieję na dostęp do źródeł. Do tej pory to nie nastąpiło i dopóki się to nie stanie będziemy świadkami wrzawy wściekłych, nastawionych przeciw sobie ludzi. Jedni nie czują się winni, inni są skrzywdzeni, a otacza ich tłum domagających się prawdy Polaków. Trudno wciąż prostować kłamstwa, bzdury i oczywiste przeinaczenia faktów ukryte pod płaszczykiem naukowych teorii.
Kiedy młodszy ode mnie wydawca, który jest doświadczonym kontrolerem lotów, odpowiedział na pytanie ministra obrony niezgodnie z jego oczekiwaniami, został uznany przez niego za oszołoma. Ja również mam techniczne wykształcenie w dziedzinie awiacji i właśnie dlatego milczałem, kiedy politycy, internauci i wszelkiej maści znawcy przedmiotu prześcigali się w oskarżeniach o manipulację. Jednym z tych niesłusznie obwinionych jest reżyser filmu „Smoleńsk„, wielki artysta polskiego kina. Przedstawił on swoją, indywidualną wersję wielkiej, narodowej tragedii, jaką była katastrofa lotnicza 10 kwietnia 2010 roku.
Fabularna wizja Antoniego Krauzego wywołała konsternację i zrozumiałe niezadowolenie przeciwników spiskowej teorii zamachu. Sęk w tym, że grono zwolenników tej wersji wydarzeń jest niemałe i wszelkie próby ośmieszenia, czy zohydzenia filmu są daremne. On już jest i trzeba się pogodzić z jego istnieniem. Jakiś webmaster zredagował sprytnie bazę IMDB zaliczając „Smoleńsk” do gatunku fantasy o czym nie omieszkał poinformować na facebooku.
Pal diabli takie, dość mało wybredne wybryki, ale żal mi twórcy tego nieudanego ponoć dzieła. Ataki na jego osobę przypuściły tzw. autorytety moralne, chociaż od dawna słyszę, że większość z nich już odeszło bezpowrotnie w przeszłość. Obawiam się, że autor może nie wytrzymać presji sprzeciwiających się jego filmowi opozycjonistów. Chciałbym, aby ten chór ucichł, ale zdaję sobie sprawę, że wszelkie apele w tej sprawie są wołaniem na puszczy.
W końcu, kim ja jestem, żeby prosić o spokój dla tego reżysera, mojego mistrza, który wcześniej nakręcił sporo wybitnych filmów…?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS