RSS
 

Archiwum - Czerwiec, 2016

I ty, Brutusie, przeciw mnie?

27 cze

To nie ja powinieniem pisać o “Bandzie Czworga”, ani wspominać o tym, że ich prowokacyjne działania zapoczątkowały właściwie rzeczywistą reformę kinematografii jeszcze w PRL. Data śmierci mojego mistrza i nauczyciela, w dniu imienin mojej świętej pamięci żony, skłania jednak do osobistych rekapitulacji faktów z przeszłości. eKiedy u schyłku ubiegłego wieku wywieszałem na korkowej tablicy w korytarzu WFD swoje płomienne oświadczenia i manifesty, dojrzali dokumentaliści stukali się w czoło, bo w owym czasie nikt nie wierzył w skuteczność jakiejkolwiek próby odmiany ustalonego schematu działania multimedialnego molocha w służbie rządowej propagandy. O założeniu samodzielnej grupy twórczej nikomu się wtedy nawet nie śniło. Nam, młodym i zbuntowanym reżyserom było za ciasno w oficjalnych strukturach, które uniemożliwiały nam jakikolwiek swobodny ruch, nie wspominając już zupełnie o wolości artystycznej. Kierownik produkcji, Zbigniew Domagalski, nieśmiało zagadnął mnie chcąc zaspokoić ciekawość, czy też rozwiać swoje podejrzenia i wątpliwości. Byliśmy wtedy w sytuacji sam na sam, więc zdobył się na szczerość i zapytał wprost, czy możliwe jest powołanie spółdzielni filmowej w kontrolowanej przez władzę kinematografii. Ja powołałem się na przykład funkcjonującego w istniejącym jeszcze wówcza NRD, dokumentalnego Studia Sheymana i Heynowskiego. Oczywiście tam nic się nie działo bez przyzwolenia Partii i Rządu, ale sama idea wspólnej pracy w naturalnie dobranym gronie producentów i autorów, była wielce pociągająca. Mieliśmy świeżo w pamięci współpracujące ze sobą komuny artystyczne, hippiesowskie grupy muzyczne… coś jednak udało się im stworzyć. Gdyby te nasze mrzonki poddać racjonalnej ocenie, to gest stukania się w czoło przez uznanych i doświadczonych filmowców, wydawałby się usprawiedliwiony. Im pewnie także śniło się kiedyś, że mogą o wiele więcej, niż pozwalają na to warunki.
Akurat w tym czasie nam sprzyjała atmosfera dojrzewającego w kraju przewrotu i pokojowej rewolucji. Właśnie na tej fali zdecydowaliśmy się przedstawić w Naczelnym Zarządzie Kinematografii projekt powstania Studia Filmowego autorów, dokumentalistów. Grupa inicjatywna: Zbigniew Kowalewski, Grażyna Bryżuk, Ignacy Szczepański i Włodzimierz Szpak, chciała obrać za patrona profesora Jerzego Bossaka. Urzędnicy poddali to w wątpliwość, przeciwnicy zaprotestowali, a my nie mieliśmy zamiaru trwonić sił na daremne zmagania. Na razie nie mieliśmy nazwy, ale szybko ją znaleźliśmy. Z mojego skrótu: Wiara i Rozwaga pozostała tylko nazwa WIR, którego logo stworzył Jerzy Kalina. Istotnym elementem jest w nim pióro ujęte w ramy kadru filmowego. Miało to głębokie uzasadnienie w repertuarze kina, jakie było blliskie członkom zespołu skupionego wokół “Bandy Czworga”. Tak nas własnie ochrzcił zacietrzewiony w walce z WIR-owcami reżyser Tadeusz Pałka zarzucając najpierw śmiertelnie poważnie, nieco później obracając w żart wszelkie posądzenia o rozbijactwo i chaos, jaki wprowadzaliśmy w ówczesny ład, wygodny dla tłustych kotów, które niedopuszczały do karmy nuworyszy i osób spoza ścisłego kręgu kamaryli wybranych dokumentalistów.
Toczyła się przez pewien czas podskórna lecz bezwzględna walka starych i młodych. Podczas ostatnich kolaudacji w dogorywającej instytucji filmowej, jedni atakowali drugich wytaczając przeciw sobie ciężkie działa. Każdy argument był dobry, żeby skompromitować adwersarza. Sam doświadczyłem tego jako członek Rady Artystycznej WFD i reżyser z trudem powstającego filmu o Violetcie Villas. Jest to jednak temat na osobną opowieść. Większość filmowców czuło tchnienie śmierci, jaka czekała skostniała Wytwórnię Filmów Dokumentalnych. Do tej nazwy dodano jeszcze jeden przymiotnik, Fabularnych, ale to na nic się nie zdało. Jej los był przesądzony, natomiast w zmarginalizowanym przedsiębiorstwie pozwolono na zaistnienie zupełnie nowych studiów. Nikt nie miał pojęcia, czym one miały być w rzeczywistości. Najważniejsze, że po długich i ciężkich cierpieniach udało się nam uniknąć nieuchronnej klęski, jaką nam przepowiadali rozsądni i doświadczeni ludzie. Pojawiali się wokół nas oferując rozmaite ekspertyzy, praktyczne wsparcie i znajomości, które okazały się w ich wypadku bezużyteczne, bo zostali na rozdrożu bez wsparcia, jakie do tej pory zapewniała im zakładowa organizacja partyjna. My byliśmy na samym początku drogi i staliśmy, jak Herkules na rozstajach, zmuszeni decydować, który szlak jest dla nas najwłaściwszy. Dzisiaj już wiemy, że szczęśliwie obraliśmy słuszny kierunek i bez Studia Filmowego WIR nie powstałoby Studio KRONIKA, a nawet sposób działania zreformowanego WFD i F oparty był w dużej mierze na naszych pionierskich przedsięwzięciach. Wspomina o tych pierwszych próbach zaistnienia na polskim rynku filmowym Pani Małgorzata Smoleńms w swojej pracy doktorskiej, poświęconej dorobkowi filmowemu twórców działających w studiach przy ulicy Chełmskiej 21.
Wbrew pozorom, wrogość niedawnych przeciwników zgasła natychmiast po przystąpieniu do realizacji pierwszych produkcji filmowych. Szefowie, Andrzej Brzozowski i Ignacy Szczepański zaprzyjaźnili się pomimo bariery pokoleniowej, a także odmiennego spojrzenia na kino. Pierwszy z nich był moim profesorem w łódzkiej szkole filmowej. Gdy żartował pytając: “I ty Brutusie przeciwko mnie?” odpowiedziałem mu, że nie byłbym godnym jego uczniem, gdybym pewnego dnia nie zbuntował się przeciwko swojemu ukochanemu mentorowi.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

INCYDENT NA URODZINACH

27 cze

Czasami zdarza się w życiu coś zupełnie dla nas nieoczekiwanego i tylko od nas zależy, czy należycie wykorzystamy ten moment w dobrym celu. Kiedy ta chwila mija bezpowrotnie żałujemy, że w porę nie dostrzegliśmy niepowtarzalnej szansy na zaistnienie. Taka sposobność nadarzyła się podczas imienin Jana Kochanowskiego, na których staram się być w połowie czerwca każdego roku. Przy okazji miałem ogromną przyjemność spokojnej lektury wydobytych z szuflad rękopisów wierszy Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Nie doceniamy wielkości polskich poetów, a oprócz Wieszczów mamy literacką spuściznę o niesamowitym ładunku emocjonalnym.
Legendarny bard Powstania Warszawskiego, kultowy poeta Pokolenia Kolumbów, poległy żołnierz, był jednym z wielu, wybitnych twórców, po których pozostały prawdziwe perły polszczyzny i arcydzieła. Nie możemy o nich zapominać, bo to są prawdziwe skarby: utwory i artyści. Kilka z nich nadaje się jako epitafium dla poległych w czerwcu 1944 bombowców z polskiego Avro Lancastera. O nich właśnie traktuje książka z filmem „Requiem dla Orłów„, która ukaże się niebawe nakładem Oficyny Wydawniczej AURORA. Jest to prawdziwa historia siedmiu wspaniałych, młodych lotników, którzy pochodzili z różnych stron świata. Każdy z nich wierzył w swojego Boga, ale byli złączeni więzami męskiej przyjaźni i wspólnym losem na śmierć i życie.
Wracając do wspomnianych na wstępie urodzin Jana Kochanowskiego, to ja naprawdę nie planowałem tego incydentu, ale skoro nagle i niespodziewanie pojawiła się okazja do promocji książki „Z nieba do Nieba”, o Janinie Lewandowskiej, skorzystałem z niej skwapliwie. Nie dość, że otrzymałem gratis ciekawą książkę, to w ramach podziękowań za opasły tom amerykańskiej powieści przedstawiłem fragment prawdziwej historii Polski. Spisaliśmy ją wspólnie ze Sławomirem Kozakiem na kilkudziesięciu stronach i wydrukowaliśmy w pierwszym tomie z serii POLSKIE SKRZYDŁA. Uznałem, że powinien on zaistnieć obok mojego nazwiska, bo jego twórczy wkład w powstanie POLSKICH SKRZYDEŁ jest o wiele poważniejszy, niż zazwyczaj bywa w rozmaitych wydawnictwach, których wiele w Rzeczpospolitej po śmierci cenzury rodem z PRL.
Sławomir Kozak, z zawodu kontroler lotów, nie wyjeżdża na Karaiby i nie korzysta z uroków życia, jakie obiecują możnym tego świata kusicielki z wszęchobecnych reklam. On wydaje pieniądze na książki, nie tylko własne, ale zaprasza do swojej oficyny autorów, którym leży na sercu prawda o Polsce i szacunek dla Naszej Ojczyzny. Przed laty opublikowałem w portalu obywatelskim i emigracyjnym czasopiśmie „Zmywak” artykuł pod znamiennym tytułem „Patriotyzm nie jest taki głupi„. Komentarze po jego publikacji były wielce wymowne i różnej maści od niewybrednych ataków, poprzez próby ośmieszenia poglądów autora, posądzenia go o skrajną naiwność aż do akceptacji.
Znalazłem bratnią duszę i zrozumienie u Wydawcy, którego nie zawaham się nazwać teraz już swoim przyjacielem. Wydaliśmy do tej pory dwie książki z serii POLSKIE SKRZYDŁA. Zimą zapewne wyjdzie „Requiem dla Orłów„. Po niej planowana jest biografia konstruktora łodzi podwodnych i samolotu Canard, Stefana Drzewieckiego herbu Nałęcz. Tyle ambitnych planów na dzień dzisiejszy… a jak się to potoczy z następnymi bohaterami POLSKICH SKRZYDEŁ, przyszłość pewnie nam wszystkim pokaże.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

O Bandzie Czworga, filmach i artystach kina

12 cze

BRIDGNigdy nie pielęgnowałem w sobie złych, a nawet dobrych wspomnień. Uznałem, że nie ma sensu bez końca rozpamiętywać zwiędłych laurów, a także porażek, ustalać winnych i szukać odwetu. To nas naprawdę wyniszcza i uniemożliwia jakąkolwiek twórczość. Lepiej patrzeć przed siebie i mimo wszystko, iść do przodu. Dlatego dawno zapomniałem o legendarnej “Bandzie Czworga”z ulicy Chełmskiej, która wbrew wszelkiej logice i sprzeciwie starej kadry dokumentalistów, utworzyła Studio Filmowe “WIR”.
To nic, że niewiele wyszło z naszych rewolucyjnych zamiarów zmiany kina autorskiego na lepsze. Szkoda, że ten ogromny wysiłek zaistniał przez tak krótki czas i zniknął jakby nas w ogóle nie było. Pani Małgorzata Smoleń odszukała mnie, Ignacego Szczepańskiego, Grażynę Bryżuk, Włodzimierza Szpaka, a także nieco starszych konkurentów ze Studia Filmowego KRONIKA, aby napisać wspaniałą monografię dotyczącą naszych artystycznych poczynań w burzliwym okresie przemian kinematografii polskiej po obradach Okrągłego Stołu i wyborach w czerwcu 1989 roku.
Dla mnie osobiście był to akurat dzień kinowej premiery dokumentalnego portretu filmowego Violetty Villas.
Trudno zapomnieć taki zbieg okoliczności i te wszystkie fakty zebrała Małgorzata Smoleń DYPLOMpisząc pracę, która ma objętość sporej książki. Być może znajdzie wreszcie jej wydawcę, czego życzę ambitnej badaczce dziejów najnowszych polskiej sztuki filmowej. Z pełnym dystansu uśmiechem stwierdzam, że to właśnie dzięki niej zaistnieje obecny prezes Studia Filmowego KRONIKA, Bogdan Kozyra. Przejdą wraz z nim do historii nazwiska naszych adwersarzy, jak Tadeusz Pałka, który wymyślił nam ksywkę BANDY CZWORGA. Dzięki pracowitości autorki pozostaną w pamięci chociaż tytuły zrealizowanych przez nas filmów, których nie obejrzała większość telewidzów, a nawet festiwalowych bywalców. W dniu 16 czerwca 2016 roku autorka odbierze w stołecznym Pałacu Staszica wyróżnienie za swoją wieloletnią pracę nad dziełem, które zostało wreszcie zauważone i należycie docenione.

Cieszę się również z sukcesu kompozytorki muzyki do filmu “ Z nieba do Nieba”, która otrzymała nagrodę z rąk ministra Glińskiego. Cóż z tego, że niektórzy jej rówieśnicy i zazdrośnicy zżymali się na widok fotki utalentowanej Anny Marii Huszczy z bojkotowanym niekiedy, przez część środowiska, dygnitarzem. Co te różnorakie zachowania twórców i krytyków, mają wspólnego z szeroko rozumianą kulturą… nie wiem. Urzędnicy państwi przychodzą i odchodzą, a laury pozostają już na zawsze. Nie martwię się więc ciszą, jaka panuje nad filmami, które nikogo nie obchodzą i brakiem zainteresowania rozmową o sztuce kina ze strony mainstreamowych dziennikarzy. Sukcesy współpracowników i trwałe opracowania będą świadectwem, że coś jednak udało się w tym krótkim życiu zrobić i są to wartościowe dokonania. W połowie czerwca wieczorem, w ogrodach Zamku Królewskiego gala laureatów nagrody im. Oskara Kolberga uwieńczy wysiłek kompozytorki, która właściwie bez należytego honorarium poświęciła swój czas i wspaniały talent dla filmów „Ślązacy z bombowców” i „Z nieba do Nieba”. Od tego czasu jej dorobek urósł do imponujących rozmiarów. Ale o tym innym razem…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS