RSS
 

Archiwum - Listopad, 2014

Dziesiąta Rocznica śmierci Asa

11 lis

Bardzo nieszczęśliwie stało się 12 listopada 2004 roku, bo tuż po zakończeniu uroczystych obchodów Święta Niepodległości Polski, zmarł Stanisław Skalski. Generał brygady, pilot w stanie spoczynku, As zwycięskiej Bitwy o Wielką Brytanię odszedł do Niebieskiej Eskadry.

Niby wszyscy to wiedzą, ale pamięć ludzka jest dość ulotna. Aby go w kraju i za Oceanem tak szybko nie zapomniano, wydaliśmy książkę z filmem dokumentalnym o jego życiu: „Spętany Anioł„. To druga po filmie: „Z nieba do Nieba„, publikacja z serii: „Polskie Skrzydła„, poświęconej słynnym polskim lotnikom. Następny będzie album: „Requiem dla Orłów„, z DVD o pochowanej na polskim cmentarzu wojskowym w Bredzie załodze bombowca Avro Lancaster BHC286D. Wkrótce skończę pisać biografię Stefana Drzewieckiego herbu Nałęcz: „Z głębin do gwiazd” z dołączonymi do niej filmami o tym polskim konstruktorze łodzi podwodnych i samolotów.
Gdyby nie fakt, że dziś już nie istnieje w tym kraju profesjonalny system realizacji filmów można by nie tylko jemu poświęcić rzetelny dokument, albo chociaż program telewizyjny. Niestety, autorzy są zdani na łaskawy los, przypadek albo prawdziwy cud. To właśnie się zdarzyło, mimo kompletnego załamania polskiej kinematografii i praktyce mediów głównego nurtu. Straciliśmy nadzieję na realizację dokumentalnego portretu filmowego Stanisława Jędryki, otrzymujemy odpowiedzi tej samej treści na składane propozycje do Kanału TVP Historia: „Dziękujemy za przesłany scenariusz, ale propozycja… nas nie interesuje„. Kiedyś bym to nazwał bezczelnością i cynizmem…

Dzisiaj wiem już, że nie można kopać się z koniem. Nie mamy wpływu na to, kto decyduje o filmowym dokumencie w telewizji publicznej. Nikt nas nie pyta o zdanie na ten temat i przyszlość polskiej sztuki filmowej. To samo dotyczy szeroko pojmowanej edukacji, nauki i kultury. Wygląda mi to na celowe szerzenie prymitywnej urawniłowki i konsekwentne zaszczepianie widzom idiotyzmu. Wystarczy posłuchać audycji kulturalnych w programach polskiego radia. Oprócz rzadko słuchanej „dwójki” prowadzą je zachwyceni sobą troglodyci, którzy nigdy nie wspomną o Szekspirze, Schillerze, Ivo Gallu, nawet Grotowskim, bo interesują sie tak incydentalnymi sprawami, jak wstrzymanie sztuki o Chrystusie, czy zagrożenie tęczy na Placu Zbawiciela. Zamiast rzetelnych recenzji słychać jedynie środowiskowe plotki i zachwyty nad trzeciorzędnymi spektaklami i filmami, w których grają ich faworyci. Rynek brutalnie ingeruje w szlachetne medium radia, prasy i najmniej powiązanej ze sztuką, telewizji publicznej. Ostatnio użyty przymiotnik nie kojarzy mi się bynajmniej z Domem Mediowym. Audycje literackie zmieniły się stopniowo, niezauważalnie w magazyn promocji książek, a programu muzyczne polecają wydane płyty. Niewiele się to różni, albo w ogóle się nie różni od wszechobecnych spotów reklamowych. Zdegustowany słucham cierpliwie mając nadzieję dowiedzieć się, co w trawie piszczy. Niestety, taka nadzieja jest naszą matką… Matką wszystkich naiwnych. Przypomniałem sobie radę: Bądź mądry i pisz wiersze. Przestałem.

Tyle na razie o siermiężnej rzeczywistości i naszych ambitnych planach, które stały się możliwe dzięki Oficynie Wydawniczej AURORA Sławomira M. Kozaka. On właśnie zwrócił uwagę na taką szlachetną postać bohatera, jak Stanisław Skalski, którego stawia w tym samym szeregu z Bolesławem Orlińskim, Stanisławem Skarżyńskim, których sylwetki wspólnie opracowujemy chcąc wydać o każdym z nich książkę ze zrealizowanymi o nich filmami dokumentalnymi.

Pamiętając dość nieciekawe zachowanie środowiska towarzyszące okolicznościom śmierci, mszy świętej i pogrzebu, staramy się zwrócić uwagę czytelników książki wyłącznie na dobre wspomnienia o generale brygady pilocie Stanisławie Skalskim. Zakończę więc parafrazą wielokrotnie przytaczanego cytatu: „Jeśli zapomnimy o nim, niech Bóg zapomni o nas„.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Krętactwo pięknisiów

08 lis

Jestem bardzo wdzięczny widzom oglądającym moje spoty video na witrynie You Tube, Dailymotion, Vimeo i w innych multimedialnych serwisach. Jednocześnie informuję, że seanse moich filmów umieszczonych przez prywatne osoby w swoim kanale, serwisie Chomikuj.pl, oraz na stronie sadistic.pl, oznacza uczestnictwo w nielegalnym procederze omijania zastrzeżonych praw autorskich.

Oprócz właściciela strony http://www.sadistic.pl wspomniany już wcześniej jegomość kluczy i udaje, że ( to nie moje słowa a jego) nie ukradł filmu o Stanisławie Skalskim. Chyba napisał to obawiając się zdecydowanej reakcji administratora serwisu:

Zobowiązany jestem do zamieszczenia notki iż nie jestem autorem tego filmu. Widać że pobrany został z kanału publicznej telewizji podczas jego transmisji.
Autorem jest pan Zbigniew Kowalewski który nie wiem dlaczego , domaga się abym jego usunął z kanału YouTube.
Niebawem zamieszczę w tym miejscu link do zakupu filmu wraz z książką jak w temacie filmu, proszę zatem o cierpliwość.
Pozdrawiam pana Zbigniew Kowalewskiego autora tego filmu , jego dane widnieją na końcu filmu, poniżej zostanie podany wspomniany link.

Spetany ANIOL _ pilot gen. Stanislaw Skalski _ _ Jak Miniony system PRL-u , wybijal swym wiernym zolnierzom milosc do ojczyzny , na Polecenie wielkiego brata ZSRR. Historii nie da sie oszukac.

Tyle o reakcji amatora owoców cudzej pracy. Tymczasem administrator kanału You Tube wymaga ode mnie jako autora filmu korespondencji z firmowego adresu, aby przekonać się, że nie jestem oszustem. Nie po raz pierwszy skrzywdzony przez spryciarzy jest w sytuacji oskarżonego. Podobnie Skalski zareagował na sali sądowej występując podczas procesu Humera jako świadek:

” Proszę Wysokiego Sądu, czy ja tu jestem jako oskarżony, czy jako świadek?”

Wydawnictwo AURORA zdecydowało się wydać film wraz z monografią książkową, ale profity ma serwis Chomikuj i YouTube. Może to jest dziwne, pokręcone, nielogiczne, ale niestety, prawdziwe. Nie wiem, co zrobię, ale nie dam spokoju tym, którzy bezkarnie zawłaszczają film, który powstał dość dużym kosztem wielu twórców, bo zawsze jest to rezultat współpracy członków licznej ekipy artystów trudnej sztuki kina.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kłopoty z Andrzejem Mazurkiem

07 lis

Ponieważ Pan Andrzej Mazurek zachowuje się jak właściciel praw do mojego filmu umieściłem obszerną informację o fakcie zawłaszczenia filmu mojego autorstwa w moim blogu, FB i innych portalach społecznościowych. Nie nazywam po imieniu tego, co zrobił, ale chyba nie ma wątpliwości jak bym to nazwał, gdybym spotkał tego człowieka i mógł mu spojrzeć prosto w oczy.
Odpowiedz ·

Andrzej Mazurek2 godziny temu

Witam szanownego pana , czy może pan w jakiś sposób udowodnić że ten film wyemitowany w TVP-Historia , jest pańskiego autorstwa. Miałem filmy na swym koncie które były wyprodukowane prywatnie i prawa autorskie te osoby prezentowany w serwisie YouTube, w takich przypadkach natychmiast zdejmowałem film który był z takimi prawami na moim koncie. Nie rozumiem w tej sytuacji szanownego pana o co panu chodzi , ja z niego nie czerpię korzyści a jedynie chcę wykazać prawdę historyczną. Jestem wrażliwy na CZYSTĄ PRAWDĘ ,pan z kolei upierając się abym jego zdjął , nie chce aby reszta ludzi nie mogła się dowiedzieć prawdy w takich portali jak YouTube. Czy jest Szanowny pan przeciwnikiem sprawiedliwości ???
Pozdrawiam A.M.?
Pokaż więcej
Odpowiedz ·

Zbigniew Kowalewski3 sekundy temu

+Andrzej Mazurek proszę przeczytać napisy końcowe filmu. Tam jest napisane: Zbigniew Kowalewski – scenariusz, reżyseria, montaż. Produkcja Studio Filmowe WIR . Obecnie wyszła książka „Spętany Anioł” z filmem na DVD i Pan odbiera mi potencjalnych nabywców. Nie tylko zresztą Pan, ale z właścicielami innych kanałów także prowadzę podobną korespondencję.
Odpowiedz ·

Zbigniew Kowalewski1 tydzień temu

Panie Mazurek, domagam się od Pana natychmiastowego usunięcia tego filmu z konta You Tube. Czy nie dociera do Pana, że skoro nie jest Pan w żadnej mierze autorem tego filmu przywłaszcza sobie Pan cudzą własność. To tak, jakbym wszedł do Pana domu i w nim zamieszkał bez niczyjej zgody.
Odpowiedz ·

Jan Kowalski5 dni temu

Ten film jest chlubną własnością nas wszystkich – Polaków.

Najpierw zacytuję odpowiedź administratora serwisu YOU TUBE na moją interwencję:

Potwierdzenie zawiadomienia o naruszeniu praw autorskich
Dziękujemy za wysłanie skargi dotyczącej naruszenia praw autorskich do serwisu YouTube. Zgłoszenie zostanie wkrótce rozpatrzone.

Oto podane przez Ciebie informacje:

Nazwisko właściciela praw autorskich (nazwa firmy, jeśli ma zastosowanie): Oficyna Wydawnicza AURORA
Twoje pełne imię i nazwisko (pseudonimy, nazwy użytkownika lub inicjały nie są dozwolone): Zbigniew Kowalewski
Twój tytuł lub stanowisko (jakie masz prawo do zgłoszenia tego roszczenia?): reżyser
[...]
Nazwa użytkownika: Zbigniew Kowalewski
Adres e-mail: ZWKowalewski@gmail.com
[...]
Tytuł oryginalnego utworu: Spętany Anioł
Gdzie pojawia się treść? Linki do plików do pobrania rzekomo naruszających zasady
Kraj, w którym obowiązują prawa autorskie: PL
Oświadczam w dobrej wierze, iż:

Jestem właścicielem lub uprawnionym przedstawicielem działającym w imieniu właściciela wyłącznego prawa, które zostało przypuszczalnie naruszone.
Mam powody do uznania, że na użycie materiałów w sposób, którego dotyczy zawiadomienie, nie została wyrażona zgoda właściciela praw autorskich lub jego przedstawiciela albo sposób ten jest niezgodny z prawem.
To powiadomienie jest prawdziwe.
Rozumiem, że składanie w ramach tej procedury fałszywych oświadczeń na temat naruszenia praw autorskich lub składanie takich oświadczeń w złej wierze może skutkować pociągnięciem mnie do odpowiedzialności prawnej.
Rozumiem, że naruszenie zasad tego narzędzia spowoduje zamknięcie mojego konta YouTube.
Podpis: Zbigniew Kowalewski
Z poważaniem,

— Zespół YouTube

Podaję fragmenty korespondencji w odwrotnej kolejności, ale bez skrótów w oryginale. Pewien Pan postanowił umieścić tam film o Stanisławie Skalskim i nie ma siły, żeby go namówić na usunięcie „Spętanego Anioła” z jego kanału. Administrator serwisu nie uznaje moich autorskich praw do filmu, ale nie sprawdza praw Andrzeja Mazurka. Do tej pory jest tam odnotowane ponad 5 tysięcy wejść, więc ta jego akcja skutecznie blokuje sprzedaż książki z DVD. Jeśli ktoś ma jakiś pomysł,albo mógłby wykasować ten film z kanału Andrzeja Mazurka, będę naprawdę wdzięczny. Oto jego odpowiedzi na moje prośby:

Andrzej Mazurek21 godzin temu

Panie Zbigniewie Kowalewski , dlaczego nęka mnie pan na portalu YouTube.
Jest pan jeden któremu się to nie podoba , jest mnóstwo ludzi którzy chwalą sobie ten film bo pokazuje prawdę i niestety przegrywa pan w głosowaniu z innymi.
Jeśli nie chce pan widzieć tego filmu , niech pan nie zagląda na tę stronę ,
jest to rozsądna propozycja.
Pozdrawiam pana , wszystkich forumowiczów oraz użytkowników YouTube
.

Odpowiedz ·

Zbigniew Kowalewski23 godziny temu

Panie Andrzeju Mazurek. Zwracam si po imieniu i nazwisku, chociaż nie wiem czy są prawdziwe, bo skoro uznał Pan się za twórcę filmu „Spętany Anioł” to wszystko jest możliwe… Nawet to, że pamięta Pan jeszcze tak proste słowa, jak uczciwość i prawda. Poroszę wykasować ten film z tego kanału i nigdy nie powoływać się na ten tytuł. Nie grożę,ale obiecuję, że nie dam Panu spokoju, dopóki Pan nie posłucha mojej prośby.
Odpowiedz ·

Andrzej Mazurek2 miesiące temu

Moim skromnym zdaniem , najważniejsza jest prawda i naturalna MIŁOŚĆ DO OJCZYZNY, ,,więc wszystko należy robić aby naturalna Historia nie zginęła.
Jeśli takową miłość się rozumie i ma w swym sercu !!!
Odpowiedz · 1

Zbigniew Kowalewski1 tydzień temu

Panie Mazurek, domagam się od Pana natychmiastowego usunięcia tego filmu z konta You Tube. Czy nie dociera do Pana, że skoro nie jest Pan w żadnej mierze autorem tego filmu przywłaszcza sobie Pan cudzą własność. To tak, jakbym wszedł do Pana domu i w nim zamieszkał bez niczyjej zgody.
Odpowiedz ·

Jan Kowalski4 dni temu

Ten film jest chlubną własnością nas wszystkich – Polaków.
Odpowiedz · 1

Zbigniew Kowalewski1 dzień temu

Proszę po raz kolejny o usunięcie filmu przez Pana Andrzeja Mazurka. Eksponowanie go pod tym imieniem i nazwiskiem jest rażącym nadużyciem ściganym wedle obowiązujących przepisów prawa autorskiego. 
Odpowiedz ·

Zbigniew Kowalewski1 tydzień temu

System You Tube uniemożliwia zgłoszenie naruszenia przez Andrzeja Mazurka praw autorskich. Próbowałem zrobić to kilka azy bez skutku. Niniejszym więc oświadczam, że jest to zwykła kradzież, bo umieścił film bez pozwolenia Studia Filmowego Kronika, Oficyny Aurora i TVP, do których należą wszelkie prawa majątkowe do filmu „Spętany Anioł”

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

O Stanisławie Skalskim w rodzinnej Kodymie

06 lis

Michał Miłosz podzielił się z czytelnikami aktualnymi informacjami o Kodymie, do której niestety, trudno dzisiaj dotrzeć. Dopóki nie nastaną warunki do pokojowych odwiedzin na dalekiej Ukrainie, jesteśmy skazani jedynie na tę oto dziennikarską relację:

W dziewięciotysięcznej Kodymie na Ukrainie ksiądz Stanisław Majkrzak odbudowuje świątynię katolicką i związaną z nią wspólnotę wiernych. Stara się również o upamiętnienie asa polskiego lotnictwa generała Stanisława Skalskiego, który w Kodymie się urodził. W Kodymie żyją Polacy, Rosjanie, Ukraińcy i Mołdawianie, a nawet Azerowie i Gruzini. Na tych terenach Polacy, głównie katolicy i grekokatolicy spod Sanoka, Krosna i Nowego Sącza byli osiedlani całymi wioskami po zawartym z Turcją w 1699 roku pokoju karłowickim. [...]Kodyma to także miejsce, gdzie 27 listopada 1915 roku urodził się as polskiego lotnictwa Stanisław Skalski. Jego rodzina była od pokoleń związana z tą ziemią. Ostatnim proboszczem w Kodymie był stryj późniejszego generała ksiądz Antoni Skalski zmarły w Białowieży. Ojciec był agronomem w majątku księcia Lubeckiego. W styczniu 1936 roku Stanisław Skalski rozpoczął szkolenie w Szkole Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie, w grudniu 1938 r. promowany został na stopień podporucznika pilota. W kampanii wrześniowej zestrzelił 6 niemieckich samolotów, co przy niemieckiej przewadze technicznej pokazuje jego kunszt. Walczył w bitwie o Anglię w brytyjskim 501 dywizjonie RAF. Od marca do maja 1943 roku dowodził Polskim Zespołem Myśliwskim znanym powszechnie jako Cyrk Skalskiego. Łącznie zestrzelił samodzielnie 18 niemieckich maszyn a wspólnie z innymi pilotami 3, co oznacza, że był najskuteczniejszym polskim pilotem myśliwca w historii. Po wojnie Brytyjczycy proponowali mu obywatelstwo i możliwość wykładania w tamtejszej akademii lotniczej. On jednak zdecydował się wracać do Polski, mając świadomość grożącego mu niebezpieczeństwa. W 1948 r. został zatrzymany przez UB. Torturami zmuszano do podpisania samooskarżenia o szpiegostwo na rzecz wywiadu anglo-amerykańskiego. W 1950 r. skazano go na karę śmierci, utratę praw publicznych oraz przepadek mienia. Wyroku jednak nie wykonano, a karę śmierci zamieniono na dożywocie. Dopiero po odwilży został zrehabilitowny, a wyrok unieważniono. Do 1968 roku pracował w lotnictwie. W 1988 roku został awansowany do stopnia generała brygady. Po 1989 roku został publicznie zmarginalizowany, ponieważ nie wahał się mówić gorzkiej prawdy o roli Żydów w swoim uwięzieniu, procesie, ubecji, wymiarze sprawiedliwości i ich roli w Polsce po 1989 roku. Pod koniec życia, schorowany i uzależniony od pomocy osób trzecich, został okradziony i pobity przez swoich opiekunów. Ostatnie miesiące spędził w domu pomocy społecznej. Zmarł 12 listopada 2004 w szpitalu wojskowym w Warszawie, w wieku 89 lat. Pochowany został na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach. Początkowo ksiądz Stanisław Majkrzak zamierzał stworzyć w Kodymie izbę pamięci poświęconą generałowi Skalskiemu. Jednak doskonale rozwijająca się współpraca z miejscowym muzeum państwowym pozwala mieć nadzieję na stworzenie tam stałej ekspozycji.
- Małżeństwo Rosjan, które się opiekuje muzeum, bardzo chętnie współpracuje. Przekazałem już im repliki Virtuti Militari, Krzyża Walecznych i Odznaki Lotniczej, odznaczeń przyznanych generałowi Skalskiemu – mówi ksiądz Stanisław Majkrzak. Na potrzeby parafii otwarte są również różne środowiska w Polsce. Nauczyciele z dekanatu Ujanowice koło Limanowej i ze Szkoły Podstawowej nr 21 im. Jana Pawła II w Nowym Sączu, w miarę swoich skromnych możliwości starają się wspierać parafię.
Wszystkim, którzy chcą pomóc w odbudowie parafii w Kodymie i upamiętnieniu generała Stanisława Skalskiego podajemy numer konta parafii.
Bank Spółdzielczy Krościeńko nad Dunajcem Nr konta 11881700003001000173980104
Liczy się każda złotówka i każda pamiątka związana z generałem Stanisławem Skalskim oraz polskim lotnictwem. Mile widziane są także formy pomocy pozamaterialnej, np. wolontariat. Z księdzem Stanisławem Majkrzakiem można się kontaktować pod adresem mailowym parafii parafiakodyma@wp.pl.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Stanisław Skalski – Spętany Anioł

06 lis

Napisaliśmy… tak – napisaliśmy „Spętanego Anioła” z myślą, że nieważne komu zostanie przypisany dany fragment tekstu książki. Cała seria „Polskie Skrzydła” jest więc podpisana przez zgrany tandem: Sławomir M. Kozak, Zbigniew W. Kowalewski. Poruszamy się w obszarze pomiędzy filmem i literaturą. Zamierzamy rozsławić największe sukcesy polskich konstruktorów, lotników, oblatywaczy i wszystkich ludzi związanych z polską awiacją. Tym razem zależało nam przede wszystkim na skutecznej popularyzacji dokumentalnego filmu o Stanisławie Skalskim, który był pokazywany na antenie TVP, ale dzisiaj są takie czasy, że portret dokumentalny ustępuje już serialom, reklamom i serwisom informacyjnym w telewizyjnej ramówce. Wydaliśmy książkę, która z załączonym dyskiem DVD jest dość gruba, więc staram się upowszechnić na tym blogu to, co się w niej nie zmieściło. Dla mnie osobiście bardzo ważne jest zapoznanie się z historią internetowych dyskusji o generale brygady pilocie, Asie Bitwy o Wielką Brytanię, od okresu choroby, poprzez śmierć lotnika i okres żałoby po mszy w Katedrze Polowej Wojska Polskiego. Ponadto należy tekst uzupełnić o terminologię wojskową pochodzącą z okresu służby pil. Stanisława Skalskiego w polskich formacjach lotniczych w barwach Royal Air Force. Wówczas jednak trzeba by dołożyć obszerny, drugi tom albo wydać opasły, nieporęczny wolumin, na co nie pozwalały dość skromne środki. Niemniej jednak lubię takie sytuacje, w których mogę się zmierzyć z odbiorem dziełka okrojonego z konieczności do maksimum. Lekturę książki pogłębioną o seans filmowy poszerzą materiały zamieszczone na moim autorskim blogu. Niesłychanie ważnym uzupełnieniem epizodu więziennego jest relacja żydowskiego fizyka, niemieckiego komunisty, który zetknął się z towarzyszami niedoli bardzo różnych wyznań i narodowości. Świadectwo naukowca Cybulskiego, (Weissberga) naprowadza nas na rzeczywisty obraz grozy w bezwzględnym świecie okrutnych prześladowców naprzeciw niewinnym ofiarom stalinizmu. Jedną z najgorszych procedur opisanych przez zdeklarowanego komunistę z robotniczych Niemiec, był precyzyjnie zaplanowany konwejer. Miał on tę właściwość, że potrafił łamać najsilniejsze, ludzkie charaktery. I dlatego fakt oporu Stanisława Skalskiego wobec śledczych musi wzbudzać niesamowity szacunek, bo należał on do tych nielicznych, którzy skutecznie przeciwstawili się potwornej machinie przemocy. A wyglądała ona tak, jak to zapisał genialny fizyk z niesamowitą pamięcią szczegółów:

Budynek pochodził jeszcze z czasów caratu. Wóz z więźniami przepuszczono najpierw przez żelazną bramę. Wysiedliśmy i podeszliśmy do drugiego muru, w którym po naszym przybyciu otworzono małą furtkę. Strażnik przejrzał nasze papiery i przepuścił nas. Zaprowadzono mnie do Oddziału II. Czteropiętrowy gmach, w kształcie litery T. W pionowym członie litery T mieściło się na czterech piętrach 50 pojedynek. Człon poprzeczny zawierał 12 wielkich cel zbiorowych. Przydzielono mi pojedynkę, o ile pamiętam nr 37. Właściwie tylko za czasów caratu cela ta była pojedynką. Teraz miała mieścić trzy osoby. Cela miała cztery metry długości i dwa metry szerokości. Łóżka były żelazne, przy jednej ścianie dwa, przy przeciwległej – jedno, na dzień podnoszone do góry i zamykane. Nocą, gdy były spuszczone, odstęp między nimi wynosił 30 cm. Byłem w celi sam.

Okno miało zaledwie metr kwadratowy i było umieszczone tak wysoko, że gdy chciałem wyjrzeć przez nie, musiałem podciągać się na kratach albo stawać na stołku. W celi był stolik i dwa drewniane stołki. Wyjrzałem przez okno i bardzo szybko zorientowałem się w położeniu budynku. Terytorium więzienia otaczały dwa koncentryczne mury. Właściwe bloki więzienne leżały na terenie objętym murem wewnętrznym. Pas pomiędzy murem wewnętrznym a zewnętrznym należał do załogi strażniczej. Żołnierze i urzędnicy mieli tam małe domki i ogrody warzywne.
Wieczorem dziewczęta i młodzi chłopcy siedzieli przed drzwiami domków, grali na harmonijkach i tańczyli. Dźwięki muzyki docierały do nas w celach. Byłem znowu sam, ale samotność nie przygnębiała mnie tak jak na początku mego pobytu w więzieniu. Znajdowałem się w stanie powolnej rekonwalescencji. Pozwalano mi leżeć także w ciągu dnia. Dawało to wielką ulgę, W kilka dni później dostałem towarzysza do. celi. Zapomniałem
jego nazwiska. Był to stary socjalrewolucjonista, należał zatem do partii, która w oczach ludu rosyjskiego, a zwłaszcza mas chłopskich, prowadziła najaktywniej walkę o wolność przeciwko samodzierżawiu. Miał około pięćdziesięciu lat, był jednak dobrze zbudowany, muskularny, o młodzieńczej twarzy bez zmarszczek i bujnych włosach szatyna – wyglądał na trzydzieści lat. Przywitał mnie mocnym uściskiem dłoni i zapytał,jak mi się powodzi. Robiło to niemal komiczne wrażenie, jak gdyby spotkali się starzy znajomi w restauracji. Przyjrzałem mu się; jego szerokie czoło i promienne oczy zjednały mnie sobie od razu. Z zawodu był robotnikiem. O ile pamiętam – mechanikiem precyzyjnym. Przejawiał bezgraniczny respekt dla wszystkiego, co nazywał kulturą, i był mi nieskończenie wdzięczny, gdy mu opowiadałem cokolwiek z dziedziny cudzoziemskiej literatury, sztuki lub historii. Poddał się swemu losowi. Oburzało go tylko, że sędzia śledczy klął przy przesłuchaniu. Często tracił zupełnie panowanie nad sobą.
- Pomyślcie, Aleksandrze Siemionowiczu, ten człowiek sklął mnie po matieri. Przecież to nie jest prywatna osoba, przecież on pracuje w instytucji państwowej. W instytucji państwowej coś takiego nie powinno mieć miejsca.
Jego naiwność miała w sobie coś wzruszającego. Dowiedziałem się później, że przeklinanie nie było przypadkowym wykolejeniem się gepistów, lecz że byli w tym ćwiczeni. Do służby tej przyjmowano tylko ludzi o mocnym głosie. Przeklinanie pełniło ważną funkcję w przebiegu śledztwa. Trzeba było złamać samopoczucie więźnia. Jego godność ludzką
obrzucano błotem. Odwaga opuszczała go wtedy, nie ośmielał się już bronić. Zapytałem esera, za co został aresztowany. Sam nie wiedział. W wojnie domowej walczył po stronie Armii Czerwonej. Partię socjalrewolucjonistów opuścił już w roku 1907, gdy zesłano go na Syberię. Powrócił w roku 19 I 3 i pomimo swych sympatii dla ruchu rewolucyjnego pozostał bezpartyjny. Po ukończeniu wojny domowej, w roku 1921, żył w Charkowie jako robotnik wykwalifikowany.

- Dorywczo odwiedzali mnie starzy przyjaciele z czasów przedrewolucyjnych. Może to było przyczyną mego aresztowania. Ale to przecież nie jest zbrodnia – zauważyłem.

- To nie jest zbrodnia, ale oni zapewne sądzą, że mówiliśmy między sobą coś złego. Stali się podejrzliwi, bardzo podejrzliwi. Trzeba im udowodnić, że się nie jest wielbłądem.
Zapytałem go:
- Co się z wami stanic, towarzyszu?
- Poślą mnie na Syberię, to jeszcze nie tak źle. Już raz tam byłem, przez sześć lat. Ma to także swoje dobre strony. Jeśli mi dadzą wolną zsyłkę, to już nie wrócę, nawet gdyby mi pozwolili.
Nie mogłem wyjść ze zdumienia. Człowiek ten, całkowicie niewinny, uważał za naturalne, że się go zsyła na Syberię, i nie buntował się przeciw temu. Początkowo myślałem ze strachem: Może to jest nowy Rożanski, który chce mnie zdemoralizować. Wkrótce jednak uspokoiłem się. Ten eser był jednym z najuczciwszych i najdelikatniejszych ludzi, jakich kiedykolwiek spotkałem.
W kilka dni później drzwi otworzyły się raz jeszcze. Wszedł stary mój znajomy, profesor Raszkow. Poznałem Raszkowa w roku 1931. Był profesorem socjologii i wykładał marksizm-leninizm na uniwersytecie charkowskim. Przed rewolucją był mienszewikiem. W roku 1918 wstąpił do partii komunistycznej. Powitaliśmy się serdecznie. Opowiedział mi historię swego aresztowania:
- Już w dawniejszych latach wzywano mnie dorywczo do GPU. Wypytywano mnie tam bardzo uprzejmie o moje poglądy, a także o moich przyjaciół. Wszystko było w porządku, wszystko zaprotokołowali. Potem przez długi czas chorowałem. Zimą poddałem się operacji i musiałem przeleżeć w szpitalu kilka miesięcy. Raz zapytywali telefonicznie, czy już mogę wstawać. Lekarz nie pozwolił. Wobec tego kazali mi powiedzieć, że mam sam do nich zatelefonować w dniu opuszczenia szpitala. Zatelefonowałem i ten sam urzędnik, który w dawniejszych latach dorywczo wzywał mnie do siebie, zażądał mego przybycia. Był bardzo
uprzejmy, ściągnął ze mnie jeszcze raz życiorys, wypytywał mnie o kolegów, a potem wyszedł z pokoju. Po pięciu minutach weszło dwóch innych gepistów, musiałem oddać krawat i szelki i zostałem odprowadzony do celi. W dwa tygodnie później zaczęło się przesłuchanie. Jeszcze się nie skończyło. Ale dzisiaj przywieźli mnie tutaj.

Raszkow był Żydem, oddanym władzy sowieckiej i wdzięcznym za jej politykę narodowościową. Równouprawnienie wszystkich narodów było jednym z atutów polityki sowieckiej, pomagającym jej pozyskiwać ludy uciskane. I istotnie, nie było wówczas – przynajmniej o ile sam mogłem zaobserwować – żadnego antysemityzmu w Związku Sowieckim. Żydzi uważani byli za mniejszość narodową, jakich wiele. Wielki kraj zamieszkiwało niemal sto narodów. Większość miała swe własne republiki narodowe albo obszary autonomiczne. Ponadto jednak istniały odpryski narodowe, wtłoczone w miasta wielkich narodów. W miastach ukraińskich żyli Niemcy, Polacy, Żydzi, Armeńczycy, Grecy, Łotysze i inni. Ludność była przyzwyczajona do – że się tak wyrażę – kolonii mniejszościowych. Przed wojną, gdy Kościół prawosławny i rząd carski popierały antysemityzm, gdy przede wszystkim carska polityka strefy osiedlenia przepełniła ukraińskie i polskie miasta Żydami, nienawiść do Żydów rosła bardzo silnie. Miało się wrażenie, że jawnie internacjonalistyczna polityka Lenina w pierwszych latach rewolucji zupełnie zlikwidowała w masach ludowych nienawiść do Żydów. Państwowy zakaz antysemityzmu i sprawiedliwe traktowanie wszystkich dawniej uciskanych ludów sprawiły cuda. Przed przyjazdem do Związku Sowieckiego nie dałbym wiary, że da się wytępić taką chorobę środkami przymusu państwowego. Byłem zdania, że nie można nikogo oduczyć antysemityzmu przez fakt, że mu się zabroni agitacji. Nie liczyłem się z jednym: wśród niemal wszystkich narodów rzeczywiście zdecydowani antysemici stanowią tylko garstkę. Inni ich tylko imitują. Jeśli zabroni się działalności aktywistom antysemityzmu, to ci inni nie będą ulegali zarazie nienawiści rasowej.
Mówiłem często z Raszkowem o kwestiach narodowościowych. Pewnego razu opowiedziałem mu o przeżyciu z naszego Instytutu. 19-1etnia dziewczyna Siemionowa. pracująca w naszym Instytucie jako kreślarka, powiedziała do koleżanki: „Na ulicy stoi Pliskiji” ze swoją Chajką”. Pliskin był Żydem, majstrem w warsztacie mechanicznym Instytutu. Żona jego nie nazywała się Chajka. Ale tak dawniej na Ukrainie przezywano
każdą Żydówkę. Koleżanka Siemionowej doniosła o tym komitetowi związku zawodowego w Instytucie. Reakcja była gwałtowna i dla mnie niespodziewana.
Zwołano zebranie wszystkich członków Instytutu i wniesiono sprawę pod obrady. Instytut liczył ponad stu członków. Między nimi było tylko niewielu Żydów. Na pewno nie więcej jak dziesięciu. Zebranie uchwaliło jednomyślnie wykluczenie 19-1etniej dziewczyny ze związku zawodowego. Byłby to dla niej ciężki cios, równający się utracie posady w Instytucie, nie mogłaby też dostać żadnej pracy w Rosji europejskiej, chyba jedynie pracę niewykwalifikowanej robotnicy na budowie. Spóźniłem się nieco na zebranie. Gdy dowiedziałem się, co się stało, poprosiłem o głos i zaprotestowałem przeciw tej uchwale:
- Towarzysze, znam towarzyszkę Siemionową z jej pracy. Pracuje dobrze. Przeczy, by powiedziała to, co jej zarzucają. Przyjmijmy jednak nawet, że stan faktyczny jest bezsporny. Czy jest to coś tak złego, że musimy zaraz zastosować najcięższą karę? Pomyślcie, że towarzyszka Siemionowa ma 19 lat. Czyż nie potrafimy wywrzeć na nią wpływu i wylcczyć ją z fałszywych poglądów? Jeśli skutkiem naszej uchwały będzie musiała opuścić Charków, jej opór tylko się umocni. Wnoszę o reasumpcję uchwały zebrania.
Po żywej dyskusji, w której część komunistów zajęła stanowisko przeciwko mnie, uchwałę uchylono i udzielono Siemionowej surowego ostrzeżenia.
Następnego dnia wezwał mnie sekretarz partii Komarow do sekretariatu. Komarow podlegał mi wówczas w pracy, ale jako sekretarz partyjny stał nade mną. Osobiście byliśmy zaprzyjaźnieni.
- Alex, twoje wczorajsze wystąpienie było wyraźnie wrogie partii.
Zająłeś stanowisko antysemickie.
- Skąd ci to przyszło do głowy?
- Sposób, w jaki broniłeś postępowania Siemionowej. był najczystszym antysemityzmem.
- To przecież nonsens zarzucać mi antysemityzm. Sam jestem przecież Żydem.
- To nic nie znaczy, są także żydowscy antysemici.
- Ależ Pietia, czy naprawdę jest w tym coś tak złego, że Siemionowa powiedziała: „Na ulicy stoi Pliskin ze swoją Chajk ą”. Czy to dowodzi nieuleczalnego antysemityzmu? Czy trzeba z powodu tak błahej wypowiedzi wykluczać ze społeczeństwa człowieka młodego i obiecującego? Sądziłem, że to idzie za daleko, i dlatego zabrałem głos na zebraniu.
- Alex, nie rozumiesz tego. Jawny antysemityzm jest w naszym kraju zdelegalizowany. Wróg klasowy sięga dlatego do skrytych metod i tajnej propagandy szeptanej. Takie, na pozór pozbawione znaczenia, wypowiedzi są przejawem do głębi wrogiej ideologii. Partia musi ją zdławić w zarodku. Czy też mamy czekać, aż na ulicach Charkowa rozebrzmi hasło Białej Armii: Biejtie Jewriejew, spasajtie Rossiju!
Przytaczam tę rozmowę tylko w tym celu, by scharakteryzować panującą podówczas w partii ideologię w kwestii narodowościowej. Komarow nie był intelektualistą, lecz młodym górnikiem, który znalazł sobie drogę na uniwersytet. Bynajmniej nie traktował kwestii żydowskiej uczuciowo. Była ona dla niego częścią ogólnego problemu współżycia róż-
nych narodowości na pewnym obszarze osiedlenia. Organizowanie tego współżycia bez tarć było dla niego zadanicm rewolucyjnego internacjonalizmu.

Raszkow wiedział o przyczynach swego aresztowania równie niewiele jak ja. Jedno było dla niego jasne, a mianowicie, że główną przyczyną była jego przedrewolucyjna przynależność do partii mienszewickiej. To samo zapewne odnosiło się do esera. Raszkow mówił:

- Rozumiem, że się nam teraz nic ufa, a także, że się chce nas odosobnić. Ale po co to całe śledztwo’? Jeśli pozostawienie nas tutaj wydaje im się rzeczą niebezpieczną, powinni nas po prostu, podobnie jak dawniej car, zesłać w drodze administracyjnej na Syberię. Ale dlaczego
żądają od nas, abyśmy przyznali się do nigdy nie popełnionych zbrodni.
- Czy żądano tego także od was?

- Naturalnie. Początkowo tylko przyznania się do kontrrewolucyjnej organizacji i agitacji przeciw władzy sowieckiej, ale teraz żąda się ode mnie szkodnictwa. Twierdzą, że przemycałem do mych książek i wykładów błędne idee trockistowskie. Nazywają to kontrabandą trockistowską. Zwróciłem uwagę, że pisma moje były sprawdzane przez partię i przed publikacją przeglądane przez cenzurę. Na to powiedział sędzia śledczy:

„Nie mówcie o cenzorze, to był wasz wspólnik, siedzi już od dawna”.
Z naszego uniwersytetu siedzi prawie co trzeci profesor, Wszyscy przyznali się do kontrabandy trockistowskiej. Większość książek wydana jednak była przed laty, partia i publiczność bardzo je chwaliły. Dlaczego teraz to wszystko jest trockistowską propagandą’?

Był to zmęczony, stary, chory człowiek. Trzymał się jeszcze całkiem dobrze. Nigdy nie przypuszczałbym, że ma w sobie tyle siły oporu. Wzywano go często na przesłuchania. Poza wszystkim, cierpiał na chorobę pęcherza, co zmuszało go do udawania się do ubikacji co siedem minut. Sędzia śledczy był wściekły. Musiał go eskortować i czekać na niego
przed ubikacją. Łagodziło to bardzo presję śledztwa. Trwające godzi- nami przesłuchania traciły charakter szantażu, gdy przerywano je co siedem minut. Ale wtedy sędziowie śledczy respektowali jeszcze diagnozę lekarską. Później miało się to zmienić.

W kilka dni po przybyciu Raszkowa wezwano mnie na przesłuchanie. Samochód zawiózł mnie do centralnego gmachu GPU, nie zaprowadzono mnie jednak wprost do gabinetu sędziego śledczego, lecz do piwnicy więzienia wewnętrznego. Tam zamknięto mnie w pojedynce. Przechodząc przez korytarz zauważyłem, że w innych celach musiało być wielu ludzi. Później dowiedziałem się, że cele piwniczne służyły za poczekalnie. Więźniów z Chołodnej Gory, wzywanych na przesłuchanie, przywożono zawsze wieczorem między 7 a 8, czasem nawet później. W piwnicznej celi czekali, aż nadejdzie pora ich przesłuchania. Najczęściej następowało ono tej samej nocy, czasem czekali w piwnicy dwa do trzech dni.
Około szóstej rano samochody wracały do Chołodnej Gory. Nie zabierano jednak więźniów, którzy następnego dnia znowu mieli być przesłuchiwani. Zdarzało się, że więźniów nie puszczano przez cały miesiąc „do domu”. Oznaczało to dla większości nieznośne zaostrzenie presji. Latem 1937 roku starano się jeszcze trzymać mnie w izolacji. Śledztwo poświęcało mej sprawie wiele czasu i energii. Byłem dla nich widocznie ważny. Toteż gdy czekałem na przesłuchanie w piwnicy więzienia wewnętrznego, zamykano mnie w pojedynce. W kilka miesięcy później ten luksus już był niemożliwy. Wszystkie cele piwniczne były przepełnione
czekającymi więźniami. Więźniowie stali stłoczeni jak śledzie w beczce przez całą noc; gdy strażnik otwierał drzwi, by zmieścić nowego więźnia, nie mógł ich już potem zamknąć: stłoczona masa ludzka rozszerzała się. Te poczekalnie w więzieniu wewnętrznym, zwłaszcza dwie największe cele, zwane były w żargonie więziennym „Brechałowką”. Można to było przetłumaczyć jako „Gadalnię”. W celi tej spotykali się mianowicie więźniowie ze wszystkich cel Chołodnej Gory i podczas czekania wymieniali swe doświadczenia. Można tu było posłyszeć także polityczne nowinki. „Brechałowka” była najważniejszym wyłomem na froncie izolacji. Dopiero ona czyniła z izolowanych grup z setek cel jednolity kolektyw więzienny. Powracających z .Brecbałowki” natychmiast otaczano „w domu” i domagano się nowin. Przesiedziałem noc w piwnicznej celi. Po południu następnego dnia zaprowadzono mnie do Reznikowa. Reznikow czekał na mnie w postawie stojącej.
- Dostałem teraz z Ługańska informacje o was, które mi po prostu ścinają krew w żyłach. Nie jesteście wcale tym, za kogo was uważaliśmy. Nie jesteście drobnym pionkiem, jesteście wielkim mistrzem kontrrewolucji. Tutaj, czytajcie!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

SKALSKI i jego prześladowcy

06 lis

To, co bohater „Spętanego Anioła” powiedział nam o swoich przeżyciach w stalinowskim więzieniu jest zaledwie cząstką prawdy. Nie każdy ma w sobie dość spokoju i harmonii, żeby obiektywnie opowiedzieć o tym, co najważniejsze. Zupełnie zrozumiałe jest, że Stanisław Skalski wybuchał na samo wspomnienie nazwisk swoich prześladowców. Wymyślając najgorszymi słowy swoim katom nie wymyślał jednocześnie bajek, bo mówił tylko o tym, co sam z ich strony doświadczył. Oskarżony i skazany lotnik był poddawany identycznej procedurze wymuszania zeznań, tortur i przesłuchań, jakie zostały opisane przez więzionego w ZSRR fizyka Weissberga:

Przerwał przesłuchanie. Rożanski był wściekły, gdy mu opowiedziałem, co się stało.

- Zwariowaliście, Aleksandrze Siemionowiczu. Jak mogliście sądzić, że Reznikow przyjmie przyznanie się do winy, jeśli jednocześnie daliście mu do zrozumienia, że to bajki. Ludzie c h c ą bajek. Ale nigdy się do tego nie przyznają. Nawet sami przed sobą. Sędzia śledczy, który przed
bodaj jednym swym kolegą podkreśliłby fikcyjny charakter wszystkich tych zeznań, byłby następnego dnia rozstrzelany jako kontrrewolucjonista. Wszyscy nawzajem grają role jak w teatrze. Znacie przecież bajkę Andersena o szatach cesarza? Każdy w niej zachowuje się tak, jak gdyby widział piękne szaty, gdyż nie chce uchodzić za głupca. Tutaj zaś wszyscy udają, że wierzą w fikcje własnego wyrobu, gdyż nikt nie chce być rozstrzelany. Zrozumcie to wreszcie, Aleksandrze Siemionowiczu! Musicie złożyć przyznanie się do winy i musicie to zrobić w taki sposób, jak gdybyście w nie sami wierzyli. W przeciwnym bowiem razie cała rzecz wam się nie uda.
Nie mogłem mu jeszcze wówczas uwierzyć. Nie mogłem uznać za możliwe, że aparat policyjny wielkiego państwa posłuszny jest prawidłom olbrzymiego kłamstwa. Byłem nieszczęśliwy, że nie udało mi się zamknąć sprawy. Lecz z drugiej strony nabrałem znowu otuchy. Jeśli rzeczywiście szukają prawdy, to niewinność moja wyjdzie kiedyś na jaw i wypuszczą mnie. Myśli moje znowu wróciły do rysunków. Być może była to przyczyna całego nieszczęścia i powinienem wreszcie o tym powiedzieć. Chciałem zapytać o radę Rożanskiego, ale powstrzymała mnie od tego jakaś resztka nieufności. Następnego dnia Rożanski został wezwany na przesłuchanie. Dla nas i dla niego była to niespodzianka. Jego śledztwo było zamknięte. Już pół roku wcześniej podpisał dwochsotkę i czekał na sąd lub na zesłanie w drodze administracyjnej. Rożanski powrócił po godzinie. Byliśmy zaciekawieni. Mówił mało.

- Miałem potwierdzić zeznanie pewnego towarzysza z Moskwy. Chodziło o rozmowę z roku 1931. Sprawa ma tylko pośredni związek z moją sprawą.

Tej nocy Rożanski rozmawiał ze mną natarczywie. Radził mi, jak mam pójść na rękę sędziemu śledczemu. Byłem już tak zmęczony, że prawie nie oponowałem. Wieczorem, w czasie przesłuchania, Reznikow skierował znowu rozmowę na moich kolegów z Instytutu. Formułował moje zeznania w taki sposób, by podkreślić ich antysowiecką postawę. Podpisałem, ale wciąż jeszcze z zastrzeżeniem. I tak na przykład: „Jeśli w ten sposób patrzycie na sprawę, to można określić stosunek Leipunskiego do mnie jako wrogi wobec partii i Sowietów”. Reznikow wykreślił później to zastrzeżenie.
Charakterystyka pozostała. To był mój grzech pierworodny. Rozmowa zeszła potem na konflikty w Instytucie.
- Czy przyznajecie, że uknuliście spisek przeciwko pracom dla wojska?

Milczałem. Przyszedłem, aby wyznać moją fikcyjną winę, lecz gdy już do tego doszło, wszystko się we mnie przeciwko temu burzyło. Głos mi się po prostu załamywał. Reznikow podniósł się:

- Weissberg, wstańcie! – Wziął moje krzesło i przesunął je o trzy metry, w pobliże drzwi. – Tak, teraz siadajcie. A teraz nie powiem ani słowa. Daję wam trzy minuty czasu. – Wyjął zegarek z kieszeni i położył go na stole. – Po trzech minutach musicie złożyć zeznanie własnymi słowami, bez mej pomocy.

Skręcałem się z bólu. Po prostu nie mogłem. Gdyby położył przede mną gotowy protokół, podpisałbym go bez czytania, lecz przyznanie się słowo po słowie do zbrodni, których nigdy nie popełniłem, nie mogło mi po prostu przejść przez gardło. Sekundy mijały. Reznikow podniósł
zegarek do góry:
- Jeszcze 15 sekund

Wybuchnąłem

- Towarzyszu Reznikow, wszystko to jest szaleństwem. Byłem przecież patriotą Związku Sowieckiego i cieszył mnie każdy postęp w kraju. Dlaczegóż miałbym spiskować przeciw armii’ Armia Czerwona była dla mnie symbolem rewolucji. Bylem zawsze z niej dumny. Gdy spotykałem na ulicy żołnierzy maszerujących ze śpiewem na ustach. serce bilo mi
żywiej. Czego chcecie ode mnie?! Nie możecie przecież wierzyć. że planowałem cokolwick przeciw armii.
Reznikow wstał. Zbliżał się do mnie powoli. Odbezpieczył rewolwer.

- Toś ty taki. Chcesz nas wodzić za nos. Ty komediancie. Ty faszystowski oszuście. Ty kurwo. Ty płatny najemniku. Do tego doszło. Od jutra będziemy cię szczuli psami. Nic damy ci złapać tchu. Będziemy cię bić. aż padniesz. Jesteśmy już gotowi.
Kazał mnie wyprowadzić. Po przyjściu do celi runąłem z wyczerpania. Rzecz zdumiewająca. sędzia śledczy przez kilka dni zostawił mnie w spokoju. Wróciłem do siebie. Rożanski był zły z powodu mego stanu. Nagle zaczął mówić na inny temat. Zapytał:

- Co wlaściwie powiedzieliście wtedy w niemieckim klubie robotniczym?

Czy macie na myśli 5 marca 1933 roku?

- Tak jest.
- Było to wieczorem, po wyborach ‚do Reichstagu. Komuniści otrzymali 5 milionów głosów: wprawdzie stracili milion. ale wobec faktu, że Hitler znajdował się już u władzy. był to rezultat dobry. Zaproszono mnie do wygłoszenia referatu w niemieckim klubie robotniczym Poszedł ze mną Artur Koestler.
- Kto to jest Artur Koestler?

- Artur Koestler był lewicowo-burżuazyjnym dziennikarzem i pod moim wpływem zbliżył się poniekąd do partii. Był przez jakiś czas moim gościem w Charkowie i pisał książkę o Związku Sowieckim. Koestlera poznałem z początkiem roku 1931 w domu mej przyszłej żony w Berlinie. w towarzystwie lewicowych intclcktualis·tów. W kilka dni później spotkałem go na Kurfurstcndamm. Podszedł do mnie:

- Panie inżynierze dowiedziałcm się. że jest pan członkiem Komunistycznej Partii. Pragnę wstąpić do partii i chciałbym z panem o tym pomówić.

Bylem zdumiony. Koestlcr był znany jako współpracownik domu wydawniczego Ul ls: ci na. W swojej działalności dzicnnikarskiej nic zdradzał żadnych sympatii dla rewolucyjnej lewicy. Mówił dalcj:
- Zamierzam pójść do pracy w jakiejś wielkiej fabryce jako robotnik. Myślę, że nie można być uczciwym komunistą, jeśli się samemu nie doświadczyło egzystencji robotniczej.
Odpowiedziałem:

- Ależ jaki miałoby to dla pana sens, panie. Koestler? Na pewno nie nadaje się pan przecież na robotnika kwalifikowanego i prawdopodobnie może pan oddać partii większe usługi na swym obecnym stanowisku. Koestler nie był jeszcze wówczas wielkim pisarzem, był jednak świetnym dziennikarzem, ze wszystkim, co cechuje ten zawód. Sympatię budził przede
wszystkim jego żywy temperament i odwaga. Poleciał zeppelinem na Biegun Północny i zatknął tam flagę swej gazety. Gdy książę de Broglie, wielki fizyk francuski, otrzymał nagrodę Nobla, Koestler wiedział o tym wcześniej niż laureat. Powiadomił o tym natychmiast Brogliego, a w nagrodę uzyskał wywiad z uczonym. Zapoczątkował tym łańcuch popularnonaukowych artykułów przyrodniczych, które rozsławiły jego nazwisko w Niemczech. W czasie hiszpańskiej wojny domowej, jak się dowiedziałem z gazet grubo później, Koestler udał się wprost do jaskini lwa i ujawnił dostawy broni i ludzi, otrzymywane przez generała Franco od faszystów niemieckich i włoskich. W Maladze wpadł w ręce
wojsk generała Franco i byłby przypłacił życiem swą śmiałość. W ostatniej chwili ocaliła go interwencja parlamentarzystów angielskich. Latem 1932 roku Artur Koestler przyjechał do mnie do Charkowa. Był juź wtedy członkiem Komunistycznej Partii Niemiec. Cieszyło nas jego towarzystwo. W nasze życie, poświęcone wyłącznie technice, wnosił zawsze wiele urozmaicenia. Rozpoczynała się zima, najcięższa od zakończenia wojny domowej. Koestler był zrozpaczony. Elektrownia charkówska raz po raz wyłączała prąd. Potem dostarczała prąd tylko przez dwie godziny dziennie. Za każdym razem w innej dzielnicy miasta. Co najgorsze, nigdy nie wiedziało się, kiedy będzie światło, północy, o świcie czy po kolacji. Koestler klął: „Najbardziej złości mnie szachrajstwo prasy. Wynaleziono słowa, które mają ukryć najgorszą prawdę. Mówi się o trudnościach w dostarczaniu energii. Dlaczego nie mówi się po prostu: «W Charkowie zimą światło elektryczne ograniczone jest do dwóch godzin, które najczęściej przypadają w samo południe». Mówi się o «trudnościach aprowizacyjnych». Należałoby
powiedzieć po prostu: «Ludzie na wsi od trzech miesięcy nie mają nic do jedzenia i dlatego giną jak muchy». Sądzę, że nie było jeszcze nigdy w historii świata katastrofy głodu takiego rozmiaru. A ci oszuści mówią o «trudnościach aprowizacyjnych »”.
Gdy sobie to teraz przypominam, jedno przychodzi mi na myśl. Nikt z nas nie dawał się oszukać. Wiedzieliśmy, jak się rzeczy mają w kraju, lecz uważaliśmy to za klęskę przejściową. Socjalizm zwycięży, powróci wolność i dobrobyt. Wiedzieliśmy, że katastrofę spowodowała chybiona polityka Stalina. Spodziewaliśmy się jednak, że Stalin zrozumie swoje błędy i sam je skoryguje. Nikt nie myślał o obaleniu go, a nawet o pociągnięciu do odpowiedzialności. Byłoby to zresztą nie do pomyślenia bez rewolucji politycznej. Rewolucja polityczna zaś w owym momencie musiałaby doprowadzić do władzy białą kontrrewolucję, w oparciu o głodnych chłopów. Wszyscy byliśmy zdania, że rozprawa ze Stalinem nie powinna zagrażać. bezpieczeństwu rewolucyjnego państwa. Pomijając nawet te polityczne rozważania, żadna opozycja ani nawet najskromniejsza krytyka, nie była możliwa. Można było tylko czekać i żywić nadzieję. Koestler także podzielał to stanowisko. Mimo swego krytycznego nastawienia pisał książkę pod tytułem: „Kraj Sowietów w oczach burżuja”, w której do głosu dochodziły tylko pozytywne strony budownictwa socjalistycznego. W dniu 29 stycznia 1933 roku, w niedzielę po południu, graliśmy w trójkę z profesorem Szubnikowem w karty. Szubnikow był znany ze swej flegmy. Siedzieliśmy już kilka godzin przy kartach, gdy zauważył pod nosem:
- To ciekawe, Reichstag płonie.
Koestler zwrócił się do niego:
- Szubnikow, co mówicie?!
- Reichstag niemiecki w Berlinie.
- No tak, co się dzieje z niemieckim Reichstagiem?
- Płonie, radio podaje, że został podpalony tej nocy.
Obaj zerwaliśmy się jak oparzeni.

- Szubnikow, czyście zwariowali?! Siedzicie tu już ponad trzy godziny i nie powiedzieliście ani słowa!! Czy nie rozumiecie, co to oznacza!?

Obaj od razu uświadomiliśmy sobie, że podpalenie było sygnałem do przewrotu faszystowskiego w Niemczech. Koestler pozostał jeszcze przez kilka miesięcy, skończył pisać swą książkę i wyjechał potem do Paryża. Odprowadzałem go na dworzec kolejowy. Jeszcze dzisiaj czyni mi wyrzuty:
- Alex, czy pamiętacie swoje słowa, gdy pociąg ruszał?
- Już nie pamiętam.
- Wołaliście na całe gardło: .Koestler, trzymajcie za granicą wysoko sztandar Związku Sowieckiego!”
Tę scenę usiłował mi Koestler przypomnieć, gdy spotkałem go wiosną 1948 roku w Londynie. Jeśli tak było istotnie, to był to tylko przejaw naszej dwoistej postawy. Wiedzieliśmy, co się dzieje w kraju rewolucji, lecz nie bacząc na to broniliśmy kraju i rewolucji. _ W dniu 5 marca 1933 roku byliśmy, Koestler i ja, na zebraniu robotników
cudzoziemskich Charkowa w Niemieckim Klubie Robotniczym. Wygłosiłem referat polityczny. Tematem była sytuacja w Niemczech. Radio podało właśnie wyniki wyborów. Nie było jeszcze komentarza „Prawdy”. Sowieccy referenci wystrzegają się zabierania głosu w takim wypadku. Czekają na komentarz oficjalny, aby stać na mocnym gruncie i nie odbiegać od linii partyjnej. Ja jednak wyczuwałem, że wydarzenia niemieckie otwierają nową fazę w historii Europy. Byłem do głębi wzburzony i odważyłem się mówić tak, jak myślałem. Zobrazowałem to, co się stało w Niemczech, i scharakteryzowałem wydarzenia
jako przejściową klęskę niemieckiej klasy robotniczej. Uwypukliłem również błędy, popełnione przez partię po roku 1929: Błędy te jednak były już częściowo stwierdzone na ostatnim posiedzeniu Komitetu Wykonawczego Kominternu. Pod wrażeniem wydarzeń niemieckich Komintern postanowił później zmienić kurs. Przejmował punkt po punkcie linię polityczną dotychczas wyklętej opozycji prawicowej. Proces ten dobiegł końca dopiero w roku 1935, na VII kongresie Kominternu. Był to zwrot o 180 stopni. Przewodniczący Kominternu, Georgi Dymitrow, w swym głównym referacie na kongresie wytyczył linię, z którą trzy lata przedtem każdy członek partii byłby z niej wykluczony jako kontrrewolucjonista. Jednakże w dniu 6 marca 1933 roku, gdy wygłaszałem wspomniany referat, nowa linia jeszcze nie zwyciężyła. Musiałem to odpokutować. Mówiłem tedy o klęsce robotników niemieckich. Nie miałem jednak na myśli wyników wyborczych, były one w tamtych warunkach pomyślne dla komunistów. Miałem na myśli przesunięcie w rzeczywistym układzie sił w Niemczech. Rozpoczynał się tam proces, który zakończył się całkowitym podporządkowaniem kraju dyktaturze faszyzmu. Żaden sukces wyborczy nie mógł już zatrzymać rozwoju wydarzeń, rozpoczętego zamianowaniem Hitlera kanclerzem Rzeszy i pożarem Reichstagu. Żadna rewolucja wewnętrzna nie obali faszyzmu. Ludzkość zapłaci za zwycięstwo Hitlera nową wojną światową. Myśli te już wtedy chodziły mi po głowie. Wypowiadałem je jednak z wielką ostrożnością. Mówiłem, jak już zaznaczyłem, o przejściowej klęsce niemieckiej klasy robotniczej. Ale i tego było za wiele. Następnego dnia ukazał się w „Prawdzie” artykuł wstępny, mówiący o. wielkim zwycięstwie robotników niemieckich. Byłem wstrząśnięty. Marks i Lenin piorunowali na „kretynizm parlamentarny”. Czy rzeczywiście redaktorzy „Prawdy” widzieli tylko cyfry wyborcze, a nie dostrzegali oddziałów szturmowych SA, zapędzających aktywistów partii lewicowych w Niemczech do obozów koncentracyjnych? W dyskusji po mym referacie 6 marca nikt nie wypowiedział się przeciwko mnie. Nie było jeszcze dyrektywy z Moskwy. Także i partyjnicy na zebraniu nie
mieli pojęcia, że mówiłem z własnej inicjatywy i wyrażałem tylko swój własny pogląd. Koestler poparł w dyskusji moje stanowisko. Po ukazaniu się artykułu w „Prawdzie” wszyscy się od nas odwrócili. Kierownictwo partii i kierownictwo klubu wdrożyły przeciwko nam postępowanie. Musiałem „zrozumieć swój błąd i wyrazić skruchę”. Nie wolno mi było więcej występować w klubie. Gdy po roku okazało się, że rzeczywiście w Niemczech nastąpiło coś w rodzaju klęski niemieckiej klasy robotniczej, nic nie uległo zmianie w stosunku kierownictwa klubu i partii do mnie. Koestler szalał wtedy z powodu mojej ustępliwości. Jeśli jednak chciałem pozostać w kraju, nie miałem żadnej innej drogi.
W mojej rozmowie z Rożanskim oświetliłem wszechstronnie incydent dnia 6 marca. Rożanski słuchał i rozmawiał ze mną bardzo rozumnie o zasadniczych kwestiach polityki niemieckiej. Nie usiłował zająć stanowiska przeciwko mnie. W głębi serca przyznawał mi słuszność. Gdy mowa zeszła z powrotem na śledztwo, doradził mi, co następuje:
- Alex, macie świetną okazję, by pójść na rękę sędziemu śledczemu bez ujmy dla siebie. Przedstawicie fakty prawdziwe i zmienicie tylko ich pobudki. Ostatecznie chodzi przecież o fakty, a nie o ich zaszufladkowanie. Niech sobie sędzia śledczy napisze, że wygłaszając to przemówienie uprawialiście agitację kontrrewolucyjną przeciwko władzy sowieckiej.
Możecie się do tego spokojnie przyznać. Historia przyzna rację wam, a nie jemu. Pod jednym warunkiem – jeśli w ogóle okaże się, że my mamy rację, a nie on.

- Kto to jest: my, i kto to jest: on?
Rożanski przerwał przerażony.

- To także rozstrzygnie dopiero historia. Wydarzenia historyczne formują zespoły ludzkie, a nie na odwrót.
Słowa jego wydały mi się trochę mgliste, ale nie chciał ich wyjaśnić. Zauważyłem, że od czasu swego ostatniego przesłuchania Rożanski był nieco wytrącony z: równowagi. Czasem wybuchał gwałtownie, potem znowu zwyciężała jego uległość wobec losu. Mówił teraz rzeczy, które wydawały mi się zupełnie zagadkowe – jak na przykład zdanie, wciąż jeszcze tkwiące w mej pamięci: „Kroczymy jeszcze w mroku, ale wkrótce nadejdzie ktoś, kto wyłamie ciężką bramę, i wtedy spłynie światło. Bez światła osobowość ludzka nie może się rozwijać”.
Zdanie to wymruczał sam do siebie, więc wydawało mi się nietaktem prosić go o wyjaśnienie. Gdy obserwowałem go tego tygodnia, przychodziły mi często na myśl postacie narodników, znane mi z powieści „Płomienie” polskiego socjalisty Brzozowskiego, Żelabow i Perowska, Sołowiew i Babuszkin, wszyscy ci bohaterscy rewolucjoniści, którzy wycisnęli swe piętno na budzącym się ruchu przeciwko carskiemu samodzierżawiu. Rożanski nieźle by do nich pasował. On sam opowiadał mi często o Nieczajewie, który w najgłębszym lochu twierdzy Pietropawłowskiej napawał strażników więziennych lękiem. – Rożanski opowiadał:

- „Ten Nieczajew był postacią rozdwojoną. Jedni uważali go za zwykłego mordercę, który kazał zabić towarzysza walki jako prowokatora Ochrany, gdyż stał mu w partii na zawadzie. Inni uważali go za typ konsekwentnego, bezinteresownego, lecz zimnego jak lód rewolucjonisty, który poświęca siebie samego i swych przyjaciół na ołtarzu czystej idei walki o wolność. W twierdzy Pietropawłowskiej Nieczajew siedział całymi miesiącami, przykuty do ściany. Ciężkie łańcuchy wrzynały mu się w ręce i w nogi, lecz on znalazl w sobie tyle siły. by sterroryzować psychicznie wartowników. Wierzyli w jego misję. wierzyli. że ma zasiąść na tronie carskim. Czcili go jak świętego”.
W rozmowach z Rożanskim dowiedziałem się wiele o nie znanych mi dotychczas stronicach historii rosyjskiej. Ukazał mi w nowym świetle postać Iwana Groźnego. Raz po raz przebijało porównanie ze Stalinem, chociaż nie wymówił jego imienia. Może tylko raz powiedział wprost:
- „O n stoi pomiędzy Robcspicrre’ern a Iwanem Groźnym. Trzyma swoją siłą państwo w garści, a jednocześnie burzy fundamenty przeszłości” .
Jego uległość wobec reżymu dyktatury uzewnętrzniała się w każdym drobiazgu. Intelektualistów na ogół trudno jest utrzymać w karności. Rożanski był najbardziej karnym więźniem, jakiego znałem. Z tego powodu dochodziło często między nami do starć. Złościł się, gdy nie zasłałem porządnie łóżka, gdy nie stawałem punktualnie do spaceru lub gdy kreśliłem obliczenia na ścianie. Strażnik więzienny był dla niego również przedstawicielem państwa rewolucyjnego. Pomimo tych małych konfliktów zbliżałem się do Rożanskiego coraz bardziej. Jedno nas tylko dzieliło, moja tajemnica, której trwożnie strzegłem przed sędzią śledczym: sprawa rysunków. Pewnego dnia Rożanski został wezwany do sędziego śledczego. Po dwóch godzinach powrócił szary jak popiół, ręce mu drżały.
- Na litość boską, co z wami?
Nie odpowiadał. Rzucił się na łóżk o , wtulił twarz w poduszkę, tłumiony szloch wstrząsał jego ciałem. Żal mi go było. Cała moja tkliwość dla niego odezwała się. Przysiadłem się do niego, objąłem go, uścisnąłem i usiłowałem go pocieszyć.
- Co z wami. Jakubie Jefrernowiczu? Na miłość boską. co się stało’?
- Nie pytajcie. Myślałem, że wszystko już mam za sobą, że męczarnia się już skończyła, podpisałem wszystko, a teraz przychodzą z nową sprawą. Jakaś grupa w Moskwie podała moje nazwisko i śledztwo zaczyna się na nowo. Jestem już u kresu sił, Aleksandrze Siemionowiezu. Popatrzcic na mnie, przecież nie jestem już człowiekiem.
- Ależ Rożanski, nie rozpaczajcie, wszystko przeminie.
Nagle zmienił temat:
- Dlaczego śpiewamy w Międzynarodówce .. Nie ulituje się nad nami ni Bóg, ni cesarz. ni trybun!”, a gazety nasze zmuszają nas codziennie do sławienia trybuna’?
Pytanie wydało mi się niebezpieczne.
- Rożanski, pieśń ma na myśli obcych trybunów. a nie takich, którzy sami wyszli z klasy rewolucyjnej i których ona sama wybrała sobie na wodzów.
Rożanski odpowiedział z rezygnacją:

- No tak, już i wy mówicie tak jak wszyscy inni. Dobrze was u nas wychowano. Wiecie, co należy powiedzieć.

Było mi trochę wstyd mojej taktycznej ostrożności. W owej chwili znikła ostatnia resztka nieufności wobec mego towarzysza. Deinina nie było w celi, jego już też zawołano do sędziego śledczego. Zdecydowałem się mówić.

- Rożanski, zataiłem dotychczas przed wami pewną sprawę, która mnie bardzo gnębi. Jestem zupełnie niewinny, ale pozory przemawiają przeciwko mnie.

Opowiedziałem mu historię rysunków. Podniósł się i słuchał mnie z napiętą uwagą. Gdy już miałem powiedzieć, że prawdopodobnie zostawiłem rysunki w Wiedniu, w mieszkaniu moich rodziców, oczy jego zabłysły zdradziecko. Słowa uwięzły mi w gardle. W tej chwili spłynęło na mnie swoiste objawienie: TEN CZŁOWIEK JEST ZDRAJCĄ. Mówiłem dalej różne rzeczy bez związku. Jakby mnie tknął paraliż. Mówiąc, myślałem zdjęty trwogą: Co będzie, jeśli mnie zdradzi! Jak cofnąć lub wytłumaczyć to, co powiedziałem.
- Ile było tych rysunków, Aleksandrze Siemionowiczu? – zapytał Rożanski.

Błyskawicznie postanowiłem dać mu fałszywą odpowiedź.
- Było sto pięćdziesiąt arkuszy.

W rzeczywistości było ich tylko 85. Ten drobny szczegół dopomógł mi później do zdemaskowania Rożanskiego. Poczynając od tej chwili usiłowałem gorączkowo rejestrować w mózgu każdy szczegół, by uzyskać potwierdzenie mego podejrzenia. Zapyta-
łem Rożanskiego:

- Poradźcie mi, Jakubie Jefremowiczu. Czy mam opowiedzieć całą tę historię sędziemu śledczemu? Naprawdę to jest przecież głupstwo i jestem niewinny.

- Waszym obowiązkiem jest powiedzieć mu wszystko. Ale jeszcze nie dziś, zastanówcie się przez jeden dzień, jak mu to najlepiej podać do wiadomości.

Jego odpowiedź była dla mnie poszlaką. Pomyślałem sobie, że chce najpierw zabezpieczyć swą zdobycz i poinformować sędziego śledczego, by sobie przypisać zasługę mego zdemaskowania. Wstałem i częściowo odzyskałem panowanie nad sobą. O 6 godzinie nadeszła kolacja. W napięciu obserwowałem obu: strażnika i Rożanskiego. Wydawało mi się, że Rożanski dał jakiś znak strażnikowi, ale być może moja podniecona wyobraźnia łudziła mnie. Jednakże tego samego wieczoru wezwano Rożanskiego jeszcze raz. To już nie mógł być przypadek. Nie spałem przez całą noc. Następnego dnia obaj zauważyli we mnie zmianę. Deinin wielokrotnie zwracał się do mnie o wytłumaczenie. Rożanski milczał. Czuł, że się na
nim poznałem. Czekałem na następne przesłuchanie. Byłem zdecydowany z miejsca powiedzieć sędziemu śledczemu prawdę, aby go rozbroić. O północy zostałem wezwany do Reznikowa:
- Namyśliliście się nareszcie, Aleksandrze Siemionowiczu?
- Obywatelu sędzio śledczy, muszę wam coś opowiedzieć, co samo przez się nie ma znaczenia, ale być może to jest przyczyną waszej nieufności do mnie.
Zaledwie zacząłem, Reznikow przerwał mi:

- Sprawę tę znamy już od niemal czterech lat. Wszystko to spoczywa w naszych aktach. Macie znacznie więcej na sumieniu!

- Nie mam nic na sumieniu, także i w tej sprawie nie ponoszę żadnej winy.
Reznikow krzyczał:

- Gdzie jest 150 rysunków? Komu je sprzedaliście? Ile za to dostaliście?! A może zrobiliście to tylko z przyczyn ideowych, z nienawiści do władzy sowieckiej?’
Odpowiadałem powoli:

- Obywatelu Reznik ow, wasz Rożanski jest kiepskim szpiclem. Światłokopii było nie 150, lecz 85. Mała sztuczka wystarczyła, by go zdemaskować.

Reznikow zerwał się, chwycił przycisk do listów i rzucił go w moim kierunku. Nie trafił.

- Ty bandyto! Ty zawodowy prowokatorze, chcesz prowokować władzę sowiecką?! Rozdepczemy cię jak jadowitego gada!

Zadzwonił na żołnierza i krzyczał na mnie jak opętany, póki ten nie wszedł. Potem zawołał do niego:

- Zabierzcie tę zgniłą żmiję, zatruwa nam atmosferę! – A potem do mnie: – Jutro naczelnik zadecyduje o twojej sprawie! Jutro skończymy z tobą!
Na pół nieprzytomny poszedłem za żołnierzem. Z trudem tylko mogę odtworzyć wydarzenia następnych dwóch tygodni. Załamałem się nerwowo do takiego stopnia, jakiego nigdy bym nie mógł sobie wyobrazić. Znajdowałem się w stanie całkowitego rozkładu psychicznego. Nie byłem zdolny do niczego, co wymagało choćby nawet najmniejszej koncentracji. Gdy chciałem wziąć do ręki coś, co leżało tuż przy mnie, na łóżku, ręka moja błądziła najpierw na lewo, potem na prawo, zanim znalazła właściwą drogę. Mój mózg był niezdolny do rozkazywania organom. Kolana odmawiały mi posłuszeństwa; gdy chciałem chodzić, zataczałem się i koledzy musieli mnie podpierać. Więźniowie znajdują się przeważnie w stanie wielkiego podniecenia seksualnego. Ze mną działo się wprost odwrotnie. Sądziłem, że już ostatecznie straciłem męskość. Nie mogłem nic jeść. Nie ruszałem zupy i chleba.
Przynoszono mi z domu wałówki. Kierownictwo więzienia i sędzia pozwalali nawet na wyraźne smakołyki. Nic nie mogło jednak teraz podniecić’ mego apetytu. Moje myśli straciły moc, błąkały się bezładnie wokół określonego punktu, lecz nie były zdolne do analizowania stanu faktycznego krok po kroku, a cóż dopiero do wyciągania rozumnych wniosków. Znajdowałem się w stanie maksymalnej dekompozycji. Koncentrowanie się wszystkich aktów świadomości ludzkiej w jednym ognisku, które w stanie normalnym nazywamy „ja”, znikło. Nie było już więcej indywiduum ludzkiego poruszającego się w przestrzeni, nie było żadnej
całości, a jedynie poszczególne cząstki nic kierowane jednoczącą je wolą. Pierwsze dwa dni po załamaniu się spędziłem w rozpaczliwej apatii. Nie mówiłem z nikim. Trzeciego dniu zabrali Deinina. Rożanski pozostał. Dbał o mnie jak matka o dziecko. ale nie mogliśmy patrzeć sobie w oczy. Wreszcie wziąłem się w garść i powiedziałem mu, co myślę. Początkowo zaprzeczał. że mnie zdradził. Potem uderzył się w pierś. rozłożył szeroko ramiona i zawołał: „Uważam za swój obowiązek pomagać NKWD! Gdybym to zrobił. byłbym z tego dumny!” Było to pośrednie przyznanie się. Nie nalegałem na nic więcej.
Byłem w bezgranicznej rozpaczy. Później przeanalizowałem swój stan i przyczyny szoku nerwowego. Ostatecznie Rożanski nic wydał niczego, co mogłoby być dla mnie rzeczywiście groźne. Czemuż więc moja rozpacz? Wytłumaczenie było oczywiste:
Przez trzy miesiące żyłem w niezłomnym przekonaniu. że moja niewinność zostanie dowiedziona i że wtedy mnie wypuszczą. Nadzieja ta dała mi siłę do stawiania oporu. Sprawa z Rożanskim wykazała mi. że sędzia śledczy rzeczywiście nie chciał ustalenia prawdy. natomiast żądał fikcyjnych samooskarżeń. Jeśli jednak tak było. byłem stracony. Nigdy nie wypuszczą za granicę człowieka, który patrzył na to wszystko. To poczucie beznadziejności paraliżowało mnie całkowicie. Z przerażeniem myślałem o wznowieniu śledztwa. Wszystko pozostało otwarte. nie przyznałem się właściwie do niczego, byłem jednak przekonany. że przy najbliższym przesłuchaniu stracę rozum. Bogu dzięki. przez jakiś czas pozostawili mnie w spokoju. Miałem niemal wrażenie, że obserwują mnie przez strażnika, przez lekarza i przez Rożanskiego i że liczą się z mym stanem. W pół roku później, gdy zaczęły się masowe aresztowania, nie mieli już czasu na takie subtelności, lecz na razie widocznie miałem dla nich jeszcze jakieś znaczenie. Mój ówczesny stosunek do Rożanskiego wydaje mi się teraz niezrozumiały. Wiedziałem, że ten człowiek mnie zdradził, że swą diabelską grą wyłudził moje zaufanie, że rzucił na szalę całą moc swej sugestii, aby
sparaliżować moją wolę i wpędzić mnie w nieszczęście. A jednak mimo to nie potrafiłem po prostu żyć bez niego. Przerażeniem napawała mnie myśl, że mogą mi go zabrać. Pewnego dnia rankiem został wezwany z rzeczami. Deinina zabrali już dawniej.
Byłem zrozpaczony. W południe zameldowałem się do lekarza.
- Obywatelu doktorze, przypatrzcie mi się, przecież w obecnym mym stanie nie mogę być sam. Jeśli pozostawią mnie samego, odbiorę sobie życie.
- To nie zależy ode mnie, to sprawa sędziego śledczego. Ja mogę dać wam tylko pomoc lekarską. Uspokójcie się nareszcie.
- To na nic, doktorze. Nie wytrzymuję już samotności, proszę, powiedzcie to sędziemu śledczemu.
Lekarz był rozsądny i widocznie to zrobił. Już w pół godziny później weszło dwóch strażników, kazali mi się rozebrać i nadzwyczaj skrupulatnie przeszukali wszystkie moje rzeczy, szukając twardych przedmiotów oraz wszystkiego, z czego można by skręcić powróz. Strażnik zaglądał co kilka minut przez judasza. Ale wieczorem Rożanski powrócił
Oddali mi go. Niemal go uściskałem, gdy go znów zobaczyłem. Mimo wszystko, co mi wyrządził, nie czułem do niego złości. Żal mi go było. Myślałem o jego przejściach, zanim do tego doszedł. Patrzyłem na jego zapadłą twarz i wychudłe ręce. Nie był to już człowiek, mający siłę fizyczną do dalszej walki. Jeśli chciał dalej żyć, musiał iść drogą najmniejszego oporu i być posłuszny enkawudystom. Co też mu mogli za to dawać? Może trochę jedzenia, może papierosy. Rożanski miał zawsze papierosy. Palił jednego za drugim. Denerwował się, gdy mu ich brakło. Nie dostawał wałówek z domu, nie miał chyba nikogo, kto by się o niego troszczył. A jednak raz na tydzień dostawał większą ilość papierosów od człowieka, wydającego wałówki. Teraz to zwróciło moją uwagę. Dawniej nie byłem dostatecznie uważny. Mój stan poprawiał się powoli, ale nie mogłem w tym czasie sypiać. Przedtem noc była dla mnie wyzwoleniem, teraz codziennie myślałem o nadchodzącej nocy z przerażeniem. Rożanski dbał o mnie i widać było, że robił to powodowany prawdziwym uczuciem. Nikt nie mógłby tak udawać, nawet on. Gdy leżałem bez snu, przychodził do mnie, kładł się przy mnie na łóżku i podnosił mnie na duchu. Jego cielesna bliskość uspokajała mnie. Czynił wszystko, bym usnął. Nie mówiliśmy już o jego zdradzie, nie mówiliśmy też o śledztwie. Jego wysiłek szedł w kierunku odmalowania mi przyszłości w różowych barwach – i czasem mu się to udawało. Ten stan rzeczy trwał niemal dwa tygodnie. Potem wróciła mi ochota do życia. Pewnego dnia w celi było bardzo gorąco i wyraziłem chęć wzięcia znowu udziału w spacerze. Następnego dnia przyszedł komendant więzienia, „ściągnął” ze mnie personalia i kazał mi spakować rzeczy.
- Rożanski, dokąd mnie biorą?
- Myślę, że do więzienia w Chołodnej Gorze. Bywajcie, Aleksandrze Siemionowiczu. Wybaczcie mi wszystko, co zrobiłem. I wierzcie mi, że was kocham.
Uściskałem go. Przyszedł posterunek, by mnie zabrać.

Na dole wydali mi kuferek z magazynu. Potem wsiadłem do więziennego samochodu. Byłem sam. Naprzeciwko mnie siedział uzbrojony gepista. Nie odpowiadał na moje zapytania. Po dziesięciu minutach jazdy wylądowałem w więzieniu Chołodnaja Gora, centralnym więzieniu obwodu charkowskiego. W dwa lata później dowiedziałem się, że także i Deinin był prowokatorem.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

przypadek Skalskiego

06 lis

Dobrze znam niebezpieczeństwo konstruowania historii alternatywnych, ale myśl, że mógł to być ten sam człowiek nie daje mi spokoju. Być może więzień Różański rzeczywiście cierpiał tortury, przesłuchania i ostatecznie zniknął z pola widzenia świadków historii po zakończeniu poświęconego mu rozdziału. Pozostały wszakże wspólne wątki dotyczące autora, komunisty, który powraca do okupowanej Polski. Trafia do krakowskiego getta i ocaleje dzięki pomocy Polaków zza muru. Świadectwo żydowskiego więźnia o realiach stalinowskiego więzienia jest równie wiarygodne, jak wspomnienia Stanisława Skalskiego i nikt w tym opisie faktów nie znajduje wątków antysemickich. Po jednej stronie byli oprawcy, a po drugiej ofiary, bez potrzeby akcentowania pochodzenia oficerów Służby Bezpieczeństwa PRL i nadgorliwych urzędników Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Oskarżony o szpiegostwo i skazany na karę śmierci lotnik nie miał w sobie tyle desperacji, ile miał Wiessberg – Cybulski, który spisał z pamięci dręczony w nieludzki sposób naukowiec:

Reznikow chciał mnie zaszczuć na śmierć. W ciągu 24 godzin wzywał mnie sześć razy. Gdy go nie było, przejmowali przesłuchanie, jego zastępcy, Wajsband i Szalit. Szalit był o wiele
gorszy niż Reznikow. Dręczył mnie bez miary. Bywałem do tego stopnia zmęczony, że moja siła oporu słabła i powoli zaczynałem dopuszczać myśl, by zapewnić sobie nareszcie spokój, podpisując przyznanie się do jakichś obwinień bez znaczenia. Zawsze jednak w ostatniej chwili cofałem się. Rożanski był zrozpaczony. Czasami przeszywała mnie myśl, że jego zainteresowanie się moją sprawą mogło mieć także inne motywy poza sympatią dla towarzysza niedoli. Każda jednak rozmowa nocna przekonywała mnie na nowo, że moja podejrzliwość była bezpodstawna. Mówił on teraz bardzo rzadko o lojalności wobec rządu i partii, natomiast coraz wyraźniej rysował przede mną okropności, które mogą mnie czekać, jeśli nie zmienię swej postawy. Także sędzia śledczy robił w tym kierunku aluzje. Pewnego dnia powiedział:
- Trzeba będzie policzyć się z wami.
Nie wiedziałem dokładnie, co miał ma myśli, i zapytałem go o to. Powiedział:
- Są metody, które stosujemy tylko wtedy, gdy wszystkie inne środki zawiodą. Musimy mieć na to pozwolenie naczelnika. Zwlekam jeszcze ze zwróceniem się do niego.
Gdy opowiedziałem otym Różanskiemu. zdradzał najwyższy niepokój. Był zupełnie wzburzony.
- Alex, nie chciałbym tego jeszcze raz przeżywać z towa rzyszem mojej celi. Myślę o Jureniewie i na samą myśl przechodzą mnie ciarki.
- Kto to był Jurcniew? I co się z nim stało’?
- Oszczędzę wam szczegółów. Opierał się, jak wy. Poddali go specjalnej procedurze. Po trzech tygodniach do celi powrócił złamany staruszek. Ledwie go poznałem. Zachorował potem i po miesiącu zmarł w szpitalu więziennym.
- Na miłość Boską, co z nim zrobili?
- Nie będę wam tego opowiadał. Nie chcę nawet o tym myśleć.
Nalegałem na niego. W tym momencie otworzyła się klapa i strażnik wezwał mnie na przesłuchanie. Reznikow był tym razem znowu łaskawy. Spisywał w dalszym ciągu
protokół, w którym charakteryzowałem mych kolegów z Instytutu. Rozmowa zeszła na Lcipunsk iego. Powiedział:
- Aleksandrze Siernionowiczu, to, co robicie, jest więcej niż zbrodnią, to samobójstwo. Musicie zrozumieć, że mamy przeciwko wam bardzo wiele dowodów. Wiele z nich zostało całkowicie sprawdzonych, ale to i owo jest jeszcze niejasne. Na przykład wasza robota dywersyjna w wielkich fabrykach charkowskich.
- Cóż to takiego, na litość boską’!
- Umieszczaliście w wielkich fabrykach charkowskich grupy robotników cudzoziemskich, dając im polecenie, by w razie wybuchu wojny wysadzili w powietrze siłownie tych zakładów. Nie zbadaliśmy jeszcze tego przestępstwa we wszystkich szczegółach i .nic jesteśmy jeszcze zupełnie przekonani. że odpowiada ono całkowicie faktom, ale wasza postawa tutaj jest najcięższą poszlaką przeciwko wam.
- W jaki sposób?!
- Przeczycie po prostu oczywistym faktom. które każdy nie uprzedzony człowiek może bez trudu stwierdzić. Odnosimy więc wrażenie, że jesteście kłamcą dla zasady oraz zakamieniałym wrogiem i dlatego dajemy wiarę wszystkiemu. co was dotyczy, nawet temu, co jeszcze nie zostało stuprocentowo udowodnione.
- Nic na to nie poradzę. Nie zrobiłem niczego przeciw władzy sowieckiej i nie udowodniliście mi żadnych przestępstw. Wszystko. co mówicie, jest całkowicie wyssane z palca.
Reznikow był dzisiaj niezwykle łagodny.
- Aleksandrze Siemionowiczu. zdaje się, że mówimy różnymi językami. To, co wy nazywacie białe, dla nas jest czarne, i na odwrót. Weźmy na przykład sprawę Leipunskiego. Co powiedzielibyście o człowieku, który po wykryciu kontrrewolucyjnej bandy szpiegów, szkodników i dywersantów w wielkich procesach zadeklarowałby swą solidarność z Piatakowem lub Zinowiewem? Czy waszym zdaniem byłby to postępek kontrrewolucyjny’?
- Bezwarunkowo. ale czegoś takiego Leipunski nigdy nie uczynił. przynajmniej o ile mnie wiadomo.
W takim razie pomyślcie trochę. Piatakow został zdemaskowany dzięki czujności NKWD. W was, Aleksandrze Siemionowiczu Weissberg, NKWD również rozpoznało tajnego wroga ludu. I cóż robi Leipunski? Wie, co o was myśli NKWD, i staje po waszej stronie przeciwko NKWD, a więc przeciwko władzy sowieckiej. Interweniuje o was u Maso. Jako dyrektor Instytutu ma odwagę wyrazić wam w jawnym zarządzeniu podziękowanie Instytutu w chwili, gdy NKWD. szykuje się do zaaresztowania was jako kontrrewolucjonisty. Tu stoi władza sowiecka – Reznikow walnął się przy tym z całej siły w.piersi – tam – wskazał na mnie – stoi kontrrewolucjonista. I Leipunski przechodzi na waszą stronę przeciwko władzy sowieckiej. Czy nie jest to postępek kontrrewolucyjny?
_ – Leipunski sądził, że w mojej sprawie NKWD pomyliło się.
_ – Następnym razem będzie sądził, że oficjalna prasa się myli, a jeszcze następnym razem będzie agitował, że rząd się pomylił i że PiatakowIub Radek lub Zinowiew nie są faszystowskimi bandytami. Nie, do tego nie dopuścimy! Tylko my sami reprezentujemy tutaj władzę sowiecką. Kto walczy przeciw n a m – walczy przeciw władzy sowieckiej.

Brak mi było słów. Właściwa odpowiedź musiałaby brzmieć: Wszystko, co. się tu dzieje, jest oszustwem. Piatakow, Radek, Zinowiew, Murałow i Bucharin nie są kontrrewolucjonistami. Wy tu jesteście oszustami i mordercami – pod pozorem wymiaru sprawiedliwości. Zajmując stanowisko przeciwko wam, nie walczy się przeciw władzy sowieckiej, natomiast walczy się o wieczne idee prawdy, wolności i sprawiedliwości,
którym władza sowiecka zawdzięcza swe narodziny w wielkiej rewolucji rosyjskiej. Lecz tej właśnie odpowiedzi, jedynie słusznej odpowiedzi, dać nie mogłem. Byłby to jawny bunt. Wykończono by mnie w jakiejś mrocznej piwnicy, a mój protest przeciwko gnębicielom przebrzmiałby bez echa. Dla ludzi o takiej postawie nie było jawnego sądu.
. Połowiczność mej obrony kruszyła moją odwagę. Jeśli akceptuję oficjalne napiętnowanie Piatakowa jako kontrrewolucjonisty, to dedukcja Reznikowa jest poprawna: Leipunski, deklarujący wbrew zdaniu NKWD swoją solidarność z kontrrewolucjonistą Weissbergiem, jest sam kontrrewolucjonistą. Leipunski nie mógł sądzić i nie powinien był imputować, że Weissberg nie jest kontrrewolucjonistą. NKWD napiętnowało Weissberga, tak samo jak Piatakowa lub Zinowiewa, jako kontrrewolucjonistę. Jeśli Leipunski podaje w wątpliwość zdanie NKWD, to jest wrogiem ludu w tym samym stopniu co Weissberg. Nie walczyłem tu o prawdę i sprawiedliwość, walczyłem o swą wolność oraz – być może – o swe życie. Mogłem walczyć tylko w tych ramach, na które pozwalało mi NKWD. Z jednej strony agitacja Rożanskiego, z drugiej strony żelazne granice możliwości obrony przetrąciły mi kręgosłup, zanim jeszcze rozpoczął się fizyczny terror śledztwa. Zupcłnie apatyczny powróciłem do celi. Zacząłem już rozważać, do czego mógłbym się przyznać, aby wycofać się z całej afery z jaką taką przyzwoitością. Wpływ Rożanskiego rozłożył mnie zupełnie. Gdy teraz powracam myślą do tego okresu, jedno wiem z całą pewnością. W gruncie rzeczy
Rożanskiemu nie udało się wmówić mi niczego. Nigdy nie uznałem, że moim obowiązkiem w stosunku do partii jest ulec naciskowi śledztwa. Stałem się tylko tchórzem i słabeuszem. Po prostu bałem się, że terror fizyczny przeciwko mnie zaostrzy się do tego stopnia, iż nie potrafię się mu oprzeć. Uwierzyłem też Rożanskiemu, że w miarę trwania mego oporu, żądania sędziego śledczego będą stale rosły. Teraz być może wystarczy przyznać się do agitacji antysowieckiej, za dwa tygodnie będą żądali ode mnie sabotażu, a za miesiąc – terroru, szpiegostwa i dywersji. Zgroza mnie przejmowała, gdy o tym myślałem. Sama myśl o położeniu podpisu pod dokumentem, stwierdzającym, że jestem agentem faszyzmu niemieckiego, napawała mnie przerażeniem. Tylko nie to! Agitacja przeciwko władzy sowieckiej – każdy za granicą zrozumie, że chodziło o agitację przeciwko tyranii Stalina; terroryzm – niejeden w kraju, a także za granicą, w głębi serca byłby rad zamachowi na despotę. Przyznanie się do takiej działalności nie przyniosłoby mi wstydu, może nawet nie zasłużoną aureolę męczennika i bojownika wolności. Lecz szpiegostwo? Na rzecz faszyzmu niemieckiego? Akty dywersyjne, aby bezbronny Kraj Sowietów wydać na łup faszystowskiej interwencji? To było najstraszliwsze. Nie, wszystko, tylko nie to! Zacząłem rozmyślać nad możliwością zawarcia kompromisu z sędzią śledczym. Uwzględnię kilka jego określeń. Walkę w Instytucie przedstawię nieco inaczej. Moje wystąpienie w klubie niemieckim nazwę agitacją antysowiecką. Na tym moja sprawa będzie musiała się zakończyć. Może tak będzie najlepiej. GPU nigdy bowiem nie przyzna, że aresztowano niewinnego. Muszę wziąć na siebie drobiazgi, aby uchronić się od czegoś gorszego. W jednym z najbliższych przesłuchań Reznikow powrócił do wystąpienia w klubie niemieckim. Ale tylko tak mimochodem. Porem powiedział coś, co mnie do głębi zaniepokoiło:

- Otrzymujemy stale informacje o waszej przeszłości. Gdybyście nie uprawiali po prostu obstrukcji, moglibyśmy z wami mówić swobodnie. Ostatecznie nie jesteśmy ludźmi bez serca. Mielibyście możność wyjaśnienia i odparcia niejednego, co wydaje się podejrzane. Tak zaś pozbawiacie się wszelkiej szansy obrony. Wszystko, czego się o was dowiadujemy, przyjmujemy z góry jako prawdziwe. Także i te ostatnie meldunki, dowodzące jasno faktu szpiegostwa. Nie macie już wiele czasu, Aleksandrze Siemionowiczu , będziecie musieli ujawnić wszystkie tajemnice, w przeciwnym bowiem razie grozi wam katastrofa i to bardzo
rychło. Po prostu odstąpimy sprawę nadzwyczajnej Trojce, zostaniecie skazani in contumatiam na śmierć i rozstrzelani w 24 godziny później.

Jego groźby nie zastraszyły mnie. Na tym etapie śledztwa nie obawiałem się jeszcze wyroku śmierci, to nastąpiło dopiero później. Lecz zaniepokoiła mnie niejasna wzmianka o szpiegostwie. Czy miał może na myśli rysunki, które prawdopodobnie przez zapomnienie zostawiłem za granicą? W następnych dniach myślałem o tym bez przerwy. Ale wciąż
jeszcze nie mogłem zdecydować się na przedyskutowanie tej sprawy z Rożanskim. Staliśmy się wprawdzie przyjaciółmi, ale nie przezwyciężyłem jeszcze ostatniej resztki podejrzliwości.
Myśl o rysunkach, które swego czasu kazałem sobie przesłać przez tajny aparat za granicę i których, jak się zdaje, nie odwiozłem z powrotem, nigdy nie opuściła mnie zupełnie. Gdzie pozostały rysunki? Komu je zwróciłem po mym powrocie do Związku Sowieckiego jesienią 1933 roku? Czy pozostały rzeczywiście za granicą? Pamięć tego całego wydarzenia wygasła. Nie umiałem już zrekonstruować stanu faktycznego. Czytelnik musi zważyć, że pomimo agitacji Rożanskiego jeszcze nie mogłem wtedy uwierzyć, iż świadomie domagano się ode mnie fikcyjnych zeznań. Byłem przekonany, że stosunki opisywane przez Rożanskiego odpowiadały częściowo rzeczywistości, ale tylko częściowo. Wiedziałem, że nieznanymi mi metodami zmuszono przywódców opozycji w wielkich procesach do przyznania się do zmyślonej winy. Nie chciano tych ludzi, których nazwiska przeszły do historii rewolucji, zniszczyć po prostu jako przeciwników politycznych Stalina. Chciano ich zdyskredytować w oczach mas ludowych jako szpiegów niemieckich i japońskich. Stalin nigdy nie osiągnął tego celu. Ogromna większość ludu rosyjskiego nie wierzyła w prawdziwość przyznania. się ich do winy. Pomimo to oskarżonych w wielkich procesach otoczyła pogarda. Nie byli szpiegami – o tym większość wiedziała – lecz ulegli naciskowi tyrana i nawet nie spróbowali zamienić jawnej rozprawy w trybunę walki o wolność przeciw despotyzmowi. Masy ludowe nie mogły wiedzieć, przez jakie męki musieli przejść ci ludzie, zanim ich spreparowano. Ludzie w Rosji nie wiedzieli jeszcze podówczas, że wszelkie bohaterstwo ma granice i że nawet starzy rewolucjoniści są tylko ludźmi. Wiedziałem, że przyznania się do winy dawnych opozycjonistów były to wymuszone bajki. Nie mogłem jednak WÓwczas jeszcze uwierzyć, by chciano wymuszać podobne bajki od milionów więźniów politycznie pozbawionych znaczenia. Nie mogłem jeszcze pojąć sensu tej akcji. Ludzie tacy jak ja nie byli pod żadnym względem niebezpieczni dla reżymu. Byłem cudzoziemcem. Jeśli byłem niewygodny, można mnie było deportować w ciągu dwóch dni. Po co obciążać aparat tak skomplikowanym i długim śledztwem? Rożanski nie mógł mieć racji. Na pewno mieli jakieś
obiektywne podejrzenie przeciwko mnie. Sami nie dają żadnej wskazówki. Muszę dojść sam do tego, co było punktem wyjścia ich podejrzeń. Czyżby sprawa rysunków? Może będzie najlepiej, jeśli opowiem całą sprawę sędziemu śledczemu. Byłoby to bezwarunkowo słuszne, gdyby moje przesłanki były trafne, to znaczy, gdyby nie chcieli fikcyjnych przyznań się do winy. Jeśli jednak mylę się, a słuszność ma Rożanski? W takim razie wydam się w ręce
sędziego śledczego. Sam mu dam wspaniały materiał. Gdy teraz patrzę wstecz, dziwię się, jak bardzo już wtedy zaraziłem się szerzoną przez NKWD psychozą lęku przed szpiegami. Na litość boską, cóż to był za materiał? Niemcy wybudowali dla nas zakłady azotowe w Gorłowce. Zdemontowaliśmy i odrysowaliśmy aparaty. Rysunki te zabrałem ze sobą za granicę, aby je przedyskutować z zaprzyjaźnionymi fachowcami i uzyskać wyjaśnienia. Potem prawdopodobnie zapomniałem te rysunki zabrać. No to co, powie każdy rozsądny człowiek. Przecież nie był to materiał szpiegowski! Miałem sprzedać Niemcom ich
własne rysunki jako rosyjską tajemnicę państwową? To wszystko nie miało przecież sensu. Pomimo to przez trzy lata cierpiałem straszliwie z powodu tej sprawy, dopóki się nie wyjaśniła jako zupełnie nieszkódliwa. (Później spotykałem w więzieniu ludzi, którzy przyznali się do znacznie drobniejszych incydentów jako do szpiegostwa i zostali za nie ska-
zani sądownie). Byłem zdezorientowany. Nie wiedziałem, czego chcą. Zdemaskować
opozycjonistę czy też złapać szpiega. Zmusić niewinnego człowieka do fałszywych zeznań przeciwko sobie samemu czy też wypruć flaki osobie podejrzanej. Należy milczeć, dopóki nie upewnię się, do czego zmierza śledztwo. Jednakże cierpiałem pod tym brzemieniem.
W owych dniach straciłem pewność siebie. Nieustanna agitacja Rożanskiego, abym sobie nareszcie przyniósł ulgę, rozkładała moją siłę oporu. Sędzia śledczy zaostrzał nacisk. Przestałem już w ogóle sypiać. Czas przesłuchań przedłużył się do 18-20 godzin na dobę, obejmując przy tym zawsze całą noc. Za dnia nie pozwalano mi się kłaść. Wolno mi było siedzieć na łóżku, nic wolno jednak było oprzeć się o ścianę. Jeśli mimo to udało mi się zdrzemnąć siedząc, budzono mnie do przesłuchania. Miałem wrażenie, że strażnik obserwował mnie przez judasza i zawsze wywoływał mnie w momencie, gdy się zdrzemnąłem, gdyż często musiałem całymi godzinami wyczekiwać w przedpokoju sędziego śledczego na rozpoczęcie przesłuchania. Reznikow dostał nowy gabinet, a w prowadzącym do niego pokoju urzędowali jego zastępcy Szalit i Wajsband. Teraz nie było już dyskusji z sędzią śledczym. Czasem krzyczeli na mnie we dwójkę bez przerwy, aż mi głowa pękała z bólu. Ograniczałem się do mówienia „nie” lub „tak”, najczęściej „nie”, nie podejmując
próby sprostowania lub wyjaśnienia czegokolwiek. Czułem jednak, że już długo nie wytrzymam. I z przerażeniem myślałem, że ich żądania mogą wzrastać. Może Rożanski miał słuszność. Może traciłem czas, może należało skończyć, zanim zażądają ode mnie przyznania się do szpiegostwa i dywersji. Już teraz robili do tego aluzje. Przez tydzień tak mnie zaszczuwali. Nie pozwalali mi wracać do celi. W okresach między przesłuchaniami musiałem czekać bądź w piwnicy, bądź w łaźni. Czytelnik, który nigdy nie zapoznał się z więzieniem, być może nie zrozumie, co to znaczy nie być puszczonym „do domu”. Przebywałem później w więzieniu na Chołodnej Gorze w przerażających warunkach, w celi o powierzchni 8 metrów kwadratowych i zaludnieniu 26-29 osób, ale nawet tę morderczą kwaterę określali więźniowie jako swój „dom”. Być wezwanym na przesłuchanie i nie móc powrócić po jego ukończeniu do zwykłego otoczenia, było dla każdego wielkim nieszczęściem. Spało się na nagim cemencie, brak było miejsca, by ułożyć się na wznak, jednak człowiek lubił to swoje zwykłe miejsce i popadał w rozpacz, gdy nie mógł do niego wrócić. Przez tydzień mnie zaszczuwali, a w niedzielę pozwolili mi wrócić „do domu”. Rożanski przeraził się, gdy wszedłem do celi. Nawet Deinin, z którym miałem tylko wątły kontakt, wyrażał mi swe współczucie. Odkładali dla mnie chleb, poza tym racje moje były zwracane. Położyłem
się na łóżku, strażnik pozwolił mi spać. Wieczorem Rożanski znowu zaczął ze mną rozmawiać. Nie był agresywny i nie próbował zjednać mnie dla swych politycznych poglądów. Powiedział mi jednak, że najwyższy czas, bym kończył.
- Wasza sprawa przypomina mi sprawę pewnego czeskiego robotnika, nazwiskiem Krofta. Został on aresztowany pod ciężkimi zarzutami szpiegostwa. Siedziałem z nim razem przez trzy tygodnie na Chołodnej Gorze. Był metalowcem z fabryki lokomotyw. Na koniec przyznał się, że coś tam źle zrobił w produkcji. Za mało rozumiem się na technice, by móc to wam powtórzyć. Kazali mu potem podpisać dwochsotkę i deportowali go. Pod strażą odstawiono go na granicę w Szepietówce i tam odebrał go konsul czeski z Warszawy. Być może, że wobec was mają takie same zamiary.
Co to jest dwochsotka?
- W ukraińskim kodeksie karnym istnieje paragraf 204, ale więźniowie powszechnie mówią w skróceniu: dwochsotka.
- Jak ten paragraf brzmi?
- Reguluje on procedurę zamknięcia śledztwa. Sędzia śledczy, według tego paragrafu, jest obowiązany po ukończeniu ostatniego przesłuchania przedłożyć wam cały materiał. A więc wasze własne protokoły, protokoły konfrontacji i zeznania świadków przeciw wam. Także inne materiały dowodowe, opinie rzeczoznawców i tym podobne. Musicie to wszystko przeczytać i macie prawo wnieść do protokołu końcowego swoje uwagi. Ten protokół końcowy nazywamy powszechnie dwochsotkq.
Zastanawiałem się przez jakiś czas. Coś w jego wypowiedzi napawało mnie nieufnością, ale byłem zbyt roztargniony, by móc sobie z tego jasno zdać sprawę. Rożanski mówił dalej:
- Musicie zrozumieć, Aleksandrze Siemionowiczu, że jeśli nawet NKWD chce kogoś zwolnić lub deportować, żąda przyznania się do jakiejś małej winy. Ci ludzie nie mogą przyznać, że aresztowali niewinnego. Człowiek taki, jeśli jest cudzoziemcem, mógłby spowodować protest dyplomatyczny albo nawet skargę o odszkodowanie. NKWD zabezpiecza się przed tym przez protokolarne przyznanie się do winy.
Musiałem mieć w tym czasie umysł zupełnie osłabiony. W przeciwnym bowiem razie nabrałbym podejrzeń. Skąd Rożanski mógł znać tak dokładnie sprawę Krofty? Skąd mógł wiedzieć, co się działo na granicy w Szepietówce? Słyszałem później często o takich deportacjach. Kolportowano także wiadomości o interwencjach konsularnych. Zawsze były
to jednak tylko pogłoski. Ludzie powtarzający je nie twierdzili, że mają wiadomości z pierwszego źródła. Do rozmowy wmieszał się Deinin. On także nie widział żadnego innego wyjścia dla mnie, jak tyłko ustępstwa. Obaj dyskutowali moją sprawę wszechstronnie. Ja zaś siedziałem apatycznie w kącie. Grozą przejmowała mnie myśl o ponownym przesłuchaniu. Dojrzałem już do kapitulacji. Jeszcze dziś pamiętam dokładnie proces psychiczny, poprzedzający moje załamanie. Chciałem zawrzeć kompromis z sędzią śledczym, ale trudno mi było przełamać zahamowania, wynikające z poczucia honoru. W tym momencie agitacja polityczna Rożanskiego padła we mnie na żyzny grunt. Szukałem usprawiedliwienia psychologicznego dla mej słabości i znalazłem je w myśli o podporządkowaniu się dyscyplinie’ partyjnej. Nie wmawiałem w siebie niczego. Motywem, dla którego życzyłem
sobie kapitulacji, był jedynie i wyłącznie strach przed następstwami, jakie mogła pociągnąć za sobą kontynuacja oporu. Przyswojenie sobie od Rożanskiego myśli o obowiązku partyjnym, dyscyplinie i wierności dla sprawy rewolucji służyło do usprawiedliwienia przed sobą samym własnej słabości. Lecz te przejęte od Rożanskiego myśli miały w sobie coś kojącego dla mych poszarpanych nerwów. W taki sposób zastraszony kacerz odzyskiwał spokój, powracając na łono Kościoła. Zdecydowałem się wejść na drogę kapitulacji. Następnego wieczora wezwał mnie Reznikow. Zacząłem:
- Obywatelu sędzio śledczy, jeśli to jest potrzebne dla rewolucji, jestem gotów podpisać wszystko, czego ode mnie żądacie.

- Co chcecie, Weissberg, przez to powiedzieć? Nie rozumiem was?
- Piszcie, co chcecie, ja podpiszę.
- Co?! Teraz, na sam koniec, stałeś się jeszcze i prowokatorem? Czy chcesz przez to powiedzieć, że mamy zaprotokołować jakieś bajki? To przecież najczystsza prowokacja! Masz zeznać prawdę! Nie chcemy żadnych kłamstw!
Już nic nie rozumiałem.

- Przecież w rzeczywistości, obywatelu sędzio śledczy, nie zrobiłem niczego.

- Paszol k’jobanoj matieri, ty skurwysynu. Myślałem, że nareszcie nabrałeś rozumu i skapitulowałeś przed władzą sowiecką. A ty tylko chcesz sprowokować. Skończymy teraz z tobą.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Cybulski, Goldberg, Różański, Weissberg, Skalski… fakty

06 lis

Osiem lat spędzonych za kratami różnych zakładów karnych wydaje się zwykłym ludziom nie do wytrzymania. Stanisław Skalski mawiał, że każdy by się do tego przyzwyczaił, ale czy wybaczył by prześladowcom metody śledztwa i wymuszania zeznań?… Na pewno pamiętał wszystko oficerowi śledczemu, Różańskiemu (Goldbergowi), który nabywał wprawy jako bezpośredni współpracownik Sierowa i kat więźniów NKWD w Związku Radzieckim. Nie mogę tego na pewno stwierdzić, ale całkiem możliwe, że ów Różański, to ten sam osobnik, który w PRL już nie musiał nikogo udawać wobec więźniów politycznych zatrzymanych w stolicy przy ulicy Rakowieckiej. Zdeklarowany komunista w mundurze NKWD nauczył się na Wschodzie metod torturowania, wprawiając się w brutalności podczas zbiorowych egzekucji ofiar. Byli wśród nich polscy oficerowie, intelektualiści i funkcjonariusze służby publicznej. As Battle of Brittain powrócił do kraju by przyczyniać się do rozwoju „Polskich Skrzydeł”. Niestety, wrócił po śmierć. Podobnie, jak bohatera przytaczanych pamiętników więźnia Cybulskiego, ocaliło go konsekwentne, uporczywe milczenie, oraz odporność na konwejer polegający na pozbawianiu więźnia snu i nieustannego poddawaniu go procedurze przesłuchania. Wczytując się dziś w te szczere wyznania i jakże smutne wspomnienia żydowskiego komunisty, oddanego całym sercem Związkowi Radzieckiemu, staram się pojąć sens wielkiego szaleństwa, jakim były stalinowskie czystki i wielkie, ideologiczne oszustwo:

- W roku 1933 utworzono sklepy państwowe, w których można było nabywać artykuły żywnościowe i tekstylia po cenach światowych za zagraniczne waluty lub złoto. Sklepy Torgsinu służyły początkowo tylko cudzoziemcom. później głodna ludność rosyjska zanosiła do tych sklepów ostatnie kosztowności. Za złoto otrzymywało się bony w jednostkach, które powszechnie nazywano w kraju torgsinrublami i które później można było nabywać na wolnym rynku za zwyczajne ruble. Za jednego torgsmrubla można było nabyć tę samą ilość towarów. co za zwykłego rubla przed dewaluacją w roku 1927. Ale z końcem roku 1932 płacono na wolnym rynku w Moskwie lub Charkowie za jednego torgsinrubla 50 do 70 rubli papierowych. W tym samym czasie, w którym dochód realny robotników i pracowników umysłowych spadł tak fantastycznie. Stalin na posiedzeniu Komitetu Centralnego mówił o wzroście dobrobytu w mieście. Formalnie miał prawo utrzymywać. że robotnicy otrzymywali w roku 1933 o 60% więcej rubli papierowych niż w roku 1927. Mógł też dodać, że ceny zostały te same. gdyż rzeczywiście chleb w kooperatywie nie podrożał. Wyrazem nędzy było to. że w kooperatywie nie można było dostać nic więcej jak tylko co dzień trochę chleba i raz na miesiąc kilogram cukru. Do tego ograniczały się racje prostych robotników, nie korzystających z żadnych przywilejów. Resztę musieli kupować po fantastycznych cenach na wolnym rynku. Ale także i chleba nie było dość w kooperatywie. Dwa razy w roku, z okazji wielkich świąt l maja i 7 listopada. były racje dodatkowe: trochę margaryny, marmolada. ryby i tak dalej. Poza tym kooperatywy przedstawiały opłakany widok. W oknie wystawowym muchołapki i zakurzone atrapy, otaczające ukwiecony portret Stalina. Wewnątrz – brudne lady, do których cisnęły się dziesiątki zgnębionych kobiet po to, by zabrać do domu skąpą rację chlebową i trochę kapusty. Był to obraz nędzy i rozpaczy, lecz europejska i amerykańska prasa utraciły skalę dla oceny gospodarki rosyjskiej: zarobki wzrosły, oficjalne ceny w kooperatywie pozostały bez zmiany. Fakt, że nie można było niczego kupić, został ukryty przed oczyma zagranicznych obserwatorów kunsztownym systemem uprzywilejowanych sklepów w Moskwie. Rożanski mial chyba rację: być może system kartkowy służył tylko zamaskowaniu tych faktów i dlatego godzono się z nim pomimo jego szkodliwości.
- Towarzyszu Rożanski, czy rzeczywiście warto było dezorganizować naszą gospodarkę ze względu na propagandę zagraniczną’? System podwójnych cen zniekształcał także wszelkie poprawne stosunki rynkowe między fabrykami państwowymi, trustami, sektorami repartycyjnymi i tak dalej. Mógłbym coś o tym powiedziećjako kierownik budowy. Wszystko, co można było kupić od państwa po sztywnych cenach, było fantastycznie tanie. Każdy się do tego rwał. W rezultacie trzeba było aż za rządzenia samego ludowego komisarza, by uzyskać przydział każdego motoru, każdej obrabiarki, każdego transformatora. Prowadziło to do bezsensownej centralizacji w gospodarce i do przeciążenia góry. Skąd Ordżonikidze lub Piatakow mogli wiedzieć, czy mojej fabryce bardziej potrzeba frezerki niż jakiejś fabryce maszyn w Zagłębiu Donieckim albo na Uralu’? Otrzymywałem frezerkę. ponieważ bylem zapobiegliwszy niż kierownik budowy na Uralu i potrafiłem natarczywiej przedstawić w ludowym komisariacie potrzeby naszego zakładu. Ten drugi nie dostawał jej, choć może bardziej jej potrzebował.
- Za to, Aleksandrze Siernionowiczu, scentralizowana gospodarka planowa nie porasta chwastami.
- Jednak porasta. Po zniesieniu systemu podwójnych cen t przywróceniu wolnego rynku państwowego także na środki produkcji, a więc także na maszyny i surowce, skomplikowana maszyna musiałaby bardzo podrożeć i musiałbym trzy razy zastanowić się przed jej nabyciem dla mego Instytutu, gdybym jej nie potrzebował koniecznie. Natomiast fabryka na Uralu nabyłaby tę frezerkę ponieważ obliczyłaby sobie, ile zyska na oszczędnościach, które jej da droga maszyna automatyczna. Mój zakład musiałby zadowolić się skromniejszą maszyną, co byłoby dobre dla gospodarki narodowej. Ponadto w obu wypadkach dalibyśmy spokój ludowemu komisarzowi, a sami znaleźlibyśmy czas na skoncentrowanie się na najważniejszych zagadnieniach polityki technicznej. Teraz zaś dyrektorzy wszystkich wielkich fabryk w kraju, podobnie jak kierownicy robót budowlanych oraz zaopatrzenia zakładów, przesiadują miesiącami w Moskwie, aby wystarać się dla swego zakładu o maszyny, instrumenty i surowce. Ludzie z Władywostoku jeżdżą po sześć razy na rok do Moskwy na kornandirowkę, dwieście tysięcy ludzi siedzi stale w Moskwie na komandirowce. Koszty tych podróży pokrywa kraj. System przydziałów prowadzi do pęcznienia pasożytniczej biurokracji w każdym zakładzie i w każdym urzędzie. Wszystko to można sobie zaoszczędzić, wprowadzając słuszne ceny i wolny rynek państwowy.
- Wszystko to było nieważne wobec kwestii, które się wówczas rozstrzygały.
- Ależ Rożanski, co nas obchodzi zagranica? Czyż trzeba było rujnować naszą gospodarkę tylko w tym celu, by zagranica nie dowiedziała się, jak źle jest u nas?
- Chodzi nie tylko o samą zagranicę. Chociaż i to jest o wiele ważniejsze, niż myślicie. W owych latach walka o władzę w Kominternie odgrywała jeszcze wielką rolę. Nasza linia zwyciężyła tam dzięki temu, że wykazaliśmy się sukcesami w budownictwie. Nie zwyciężylibyśmy, gdyby robotnicy europejscy dowiedzieli się, że budownictwo opłacone zostało śmiercią głodową milionów.
- Ale ta śmierć głodowa nie byłaby konieczna. Spowodował ją w ogromnej mierze dopiero ten system fałszywych cen. Tylko te fałszywe ceny skłoniły rząd do podjęcia próby zabierania chłopom produktów ich ciężkiej pracy za byle co, bez rzeczywistej odpłaty. Chłop odpowiedział na to tak, jak zawsze chłopi odpowiadają na takie rekwizycje: przestał pracować i na kraj spadła katastrofa głodu. Co jest kontrrewolucyjne: stwierdzać prawdziwy stan rzeczy czy też doprowadzić kraj do tej sytuacji?
Przerażony przerwałem. W gorączce dyskusji zapomniałem, gdzie jestem. Może jednak Rożanski jest prowokatorem?
- Aleksandrze Siemionowiczu, to, co mówicie, jest do głębi kontrrewolucyjne. Dobrze, zgódźmy się, że wódz popełnił błąd, kórego można było uniknąć. Czyż mamy z tego powodu wyprzeć się kierownictwa kraju, zdyskredytować je? Czy też jest naszym obowiązkiem milczeć?
- Czy żądałem wyparcia się kierownictwa kraju?
- Powtarzam wam raz jeszcze, że system kartkowy służył do zamaskowania naszych błędów za granicą i – co jeszcze ważniejsze – w kraju.
- Jak to w kraju? Każdy człowiek sam wie dokładnie, czy głoduje, czy nie. Nie można mu niczego wmówić ani przez oficjalną prasę, ani też przez system kartkowy. Żołądek mówi mu prawdę i koryguje fałszywe oświadczenia wygłaszane na posiedzeniach Komitetu Centralnego.
- Mylicie się, Aleksandrze Siemionowiczu. Fakt sam w sobie nie jest jeszcze faktem dla milionów. Staje się nim dopiero przez to, że się go oficjalnie proklamuje. Nic rozumiecie znaczenia propagandy rewolucyjnej. Gdybyśmy dopuścili do tego, by fakt głodu został jawnie stwierdzony i dyskutowany, nie przetrwalibyśmy lat 1932 i 1933. Fakt stwierdzony oddziałuje mobilizująco na masy. Powstanie chłopskie w tych latach głodu zmiotłoby nas. Pierwsza próba stworzenia socjalistycznego ustroju społecznego załamałaby się pod natarciem kontrrewolucji.
Milczałem. Być może Rożanski miał słuszność.

- Przy tym przeoczyliście jedno jeszcze, Aleksandrze Siemionowiczu, coś, co moim zdaniem jest najważniejsze. System kartkowy umożliwił nam w tych latach uprzywilejowywanie tych warstw ludności, które mają żywotne znaczenie dla istnienia reżymu – i to nie kłuło zbytnio mas w oczy. Przy cenach jednolitych ws.zystko byłoby jasne i widoczne. Trzeba by było dawać gepiście 5000 rubli poborów miesięcznych, aby mógł sobie kupić na wolnym rynku to samo, co otrzymywał w zamkniętej kooperatywie po śmiesznie niskich cenach. Wywołałoby to w masach ludowych złą krew. Tak zaś mogliśmy płacić gepistom te sarnę pobory co lekarzom, a mimo to otrzymywali oni za swe pieniądze dziesięć razy tyle. Lekarze zaś nie wiedzieli, ile zarabiają gepiści. Robotnicy w Moskwie otrzymywali za tę samą pracę trzy razy tyle, co robotnicy w Charkowie, i cztery razy tyle, co robotnicy w Frunze lub jakimś innym małym mieście prowincjonalnym. Lecz prowincja nie wiedziała, ile dostaje Moskwa. Zarobki nominalne były te same.

- Nie rozumiem, do czego to służyło? Dlaczego robotnicy moskiewscy mieli za tę samą pracę otrzymywać więcej niż inni?

- Robotnicy Moskwy tworzą pierścień wokół Kremla. Kreml musi być otoczony przez ludność zadowoloną, w przeciwnym bowiem razie reżym może być śmiertelnie zagrożony. Gdy wybucha powstanie gdzieś na prowincji, można tam odkomenderować dwie dywizje _ powstanie będzie stłumione. Gdy Kreml wpadnie w ręce powstańców nie będzie nikogo, kto by odkomenderował dywizje. Wszystkie te nici wzajemnej zależności winien partyjnik rozumieć, Aleksandrze Siemionowiczu; domaganie się posunięć, które w skutkach mogłyby zachwiać bezpieczeństwem pierwszego rewolucyjnego państwa w dziejach świata, jest postawą kontrrewolucyjną.
Milczałem zmieszany. Jego słowa wywarły na mnie głębokie wrażenie. Jedno stało mi się jasne: nie był prowokatorem. Sędzia śledczy nigdy nie pozwoliłby mu wypowiadać takich myśli. W Związku Sowieckim nie było szpiclów, którzy mieliby za zadanie wygłaszać kontrrewolucyjne przemówienia, aby swoje ofiary sprowokować do tego samego. To zaś, co Rożanski przed chwilą powiedział, wyrażone w tej formie, było jeśli nawet taki był tajny zamiar reżymu i tajny sens wszystkich tych posunięć mistyfikacyjnych – w najwyższej mierze nielegalne i antysowieckie. Rozmową tej nocy Rożanski oddał się w moje ręce. Gdybym podał dalej to, co usłyszałem, groziłyby mu na pewno najcięższe kary. Nawet gdyby wypełniał tu polecenia sędziego śledczego, nie mógłby otrzymać polecenia wygłaszania takich przemówień. Rożanski nie był prowokatorem. Zasnąłem o świcie. Miałem chaos w głowie, mimo to czułem ulgę. Uspokajała mnie myśl, że mogłem swobodnie mówić z uczciwym człowiekiem. Presja śledztwa rosła coraz bardziej. Reznikow był nerwowy i niecierpliwy. Nic dawał mi już możliwości odpowiadania. Po prostu nie chciał już o niczym słyszeć. Krzyczał i przeklinał, nie pozwalał mi przy przesłuchaniu siedzieć, kazał mi stać i robił wszystko, by zniszczyć moje morale. W kilka dni po nocnej rozmowie z Rożanskim rozmowa zeszła na moje wystąpienie w klubie robotników niemieckich w dniu 5 marca 1933 roku.
- Tu leżą protokoły tej sprawy, sprzed czterech lat. Czy przyznajecie, że w dniu 5 marca 1933 roku wygłosiliście w klubie robotników niemieckich przemówienie jawnie wrogie wobec partii i Sowietów? W czyim imieniu występowaliście?

- Kierownictwo klubu prosiło mnie o wygłoszenie referatu o sytuacji politycznej.

- Nie udawajcie głupca. Jaka organizacja kontrrewolucyjna tam was skierowała?

- Żadna.
- Prostytutka! Faszystowski sutener! Uże ja tiebia w rot pojebu! Skończę z tobą! Myślisz, że możesz tu z nami wyprawiać, co chcesz! Mów albo cię zagnam do karceru! Ja już nie takim przygiąłem karku!
Milczałem.
- Stań twarzą do ściany!

Musiałem się odwrócić. Reznikow wziął arkusz papieru i pisał niemal przez 20 minut. Porem zawołał mnie:

- Teraz podpisuj, ale szybko!
Miałem się przyznać, że wykorzystałem swoją działalność w niemieckim klubie do podburzania robotników niemieckich przeciw państwu i rządowi. Nie chciałem podpisać protokołu. Reznikow poczerwieniał z wściekłości. Podarł papier, rzucił mi skrawki w twarz i zawołał:

- Paszoł k’jobanoj matieri, ty faszystowski robaku. Podpiszesz jeszcze gorsze rzeczy. Teraz robisz nam trudności o każdy drobiazg, ale przyjdzie chwila, że będziesz nas błagał na kolanach, abyśmy w ogóle pozwolili ci się przyznać. A teraz wynos Się. Nie mogę już na ciebie patrzeć. Po prostu zbiera mnie obrzydzenie. Ale jedno ci mówię: jeżeli nie zgłosisz się tu w ciągu 48 godzin i nie podpiszesz wszystkich swych zbrodni, wszystkich bez wyjątku, to pożałujesz.
Oszołomiony opuściłem gabinet. Nie wiedziałem, ki diabeł opanował Reznikowa. Przypisywałem ten wybuch jego osobistej nerwowości. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że wszyscy sędziowie śledczy przechodzili przez swoistą szkołę aktorską. Umieli regulować wybuchy swoich uczuć. Reznikow potrafił za chwilę, bez najmniejszego zdenerwowania, prowadzić wesołą i życzliwą rozmowę z kolegą albo z innym oskarżonym.
Rożanski przyjął mnie życzliwie.
- Alex, jeszcze wciąż walczycie o honor munduru. To, co robicie, jest nie tylko antypartyjne, ale i bezsensowne. Szkodzicie sobie sami. To, czego sędzia śledczy żąda od was, jest tylko śmieszną drobnostką. W gruncie rzeczy tylko antysowiecka agitacja i walka przeciw pracom wojskowym Instytutu. Każdy z nas byłby rad wykręcić się takim tanim kosztem.
- Nie zrobiłem niczego przeciwko Sowietom i nie mam zamiaru składać do protokołu fałszywych zeznań.
- Aleksandrze Siemionowiczu, wiecie, że jestem innego zdania, ale nie będę się dziś z wami sprzeczał. Widzę, że jesteście podenerwowani. Ostrzegam was tylko w waszym własnym interesie. Jeśli teraz zamkniecie sprawę i zaakceptujecie niewielkie przewiny, które śledztwo dotychczas przeciwko wam podniosło, to wyjdziecie obronną ręką. Natomiast opierając się, narazicie się na największe niebezpieczeństwo. Sędzia śledczy będzie wtedy żądał od was coraz więcej. Sabotaż, dywersja, szpiegostwo, a może nawet zdrada kraju. Nie powinniście do tego dopuścić.
- Może żądać, czego chce. Sumienie nie pozwala mi na składanie fałszywych zeznań.
Znowu honor munduru.
- Nie podpiszę nic sprzecznego z prawdą. Co mi zresztą mogą zrobić!
- Mówicie jak dziecko. Istnieją środki nacisku, którym nie sprostacie. Najsilniejsi załamali się i podpisali wszystko, czego od nich żądano.
- Czy ich torturowano, bito?
- Dlaczego tak mówicie? Bicie jest u nas ustawowo zabronione. Są inne środki, by was zmusić.
- Jakie?
- Na przykład można wam nie dać spać przez tydzień.
- Jak można to zrobić?
- Po prostu będziecie przesłuchiwani bez przerwy.
- W takim razie i Reznikow nie będzie mógł spać.
- Tak nie jest, Aleksandrze Siemionowiczu. Odkomenderują czterech sędziów śledczych i zrobią was na szaro. Sędziowie śledczy się zmieniają, wy zostajecie.
- Wytrzymam i to.
- Mogą was zamknąć do karceru nr 3.
- Co to jest karcer nr 3?
- Ciasny loch z dziesiątkami szczurów. Zamkną was tam i będziecie musieli nieustannie kijem odpędzać szczury albo wlezą na was i nie będziecie mogli spać.
- Na miłość boską, czy coś takiego jest możliwe u nas, w Związku Sowieckim”! Jak można u nas tak się obchodzić z ludźmi?
- Ludzie, stawiający jawnie opór władzy sowieckiej, nie są dla NKWD ludźmi. To są wrogowie, których należy zniszczyć.
- Ale przecież nic jestem wrogiem przez fakt, że nie chcę podpisać kłamstw. Składanie fałszywych zeznań uważam za prowokację. Nic wyjdzie to na dobre ani państwu, ani mnie.
- Sędzia śledczy reprezentuje tutaj państwo, on ponosi odpowiedzialność, a nie wy. Musicie się podporządkować. Jest on dla was komendantem w ciężkiej wojnie, którą władza sowiecka prowadzi o swoje bezpieczeństwo. Musicie słuchać jego rozkazów.
- Rożanski. przecież to wszystko nie ma sensu. Jak w takim razie władza sowiecka może rozróżnić potem, czy jestem rzeczywistym terrorystą, szpiegiem i agitatorem kontrrewolucyjnym, czy tylko fikcyjnym? W protokołach nie będzie przecież żadnej wzmianki o tym, że nie biorę tych zeznań na serio,
- To wszystko nie jest wasza sprawa. Czy sądzicie, że jesteście sam jeden? Macie fałszywy obraz, ponieważ siedzieliście całymi miesiącamiw pojedynce, a teraz tylko razem z nami dwoma. Gdy was przeniosą z więzienia wewnętrznego do wielkiego więzienia na Chołodną Gorę, spotkacie tam setki i tysiące takich jak wy. Wszyscy bronią się początkowo, wszyscy podporządkowują się najpóźniej po miesiącu. Opornych niszczą fizycznie. Nikt już nie pyta o sens całości, to nie nasza sprawa. Składamy nasz los w ręce władzy sowieckiej i wierzymy, że poprowadzi nas ona właściwą drogą. W całym kraju setki tysięcy ludzi spotkał ten sam los, co was i mnie. Są między nimi ludzie mający znacznie większe
zasługi dla rewolucji i budownictwa socjalistycznego niż wy. Są między nimi także towarzysze zagraniczni, którzy odznaczyli się w powstaniach w Europie i w Azji. Nikt się nie broni, wszyscy idą tą samą drogą.
Słowa jego przygnębiły mnie. Nie uważałem się za człowieka szczególnie słabego, jeśli jednak wierzyć Roźanskiernu, w więzieniach siedziała elita najżarliwszych bojowników rewolucji – jeśli oni się załamali, jakże mogę mieć nadzieję, że dam sobie radę’? Widocznie Rożanski miał rację,
gdyż w wielkich procesach występowali także ludzie, jak Murałow i Mraczkowski, których odwaga fizyczna była znana daleko poza granicami kraju. Oni też skapitulowali. Ilekroć w ciągu następnych dni wracałem z przesłuchań, widziałem głęboką troskę mego przyjaciela o mnie. Za każdym razem wypytywał mnie, czy poszedłem na rękę Reznikowowi. Czułem, jak bardzo był zmartwiony, gdy zaprzeczałem. Moja nieufność do niego znikła całkowicie.
Miałem wrażenie, że martwi go mój los, że obawia się dla mnie niebezpieczeństw, których ja jeszcze nie dostrzegałem. Dopóki mój umysł był jasny, nie mogłem przyjmować jego politycznych wypowiedzi bez sprzeciwu. Ale zaczynałem się już obawiać, że jego
bezustanne nalegania mogą mi zamącić w głowie. Spokój mój przepadł. Każda nocna rozmowa podważała moją pewność siebie. Coraz trudniej było mi znosić przesłuchania.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

studium kata – prowokatora

06 lis

Fascynujący, osobisty raptularz więźnia NKWD ujawnia mechanizmy pozwalające zrozumieć niepojęte 8 lat tortur fizycznych i psychicznych, jakie nie złamały skazanego na śmierć więźnia Stanisława Skalskiego:

Leżałem już tak kilka godzin, gdy zauważyłem, że i Rożanski nie śpi. Wstał, przyszedł do mnie i usiadł na mym łóżku. Zaczęliśmy rozmowę szeptem.
- Towarzyszu Rożanski, Deinin śpi. Proszę, powiedzcie mi teraz, czy wszystko, co powiedzieliście mi przedwczoraj, braliście na serio?
- Jak najbardziej. Nigdy w tych sprawach nie żartuję.
- No tak, ale na litość boską jaki sens może mieć składanie fałszywych zeznań?
- Aleksandrze Siernionowiczu, nikt z nas nie zna w całości sensu tego, co się teraz dzieje. Cała stara gwardia rewolucji ulega wytępieniu. Niemal nikt z tych, którzy przed rokiem 1917 należeli do partii, nic pozostał na wolności. Likwiduje się nie tylko wszystkich, którzy sympatyzowali z opozycją, nic tylko zwolenników Trockiego, Bucharina. Zinowiewa. ale także wszystkich zwykłych towarzyszy partyjnych z dawnych czasów, wszystkich. starych rewolucjonistów. wszystkich byłych mienszewików i socjalrewolucjonistów, krótko mówiąc wszystko, co miało oblicze polityczne i co jeszcze znało czasy przedrewolucyjne. Jak gdyby
przechodziła przez kraj katastrofa żywiołowa, huragan. Czy pytacie orkan, skąd przychodzi i dokąd idzie? Czy daje on wam odpowiedź? Nie, możecie tylko przycupnąć, aby nie ulec zmiażdżeniu. Burza wyrywa wielkie stare drzewa z korzeniami i łamie je, lecz trawa burzę przetrzymuje. Źdźbła pochylają się, a potem znowu się podnoszą. Radzę wam się pochylić.
- No tak. ale komu służy ten orkan?
- Tego nie wiemy. Możemy tylko spodziewać się, że ten, co idzie na czele, widzi cel. Być może ujrzymy go kiedyś wszyscy, o ile przedtem nie zginiemy. Sądzę. że podporządkowanie się jest naszym obowiązkiem. Obowiązkiem wobec ruchu i obowiązkiem wobec siebie samego.
- Dlaczego wobec nas samych? Czy mamy się pohańbić w imię celu, którego nie znamy?
- Aleksandrze Sicmionowiczu, walczycie o honor munduru, przybyliście do naszego kraju z pojęciami, nie nadającymi się do naszej epoki. Tak działać mógł Ferdynand Lassaile. gdy pozwolił rumuńskiemu bojarowi zastrzelić się. by ratować honor arystokratycznej dziewki. My nic znamy pojęcia burżuazyjnego honoru oficerskiego. Znamy tylko cel, cel ostateczny.
- Ależ właśnie tego celu ostatecznego nie widzicie.

- Na zakręcie drogi straciliśmy go z oczu, ale Stalin wie, gdzie on się znajduje. Na następnym zakręcie drogi ujrzymy go znowu.

Milczałem i patrzyłem na tego człowieka. Wychudł na szkielet. Na pewno był suchotnikiem. Mało było prawdopodobne, że przeżyje to więzienie, by raz jeszcze ujrzeć cel. Jak się zdaje, odgadł on moje myśli, gdyż wstał i powiedział:

- Aleksandrze Siemionowiczu, być może, że ja sam nie dożyję już wolności. Ale poczucie, że poświęciłem się zupełnie sprawie, która była gwiazdą przewodnią mojej młodości i że nawet w najciemniejszej nocy nie dałem się zbić z tropu, przywraca mi spokój ducha. Cel walki był wart tego, by w przebiegu setek lat poświęciły się dla niego miliony najlepszych ludzi wszystkich narodów. Jest on wart także i tego, by zginął dla niego jeszcze i niejaki Rożanski. Aleksandrze Siemionowiczu , wasza postawa jest bez sensu. Jesteśmy za słabi, by płynąć przeciw prądowi. Prąd jest zbyt rwący. Głazy, które z sobą niesie, zmiażdżą was, jeśli mu się przeciwstawicie. Zaufajcie prądowi, a znajdziecie spokój. Być może dobijecie kiedyś do spokojnego brzegu.

Położył się znowu. Nie odpowiedziałem. Miałem uczucie, że w rozmowach z Rożanskim zacierają się we mnie jasne i proste pojęcia dobrego i złego, prawdy i fałszu oraz ich mierniki. Zaczynałem wątpić w słuszność swej sprawy. Powiedziałem sobie, że w mej sytuacji nie ma nic gorszego. Broniłem się przed trucizną, sączoną jego słowami kropla po kropli do mego mózgu. Jednakże w ciągu następnego tygodnia czułem, że jego siła sugestii powoli przezwycięża moją wolę.
W dwa dni później wezwał mnie Reznikow. Był w dobrym nastroju.

- No i jak się czujecie w nowym otoczeniu?
- Dziękuję, o wiele lepiej.
- Widzicie zatem, że nie jesteśmy potworami. Mam nadzieję, że i wy przestaniecie nas dręczyć. Musimy się wreszcie pogodzić i doprowadzić rzecz do końca.
Wziął kilka kartek i zaczął protokołować.

- Powracam raz jeszcze do sprawy Andersa. Przyznaliście, że wygłosiliście wobec Andersa bucharinowskie wypowiedzi.
- Nigdy tego nie przyznałem.
- Aleksandrze Siemionowiczu, czy chcecie nas znowu prowokować? Czy sądzicie, że wszystko będziemy znosili? To przecież czysta prawda, że prowadziliście te rozmowy z Andersem. Anders to poświadcza i wy sami przyznaliście to dawniej!

- Przyznałem, że prowadziłem rozmowy z Andersem i że krytykowałem różne urządzenia naszego państwa. Zaprzeczam jednak, by krytyka moja miała treść kontrrewolucyjną i bym ją przeprowadzał w jakimkolwiek związku z Bucharinem.
- Zatem wszystko wymyśliliście sobie sarni. Ani Leipunski, ani sam Bucharin nie dali wam żadnych dyrektyw?’
- Żadnych dyrektyw:
- Znaliście Bucharina?
- Widziałem go wielokrotnie w ludowym komisariacie. Ostatecznie był on naszym bezpośrednim przełożonym.
- Kto was poznał z Bucharinem? I przy jakiej okazji?
- Leipunski przedstawił mnie Bucharinowi. Było to latem 1931 roku. Poszliśmy do Buchanna. by uzyskać pozwolenie na założenie czasopisma poświęconego zagadnieniom fizyki w Związku Sowieckim. Przybylem do Związku Sowieckiego wiosną 1931 roku. Prace fizyków rosyjskich były do tej pory drukowane niemal wyłącznic w czasopismach zagranicznych, w pierwszym rzędzie w niemieckiej „Zeitschrift rur Physik „. Brakowalo centralnego organu fizyki rosyjskiej w jakimkolwiek języku światowym. Fizycy sowieccy nic chcieli ogłaszać swych prac w języku rosyjskim, gdyż w ten sposób izolowaliby się od europejskiego i amerykańskiego życia naukowego. Trzeba uwzględnić, że fizycy calego świata tworzą jedną rodzinę i że postęp naukowy
dokonuje się drogą intensywnej wymiany poglądów. W Leningradzie. w Pasadenie, w Cambridge i w Berlinie pracują ludzie nad tymi samymi zagadnieniami. Każdy mały zabieg, zastosowany przez tego czy innego fizyka gdziekolwiek w świecie, natychmiast po opublikowaniu jego pracy staje się wspólną własnością całego świata. Wszyscy fizycy w świecie znali niemiecki i angielski, przeważnie także francuski. Rosyjskiego nie znał żaden. Dlatego fizycy sowieccy publikowali swe prace w czasopismach angielskich i niemieckich. Zaproponowałem założenie w Charkowie centralnego pisma poświęconego fizyce rosyjskiej. wydawanego w języku angielskim i niemieckim. Przyjaciele w Instytucie przyjęli ten projekt życzliwie. Miałem razem z Leipunskirn przedłożyć sprawę Komitetowi Centralnemu w Moskwie. Byłem podówczas dopiero od kilku tygodni w Rosji i nie umiałem jeszcze ani slowa po rosyjsku. Bucharin przyjąl nas bardzo przyjaźnie. Aleksander I1jicz zreferował mu sprawę. Bucharin , zwracając się potem do mnie, zagadał po rosyjsku. Gdy Leipunski zwrócił mu uwagę, że nie rozumiem tego języka, przeszedl na angielski, a potem na niemiecki. Podziwiałem, jak znakomicie opanował te języki. Bucharin w tym czasie zakończył już swoją karierę polityczną. Partia dala mu stanowisko – jak na jego kaliber – bez znaczenia. Był kierownikiem sektora naukowego w Ludowym Komisariacie Przemysłu Ciężkiego. Praca administracyjna w jego resorcie zajmowała go tylko niewiele. Bucharin nie był organizatorem, jak Piaiakow. Był raczej myślicielem i artystą. Na mnie czynił wrażenie animae candidae. Bylo dla mnie często niezrozumiałe. jak ten pięknoduch mógł wy- trzymać zaciętą walkę, bez której nikt nie może dojść do kierowniczego stanowiska w partii. A przecież Bucharin przez pewien okres czasu prowadził partię razem ze Stalinem. U boku Stalina rozgrywał walkę przeciw opozycji Trockiego i Zi- nawiewa. Dopiero po zniszczeniu opozycji trockistowskiej i zinowicwowskiej Stalin odsunął Bucharina na bok. Do tego czasu Bucharin znajdował się na drugim miejscu w Związku Sowieckim i na pierwszym miejscu w Kominternie.
Po odejściu Zinowiewa został wybrany przewodniczącym Międzynarodówki Komunistycznej. Bucharin był drobnej postaci. Jego delikatne rysy twarzy i spokojny, niemal subtelny sposób mówienia zjednywały mu natychmiast każdego, kto z nim rozmawiał. Po kilku słowach zdobyłem go dla mojego planu. Siadł przy biurku, napisał odręczny list do Komitetu Centralnego i wręczył go Leipunskiemu. W dwa tygodnie później Komitet Centralny wydał naszemu Instytutowi polecenie założenia czasopisma. Zostałem jego redaktorem. Później spotkałem Buchanna jeszcze kilka razy w Ludowym Komisariacie. Gdy nasz Instytut czegoś potrzebował. zawsze nam chętnie pomagał. Miało się jednak wrażenie, że w tym gmachu, w którym bił puls wielkiego przemysłu, jest on przybłęda. Pewnego razu wszedłem do jego gabinetu – na sztalugach stał jakiś krajobraz. Bucharin zapytał mnie, jak mi się podoba. On sam go malował. O ile pamiętam, obraz ten i jeszcze inny obraz Bucharina wystawiane były w moskiewskiej galerii. Ponadto Bucharin zajmował się bardzo pracami literackimi. Pisał rozprawy o Goethem i Heinem. Artykułów ekonomicznych i politycznych nie publikował od czasu odsunięcia go od władzy. Później opuścił Ludowy Komisariat i objął redakcję naczelną „Izwiestii”. Latem 1936 roku, w czasie gdy rozpoczynały się wielkie procesy, Bucharin przebywał za granicą. O ile wiem. szukal wypoczynku na francuskiej Riwierze. Platschek spotkał go w Kopenhadze i zamienił 7 nim kilka słów. Teraz, gdy piszę te słowa, myślę o tym, jak ślepo ci ludzie szli w swe własne nieszczęście. Bucharin powrócił do Związku Sowieckiego, chociaż w owym czasie Stalin poczynił już wszystkie przygotowania do zniszczenia dawnego opozycjonisty. W kilka miesięcy później, gdy Radek w procesie przeciwko Piatakowowi wymienił nazwisko Bucharina jako przywódcy kontrrewolucyjnej organizacji, Bucharin został aresztowany. Wiosną 1938 roku Bucharin, jak wszyscy inni, poszedł na śmierć. Winien był znać Stalina. Był jego przyjacielem, razem z nim w roku 1927 pokonał opozycję Trockiego i Zinowiewa. Czyż nic spodziewał się po nim takiej zbrodni? Czy liczył na sentymenty starego przyjucicla? W moskiewskich sferach partyjnych opowiadano zawsze. jak bardzo Stalin kochał Buchanna. Widocznie dyktator w szale umocnienia swej władzy nic zawahał się go poświęcić. Lecz iluż innych postąpiło równic naiwnie jak Bucharin i w przekonaniu o swej niewinności powróciło. W jednym z pierwszvch procesów wymienił ktoś generała Putnę, jednego z najznakomitszych· wojskowych rosyjskich, jako współuczestnika spisku i szpiega. Putna był wówczas attachć wojskowym Związku Sowieckiego w Londynie. Nie bał sic powrócić bezzwłocznie. Inni zaś nie bali się go aresztować i kazać go rozstrzelać jako niemieckiego i japońskiego szpiega, razem z marszałkiem Tuchaczcwskim, Jakirem i innymi najwybitniejszymi generałami. Który szpieg powróciłby po zdemaskowaniu’! Czy Putna, gdy decydował się na powrót. wierzył w winę szesnastu innych, którzy zostali rozstrzelani’! A jeśli co jest prawdopodobne – w nią nic wierzvł, dlaczego w takim razie powrócił” Dlaczego naraził się na śmiertelne niebezpieczeństwo’!
Czy może sądził. że lojalność jego postawy wobec państwa i partii rozbroi Stalina i jego siepaczy?

Powracam jednak do mego przesłuchania. Reznikow zanotował sobie dokładne daty moich wizyt u Bucharina. Nie wiedziałem, dlaczego przywiązuje taką wagę do tych spraw. Coraz bardziej nalegał na odtworzenie każdego szczegółu. No cóż, w ostatnich latach spędziłem co najmniej trzecią część mego czasu w gmachu Ludowego Komisariatu Przemysłu Ciężkiego w Moskwie. Niepodobieństwem było, bym w tych warunkach mógł dokładnie określić daty spotkań sprzed szeregu lat. Coraz częściej mówiłem: „Nie mogę już sobie tego przypomnieć, obywatelu poruczniku”.
- Macie dobrą pamięć, jeśli chodzi o sprawy mniejszego znaczenia. Sprawy, które dzisiaj omawiamy, w waszym własnym interesie będziecie musieli sobie bardzo dokładnie przypomnieć.
- Obywatelu poruczniku, miałem kilka, zresztą bardzo rzadkich, spotkań z Bucharinem – i to wszystkie przed wielu laty. Odwiedzałem go w sprawach służbowych w okresie, gdy jeszcze kierował pracą naukową w ludowym komisariacie. Po jego ustąpieniu nigdy go już nie widziałem. Byłoby to poza tym wykluczone. Byłem cudzoziemcem, i to bynajmniej nie czołową osobistością. W latach 1931 do 1934 Bucharin przyjął mnie kilka razy, by podpisać jakiś list lub zarządzenie, które mu przyniosłem. To wszystko.
- Nie wmówicie nam tego. Służbowy charakter miał tylko na celu maskowanie waszej tajnej roboty dywersyjnej. Sabotaż lat ostatnich, który nas niemal doprowadził do ruiny, posługiwał się we wszystkich komisariatach formą służbowych poleceń.
Przestałem już odpowiadać. Dyskusja nie miała żadnego celu.
- Przyznaliście, że prowadziliście walkę przeciwko systemowi racjonowania.
- To jest zbyt mocno sformułowane. Krytykowałem system racjonowania i zwracałem uwagę na jego przestarzałość. W naszym kraju od kolektywizacji państwo reguluje dochody obywateli. Nie ma już w naszej gospodarce żadnych źródeł pieniężnych, które nie byłyby pod kontrolą państwa. Jeśli jednak tak jest, to nie ma żadnego sensu – i to mówiłem często – regulować podział dóbr innymi środkami, jak tylko przy pomocy pieniądza. Państwo może wyznaczać ilość dóbr spożycia na poszczególną jednostkę w zależności od jej znaczenia i jej funkcji w gospodarce narodowej. Jedynie i wyłącznie przez regulowanie ilości pieniądza, otrzymywanej przez jednostkę, można się obejść bez racjonowania, jeśli przez słuszne ceny dostosuje się całość dochodu pieniężnego do całości wyprodukowanej masy dóbr spożycia. Kartki są swego rodzaju drugą walutą, którą wynagradza się obywateli za ich świadczenia. Uważam to za zbyteczne. l to powtarzałem wielokrotnie. Nic więcej.
- Uważaliście zatem za zbyteczne to, co rząd uważał za słuszne? l agitowaliście za waszym poglądem przeciw uchwałom partii i rządu?
- Tak jest, tak było.
- W takim razie przyznajecie się do agitacji kontrrewolucyjnej? Nareszcie doczekaliśmy się, że nabieracie rozumu.
- Nie mogę się w tym dopatrzeć żadnej agitacji kontrrewolucyjnej. Chciałem obalić nie rewolucję, lecz system kartkowy, który uważałem za szkodliwy.
- Nie jesteśmy ciekawi waszych mądrości. Wydaje się wam, że waszą dialektyką potraficie przekręcić najprostsze fakty. To się wam nie uda, Aleksandrze $iemionowiczu. To nie przejdzie.
- A przecież sam rząd z końcem 1934 roku zrozumiał ten problem i zniósł system kartkowy.
Reznikow zaczął szaleć.
- Z taką bezczelnością nie spotkałem się jeszcze nigdy! Przyplątał się tu taki agent zagraniczny i chce pouczać naszą partię i nasz rząd, jak mają postępować. Nie jestem tu po to, by z wami dyskutować. Musi się to raz wreszcie skończyć. Ja tu wykrywam wasze zbrodnie, a do was
należy tylko ich potwierdzenie i nazwanie rzeczy po imieniu. Rozważcie to sobie. Nie mamy dla was więcej czasu, musimy z wami skończyć. Wyczerpaliście naszą cierpliwość.
Kazał mnie odprowadzić.
- Powróciłem do celi zdenerwowany. Opowiedziałem Rożanskiemu przebieg przesłuchania. Był oburzony.
- Aleksandrze Siernionowiczu, siedzę tu już kilka lat, znam setki spraw. Podobnej historii, jak wasza, nie przeżyłem do tej pory. Po tym wszystkim twierdzicie, że nie ma przeciw wam żadnego materiału? Czy nie wiecie, że sam fakt utrzymywania stosunków z Bucharinern zaprowadził
tysiące ludzi na Syberię? Przeciw nikomu z nas nie ma więcej materiału, jak przeciw wam. Prowadziliście przecież insynuowane rozmowy!
- Ależ one miały inny charakter!
- Czy zdaje się wam, że siedzicie w francuskim salonie, uprawiając krytykę literacką? Zrozumcie wreszcie, że Reznikow jest bolszewikiem. Jego zadaniem jest osłaniać partię i rząd. Gdyby się zajmował akceptowaniem waszych subtelnych różnic w charakteryzowaniu kontrrewolucyjnych rozmów, wkrótce siedziałby tu z nami.
Byłem zrozpaczony. Wiedziałem, że w sprawie racjonowania ja miałem rację, nie rząd. Uważałem formę dystrybucji lat 1931, 1932, 1933 za istne szaleństwo i w roku 1934 rząd sam zniósł system kartkowy. Czyż w roku 1933 było kontrrewolucją to, co w dniu .1 grudnia 1934 roku wszystkie gazety sławiły jako mądrą politykę wodza – zniesienie sys- temu kartkowego? Zapytałem Rożanskiego o jego zdanie. Odpowiedział ostro:
- W roku 1933 stanowisko wasze było kontrrewolucyjne i bardzo niebezpieczne dla politycznej stabilizacji kraju. Od 1 grudnia 1934 roku zniesienie systemu kartkowego’ stało się koniecznością naszej gospodarki narodowej. Możecie na tym polegać, że Komitet Centralny stoi na straży
historycznych interesów naszego kraju i klasy robotniczej świata. Gdy jakieś posunięcie jest potrzebne, Politbiuro wydaje konieczne polecenia we właściwym momencie.
Osłupiałem. Chciałem na ten temat kontynuować dyskusję z Rożanskim. Odmówił, wskazując ukradkiem na Deinina. Zrozumiałem go i czekałem na nadejście nocy. W meritum sprawy mam do powiedzenia, co następuje. Przybylem do Związku Sowieckiego w marcu 1931 roku. Byl to trzeci rok pierwszej pięciolatki i kolektywizacji. Rząd zdlawil całkowicie import dóbr spożycia, by zaoszczędzić waluty na zakup maszyn. Forsowało się eksport rosyjskich produktów rolnych. Już to musiało wywołać wielki brak artykułów żywnościowych i odzieży. Była to jednak tylko drugorzędna przyczyna katastrofy głodu, która spadła na kraj. Główną przyczyną było zniszczenie rolnictwa w czasie kolektywizacji. Chłopi wyrzynali bydlo przed wejściem do kolektywów. Po pierwszych żniwach za ciężką pracę całego roku nie dostali w kołchozie nic więcej, poza parą bczużytecznych sportowych pantofli, zamiast potrzebnych im butów z cholewami, oraz kiepskiej jakości tekstyliami. Byli ciężko rozczarowani i po prostu przestali pracować. W pierwszych latach panowała w kołchozie tak zwana zasada „od gęby”, to znaczy każda rodzina chłopska otrzymywała udział w zbiorach w zależności od liczby jej członków – jej .,gąb” – bez względu na wykonywaną pracę, Gdy latem słońce przypiekało, chłopi zostawali w chałupach i każdy myślał sobie: niech inny pracuje. Doprowadziło to wreszcie do całkowitej dezorganizacji gospodarki. Z każdym rokiem zbiory spadały coraz bardziej. Wreszcie, w roku 1932, osiągnęły zaledwie ułamek normalnych zbiorów. Ale państwo nie dbało o sytuację na wsi i rekwirowało bezwzględnie wszystko, co mu było potrzebne dla miasta i na eksport. Uprzemysłowienie kraju w owych latach” finansowano częściowo przez powiększanie obiegu pieniężnego. Gdy w konsekwencji na wolnym rynku ceny wzrosły, państwo ustanowiło ceny maksymalne i regulowało dystrybucję przy pomocy systemu kart żywnościowych. W roku 1932 wartość pieniądza na wolnym rynku spadła do poziomu pięćdziesiątej części wartości pieniądza z roku 1927. Wprawdzie inflacja została zahamowana już z końcem 1931 roku, lecz nieustający zastój w produkcji wiejskiej zmniejszal podaż towaru. Państ wo rekwirowalo produkty wsi po śmiesznie niskich cenach. Chłopi szli do miasta, by nabyć chleb dla siebie, i płacili za kilogram chleba więcej, niż otrzymywali od państwa za cetnar zboża. W roku 1932 proces kolektywizacji dobiegł końca. Każdy człowiek w Związku Sowieckim pobierał teraz dochody ze źródła kontrolowanego bezpośrednio przez państwo. Najprostszą rzeczą byłoby zatem zrewidować w tym momencie system cen, ustanowić – biorąc pod uwagę niską podaż towarów – słuszne ceny i znieść system kartkowy. System kartkowy obciążał kraj olbrzymim aparatem pasożytniczym: urzędnicy w dystrybucji artykułów żywnościowych kradli dużą część kartek. Ludzie, których etyka nie pozwoliłaby im kraść pieniądze, bez skrupułów przywłaszczali sobie nie przysługujące im kartki. Nieliczne dobra spożycia, wytwarzane jeszcze przez słaby przemysł lekki, wyciekały nieuchwytnymi kanałami. Tylko niewiele z nich docierało do rąk czynnych produktywnie robotników i chłopów. Rozwinięty system gospodarki protekcyjnej marnotrawił towary. Byłem przekonany, że rewizja cen umożliwi powrót do wolnego rynku. Kraj mógł na tym tylko zyskać. Pozostałby tylko jeden miernik świadczeń produkcyjnych – pieniądz. Rząd miał możność przydzielać dochody pieniężne tak, jak to uważał za słuszne. Mógł dawać wyższe zarobki inżynierom, potrzebnym mu dla uprzemysłowienia, albo gepistom, potrzebnym mu dla bezpieczeństwa kraju, niż na przykład lekarzom lub nauczycielom, którzy w owym okresie budownictwa wydawali mu się mniej ważni. Tak czy owak, pewne warstwy były uprzywilejowane. Lecz uprzywilejowanie nosiło charakter ukryty i dlatego korumpujący. Gepiści za swoje 500 rubli miesięcznie mogli kupić
więcej niż nauczyciele za swoje 6000 rubli w ciągu całego roku. Czek iści oprócz rubli otrzymywali jeszcze inną walutę w postaci specjalnych kart na artykuły żywnościowe, uprawniających ich do nabywania tanich artykułów spożywczych w specjalnych sklepach. W kraju nie było jednej waluty, lecz dwie: ruble i kartki. Ponieważ zaś każda kategoria towarów wymagała innych kartek, więc istniały setki odmian waluty. Ceny ustanawiano w drodze administracyjnej, zupełnie samowolnie. Gospodarka utraciła kryteria dla ustalania słusznych cen. Rząd zaś utracił wgląd w podział produktu narodowego. Dochód pieniężny przestał być dla robotników bodźcem do podnoszenia wydajności pracy. W każdym wypadku zarabiali oni niewielką sumę pieniężną, którą mogli zrealizować po niskich cenach w kooperatywach i w sklepach państwowych. Wszystko, co zarabiali ponadto, mogli wydawać jedynie na wolnym rynku po pięćdziesięciokrotnie wyższych cenach, a to nie było warte wzmożonego wysiłku. By dać tylko jeden przykład: Robotnik, zarabiający 50 rubli miesięcznie, mógł się za nie zaopatrzyć w głodowe racje, otrzymywane w kooperatywie po niskich cenach urzędowych. Jeśli się wysilił i wyprodukował trzy razy więcej, dostawał co prawda dwa razy większy zarobek, ale nie trzy razy więcej kart żywnościowych. Musiał zatem za dodatkowy zarobek 100 rubli kupować chleb po fantastycznych cenach wolnego rynku. I tak wiosną 1933 roku za dodatkowo zarobione 100 rubli otrzymywał tę samą ilość chleba, która w kooperatywie kosztowała 2 ruble. Faktycznie zarabiał zatem za trzykrotną wydajność pracy zamiast 50 rubli nie 150, lecz tylko 52 ruble. Przy takich warunkach wynagradzania agitacja za wzmożeniem wydajności pracy musiała pozostać bez skutku. Po zniesieniu systemu kartkowego zaczęli ludzie znowu rozumieć znaczenie pieniądza. Starali się znowu zarabiać, podczas gdy dawniej chcieli tylko wyłudzać kartki żywnościowe. Droga do pieniądza prowadziła przez wydajność pracy i wskaźniki produkcji wzrastały fantastycznie. Zaczęła się stachanowszczyzna. Wielu nie dostrzegało wówczas związku wewnętrznego pomiędzy tymi dwoma zjawiskami. Wszystko sprowadzało się do tego, że pieniądz stał się miernikiem gospodarki rosyjskiej. To właśnie stanowiło podstawę owej wielkiej fali racjonalizacji, którą świat znał pod nazwą systemu stachanowskiego. W niezliczonych rozmowach z ekonomistami, partyjnikami, naukowcami i administratorami dyskutowałem już wcześniej kwestię zniesienia systemu kartkowego. Część komunistów – pamiętam na przykład rozmowę w domu ekonomisty Eugeniusza Wargi, którego młody syn gwałtownie mnie atakował – była zdania, że powrót wolnego rynku, nawet gdyby to był wolny rynek państwowy, a więc nawet gdyby aparat handlowy pozostawał w ręku państwa, oznaczałby powrót do kapitalizmu. Komuniści ci byli zdania, że socjalizm oznacza repartycję dóbr spożycia do rąk każdego obywatela, a nie ich nabywanie wedle swobodnego uznania. Nie twierdzę, że ten fałszywy pogląd reprezentował w owych latach oficjalne zdanie partii. Po prostu nie dyskutowano tych spraw oficjalnie. Komitet Centralny zarówno wtedy, gdy zadekretował system kartkowy, jak i wtedy. gdy go zniósł, nie pytał o zdanie ani partii, ani tym bardziej opinii publicznej. O wszystkim tym rozmyślałem owego popołudnia w celi więziennej. Czekałem bardzo niecierpliwie na nadejście nocy. Chciałem poznać prawdziwe zdanie Rożanskiego. Nasza nocna rozmowa zaczęła się od banałów. Rożanski powtórzył to, co większość ludzi, nie zastanawiających się głębiej nad tą sprawą, ma do powiedzenia o gospodarce kierowanej. Do czasu żniw roku 1933 było w kraju za mało chleba. System kartkowy umożliwiał sprawiedliwy podział małego zasobu. Bez systemu kartkowego i cen maksymalnych. Mniej zamożni pozostaliby bez chleba. Nawet w państwach burżuazyjnych w razie gospodarczego stanu wyjątkowego, na przykład w czasie wojny, przechodzi się do systemu kartkowego. Odpowiedziałem:
- Rożanski, przecież jesteście mądrym człowiekiem. Czy nie rozumiecie różnicy między krajami kapitalistycznymi a nami? Od czasu ukończenia kolektywizacji rząd ustala, kto jest zamożny, a kto nie. Rząd rozdziela cały dochód pieniężny narodu. Jak go dzieli, jest wyłącznie jego sprawą. Po co zatem dwa rodzaje banknotów, uprawniających do nabywania dóbr spożycia. ruble i kartki? Wystarczy jeden rodzaj – pieniądz.
Długo spieraliśmy się na ten temat. Nie chciał zrozumieć. że w rzeczywistości od zakończenia kolektywizacji wszystkie źródła pieniężne były pod kontrolą rządu. Przyciskalem go coraz bardziej do muru. Znajdował coraz to nowe wymówki. Wreszcie zabrakło mi cierpliwości.
- Moje stanowisko w tej sprawie może być albo słuszne. albo fałszywe. Uważam je za słuszne. ale być może mylę się. Cóż to jednak ma wspólnego z rewolucją lub kontrrewolucją? Trzeba przecież mieć możność swobodnego dyskutowania takiego czy innego pociągnięcia gospodarczego w socjalistycznym kraju bez narażania się na konflikt z tajną policją.
- Aleksandrze Sicrnionowiczu , dziwny z was człowiek. Żyliście tu siedem lat i poznaliście nasz aparat gospodarczy tak dokładnie. jak niewielu obywateli sowieckich. Staliście się dobrym administratorem i śledziliście uważnie tendencje naszego rozwoju. Jednakże o pewnych stronach życia sowieckiego nic macie po prostu najmniejszego pojęcia. Mówi-
cie o naszym kraju. jak gdybyśmy byli klubem dyskusyjnym typu angielskiego Fabian Society.
- Doprawdy nic rozumiem. co macie na myśli. Powiedzcie wreszcie otwarcie.
- Są rzeczy. których się otwarcie nie mówi. Istnieje pewna zmowa milczenia, wiążąca kierownictwo partyjne z ogółem masy partyjnej. Przekroczenie tej konwencji. choćby nawet przez stawianie niewygodnych pytań, jest aktem kontrrewolucyjnym.
- Roźanski, mówcie nareszcie bez obsłonek. Powiedzcie, co macie na myśli.
- Aleksandrze Siemionowiczu. Czy myślicie, że ujemne strony ścisłego racjonowania, systemu kartkowego i podwójnych cen, nie były naszemu rządowi znane, tak samo jak i wam? Czy sądzicie, że towarzysze partyjni, z którymi prowadziliście dyskusje, nie wiedzieli tego wszystkiego tak samo jak i wy?
- Dlaczego w takim razie ci ludzie zwalczali mój pogląd?
- Sowieccy partyjnicy są wychowani w ten sposób, że rozumieją ukryty sens zarządzenia, chociaż nie mówi się jawnie, o co chodzi.
- Albo przestaniecie zadawać mi zagadki, albo po prostu przestaniemy rozmawiać.
Przysunął się do mnie bliżej i zaczął:
- Aleksandrze Siemionowiczu, wiosną 1933 roku zginęło u nas z głodu l9 milionów chłopów. Dochód realny robotnika w mieście spadł do dziesiątej części dochodu z roku 1926/1927. Czy waszym zdaniem mieliśmy zaraz to rozgłaszać?
- Co ma z tym wspólnego racjonowanie?
- System kartkowy pozwolił nam ukryć ten fakt przed zagranicą, a co jeszcze ważniejsze – przed własnym narodem. Ceny nominalne na artykuły żywnościowe w kooperatywach, wydawane w zamian za kartki, pozostały bez zmiany. Zarobki nominalne nawet wzrosły i Stalin mógł na posiedzeniu Komitetu Centralnego w styczniu 1933 roku. na którym omawiano wyniki pierwszej pięciolatki, stwierdzić spokojnie, że dochód ludności pracującej wzrósł w porównaniu z rokiem 1928 o 60%. Czy przypominacie to sobie, Aleksandrze Siemionowiczu?’
Rzeczywiście przypominam sobie, z jakim oburzeniem przyjąłem sprawozdanie z posiedzenia Komitetu Centralnego. Kryzys doszedł do punktu szczytowego. Miliony zmarły, reszta opuchła z głodu leżała po chałupach. Nawet na targu w Charkowie codziennie umierali chłopi, uciekający z obszarów objętych głodem. Robotnicy w mieście też wyglądali jak truposze. Konie padały na ulicach. A Stalin mial w tym czasie czelność twierdzić, że dobrobyt wzrósł i że przeciętny dochód roczny podniósl się o z górą 60%. Ale ruble roku 1928 miały pełną wartość rubli w zlocie. zaś ruble roku 1933 spadły wskutek dewaluacji do pięćdziesiątej części swojej wartości. O tym Stalin nie mówił. Istnial prosty miernik do mierzenia dewaluacji pieniądza, a mianowicie cena tak zwanego torgsin rubla.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Prowokator i konwejer

06 lis

Uprzedzając ewentualne głosy w dyskusji nad książką o gen.bryg pil. Stanisławie Skalskim przypominam dziennik więźnia NKWD prowadzącego długie rozmowy z niejakim Różańskim. Nazwisko to przyprawiało polskich więźniów stalinowskich o strach i drżenie całego ciała. Skalski miał na prześladowcę Goldberga używającego polskiego nazwiska, tylko jedno słowo: KANALIA. Zainteresowały mnie motywy postępowania i przemiana człowieka ogarniętego zbrodniczą ideologią aż do totalnego zezwierzęcenia. Autorem tej wspomnieniowej relacji jest genialny, żydowski fizyk używającego polskiego nazwiska CYBULSKI. On przytacza nie tylko rozmowy, ale zapisał własne refleksje:

Ledwie potrafiłem stłumić swą radość. Nareszcie widzieć znowu ludzi, dowiedzieć się, co się tu właściwie dzieje i co się dzieje poza więzieniem. Nie musieć wciąż bezczynnie roztrząsać swoich losów. Będzie wspaniale. Każde przesłuchanie, każdy zwrot w śledztwie będę mógł potem omówić
z przyjaciółmi w celi. Musi to być olbrzymia ulga. Moja zupa stała na stoliku. Z podniecenia nie tknąłem jej. Podszedłem do okna i patrzyłem na oba drzewa, to kwitnące i opuszczone oraz to
obumarłe i zamieszkane przez niezliczone wróble. Jeszcze dziś się przeniosę. Nagle zdjęła mnie nieufność. Do czego zmierzał Reznikow? Nie należało przecież przypuszczać, że w tym gmachu cokolwiek mogło się ze mną dziać bez jego woli. Jak się to stało, że rozmowa zeszła na warunki
mego bytu więziennego? On sam nią tak pokierował, Co prawda bardzo dyskretnie, na pozór przypadkowo. Ale „nie wierzymy w przypadki”, jak mówią zawsze enkawudyści. Może i ja zrobię dobrze, jeśli będę się trzymał tej zasady. Nakazując przeniesienie mnie do celi zbiorowej. niewątpliwie Reznikow miał jakieś swoje zamiary. To, że musiałem napisać podanie do Tornujewa, służyło zapewne .tylko jako kamuflaż. Mógł zarządzić moje przeniesienie bez tej okrężnej drogi a fakt , że ją wybrał. jest podwójnie podejrzany. Być może posadził w nowej celi szpicla. który ma mnie wypytywać. Winienem być ostrożny. Późnym popołudniem przyszedł zastępca naczelnika więzienia ze strażnikiem i kazał mi się rozebrać. Zrewidowali mnie bardzo starannie. potem kazali mi się ubrać. spakować rzeczy i iść za nimi. Zaprowadzili mnie o piętro wyżej. do celi położonej po drugiej stronic i podobnej do mej pierwszej celi. Z okien roztaczał się widok na wielkie podwórze. W celi stały trzy łóżka. Gdy wszedłem. podnieśli się dwaj więźniowie i przedstawili mi się. Młodszy nazywał się Deinin. Włosy miał popielate, był średniego wzrostu, twarz ze śladami ospy. Po jego rękach poznać można było proletariusza. Sprawiał niezbyt uczciwe wrażenie. Z zawodu był elektromonterem i pracował w charkowskim Instytucie Materiałów Ogniotrwałych. Drugi był godny uwagi. Wysoki, chudy, trochę pochylony do przodu. Wyniszczone rysy twarzy, wysokie czoło, granatowoczarne włosy i przenikliwe oczy. Podałem mu rękę i wymieniłem nazwisko. Wymruczał „Rożanski” i przez chwilę przetrzymał moją rękę w swojej. Patrzyłem mu prosto w twarz i przez kilka sekund nie mogłem oderwać wzroku. Tak bardzo urzekła mnie demoniczność tych oczu. Porem zaczął mówić. Po kilku słowach było dla mnie jasne, że duch tego człowieka był adekwatny ciału. Odpowiadałem monosylabami. Interesowało mnie pytanie, kto z nich dwóch jest prowokatorem. Zadecydowałem, że Rożanski. Położyłcm rzeczy na pustym łóżku i usiadłem. Rożanski oparty o okno prowadził rozmowę z Deininern. Mówił długo. W celi zapadał zmierzch. Milczałem i oddawałem się całkowicie owemu dobroczynnemu uspokojeniu. które przynosił mi każdy wieczór. Wpatrywałem się w ciemną sylwetkę pod oknem. Kogo przypominał mi ten człowiek? Wyobraźnia moja w ten sposób zawsze odmalowywała sobie postać florentyńczyka Girolamo Savonaroli. Słowom jego towarzyszyły zamaszyste, a mimo to kanciaste ruchy rąk. W głosie jego brzmiał stłumiony fanatyzm. Opowiadał Deininowi historię francuskiej Konwencji. Moje wejście przerwało jego opowiadanie. A teraz podjął je na nowo. Mówił o Robespierze i miałem wrażenie, że nieprzypadkowo nadawał trybunowi wielkiej rewolucji burżuazyjnej rysy człowieka na Kremlu, który nas tu wszystkich trzymał za kratami. Sledziłem treść jego przemówienia tylko połowicznie. Fascynowała mnie jego postać. Raz po raz przychodziło mi na myśl, że gdyby ten człowiek zmienił swoją nędzną odzież na sutannę mnicha, zmartwychwstałby kacerz florentyński. Rozmowy pierwszego dnia były powściągliwe. Nie opowiadałem niczego o swej sprawie. Również tamci dwaj mówili ostrożnie. Pornimo to dowiedziałem się wiele o sytuacji politycznej w kraju i w świecie. Rożanski należał do najbardziej wykształconych ludzi, jakich spotkałem w swym życiu. W Związku Sowieckim znałem tylko niewielu takich, którzy przyswoili sobie całą kulturę Zachodu. Wśród starych towarzyszy partyjnych z okresu przedrewolucyjnego było takich sporo, patrzyli oni jednak na świat nieco dogmatycznie, przez okulary marksistowskiej teorii. Zagadnienia sztuki leżały najczęściej poza ich horyzontem. Rożanski był marksistą. ale nic ograniczał zainteresowań do problemów polityczno-socjologicznych. Nie było takiej książki. którą wymieniłbym spośród angielskiej. francuskiej. niemieckiej lub włoskiej literatury pięknej. żeby jej nie znał. Był zadomowiony w klasycznej filozofii niemieckiej tak samo jak w ekonomice brytyjskiej i w racjonalizmie francuskim. Mój – od dawna nic zaspokajany głód tworów wyobraźni naukowej i artystycznej znajdował w rozmowach z nim znowu pokarm. Byłem odcięty od życia duchowego Europy i Ameryki – i to nie tylko od chwili mego aresztowania. Pochłaniały mnie całkowicie zadania bieżące. Od czasu. gdy zamieniłem pracę naukową na organizacyjno-techniczną. nic miałem już nawet czasu na czytanie książek. Nowoczesna literatura Zachodu była mi z trudem dostępna. Literatura sowiecka znalazła się w owym czasie pod naciskiem dyktatorskiej kontroli. Dorywczo uciekałem jeszcze do dzieł wielkich klasyków rosyjskich. Ale i to bardzo rzadko. Najczęściej po skończeniu pracy byłem zbyt wyczerpany. aby pójść do teatru. aczkolwiek teatr w Rosji był wciąż jeszcze znakomity. Teraz, w więzieniu. w rozmowach z Rożańskim, powracałem do upodobań mej młodości. Jednego razu mówiliśmy o wielkich postaciach z czasów rozkwitu renesansu. innym. razem o Szekspirze. W tym intelektualnym tenisie odbijaliśmy sobie nawzajem piłki i cieszyliśmy się, gdy ten drugi dobrze zaserwował. Odżyłem. Rożanski był ubogi. Nic miał nikogo. kto by mu posyłał żywność lub
pieniądze. Dzieliłem się z nim tym. co miałem. W pierwszych dniach niemal nie mówiliśmy o naszych sprawach osobistych. Dyskutowanie problemów ogólnych odsuwało wszystko na dalszy plan. Sędzia śledczy zostawił mnie przez tydzień w spokoju. Przyszedłem do siebie i rozumiałem już teraz w pełni piękne powiedzenie z Eddy: .. Człowiek raduje człowieka”.
W ciągu kilku dni po moim wprowadzeniu się Rożanski i Deinin nabrali do mnie zaufania i opowiedzieli mi swe historie. Historia Deinina była nieinteresująca. Był bezpartyjnym robotnikiem i pod brzemieniem nędzy materialnej często wypowiadał uwagi. które gorliwi koledzy donosili do NKWD: nie można dostać chleba i smalcu. racje są śmiesznie skąpe i tak dalej. Była to w rozumieniu kodeksu karnego agitacja kontrrewolucyjna. Paragraf 54.10. Nie miało znaczenia, że krytyka Deinina była uzasadniona – chleb na wolnym rynku kosztował wiosną 1933 roku rzeczywiście 50 razy tyle. co wiosną 1927 roku przed rozpoczęciem
kolektywizacji, natomiast zarobki wzrosły tylko o okolo 60 procent. GPU uważało za agitację kontrrewolucyjną nawet stwierdzenie prawdziwych faktów. jeśli nic dogadzały one dzierżycielom wladzy. Nie wolno było powiedzieć, że dawniej buty były lepsze, chociaż teraz po miesiącu czy dwóch po prostu rozlatywały się. W oczach NKWD nic decydowała
prawdziwość jakiejś wypowiedzi. lecz jej tendencja. Oskarżeni sami, jak to później widziałem w setkach wypadków, nie podejmowali najmniejszej próby protestu przeciw temu krętactwu prawnemu. w większości wypadków kwestionowali tylko fakt takiej wypowiedzi. Byli jednak mocno przekonani – tak dalece byli zarażeni dialektyką enkawudystów – że
człowiek chwalący dawne obuwie jest rzeczywiście winien zbrodni agitacji kontrrewolucyjnej. Sprawa Rożańskiego była bardziej skomplikowana. Rożanski był starym rewolucjonistą. W toku procesu komunistów rumuńskich z początkiem lat dwudziestych został i on aresztowany. Wszystkie tortury Sigurancy znosił po stoicku. Po odcierpieniu kary uciekł do Związku Sowieckiego. Odgrywał tam początkowo wielką rolę. lecz w latach 1925 do 1927 sympatyzowal z opozycją trockistowską. Przez jakiś czas zajmował stanowisko instruktora politycznego przy charkowskim NKWD. W tym czasie poznał bardzo dokładnie wewnętrzny mechanizm tajnej policji. Mówił o tym mało. Widocznie wciąż jeszcze wiązała go wojskowa dyscyplina tej organizacji. Po zlikwidowaniu opozycji przydzielano mu coraz
to niższe funkcje. W końcu był kierownikiem oddziału kadr W pewnym truście w Charkowie. Stamtąd zabrano go do więzienia. Nigdy nic rozgryzłem jego sprawy dokładnie. Mówił o niej niejasno. Nigdy też nic zapewniał o swojej niewinności. Stawiane mu zarzuty dotyczyły zawsze tylko rozmów. Czasem rozmów o rozmowach innych osób. Nigdzie w całym oskarżeniu nie było konkretnego obwinienia. Jednakże Rożanski uważał, że go słusznie oskarżono. Jego postawa w celi była postawą człowieka jak najbardziej oddanego partii. rządowi, socjalizmowi. Uważał za rzecz samą przez się zrozumiałą. że także i w swojej obecnej sytuacji powinien zawsze bronić władzy sowieckiej. Trzeciego dnia po mym przybyciu zapytał mnie o moją sprawę. Opowiedziałem mu to i owo. Zapytał:
- Do czego przyznaliście się’?
- do niczego. Niczego złego nie zrobiłem.
- Nic rozumiem. Jaką część oskarżenia zaakceptowaliście?
- Już wam powiedziałem. że jestem całkowicie niewinny.
Obaj roześmieli się. Potem Deinin wmieszał się do rozmowy.
- A któż jest winny… Czy ja jestem winny?
- Teraz ja nic rozumiem – zwróciłem się do Deinina.
- Czy chcecie przez to powiedzieć. że zaakceptowalibyście fałszywe oskarżenia’?
- Naturalnie. a jak można inaczej. Stąd nikt nic wychodzi jako niewinny.
Spojrzałem pytająco na Rożanskicgo, ‚jak gdybym prosił go o wyjaśnienie. Rożanski zaczął:
- Powiedzcie, Aleksandrze Siernionowiczu, jak długo już siedzicie?
- Z górą trzy miesiące.
- I jeszcze jesteście tacy naiwni?
- Absolutnie nie rozumiem waszych słów. Co ma wspólnego moja niewinność z moją naiwnością?
- Aleksandrze Siemionowiczu – powiedział Rożanski – jesteście przecież człowiekiem dorosłym. Czy wierzycie, że jesteśmy przestępcami przeciw władzy sowieckiej?
- Właściwie po tym wszystkim, co mi opowiedzieliście, nie wierzę.
- A jednak Deinin. tak samo jak ja, potwierdził wszystkie oskarżenia.
- No tak, ale dlaczego? Kto was zmusza do tego, by przyznawać się do czegoś, co nie jest prawdą?!
Rożanski spojrzał na Deinina i wskazał na mnie wzrokiem, potrząsając przy tym głową tak, jakby chciał dać do poznania, że jestem niespełna rozumu.
- Towarzyszu Rożanski, wyjaśnijcie mi, co się tu dzieje. Dlaczego dorośli ludzie, tacy jak wy i towarzysz Deinin. przyznają się do rzeczy nie popełnionych?
- Czy wam tego do tej pory nikt nie wyjaśnił?
- Nie, siedziałem w pojedynce.
- Zapomniałem o tym. Osobiście uważam za swój obowiązek partyjny przyznać się do tego, czego żąda ode mnie sędzia śledczy.
- Rożanski, czyście zwariowali! Chcecie się przyznać do czegoś, co nie jest prawdą?
- Od jak dawna jesteście w Związku Sowieckim?
- Od sześciu lat.
- Sześć lat jesteście u nas. Jesteście partyjnikiem i posługujecie się burżuazyjnymi pojęciami prawdy i kłamstwa, pozbawionymi całkowicie sensu w zastosowaniu do naszych stosunków. Ale nie chcę na ten temat dyskutować z wami, ostatecznie to jest wasza sprawa. Dziwi mnie jed-
nak, że sędzia śledczy tolerował waszą postawę.
- Cóż mógł zrobić? Po prostu odmawiałem podpisania czegokolwiek, co nie odpowiadałoby prawdzie.
Obaj spojrzeli na mnie ze szczerym zdumieniem. Potem Rożanski mówił dalej:
- Aleksandrze Siemionowiczu, nie wiem, jak ustosunkowuje się sędzia śledczy do cudzoziemców. Obywatel sowiecki nie mógłby tu przesiedzieć dwóch miesięcy nie przyznawszy się.
- Ależ na litość boską, po prostu n i e m a m s i ę do czego p rzyznawać! Przyjmijcie to przecież do wiadomości.
- Mówicie jak dziecko. Kto z nas ma się do czego przyznać? Istnieją pewne konieczności polityczne i partia ma prawo żądać od partyjników, by się podporządkowali koniecznościom.
Zakręciło mi się w głowie. Nareszcie natrafiłem na postawę towarzyszy rosyjskich znaną mi z wielkich procesów, a całkowicie dla mnie nie do pojęcia. Początkowo myślałem, że Rożanski chce mnie po prostu sprowokować. Spojrzałem mu jednak w oczy i zrozumiałem, że mówił ze śmiertelną powagą.
- Towarzyszu Rożanski, czy sądzicie, że obowiązkiem towarzysza partyjnego jest podpisywanie rzeczy po prostu nieprawdziwych?
- Sądzę, że obowiązkiem komunisty jest podporządkowywanie się na każdym etapie walki koniecznościom walki.
- Wszystko to jest na mój rozum zbyt skomplikowane. Czy mam powiedzieć, że byłem szpiegiem, jeśli nim nie byłem? Co ma z tego partia?!
- Nie musicie mówić, że byliście szpiegiem. Sądząc z tego wszystkiego, co opowiadaliście, śledztwo wcale tego od was nie wymaga. Winniście mieć słuch na tyle wyostrzony, by wyczuć, czego sędzia śledczy w waszej sprawie rzeczywiście potrzebuje. I do tego powinniście się przyznać, właśnie dlatego, aby nie dopuścić do zrobienia z was szpiega.
- Wszystko, co mówicie, jest przecież najczystszym- szaleństwem.
Brak mi po prostu słów na scharakteryzowanie tego.
- W takim razie nie mówmy na ten temat. Sądzę tylko, że sędzia śledczy nie będzie już długo znosił waszej postawy.
- A cóż on może zrobić, jeśli nie dam się zmusić?
- Aleksandrze Siernionowiczu, po prostu ośmieszacie się. Jeśli zechce was zmusić, to w ciągu jednego, dwóch tygodni załamiecie się dokładnie tak samo jak wszyscy inni i przyznacie się do wszystkiego, co trzeba. Jestem zdania, że nie powinniście dopuścić do tego i na czas pogodzić się z sędzią śledczym. Siedzę już długo, ale nie spotkałem się dotąd z taką sprawą jak wasza. Sprawa ta jednak denerwuje mnie tak dalece, że już nie chcę więcej O niej mówić.
Milczał zagniewany, jak gdybym wyrządził mu coś złego. Złapałem się za głowę. Czy dostałem się do domu wariatów? Oto siedzą tu niewinni ludzie i przyznają się do tego, czego żąda od nich ich gnębiciel. Bronią oni nie tylko ogólnych interesów systemu społecznego – co ja też czyniłem – bronią także bezpośrednich kroków represyjnych, skierowanych przeciwko nim samym. Role są po prostu odwrócone. Szorstkie przerwanie rozmowy stworzyło nieco napiętą atmosferę. Moje późniejsze doświadczenia wykazały mi. ze cela więzienna jest niezwykle czułym organizmem. Nastrój całej celi układa się wedle nastroju jej najbardziej zdeprymowanego mieszkańca. Człowiek nieprzyjemny może dwudziestu innym zamienić życie w piekło. Zastanawiałem się, dlaczego Rożanski tak się obraził. Znalazłem wytłumaczenie psychologiczne. Człowiek ten był starym rewolucjonistą. Nie potrafił oprzeć się naciskowi fizycznemu w więzieniu NKWD .. Może wstydził się swej słabości i każdy stawiający opór przypominał mu jego własną hańbę, każdy działał na niego w tym sensie prowokacyjnie. Wszystko, co mówił o wierności dla partii i tym podobnym, było tylko nadbudową ideologiczną, aby usprawiedliwić kapitulację przed sobą samym. Po południu tegoż dnia Rożanski zaproponował grę intelektualną. Wybierało się jakąś wielką postać historyczną, wodza, artystę, uczonego lub męża stanu, i ktoś z towarzystwa, kto nie był wtajemniczony, miał odgadnąć nazwisko tej postaci. Wolno mu było postawić dziesięć zapytań, na które pozostali mogli odpowiedzieć tylko „tak” lub „nie”. Pytaniami tymi pod względem czasu, miejsca i zawodu zawężał coraz bardziej dziedzinę, z której wywodziła się wybrana postać, aż wreszcie odgadywał ją. Właściwe stawianie pytań było sprawą zręczności intelektualnej. Gra ta pozwoliła mi w ciągu następnego tygodnia zupełnie zapomnieć o otoczeniu, w którym się znajdowałem. Właściwie udział w grze brał tylko Rożanski i ja. Deinin ledwo znał ze słyszenia nazwiska, które w grze wysuwaliśmy. Wyszukiwaliśmy coraz to bardziej odległe w czasie postacie historyczne. Badaliśmy w tej grze rozwój intelektualny i stopień wykształcenia partnera i stwierdzaliśmy z. przyjemnością. że jesteśmy sobie niemal równi. Miałem czasem wyrzuty sumienia w stosunku do Deinina i obawiałem się, że budzimy w nim kompleks niższości. W kilka dni później doszło do gwałtownego sporu pomiędzy mną a Deininern. Zaatakował on system akordowy w gospodarce sowieckiej. Tym razem j a broniłem interesów państwa. Deinin powiedział:

- Dawniej walczyło się stale przeciw zarobkom akordowym i przeciw śrubowaniu norm pracy. a teraz robi się u nas to samo na znacznie większą skalę, U nas w ogóle nie ma już zarobków godzinowych. wszyscy pracują na akord i zamęczają się przy tym na śmierć. Dawniej bojkotowało się takich, którzy chcieli bić rekordy i zmuszali innych do pracy w takim samym tempie. Teraz stali się oni bohaterami. Słabsi zaś nie mogą nadążyć i zdychają z głodu.

- Ależ towarzyszu Deinin. czy nie rozumiecie, że to co innego pracować dla kapitalistów, a co innego dla własnego państwa?
- Co ma robotnik z tego, jeśli musi więcej harować. a nie może kupić sobie nawet pary przyzwoitych butów?

- Towarzyszu Deinin. nadwartość, pochodząca ze wzmożonej wydajności pracy, idzie teraz do kasy państwa, to znaczy przynosi korzyść ogółowi klasy robotniczej kraju.
- W takim razie dlaczego powodzi się nam teraz gorzej niż dawniej?
- W każdym razie nie z powodu systemu akordowego. Nadwartość wzmożonej wydajności pracy proletariuszy nie jest już teraz trwoniona przez wyzyskiwaczy. Jednakże mamy teraz zadania, których dawniej nie mieliśmy. Musimy w krótkim okresie czasu dogonić kraje kapitalistyczne, musimy zbudować wielki przemysł i zaopatrzyć nasze skolektywizowane rolnictwo w traktory, młockarnie i nawozy sztuczne. Musimy uzbroić naszą armię, abyśmy w razie ataku nie byli bezbronni. Jest zrozumiałe, że w takim okresie państwo rości sobie prawo do bardzo wielkiej części produktu społecznego. aby pokryć inwestycje i wydatki zbrojeniowe. Nie możemy przeznaczać więcej na spożycie, ponieważ budujemy i musimy się zbroić.

- Towarzyszu Weissberg, słyszymy to już od dziesięciu lat. Mówi nam to każdy mówca z agitpropu na każdym zgromadzeniu. Ale na początku mówiono nam, że musimy wykonać plan pięcioletni, a potem będziemy mieli ziemię obiecaną. potem będziemy żyli z dochodów wielkich fabryk, i to dobrze żyli. Wykonaliśmy plan pięcioletni, ustanowiliśmy drugi plan pięcioletni. On też się skończył i wciąż jest jeszcze o wiele gorzej niż przed obu pięciolatkami. Rozumiem, że musimy wydawać wiele ‚pieniędzy na inwestycje. Ale przecież powinniśmy mieć już teraz pożytek z pieniędzy, zainwestowanych w minionych dziesięciu latach. W latach 193 L 1932 i 1933 nie mogłem kupić ze swego zarobku nawet piątej części tego, co za to samo kupowałem w ciągu trzech lat 1924, 1925 i 1926. Coś się tu nie zgadza. Nie widać poprawy.

Podziwiałem, jak ten robotnik jasno widział sytuację. W latach ubiegłych często rozmawiałem z proletariuszami. Słyszałem bardzo często gorzkie skargi, lecz nikt nie zanalizował sytuacji tak ostro jak Deinin. Być może wszyscy myśleli tak samo, unikali jednak swobodnego wypowiadania się, Być może cela więzienna jest w Związku Sowieckim jedynym miejscem, w którym możliwa jest jeszcze swobodna dyskusja. Po kolacji zaprowadził nas strażnik do ustępu. Deinin załatwił się szybciej i powrócił do celi. Rożanski i ja wracaliśmy później. W tym krótkim odstępie czasu przystąpił do mnie Rożanski i powiedział szeptem:

- Aleksandrze Siemionowiczu. bądźcie ostrożni. Nie wdawajcie się w rozmowy z Deininem. To człowiek niepewny.
- W jakim sensie, nie rozumiem was.
- Nie mam na to dowodu, ale jestem przekonany, że to szpicel NKWD. Mam w tych sprawach bardzo wielkie doświadczenie oraz instynkt, który mnie rzadko zawodzi.
- Ależ zrozumcie, że nie j e s t e m kontrrewolucjonistą. Czego może dowiedzieć się ode mnie szpicel? Nie prowadzę rozmów kontrrewolucyjnych.
- Towarzyszu Weissberg, jesteście naiwni i nie znacie stosunków w naszym kraju. Taki agent musi swemu mocodawcy dostarczyć materiał. A jeśli go nie ma, to zmyśla. Po prostu przekręci wasze wypowiedzi tak, że nabiorą one odcienia kontrrewolucyjnego.
- Może to jednak zrobić nawet bez rozmawiania ze mną.
- Tak jest, lecz bez rozmawiania z wami nie znajdzie punktów zaczepienia, do których mógłby nawiązać. Poza tym róbcie, co chcecie, ale w waszym własnym interesie radzę wam być ostrożnym.
Długo zastanawiałem się nad tą rozmową z Róźanskim. Dotychczas wciąż jeszcze nie pozbyłem się lekkiego podejrzenia, że Rożanski wykonuje w naszej celi jakieś zadania, poruczone mu przez sędziego śledczego. Jego osobliwe stanowisko co do „prawdziwości” zeznań pozostawało dla mnie wciąż niezrozumiałe. Człowiek ten był jednak inny od przeciętnych ludzi. W jego wypowiedziach kładłem bardzo wiele na karb jego dawnych przeżyć i pewnej neurozy więziennej. Moje podejrzenia powoli wygasały. Teraz, gdy ostrzegał mnie przed Deininem, zjednał mnie sobie zupełnie. Znalazłem też nowe wytłumaczenie dla jego postępowania. Być może obawiał się szpicla Deinina i jego sprawozdań, składanych sędziemu śledczemu. Być może’ z tego właśnie powodu chciał
obroną NKWD stworzyć pozory swej wielkiej lojalności. Jednakże teoria ta nie mogła być całkowicie przekonywająca. Mówił on wówczas ze swoiście religijnym przeświadczeniem. Patrzył na mnie jak na wroga, podnoszącego rękę na wszystko, co najświętsze. Człowiek nie może maskować się do tego stopnia – i to człowiek o tak silnym temperamencie jak Rożanski.
Nocy tej długo nie mogłem zasnąć. Mózg mój gorączkowo szukał orientacji. Co się tu dzieje? Czy faktycznie Deinin jest szpiclem? Czy Rożanski się go obawia? I dlatego odgrywał komedię? W takim wypadku mógł jednakże odczekać, aż Deinin zaśnie, i potem mówić ze mną szczerze. Do tej pory nie uczynił żadnej takiej próby. Ale może obawiał się
mnie tak samo jak i Deinina? W atmosferze NKWD traciło się poczucie proporcji. Nawet tam, na wolności, po wielkich procesach ludzie już nie wiedzieli, kto był prześladowanym, a kto prześladowcą. Cóż dopiero tutaj. Z drugiej strony Deinin rozmawiał tak, jak gdyby nie trzeba się tu niczego obawiać. Być może kryła go umowa z sędzią-śledczym. Rozbolała mnie głowa. Nie wiedziałem już, co sądzić. Jedno było pewne: Rożanski był mi sympatyczny. Był to człowiek o silnych namiętnościach. Taki nie nadaje się na szpicla. Deinina nie znosiłem.
Leżałem już tak kilka godzin, gdy zauważyłem, że i Rożanski nie śpi. Wstał, przyszedł do mnie i usiadł na mym łóżku. Zaczęliśmy rozmowę szeptem.
- Towarzyszu Rożanski, Deinin śpi. Proszę, powiedzcie mi teraz, czy wszystko, co powiedzieliście mi przedwczoraj, braliście na serio?
- Jak najbardziej. Nigdy w tych sprawach nie żartuję.
- No tak, ale na litość boską jaki sens może mieć składanie fałszywych zeznań?
- Aleksandrze Siernionowiczu, nikt z nas nie zna w całości sensu tego, co się teraz dzieje. Cała stara gwardia rewolucji ulega wytępieniu. Niemal nikt z tych, którzy przed rokiem 1917 należeli do partii, nic pozostał na wolności. Likwiduje się nie tylko wszystkich, którzy sympa-
tyzowali z opozycją, nic tylko zwolenników Trockiego, Bucharina. Zinowiewa. ale także wszystkich zwykłych towarzyszy partyjnych z dawnych czasów, wszystkich. starych rewolucjonistów. wszystkich byłych mienszewików i socjalrewolucjonistów, krótko mówiąc wszystko, co miało oblicze polityczne i co jeszcze znało czasy przedrewolucyjne. Jak gdyby
przechodziła przez kraj katastrofa żywiołowa, huragan. Czy pytacie orkan, skąd przychodzi i dokąd idzie? Czy daje on wam odpowiedź? Nie, możecie tylko przycupnąć, aby nie ulec zmiażdżeniu. Burza wyrywa wielkie stare drzewa z korzeniami i łamie je, lecz trawa burzę przetrzymuje. Źdźbła pochylają się, a potem znowu się podnoszą. Radzę wam się pochylić.
- No tak. ale komu służy ten orkan?
- Tego nie wiemy. Możemy tylko spodziewać się, że ten, co idzie na czele, widzi cel. Być może ujrzymy go kiedyś wszyscy, o ile przedtem nie zginiemy. Sądzę. że podporządkowanie się jest naszym obowiązkiem. Obowiązkiem wobec ruchu i obowiązkiem wobec siebie samego.
- Dlaczego wobec nas samych? Czy mamy się pohańbić w imię celu, którego nie znamy?
- Aleksandrze Sicmionowiczu, walczycie o honor munduru, przybyliście do naszego kraju z pojęciami, nie nadającymi się do naszej epoki. Tak działać mógł Ferdynand Lassaile. gdy pozwolił rumuńskiemu bojarowi zastrzelić się. by ratować honor arystokratycznej dziewki. My nic znamy pojęcia burżuazyjnego honoru oficerskiego. Znamy tylko cel, cel ostateczny.
- Ależ właśnie tego celu ostatecznego nie widzicie.

- Na zakręcie drogi straciliśmy go z oczu, ale Stalin wie, gdzie on się znajduje. Na następnym zakręcie drogi ujrzymy go znowu.

Milczałem i patrzyłem na tego człowieka. Wychudł na szkielet. Na pewno był suchotnikiem. Mało było prawdopodobne, że przeżyje to więzienie, by raz jeszcze ujrzeć cel. Jak się zdaje, odgadł on moje myśli, gdyż wstał i powiedział:

- Aleksandrze Siemionowiczu, być może, że ja sam nie dożyję już wolności. Ale poczucie, że poświęciłem się zupełnie sprawie, która była gwiazdą przewodnią mojej młodości i że nawet w najciemniejszej nocy nie dałem się zbić z tropu, przywraca mi spokój ducha. Cel walki był wart tego, by w przebiegu setek lat poświęciły się dla niego miliony najlepszych ludzi wszystkich narodów. Jest on wart także i tego, by zginął dla niego jeszcze i niejaki Rożanski. Aleksandrze Siemionowiczu , wasza postawa jest bez sensu. Jesteśmy za słabi, by płynąć przeciw prądowi. Prąd jest zbyt rwący. Głazy, które z sobą niesie, zmiażdżą was, jeśli mu się przeciwstawicie. Zaufajcie prądowi, a znajdziecie spokój. Być może dobijecie kiedyś do spokojnego brzegu.

Położył się znowu. Nie odpowiedziałem. Miałem uczucie, że w rozmowach z Rożanskim zacierają się we mnie jasne i proste pojęcia dobrego i złego, prawdy i fałszu oraz ich mierniki. Zaczynałem wątpić w słuszność swej sprawy. Powiedziałem sobie, że w mej sytuacji nie ma nic gorszego. Broniłem się przed trucizną, sączoną jego słowami kropla po kropli do mego mózgu. Jednakże w ciągu następnego tygodnia czułem, że jego siła sugestii powoli przezwycięża moją wolę.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS