RSS
 

Archiwum - Kwiecień, 2016

Jan Rutkiewicz

20 kwi

Kto nie może robić filmów, ten uczy innych w szkole… Taka oto złośliwa maksyma przez długi czas krążyła w środowisku twórców filmowych. Dziś status profesora szkoły filmowej jest uznawany za dowód wysokiego prestiżu w tym samym kręgu artystów polskiego kina. Powojenne pokolenie reżyserów kształciło się w jednej, jedynej wszechnicy, którą poprzedziła zlikwidowana wkrótce po inauguracji, krakowska szkoła filmowa. Łódzka szkoła filmowa, w skrócie PWSFTv i T, imienia Leona Schillera, to nie żadna filmówka, tylko po prostu szkoła i taką wszyscy absolwenci ją pamiętają. Tylko w ten sposób o niej mówią między sobą, z odrobiną nostalgii, nawet czułości, której nikt ze starych reżyserów się nie wstydzi. Najstarsi z nich odchodzą pozostawiając po sobie spore grono wdzięcznych za mistrzowskie rady i opiekę artystyczną, wychowanków.
Nie każdy z wykładowców szkoły filmowej dzielił się swoim doświadczeniem tak chętnie i obficie, jak legendarny dyrektor WFD, szef PKF, profesor Jerzy Bossak, grający u Polańskiego Henryk Kluba, czy niezwykle oddani mu asystenci. Wojciech Jerzy Has słynął z błyskotliwych bon mote’ ów, które pozwalały mu ukrywać tajemnice sztuki reżyserskiej. Jerzy Kawalerowicz zamilkł po kwadransie pierwszego i ostatniego wykładu, jaki odbył się w murach zabytkowej willi przy ulicy Targowej w Łodzi.
jrPomiędzy tak skrajnymi postawami pedagogów potrafił znaleźć się elegancki pan, Jan Rutkiewicz, któremu można było zwierzyć się z kłopotów i porozmawiać o realizowanym scenariuszu bez obawy, że potem zostanie to wykorzystane jako argument podczas egzaminu i dowód niedoskonałości warsztatowej studenta. Ten sam opiekun artystyczny grał w słynnej etiudzie Romana Polańskiego odstającego od reszty rozbawionej młodzieży młodzieńca. Podczas seansu kultowego filmu: “Rozbijemy zabawę”, na ekranie widać, jak ten młody, zawadiacki reżyser, wymierza koledze Rutkiewiczowi powalający cios, który wcale nie był markowany. Ale Pan Jan zasłynął w polskim kinie jako wybitny znawca militariów, mundurów, ojciec pięknej żony i córki.
Żona, ( jak to dziewczyna...) wyszła potem za odtwórcę legendarnego Hansa Klossa w serialu “Stawka większa niż życie”. Gdyby nie to, że nie ma żadnych tajemnic w tak małym gronie filmowców, po Janie Rutkiewiczu nie byłoby zupełnie znać, co dzieje się w jego sercu i umyśle. Żył zgodnie z maksymą mistrza Jana z Czarnolasu, który pisał po śmierci Urszulki: “Ludzkie rzeczy, ludzkie noś...”.
Po śmierci tego niedocenionego reżysera pozostało sporo dobrych filmów, w których widać rękę wytrawnego rzemieślnika z wykształceniem i kulturą osobistą. Skromne budżetowo i inscenizacyjnie, filmowe kryminały, dramaty i komedie, są zrealizowane ze znawstwem i smakiem, którego dzisiaj nie uświadczysz zbyt często w polskim kinie. Będzie nam brakowało nauczyciela i wielkiego przyjaciela, który interesował się karierą każdego ze swoich uczniów, wspierał nas psychicznie i nie odmawiał pomocy zawsze znajdując czas na lekturę przekazanego w jego ręce scenariusza.
Konsultowałem z nim projekt “Marty Hitler” i chociaż wszystko, co z nim zrobiłem skończyło się fiaskiem, to nigdy nie zapomnę życzliwości tego wspaniałego człowieka, w którym nie było śladu zawiści. Profesor, prodziekan, wychowawca kilku pokoleń reżyserów naprawdę nie zazdrościł nikomu ze swoich licznych współpracowników festiwalowych laurów, autentycznie ciesząc się razem z nimi z osiągniętego sukcesu. Jego mądrość polegała na tym, że był wierny prostej prawdzie: Film, to jest ekipa.
W pojedynkę można napisać konspekt scenariusza, ale dziś już nie da się zrealizować samodzielnie nawet najskromniejszej wizji. Dzięki takim skromnym, cichym i dobrym ludziom istniejemy pracując ( ze zmiennym powodzeniem), w wymarzonej, ukochanej dziedzinie sztuki filmowej. Oddając mu hołd wiem, że mam do spłacenia moralny dług przekazania komuś młodszemu tego, co od niego otrzymałem.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS