RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2015

Przypadek Adalberta

10 gru

Nigdy nie byłem w swoich ocenach sprawiedliwy i pewnie teraz też nie będę obiektywny, ale widzę pewną analogię między smutnym finałem wojaży Violetty, tragicznie krótkim okresem tryumfu Manturzewskiego i kresem podróży producenta mojego filmu o zdobywcy Atlantyku. Jego bohater, kapitan pilot Stanisław Skarżyński znalazł śmierć w zimnych falach Morza Północnego podczas kolejnej misji bombowej. Wcześniej witany przez tłumy brazylijskiej Polonii doświadczył tego, co dziś odczuwają wszyscy celebryci na całym świecie. Miło być gwiazdą wieczoru a nawet towarzyszyć uwielbianej przez tłumy osobie. Naprawdę warto ogrzać się przez chwilę w blasku cudzej sławy, udzielać wywiadów i jak przebojowo śpiewała Kora, pić szampana w boskim Bueno Aires. I ją dopadła ciężka choroba, zaś wspomniani idole nie żyją. Polegli w bezpośrednim starciu z rzeczywistością. Ludzie, którzy uprawiają trudne poletko sztuki są w swojej istocie bezbronni wobec każdej przeciwności losu. Pamiętam Jacka Janczarskiego, który cieszył się sławą i powszechnym uznaniem. Słuchowiska jego pióra były niezwykle popularne, a powodzenie pozwalało mu sądzić, że ma przed sobą świetlaną przyszłość. Tętniak w mózgu nie wytrzymał ciśnienia wywołanego zbyt intensywną pracą i nagła śmierć na zawsze zabrała niesłychanie płodnego twórcę.
Wylew krwi do mózgu nastąpił także w innym warszawskim domu, podczas pakowania walizki przed wyjazdem producenta na lotnisko Okęcie, skąd startował samolot z delegacją filmowców do Państwa Środka. Wcześniej Wojtek odwiedził sąsiednie kraje i zjeździł wraz z polskimi twórcami niemal całą Europę i wszystkie kontynenty na tej Ziemi. Zachwycało go to i z wielką pasją wyruszał na kolejną eskapadę mając nadzieję zdobycia nowych kontaktów oraz możliwości koprodukcji. Nadzieje, jak ptaki szybują po niebie… jak nie pada. A jak pada, to nie szybują.
Tak pisał Adam Kreczmar, którego dopadło to samo przekleństwo i odszedł z tego świata zdolny dramaturg w kwiecie wieku.
Jestem ostatnim, który by się ośmielił przedkładać samotność autora ponad uroki życia, bo ono jest jedno, jedyne i umiejętność wykorzystanie tej szansy stanowi o ludzkim geniuszu albo głupocie człowieka, który ją zmarnował. Nauczycielka powtarzała nam uparcie wbijając nam to do głowy, że nie ma ważniejszego zadania do rozwiązania jak sposób życia i spędzenia go w taki sposób, żeby nie żałować w ostatniej godzinie swojego lenistwa, zaniechania i własnej głupoty. Dlatego te losowe przypadki powinny być dla wciąż żyjącego człowieka swoistym memento.
Nie powiem, że akurat ja wiem lepiej, jak postępować, bo sam już od lat bardzo żałuję wielu swoich wyborów i fatalnych w skutkach decyzji. Mając wszakże w pamięci sporą grupę tak nieszczęśliwie i bezpowrotnie znikających artystów, nie skłaniam się w tę stronę, którą oni podążali w poszukiwaniu szczęścia, uznania, bogactwa i sławy. Być może to zwykły, ludzki strach, a może instynkt przetrwania podpowiada nam, aby w tym nieustannym wirze emocji zatrzymać się choć na moment, aby odetchnąć i przemyśleć wszystko to, czemu tak łatwo, bezwiednie ulegamy. Czasami ta chwila musi trwać wieki, ale innym wystarcza o wiele mniej, żeby się otrząsnąć z szaleństwa, jak pies na plaży, po wyjściu z wodnej kąpieli. Należę do pośredniego gatunku myślicieli i autorów, którzy nie spędzają życia nad opasłymi woluminami w bibliotekach, ale bez dokonania osobistej konstatacji w rzeczonej kwestii nie ruszają się z domu, dopóki nie znajdą właściwej formuły. Jasne, że to nie są odkrycia na miarę kartezjańskiego „Cogito, ergo sum„, ale czy warto doprowadzać się do takiego stanu, że przypomina on zachowanie samobójcy?…
Jeśli to, co robiliśmy do tej pory i kontynuujemy tę pracę z nadzieją spożywania jej owoców, warto żyć świadomie, trochę dłużej, niż podpowiada instynkt czerpania pełną garścią wszystkiego, co nam oferuje świat i ludzie. Tak więc dylemat Carpe diem czy memento mori?… pozostaje do wyboru, chyba że są jeszcze jakieś inne możliwości, o istnieniu których nie mam bladego pojęcia. Mówiąc szczerze, szkoda życia na tego typu rozważania, ale nie da się o tym pomyśleć później, jak to czyniła Scarlett O’Hara, czy też usprawiedliwiać w stylu Kubusia Puchatka, swoim małym rozumkiem. Nikogo ta najważniejsza decyzja życiowa nie ominie i w żadnym wypadku nie można jej odkładać w czasie.
A jak powiada nasz doświadczony kolega z branży filmowej nawet zła decyzja jest lepsza od braku jakiejkolwiek.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

V V… i co dalej?

10 gru

… a jeżeli się rozchodzi o wspomnianą wcześniej propozycję dokumentalnego filmu o Violettcie Villas, to przystąpienie do jego realizacji w ogóle nie byłoby możliwe bez powołania się na osobistą znajomość ze Staszkiem Manturzewskim. On go po prostu bardzo lubiła i chociaż wszystkim wokół odmawiała zgody na kręcenie filmu, to z uwagi na dawną przyjaźń przynajmniej wysłuchała prośby nieznanego reżysera. Gwiazda z miejsca przystąpiła do rzeczy i zapytała mnie o znak Zodiaku, a kiedy dowiedziała się, że jestem Lwem, odpowiedziała:

- A ja jestem tygrysica… z Magdalenki!

Kiedy to powiedzenie wykorzystał Witold Filler tytułując w ten sposób swoją książkę, obraziła się na niego do końca życia. Ona po prostu taka była, że gdy ufała komuś, to bezgranicznie, a jeżeli ktoś zawiódł jej zaufanie, to już w żaden sposób nie miał szans go odzyskać. Na pewno wszystkim jest dość dobrze znana jej tragiczna historia. Po śmierci i uroczystym pogrzebie Violetty zjawił się u mnie Krzysztof Gospodarek z żoną namawiając do napisania monodramu, który zresztą powstał w oparciu o teczkę osobową TK Gabrielli, jaką wydobyłem z archiwum IPN. Rozmawialiśmy wtedy o sensacyjnej książce pary reporterów, którzy nie przedstawili jej w najkorzystniejszym świetle. Oczywiście, życie tej nieco ekscentrycznej gwiazdy dostarcza materiału do sensacyjnego scenariusza, ale syn stara się być sui generis strażnikiem pamięci sławnej mamy.
Nie dość, że przeżył sporo złego bez niej oraz przy niej, to po śmierci wdał się, bo przecież musiał wystąpić przeciwko złoczyńcom, w długotrwały, kosztowny proces, który musiał przypłacić, nie tylko własnym zdrowiem. Chora żona wspierała go duchowo, lecz poza tym walczyli o dobre imię rodziny samotnie, otoczeni przez żądnych sensacji dziennikarzy. Być może dlatego odrzucał sporo pozornie intratnych propozycji, które miały zdyskontować popularność Violetty Villas na ekranie kina, scenie teatralnej i w telewizji. Obserwowałem, jak powoli ulega zaprzepaszczeniu ogromny kapitał zafascynowania fenomenem Violetty i było mi żal każdej ze stron toczącego się sporu.
Nikt nie chciał ustąpić, więc ambitna myśl o założeniu w rodzinnym Lewinie Muzeum Violetty Villas, z jej wspaniałymi strojami, pamiątkami i nagrodami, powoli ginęła w nieokreślonej mgle. Tymczasem na wrocławskiej oraz łódzkiej scenie powstał spektakl, w którym skazana, za psychiczne i fizyczne znęcanie się nad piosenkarką, osoba została przedstawiona jako wcielenie Anioła Stróża. Natomiast kreowaną przez Monikę Niemczyk postać Violetty Villas, ukazano we fragmentach dziwacznej rejestracji video i niemal dosłownych cytatach z dokumentalnego filmu, jaki cieszy się w internecie niebywałym powodzeniem.
To akurat mój film z 1989 roku, ale nikt nie pytał mnie o pozwolenie użycia sekwencji „Violety Villas” w sztuce, która wcale nie służy najlepiej jej bohaterce. Swoją drogą to jest dość ciekawe i zastanawiające, że sporadycznie prezentowano go w kinach, ale w telewizji do tej pory nie wyświetlono go w całości, chociaż na witrynie You Tube licznik odsłon wskazuje grubo ponad pół miliona widzów. Spektakl nie podobał się Krzysztofowi ani publiczności bo jego żywot był stosunkowo krótki. Od czasu do czasu czytam i słyszę o festiwalu poświęconym pamięci Violetty, serialu, jaki ma powstać dla telewizji, etc. Na pewno powinna zostać napisana książka o jej życiu. Ona by na pewno mogła być podstawą do rozmowy o scenariuszach planowanych filmów i sztuk. Klincz, jaki powstał i trwa już kilka lat po śmierci gwiazdy, sprawia, że na razie pamięć o niej ginie a ze śmiercią pokolenia, które pamięta jej występy, trudno będzie wskrzesić naturalny entuzjazm, jaki towarzyszył piosenkarce na wszystkich koncertach w kraju, w Europie i za Oceanem.
Z własnej woli oddałem kiedyś młodemu reżyserowi kopię filmu na celuloidowych krążkach z taśmą 35 mm, na której Violetta Villas odpowiada na pytania, chętnie opowiadając o sobie, mówi, śpiewa i tańczy. Nie zamierzałem wracać do tematu, który kosztował mnie sporo zdrowia i właściwie nie przysporzył niczego oprócz rozlicznych kłopotów. Teraz widzę, że nie jestem jedynym twórcą, który mierząc się z tym ogromnym wyzwaniem, jest właściwie skazany na niepowodzenie. Po Aksinowiczu próbowała wziąć na warsztat ten temat Magda Łazarkiewicz, wspomniany twórca teatralny i nie są oni jedynymi artystami, którzy widzą szansę na dobre kino w światowym wymiarze. Ktoś wreszcie to zrobi, ale mam nadzieję, że nie przystąpi do realizacji tego dzieła na pół gwizdka, a naprawdę serio i profesjonalnie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Blisko… coraz bliżej

09 gru

Z dość nietęgą miną przystąpiłem do tej osobistej rekapitulacji, ale na wieść o tym, że mój kolejny producent poległ w starciu z marzeniami, przyszła myśl o konieczności dokonania resumee, zanim kostucha nie dobierze się właśnie do mnie. Zdążyła zabrać z tego świata Adama Pietruszewskiego, z którym zrobiliśmy pełnometrażowy dokument o Violetcie Villas. Jej też już nie ma, podobnie jak pomysłodawcy tego filmu, Stanisława Manturzewskiego. smPozostały mi po nim kilka listów, jakich dzisiaj już nikt nie pisze. Jest w nich mnóstwo żalu, a nawet złości, lecz ani jednego, złego słowa pod moim adresem. A przecież zubożały nestor miał powody, żeby dać upust wściekłości na mnie, który nie rozumiał, a może nie chciał wchodzić w beznadziejny spór z kimś, kto domagał się rzeczy niemożliwych. Ten idealista, samotny biały żagiel, kursował pomiędzy nielicznymi szczęśliwcami, którym udało się przekonać trzęsącym polską kinematografią baronom, że właśnie im warto ufać, dać pieniądze na debiut i kolejny film, bo mają talent i przyszłość przed sobą. Współpracujący niegdyś z Wajdą, Skolimowskim, Hoffmanem i Skórzewskim naiwny, jajogłowy pracuś oczekiwał, że ścisła współpraca ze mną przyniesie mu podobne, a może nawet większe profity. Opowiedział mi z grubsza treść komedii o trzech utracjuszach, którzy w czasie najgłębszego kryzysu zamierzają zrobić film, a wierząc w jego powodzenie, także zbić majątek na rozpowszechnianiu tego dzieła. Zabraliśmy się do pisania scenariusza, którego powstaniem było zainteresowane Studio Filmowe imienia Karola Irzykowskiego. Prawdziwym mecenasem całego tego twórczego przedsięwzięcia był Janusz Trybusiewicz, który zapewniał nie tylko lokum, ale także strawę dla pokrzepienia ciała.
Scenariusz komedii filmowej “Serca na bruku, czyli dziewczyna pod Rauszem”, pisaliśmy przejęci własnymi dokonaniami, mając w pamięci drone sukcesy i o wiele liczniejsze porażki artystyczne. Stanisław wspominał przy tym, że kiedy reżyser Janusz Rzeszewski usłyszał jego opowieść o idei trzech żydowskich przedsiębiorców, umieścił ją, jako główny wątek w swojej komedii: “Halo, Szpicbródka”. Narzekał, że nikt mu nie zapłacić ani grosza i dlatego uznał, że ma prawo pracować nad swoim oryginalnym pomysłem, aż do zwycięstwa. Minęło od tego czasu wiele lat, scenariusz powstał, a nawet został zapłacony, ale film z tego nie powstał. Najważniejszy z całej trójki autor usiłował do ostatnich swoich dni zainteresować polskich producentów tym projektem, ale zawsze coś stawało mu na przeszkodzie. Albo nie miał czystego ubrania, porządnie wyprasowanej koszuli, musiał wprawić sobie dwa górne zęby na przodzie, aby nie seplenić, aż wreszcie niespodziewanie zmarło mu się w upale sierpniowej nocy i znaleziono go w zmierzwionej pościeli bez tchu i ducha. Pogrzeb na warszawskiej Woli, miał tłumny a nad mogiłą przemawiał Adam Michnik wspominając z żalem zmarłego, który uczestniczył w nielegalnych zebraniach intelektualistów wypracowujących podstawy nowego ładu po zwycięstwie nad komunistyczną dyktaturą. Czasami zdradzał, co nieco z tych podziemnych spotkań delektując się smakiem ciast i placków, jakimi raczyli się w prywatnych mieszkaniach dysydentów, zapraszani tam dyskutanci.
Słuchaliśmy tych kombatanckich wynurzeń z pewnym dystansem, bo pochłaniała nas twórcza praca, a nestorowi dokumentalistów wystarczała otaczająca go aura sztuki. Towarzyszył mu zrozumiały skądinąd lęk, że kolejny jego film może okazać się niewypałem. To uczucie nie jest obce laureatom festiwalowych nagród, szczególnie tych najwartościowszych. Być może taki jest powód milczenia twórcy obsypanego międzynarodowymi laurami “Szczurołapa”. Przez kilka lat brylował na salonach, odwiedzał filmowe festiwale na całym świecie, ale w końcu zajął się zarabianiem pieniędzy w zupełnie innej branży. Dla dokumentalisty, reżysera, socjologa i paleontologa, Stanisława Manturzewskiego, tego rodzaju decycja i kapitulacja nie wchodziła w grę. Wolał szwendać się po zaułkach rozkradanej i zrujnowanej wytwórni, zamiast żyć z emerytury i pisać pamiętniki. Udawało mu się czasem otrzymać z garkuchni darmową zupkę, a nawet przekonać jakiegoś małopolskiego finansistę o potrzebie wydawania czasopisma: “Głos wariata”. Umiał czarować i przekonywać. Na prośbę Pana Stanisława sam kiedyś wydobyłem z osiedlowego śmietnika, upatrzoną przez niego maszynę marki Singer i przechowywałem ją w swej piwnicy po schodami, aż on sam zapomniał o jej istnieniu. Gdy zaproponowałem mu przekąskę, bez słowa zmiótł kanapki ze sporego talerza popijając herbatą dopiero po zaspokojeniu głodu. Mojej żonie wyrwało się wówczas: “Jak można tak nic nie mieć?”… On tego nie usłyszał, ale jak mu to kiedyś mimochodem powtórzyłem w rozmowie, zapamiętał to i zarzekał się, że umieści tę kwestię w swojej autobiografii.
Szkoda, że nikt się nią nie zainteresował za życia tego wielkiego artysty. Włóczyłem się z nim po zaułkach ulic w pobliżu wytwórni filmów dokumentalnych przy Chełmskiej i odwracałem się ze wstrętem widząc, jak zjada on wydobyte ze śmietnika resztki owoców. To jednak był maestro i oryginał w każdym calu. Zbyt wiele było we mnie pychy, żeby uznać w nim wszystko i zaakceptować go z całym dobrodziejstwem inwentarza. Byłem po prostu za głupi, żeby docenić przy sobie obecność geniusza. A był nim w istocie i dziś doceniam intuicję producentów ze studia filmowego KALEJDOSKOP, którzy ze stoickim spokojem znosili obecność starego człowieka, który przychodził do nich na herbatkę, a spędzał tam pół dnia z okładem, skoro nie miał dokąd pójść. Twórcza, cierpliwa współpraca z Manturzewskim zaowocowała wspaniałym filmem o Himilsbachu, który zdobył jedną z głównych nagród na festiwalu w Krakowie. Pasmo spodziewanych sukcesów przerwało nagłe załamanie laureata po tym, jak go pobito i obrabowano. Nieszczęścia przeplatają się w życiu z klęskami.
Ludzkie rzeczy ludzkie noś – powiada mistrz Jan Kochanowski. Teraz ich samych poraziła nagła, niespodziewana wieść o ciężkim wylewie, jaki miał jeden z członków założycieli KALEJDOSKOPU. Zawdzięczam mu jeden ze swoich ważniejszych filmów lotniczych. Ale żyjemy przede wszystkim tu, na ziemi.
Niby to wiemy, że twórcze i dziennikarskie zajęcia kończą się gwałtownymi zejściami z tego padołu ludzkich łez. Świadomość to jedno, ąle gdy okazuje się, że jest to brutalna prawda… na wszystkich pada blady strach. No tak, znowu biorą z naszej półki. Blisko, coraz bliżej…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS