RSS
 

Archiwum - Kwiecień, 2014

Stary Gołębnik

29 kwi

Le Vieux Colombier

z
Do Cesarsko – Królewskiego Miasta Stołecznego Krakowa pojechałem tuż po wrocławskiej maturze, w ślad za koleżanką z ławy szkolnej. Byliśmy wówczas jeszcze mentalnie dość czyści, bardzo naiwni, ale niewinni, jak większość ze studentów krakowskiej Alma Mater Jagielloniensis, która miłosiernie przygarniała przybyszy z najdalszych prowincji Rzeczpospolitej. Wtedy to był jeszcze tzw. „PeeReL”… ale kogo z nas to tak naprawdę obchodziło?… Wspólnie klepaliśmy studencką biedę, ale w tym powszechnym ubóstwie było coś na kształt braterstwa. Skoro nie mieliśmy tak wiele, to przynajmniej musieliśmy się razem trzymać. Nie każdego było stać na obiad, ale wchodząc na stołówkę z kimś, kto posiadał kupony, można było wziąć darmową zupkę z kotła i zajadać się do woli wystawionym na blacie chlebem. Odwiedzam stare mury „Żaczka”, w którym była studnia, a okien od czasu do czasu rozlegało się tęskne i żałosne wołanie: „Leeooon!!!”. Raz był to ktoś pijany, innym razem, zrozpaczony po utracie dziewczyny, porzucony kochanek, i setki podobnych tragedii wykrzykiwanych za pomocą tego jednego, magicznego słowa.
s

Tam, gdzie dawniej w przejściu do studni była poczta, dzisiaj jest zupełnie inna instytucja, a wnętrze między ścianami starego „Żaczka” zajmuje jakaś teatralna scenografia. Ktoś akurat kręci tu reklamę jakiegoś artykułu powszechnego pożądania. Uwijają się, jak w ukropie członkowie zagranicznej ekipy filmowej, ochroniarze wskazują mi wyjście, więc nie mam szans pokontemplować na krakowskim bruku dawno minionych dni. Dostęp do Studenckiego Centrum Kultury „Rotunda” także zagradzają metalowe barierki. To właśnie z tej ulicy przy krakowskich Oleandrach wyruszała w bój Pierwsza Kompania Kadrowa pod dowództwem 47 – letniego komendanta Legionów, Józefa Klemensa Piłsudskiego. W 1914 roku mężczyzna w tym wieku uznawany był już za starego człowieka. On zaś dopiero wkraczał na swoją ścieżkę sławy i chwały.

Jest tu oczywiście wmurowana tablica pamiątkowa, nieopodal jest nawet dom pełen pamiątek po Marszałku, ale dziś nic nie przypomina atmosfery tamtej doniosłej chwili. Słynna z imprez muzycznych, konkursów piosenki studenckiej, spotkań jazzmanów, festiwali filmowych i teatralnych, nasza „Rotunda” została zamknięta na cztery spusty. Widocznie jest ku temu bardzo ważny powód, ale w pobliskiej Bibliotece Jagiellońskiej spotyka mnie podobnie przykre rozczarowanie. Dzisiaj efektowny fronton legendarnej, krakowskiej książnicy jest zamknięty, niedostępny, a wejście do popularnej „Jagiellonki” znajduje się gdzieś z boku. Prowadzą mnie tam zielone strzałki. Dawniej wchodziło się do tego miejsca, jak do egipskiej świątyni, a teraz człowiek czuje się jak intruz, który chyłkiem przemyka do wind pomiędzy piętrami okazałego gmachu.
Nie rozpoznaję śladu po ogromnym hallu, w którym kiedyś bywalcy siadywali przyzwyczajając się do niepowtarzalnej atmosfery panującej w tej przestrzeni. Zanim krakowska żakeria usiadła w zabytkowej czytelni, oparła się o drewniany blat solidnego stołu, musiał upłynąć kwadrans, albo i cztery, zanim się odszukało właściwy wolumin i przystąpiło do lektury. Bywało, owszem, bywało i tak, że podczas studiowania tych uczonych ksiąg padaliśmy w objęcia Morfeusza i wówczas zjawiał się taktowny bibliotekarz, albo równie grzeczna Pani, aby z powrotem przywołać nas do rzeczywistości.
Nie inaczej było w bibliotece w gmachu filologów na Gołębiej 24. Załatwiając swoje własne sprawy, odwiedziłem i to miejsce, ale byłem już przygotowany na to, że nie spotkam tu tych samych ludzi i nie poczuję dawnego klimatu, który tworzy mityczne Genius Locci. Nazwa: Stary Gołębnik przetłumaczona przez Krzysztofa Pleśniarowicza, jako Vieux Colombier, nawiązywała tradycjonalnie do teatralnej siedziby trupy legendarnego reżysera, inscenizatora klasycznych sztuk scenicznych, Louisa Jouveta. Krzysztof zwykł także nazywać Uniwersytet Jagielloński liceum jagiellońskim, albo skrótowo UJ- em Jagiellońskim. Miało to wyrażać jego niezadowolenie z poziomu pracy naukowej w tej instytucji. Takie miał oczekiwania … Ja nie miałem aż takich ambicji. Przyzwyczajałem się dopiero do ogromnych gmachów i olbrzymów, geniuszy intelektu, z którymi codziennie obcowałem. Musiałem to doceniać. Profesor Alicja Helman prowadziła w naszym „Gołębniku” zajęcia z historii filmu i równolegle z filmoznawstwem powstawała katedra teatrologii. Byłem wówczas tak bardzo zachłanny na wiedzę o filmie i teatrze, że chodziłem na te zajęcia, chociaż wcale nie było ich w moim programie studiów. Nic mi to nie dawało poza satysfakcją, że mogę rozmawiać, dyskutować i bezpośrednio obcować z takimi ciekawymi osobami, jak dyrektor warszawskiego Teatru Dramatycznego, Tadeusz Słobodzianek, dyrektor krakowskich festiwali filmowych, Krzysztof Gierat i jego późniejsza, przepiękna żona góralskiej urody. Czy mogłem wówczas przeczuwać, że zrobią tak wspaniałą karierę? Skądże… Podobnie, jak nie miałem szans przewidzieć smutnego końca Piotra Łaguny, który nieszczęśliwie wpadł pod tramwaj i tak zakończyła się wspaniale zapowiadająca się kariera inteligentnego, zdolnego humanisty. Był może nawet bardziej odkrywczy, niż kolega z jego roku, Marian Stala i Bogusław Dopart. W przeciwieństwie do ich ogromnej wiedzy, ale ścisłego umysłu, on obcował z twórcami, reżyserami, aktorami, poetami, namawiając nas do bezpośredniego docierania do sensu przedstawienia, w kontakcie z zespołem, który je współtworzył. Razem uczestniczyliśmy w cyklu monograficznych wykładów Jerzego Jarockiego, Tadeusza Byrskiego, Ludwika Flaszena i Stanisława Lema. Każda z tych świetlanych postaci, przekazywała nam tajemną wiedzę o źródłach teatru i warsztacie twórczym. Oni dzielili się swoim ogromnym doświadczeniem i wiedzą w niebanalny sposób. Wciągali nas, jako uczestników dyskusji o wielkiej sztuce literatury i dramatu. Byliśmy jeszcze wtedy, niczym nagie niemowlęta, wrzucone przez rodziców na głęboką wodę.
Więź z naszymi profesorami i asystentami była rzeczywiście bardzo mocna, żeby nawet nie powiedzieć, że partnerska. Schodami i korytarzami Gołębnika przemykały takie sławy, jak niepozornej postury, szczuplutki profesor Wacław Ulewicz, który powtarzał, że:” Humanista bez rzetelnej znajomości łaciny, to humorysta”… Postawny Henryk Markiewicz towarzyszył czasami Pani profesor Marii Dłuskiej. Do tej grupy nestorów należał też nieprzejednany kibic „Cracovii„ , profesor Kazimierz Wyka…

Mogłem ich czasem zobaczyć tylko z oddalenia i dystansu, bo oni już byli zbyt wiekowi, żeby prowadzić z nami zajęcia. Czasami udało mi się wysłuchać ich wystąpień na sesjach naukowych, które odbywały się w pobliskim Collegium Novum. Na jednej z nich zadebiutował mój kolega z roku, Wiesław Godzic, który zabrał głos w dyskusji zarzucając referentowi nadinterpretację w analizie filmu Janusza Zaorskiego: „Trzeba zabić tę miłość„ . Kolega ubrany na tę okazję w garnitur, zaimponował nam wtedy wnikliwością obserwacji, młodzieńczą odwagą i bezkompromisowością, bo skrytykował przecież tego samego profesora, który później go egzaminował z wiedzy o historii światowego kina.

Spora część uniwersyteckich zajęć odbywała się poza Gołębnikiem, gdzieś w tawernach na Starym Rynku, kiedy jeszcze nie było na nim tak wielu turystów z całego świata. A był to czas tuż po premierze mickiewiczowskich „Dziadów” w niezwykle autorskiej, odkrywczej interpretacji Konrada Swinarskiego, powstawania jego „Wyzwolenia” i Szekspirowskiego „Hamleta” w nowym tłumaczeniu Joe Alexa, czyli Macieja Słomczyńskiego. Ten ostatni projekt przerwała gwałtowna śmierć ulubieńca aktorów i aktorek Teatru Starego. Zanim Konrad Swinarski zginął w katastrofie lotniczej, zdążył doprowadzić do niesamowitej, nocnej próby „Dziadów” w kościele Dominikanów, tam, gdzie wierzący a także niewierzący studenci spotykali się na śpiewach i niedzielnym śniadaniu, w słynnej „Beczce„ , po mszy, w podziemiach tej popularnej świątyni. Było to tuż przed wyprawą do Londynu i głośnym przedstawieniu w Katedrze Westminsterskiej. Wielki polski reżyser, uczeń Bertolda Brechta, wyrastał na jednego z najbardziej znanych twórców teatralnych w Europie.
W Starym Teatrze był bardziej popularny, niż zakorzeniony w tym mieście Andrzej Wajda, który w okresie przygotowawczym i w przerwach zdjęć do „Ziemi Obiecanej” reżyserował w Krakowie „Noc listopadową„ .

Chodziliśmy na próby do wszystkich tych przedstawień, bo Piotr Łaguna uzgodnił z dyrektorem Teatru Starego, że pozwala członkom Koła Naukowego Teatrologów obserwować powstawanie spektaklu. Staraliśmy się pozostawać niezauważalni nie wchodząc od frontu, lecz strony Placu Szczepańskiego. Potem przemykaliśmy pod okiem portiera nieopodal szatni i garderoby aktorskiej, siedząc cicho, jak trusie w fotelach, gdzieś w bezpiecznym oddaleniu od wybitnych mistrzów polskiego teatru. Pamiętam toczone półgłosem dyskusje Swinarskiego o Wyspiańskim i jego „Wyzwoleniu„ , z profesorem Janem Błońskim. Po każdej z tych prób odwiedzaliśmy krakowskie kościoły z witrażami Wyspiańskiego, wzgórze na Wawelu i kościół na Skałce starając się codziennie w ten bezpośredni sposób obcować z historią Polski.
Ona w Krakowie jest obecna na każdym kroku, zarówno wewnątrz kręgu wytyczonego przez Planty, jak też w bezpośrednim sąsiedztwie budowli znajdujących się na zewnątrz tej zielonej przestrzeni.

Po próbie generalnej i głośnej premierze „Nocy listopadowej” zaproszono nas do krakowskiego studia radiowego na dyskusję o spektaklu.
Ja znalazłem się w gronie ekspertów jako członek Koła Naukowego Teatrologów, ale oczywiście nie mogło zabraknąć Bronka Wildsteina.
On zawsze był na właściwym miejscu i wypowiadał się na każdy temat, sprawiając przed nami wrażenie, że zna się na wszystkim. Czy był naprawdę tak świetnie oczytany, nikt nie mógł w owym czasie tego sprawdzić, bo my, prowincjusze, dopiero rozpoczynaliśmy swoją uniwersytecką przygodę w Cesarsko – Królewskim mieście stołecznym, Krakowie. Udało mi się w trakcie tej rozmowy wtrącić parę osobistych uwag, ale rozemocjonowany i natchniony Bronek zdominował nas absolutnie. Przegadał każdego uczestnika panelu, choć już dziś nie pamiętam, o czym naprawdę była ta prowadzona przez redaktor Annę Retmaniak, słowna batalia.

Zupełnym przeciwieństwem Bronka był Zbyszek Bauer, który przesiadywał wraz z narzeczoną w oświetlonym przejściu, na piętrze Starego Gołębnika. On i Ona z rzadka odzywali się do siebie pogrążeni w lekturze książek i artykułów. Od czasu do czasu któreś z nich wypowiadało półgłosem jakieś słowo, uśmiechnęło się, przytuliło i powracało do lektury. To było ujmujące, ciepłe, intymne i pozostało tak bardzo poetyckim wspomnieniem w gmachu, którego ściany pokrywają sceny z Biblii i mitologii. Któż z nas nie był nimi zafascynowany i kto nie marzył o karierze reżysera… Mniej odważni i zapalczywi poprzestawali na zamiarze pozostania krytykiem teatralnym lub filmowym. Został nim mój współlokator z Żaczka, Jurek Armata, chociaż nie studiował żadnej z nauk wyzwolonych, a uznawane wówczas za coś bardziej pośledniego, prawo. My, humaniści uważaliśmy się za wybrańców Muz i Fortuny, więc skrzyknęliśmy się i utworzyliśmy wraz z Leszkiem Wosiewiczem Teatr Wędrujący. Nazwa powstała samoistnie, bo wyganiano nas z kolejnych miejsc, które mogły być naszą stałą siedzibą. Ponieważ przenosiliśmy się z lokalu do lokalu, włóczyliśmy się po całym Krakowie, po prostu nie mogliśmy nazywać się inaczej. Nasz guru i przewodnik artystyczny założył wcześniej Studencki Twórczy Klub Filmowy, skąd ( oprócz Leszka Wosiewicza), trafiło potem do łódzkiej szkoły filmowej kilku bardzo ciekawych twórców: Leszek Baron, Michał Maryniarczyk, syn Jana Józefa Szczepańskiego, Michał oraz autor tych wspomnień. Gnieździliśmy się w wynajętym lokum, w domu przeznaczonym do rozbiórki przy ulicy Miechowskiej 7. A przecież właśnie w tej ruderze dokonało się to, czego nie da się zapomnieć. Nie chodzi nawet o płomienne rozmowy na temat własnych filmów i projektów.

Poza dominującym w środowisku amatorów kina Leszkiem Wosiewiczem, rej wśród nas wodziła utalentowana pianistka, Malina Malinowska i robiący błyskawiczną karierę naukową, pedagog i psycholog, Zbyszek Nęcki. Kruczowłosy, zabójczo przystojny, choć niewielkiego wzrostu miał wygląd i posturę niepokornego artysty, cieszył się olbrzymim powodzeniem zwłaszcza wśród studentek Wydziału Psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wtedy jeszcze niepodzielnie królował tam profesor Szewczuk, ale gwiazda Zbyszka Nęckiego z dnia na dzień, jaśniała coraz bardziej.

Grupa amatorów kina z STKF współpracowała z krakowskim ośrodkiem telewizyjnym realizując materiały do kroniki. W ten sposób wstawialiśmy nogę między drzwi, aby się one przed nami nie zamknęły. Potem dołączył jeszcze do nas niedoszły architekt, Jurek Drukała, który przejął całą schedę po Leszku, gdy zdał on do łódzkiej szkoły filmowej. W czasie studiów, właśnie tam, w telewizyjnym studio na Krzemionkach odbyłem swoją pierwszą praktykę zawodową. Połączenie pasji teatralnej i filmowej dawało nam niepowtarzalną możliwość objazdu po kraju i jego najciekawszych miejscach. Z adaptacją „Bram Raju” pojechaliśmy aż do Poznania, gdzie stanowiliśmy atrakcję razem z Vistula River Grass Band z niezapomnianym Romanem Jakubcem grającym solo na trąbce. Występowaliśmy po ich koncercie, a przed Jam Session, w którym z zapałem uczestniczył też nasz aktor, a późniejszy recenzent teatralny, Włodek Jurasz. Byliśmy w Szczawnicy – Krościenku na studenckim festiwalu artystycznym znanym pod kryptonimem „AKT 77″ w malowniczych Pieninach i o wiele mniej atrakcyjnym Chełmie, ale tam spotkaliśmy Marylę Rodowicz, która w tym okresie była związana z Rafałem Olbrychskim. Filmowaliśmy na chełmskim stadionie ich wspólną piosenkę : „Wrócą chłopcy z wojska…” z musicalu Ernesta Brylla, którego tytułu już nie pomnę.

W Nowej Hucie działał podobny do STKF amatorski klub filmowy, którego szef artystyczny, Jurek Ridan także z powodzeniem zdawał na reżyserię filmową do Łodzi. Miałem później okazję zagrać epizod w jego filmie dyplomowym.
Tych ról i epizodów później było mnóstwo, ale zanim stanąłem przed kamerą, debiutowałem w roli Mnicha w „Bramach Raju” według powieści Jerzego Andrzejewskiego. Leszek Wosiewicz stosował swoisty płodozmian raz inscenizując w tym eksperymentalnym modelu teatru, a innym razem proponując nam grę w jego filmowej etiudzie, „Akwarium„ , która powstała niejako ad hoc podczas artystycznego pleneru Studenckiego Twórczego Klubu Filmowego w górskim schronisku w Lanckoronie. To było naprawdę niezapomniane, inspirujące przeżycie. Pamiętam, jak niesamowicie wielką rolę odegrała w stwarzaniu magicznej, twórczej atmosfery, Elżbieta Majewska, która później stała się jedną z aktorek Grupy Teatralnej w Gardzienicach. Początki Teatru Wędrującego nie były obiecujące, ani też zachwycające. Wszystko szło, jak po grudzie i w żaden sposób nie mogliśmy ruszyć z miejsca. Leszek Wosiewicz wcale nie znał moich kolegów i koleżanek, a oni nie musieli przecież mu od razu ufać. W bezpośrednim nawiązaniu kontaktu z młodszymi partnerami, trochę pomagało mu jego psychologiczne wykształcenie. Ale do rzeczywistego umocnienia się naszej trupy teatralnej przyczyniło się dopiero coroczne święto studiującej braci. Podchmieleni i weseli byliśmy ze sobą, bo tego chcieliśmy i dobrze czuliśmy się ze sobą.

Tak naprawdę, ze wszystkich ośrodków akademickich w całym kraju, nigdzie Juvenalia nie udawały się tak dobrze, jak w Krakowie. Tutaj zawsze coś się działo i wszędzie można było dojść piechotą. Kiedy czas karnawału minął, praca nad spektaklem ruszyła, jak z bicza strzelił. Andrzej Wajda przyznaje, że film nakręcony według książki Jerzego Andrzejewskiego nie wyszedł mu. Mieliśmy nadzieję, że nam jednak uda się tym razem stworzyć coś bardziej oryginalnego. Zabrakło nam czasu, cierpliwości, konsekwencji, a może i serca reżysera, który był już myślami w Łodzi na reżyserskich studiach. Rozjechaliśmy się po Polsce i każdy po studiach w Krakowie musiał zająć się osobno własnymi sprawami. Zaistnieliśmy potem zupełnie na innym polu,
z powodu rozmaitych dzieł, które z tym spektaklem nie mają nic wspólnego. Jacek Bunsch, późniejszy dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu, zamierzał kontynuować rozpoczęte przez Leszka prace teatralne i zamierzał wystawić z nami „Sen nocy letniej” Wiliama Szekspira. Miałem w nim zagrać postać Puka i bardzo cieszyłem się na tę rolę. Okazało się, że za wcześnie. Pojechaliśmy jednak z nim na teatralną wyprawę do Trójmiasta, bo Jacek potrafił zdobyć na Uczelni fundusze, o których istnieniu wiedzieli nieliczni, wtajemniczeni. Dzięki jego talentom organizacyjnym mogliśmy się spotkać z małżeństwem Afanasjewów w ich gdańskim domu i być na koncercie Ewy Demarczyk, która dawno przestała występować w Piwnicy pod Baranami. Dla niej również coraz więcej krakowskich klimatów odchodziło hen poza daleki horyzont na zasuniętych mglistą poświatą Błoniach. W ogóle film, teatr studencki lat siedemdziesiątych, to był rzeczywiście ewenement na miarę tamtych czasów. Mówiło się, że profesjonalni twórcy z całej przyjeżdżali na spektakle Teatru Pleonazmus Ryszarda Majora, STU Krzysztofa Jasińskiego, może i na naszą adaptację „Bram Raju” , aby z nich czerpać pomysły do nowych inscenizacji na wielkiej scenie. Pocieszaliśmy się tymi opowieściami i anegdotami, kiedy czytaliśmy miażdżące nas krytyki kolegów, między innymi późniejszego redaktora działu kultury w OTV Kraków, Krzysztofa Glondysa, publikujących swoje recenzje w czasopismach akademickich. Ale nikt się nie obrażał, a jeżeli już to trwało to nie dłużej, niż jedno okrążenie, albo kolejka piwa, które nie było tak łatwo kupić, jak dzisiaj. Większość artykułów spożywczych i nie tylko spożywczych, było towarem deficytowym, które zdobywało się najróżniejszymi sposobami. Oczywiście, ten problem nie dotyczył tych, którzy mieli dość kasy. My nie mieliśmy nic, albo prawie nic. Ale właśnie dlatego, że mieliśmy nic do stracenia, mogliśmy pozwolić sobie na absolutną otwartość i szczerość. Miała temu służyć, mająca odbywać się co tydzień w „Gołębniku”, Wolna Trybuna Literacka. Była to niepowtarzalna okazja do literackiego zaistnienia takich twórców, jak Andrzej Kaliszewski i Krzysztof Lisowski, ale także tak wytrawnych znawców literatury, jak Bronisław Wildstein. Słuchaliśmy chłonąc zarazem recytowane przez kolegów słowa, z otwartymi ustami oczami i uszami.

Któż z nas mógł przypuszczać, że cała impreza mogła być inspiracją służb specjalnych, które w ten sposób chciały wysondować panujące wśród studenckiej braci, nastroje… Była to pierwsza, ponura jaskółka, a raczej gawron, który złowieszczo zakrakał nad naszymi głowami. Wspomniana tu na początku koleżanka z Kluczborka, Urszula Gałońska przez pewien czas, spotykała się ze Staszkiem Pyjasem, przed jego tragiczną śmiercią w bramie przy ulicy Szewskiej 7. Jego już dziś nie ma, a ona żyje gdzieś za Oceanem, z dala od Polski i Krakowa. Pozostał w nim poeta, Adam Ziemianin i prozaik, który napisał sfilmowany przez Jerzego Stuhra „Spis cudzołożnic”, a wcześniej tak zaciekle grał z nami w piłkę, że kontuzjowani przez niego uznaliśmy, że piłka nożna musiała wziąć nazwę od bezlitosnego kopania partnerów po nogach.

Graliśmy na udeptanej ziemi naprzeciwko akademika Nawojka, w którym w ciągu całego roku, oprócz wakacji mieszkały dziewczęta. My zasiedliliśmy pokoje w czasie trwania mistrzostw świata w piłce nożnej i pomiędzy meczami złotej jedenastki Kazimierza Górskiego w Niemczech, rozgrywaliśmy własne mecze. Jurek Pilch grał na murawie z tak ogromną pasją, jak bezpardonowo traktował swoich przeciwników rozdyskutowany Bronek. Inaczej zabierał głos Leszek Maleszka, który cieszył się wśród bywalców „Gołębnika” niesamowitym wręcz podziwem i niekłamanym autorytetem. Kiedy jego kumpel, Bronek podczas każdej debaty Wolnej Trybuny Literackiej podnosił głos i przekrzykiwał nie zgadzających się z nim rówieśników, Leszek mógł mówić powoli, cicho i nikt mu wtedy nawet nie śmiał przerywać. Do dzisiaj nie wiem, na czym to polegało, ale najbardziej byli dumni koledzy i koleżanki z roku, dla których miało ogromne znaczenie, że razem z nim studiowali. Czuli się tym nawet w pewien sposób dowartościowani. Bronek więcej przebywał ze Staszkiem Pyjasem, ale paradowali jeszcze wtedy we trójkę po krakowskich Błoniach przypominając raczej anarchistów, czy terrorystów z Tupac Amaru. Jeden z nich mówił dużo przy każdej, nadarzającej się okazji, nieomal uwodzicielsko. Drugi przypominał nam z wyglądu zamordowanego Che Guevarę. Trzeci uważnie słuchał ich obojga i notował w pamięci każde słowo. Właśnie w tym gronie usiłowali podczas studenckiej rewolty namówić przewodniczącego Samorządu Mieszkańców akademika, Leszka Wołosiuka
do przejścia na ich stronę, ale mój kolega z roku nie był typem emocjonalnym i taktownie powstrzymywał się przed jakimikolwiek deklaracjami i odezwami. Mimo wszystko, każdy szanował poglądy drugiego i nie wpływało to na nasze wzajemne relacje. Każdy też robił swoje pracując na swoją przyszłą karierę.
Zbyszek Książek z właściwym sobie wdziękiem i talentem uganiał się po znanych, krakowskich domach, licznych imprezach towarzyskich, zawierając cenne znajomości, które miały w niedalekiej przyszłości zaprocentować.
Przy okazji zapraszał na nie wybrane koleżanki z roku, co nawet czasem mu się udawało. Zasłynie jako autor tekstów przebojów, oratorium Piotra Rubika, paru sztuk i nomen omen, książek. Elżbieta Majewska – Hernandes usiłowała po przygodzie z Teatrem STU zbliżyć się do Jerzego Grotowskiego, ale utknęła przy jego największym aktorze, Piotrze Cieślaku. Niebawem po skończeniu studiów wyjechała do Julinka, gdzie zgłębiała tajniki sztuki cyrkowej chcąc zostać klownem. Nawet jej to się udawało, bo uznano ją za najlepszą w tym fachu, ale ona wolała zmienność od pewnej posady i etatu. Wybrała się daleko od Centrum kraju, jak najdalej, aż do prowincjonalnych, a potem słynących w świecie Gardzienic, gdzie wśród członków tej awangardowej trupy teatralnej poznała męża i ojca swojego chłopca.
W Stanie Wojennym wyjechali do Chile, gdzie pozostaje do dzisiejszego dnia zawieszona pomiędzy ukochanym krajem za Oceanem, a jej Ojczyzną nad Wisłą. Powróciła niedawno z wystawą ciekawych wycinanek, które prezentowała w rodzinnym Krakowie.

Mówią, że tutaj pozostały tylko mury. Ludzie rozjechali się po kraju i całym świecie. Nawet nie wiem, czy jest sens powracać do tych miejsc, bo gdzie nie wstąpisz, spotyka Cię zawód i rozczarowanie. Dziś to już oczywiste, że nic nie jest takie, jak było i naprawdę nigdy nie będzie. Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy, a Inter armae silent Musae… Czyż trzeba cytować więcej tak mądrych, uczonych sekwencji, żeby uzasadniać bezsens wszelkich powrotów?…
Stary, poczciwy Kraków pozostał w nas bezcennym wspomnieniem i dziś już nieobecną przestrzenią w głowach dawno zmienionych ludzi. Oni dziś są autorami głośnych publikacji, książek, filmów i programów. Ludzie wybrali ich na posłów, mężów zaufania i euro parlamentarzystów. Niektórzy z nich zostali dyżurnymi ekspertami od oficjalnych wypowiedzi w mediach i samoistnymi artystami. Wszyscy tworzą dzisiaj na własny rachunek wypracowując przy okazji nasze wspólne dobro.

artykuł ukazał się jako pierwsza część cyklu : „La boheme” w „Wiadomościach Literackich”

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

WROCŁAWSKI START I LĄDOWANIA

29 kwi

Do uniwersyteckiego Krakowa droga wiodła przez Wrocław. Absolwent szkoły podstawowej rzadko ma wytyczony jasny cel przed sobą. Dlatego poszedłem w ślad za przyjacielem, który opowiedział mi o Lotniczych Zakładach Naukowych na Psim Polu. Mieliśmy tam razem zdawać , ale niespodziewanie musiałem do egzaminu przystąpić sam, bo serdeczny kolega Janus Werner w ostatniej chwili zrejterował. Roztaczał przede mną wizję, że zostaniemy pilotami samolotów, a lotnik – wiadomo, jakie ma powodzenie u kobiet. Tak mnie namawiał do lotnictwa, że przez grzeczność nie ośmieliłem się mu odmówić. Miał na mnie wielki wpływ, więc uległem jego obietnicom. W końcu każdy by chciał się wyrwać z małego miasteczka do wielkiego Wrocławia. Potem Janus zdał na medycynę i został w tym mieście znanym i uznanym stomatologiem. Nawet nie przypuszczałem, że ta moja dość przypadkowa przygoda z lotnictwem krętą, bo krętą drogą, poprowadzi mnie ostatecznie w stronę filmu i literatury, a po trosze i muzyki. linSpędziłem nad kanałami Odry i mostami, niesłychanie ciekawy okres dojrzewania i młodości. Rano przez radio często wówczas było słychać melodyjne słowa piosenki: ”Mkną po szynach niebieskie tramwaje, przez wrocławskich ulic sto…”. Mieszkańcy w każdym wieku lubili ją nucić, znali ją nie tylko oni. Wtedy jeszcze kursowały po tym mieście niebieskie tramwaje ocalałe z okresu drugiej wojny światowej. Tabor pochodził głównie z innych miast. Wszyscy organizowali sobie wszystko, jak pozwalała fantazja i możliwości. Przed dziewczynami paradowaliśmy w tanich „Szarikach” . Bardziej majętni koledzy kupowali w Pewexie dżinsy za 20 dolców. To były piękne czasy… Przed egzaminami ojciec zabrał mnie do prowadzonego przez państwa Gucwińskich ZOO, które było celem moich wędrówek z kolegami w stalowych mundurach lotniczych. Dla wszystkich był to obowiązkowy strój wyjściowy, ale po co są przepisy?… żeby je łamać. Po dojechaniu z Psiaka do centrum przebieraliśmy się w domach koleżanek i kolegów mieszkających w mieście. Między innymi u scenarzysty głośnej w swoim czasie „Samowolki”, Piotra Kokocińskiego. Reżyserował ten film Feliks Falk wzbudzając po premierze falę dyskusji o „fali” w wojsku.

Powrócę później do Wrocławia kręcąc z ekipą filmową WFD „Miasto 100 mostów” zrealizowane na zamówienie firmy turystycznej Pisząc do tego filmu konspekt i scenariusz automatycznie przywoływałem z pamięci najważniejsze miejsca, fakty i epizody, które zdecydowanie zaważyły ma moim życiu. Znalazły się w nim świetne ujęcia Krzysztofa Pakulskiego, który z wielkim talentem zarejestrował w filmowych kadrach wnętrza barokowej Auli Leopoldina, rzadkie inkunabuły i skarby Biblioteki Uniwersyteckiej. Pamiętam wielkie wzruszenie trzymanym w dłoni rękopisem „Wiosny” Chopina. Kamera jest magiczną przepustką do miejsc niedostępnych dla odwiedzających te same placówki kulturalne ludzi.

Utrwalaliśmy na taśmie widoki największych obiektów sportowych, najpiękniejszych świątyń Wrocławia i najciekawszych wydarzeń, jakie związane są z tym miastem. Festiwale muzyczne (Vratislavia Cantans), doroczna wystawa kwiatów, plenerowe akcje teatralne, happeningi, performance, tworzyły klimat swobodny mimo, że do historycznego przewrotu ustrojowego pozostawało jeszcze sporo czasu. Kiedy uczyłem się na Psim Polu jeszcze nie sprowadzono do miasta ze Lwowa Panoramy Racławickiej, ale nawet w tych komunistycznych czasach chodziliśmy na koncerty grupy ABC z Haliną Frąckowiak i na Czesława Niemena, który w Hali Ludowej wykonywał po mistrzowsku swój wspaniały „Bema pamięci żałosny rapsod”. Oczywiście tam, gdzie w 1973 roku zdawałem egzamin dojrzałości wciąż skupia się gros najważniejszych spraw. LZN , to było w istocie technikum, ale wszystkie przedmioty humanistyczne i zajęcia dodatkowe były prowadzone przez kadrę pedagogiczną ze Lwowa i innych miast na Kresach. Mieszkając w internacie na terenie szkoły mijaliśmy galerię samolotów stojących wszędzie, gdzie było miejsce na wykreślony ze stanu statek powietrzny. Zarówno chłopcy i dziewczęta, podczas przerw i po lekcjach, wchodziliśmy na skrzydła, zaglądaliśmy do kabiny zapoznając się z aparaturą nawigacyjną. Większość urządzeń już nie działało, albo ktoś je sobie wymontowywał. Swoboda dostępu do wszystkich aeroplanów i licznie wystawionych na szkolnych korytarzach silników, oddaje nastrój towarzyszący nam na każdym kroku. W upalne dni leżeliśmy na rozłożonych kocach, opalając się na skrzydłach i olbrzymich kadłubach Su’k, JAK’ ów, MIG’ ów, nieco mniejszych ISKIERek, Spitfire’ów , czy licencyjnych LIM’ ów.
Nocą też nie opuszczaliśmy stojących na powietrzu samolotów. Leżąc na ich płatach mogliśmy patrzyć na pogodne niebo obserwując układ gwiazdozbiorów. W przypadku prawdopodobnej awarii aparatury nawigacyjnej, ich znajomość jest bezcenna w orientacji przestrzennej podczas nocnych lotów. Nikt inny w naszym wieku, nie miał wtedy takich wspaniałych możliwości i atrakcji. Był też i haczyk, bo w tej szkole należało jednak wciąż nosić stalowy mundur lotniczy.
No cóż, szlachectwo zobowiązuje… W wojsku się nie dyskutuje. W końcu nikt nas do niczego nie zmuszał. Byliśmy tu z własnej woli i mimo wszystko, nikt z nas nie żałował swojej decyzji o zdawaniu do LZN. Dość krótko stała na szkolnym boisku słynna TU’tka ( odrzutowiec TU 134) , we wnętrzu której prowadzono warsztaty dla sprzętowców i przyszłych specjalistów od instalacji hydraulicznych i układów zasilania. Ostrość selekcji kandydatów do Lotniczych Zakładów Naukowych sprawiła, że każdy uczeń cenił sobie obecność wśród wybrańców. Profesorowie potrafili to nam uświadomić i czuliśmy się przez nich doceniani. Nikt z nas nie był dla nich anonimem, każdy był na swój własny sposób indywidualnością. Oni również byli swego rodzaju znakomitościami. Matematyki uczyła nas „babcia” Lukasowa, asystentka Stefana Banacha ze Lwowa. Warsztaty prowadził Pan Hobot, który podczas Bitwy o Anglię pełnił ważną funkcję mechanika w polskich dywizjonach myśliwskich RAF. Ludzie z wykształceniem uprawniającym do wykładania na wyższych uczelniach nauczali w LZN, bo praca uniwersytecka była dla słusznych ideologicznie i pokornych. Do nich nie należał z pewnością profesor Andrzej Lange. Uczył nas języka polskiego, ale wśród miłośników kina, był najbardziej znany jako założyciel jednego z pierwszych we Wrocławiu, Dyskusyjnych Klubów Filmowych. Pamiętam, jak podczas jednego z seansów w Domu Kultury, długo oczekiwaliśmy na przyjazd Romana Kłosowskiego.

Po projekcji „Dziury w ziemi” w reżyserii Andrzeja Kondratiuka, słuchaliśmy fascynującej rozmowy profesora z Henrykiem Worcellem. Autor świetnie sfilmowanych przez Janusza Majewskiego „Zaklętych rewirów” wydał właśnie książkę: „Najtrudniejszy język świata”.
Tytuł oddaje niemożność porozumienia się wrocławskich autochtonów z przybyszami zza Buga, których mentalność jest zupełnie inna. Świat wyznawanych wartości i kulturowa przepaść utrudniała dogadanie się ludzi skazanych na wspólne życie po strasznej wojnie w tej samej przestrzeni. Wtedy jeszcze to do nas w tym stopniu nie docierało, ale po latach ten polski problem wcale nie stracił na aktualności. Piastowski rodowód i polskość Wrocławia była odczuwalna w propagandzie na każdym kroku. Całą szkołę zaangażowano do pokazu na Stadionie Olimpijskim z okazji okrągłej rocznicy odzyskania Ziem Zachodnich i Północnych. Tak to się podówczas nazywało i traktowano tę imprezę ze śmiertelną powagą, jako priorytetową. Razem z nami uczestniczyli w niej uczniowie konkurencyjnych Elektronicznych Zakładów Naukowych i Technikum Żeglugi Śródlądowej, a także przecudowne uczennice liceów.
Gdyby Janusz Rewiński, starszy o cztery lata absolwent LZN z Zielonej Góry, był wówczas obecny podczas tych ciągłych prób i ćwiczeń miałby naprawdę świetny temat do kpin i żartów. Patrząc z góry na ćwiczących układ figur nie można było zobaczyć tych wszystkich uśmiechów dziewcząt i chłopców, którzy wymachując rękami i nogami zajmowali się przede wszystkim nawiązywaniem bliższych kontaktów z płcią odmienną. Wszyscy mieli w nosie stadionową prezentację wymyślonego przez propagandzistów pokazu siły i sprawności polskiej młodzieży. Oglądaliśmy w kinie sfilmowany przez Polską Kronikę Filmową news, ale nie rozpoznaliśmy się w olbrzymiej masie uczestników tej jubileuszowej imprezy. Gwiazdę kabaretu i ekranu, znanego jako Siara, ominęło to niecodzienne wydarzenie. Pan Janusz miał o wiele ciekawsze zajęcia.
Kiedy już jako student szkoły teatralnej odwiedzał z kolegami LZN, popisywał się przed nimi donośnym głosem. Wchodząc na stołówkę krzyczał na cały głos : „Uwaga!!!”. Wszyscy uczniowie, zaskoczeni odwracali się ku niemu i wtedy on już normalnym tonem obwieszczał: „Koniec uwagi !”. Nie miał sobie równych w organizowaniu kawałów profesorom, a nawet protestów i manifestacji na przykład przeciwko monotonnemu menu w szkolnej stołówce.

Doprowadził on nawet do milczącej procesji przeciwko żółtemu serowi, który już naprawdę wywoływał w nas odruch wymiotny. Chyba nic tym nie wskórał, bo kolejne roczniki jadły to samo, ale już bez żadnego protestu. Przez pewien czas Janusz Rewiński musiał stonować swoje komediowe zapędy, bowiem podczas pełnienia funkcji posła w polskim parlamencie należało się zachowywać z godnością właściwą temu miejscu. Nie wiedział, że nie minie wiele lat, a Sejm wraz z wybrańcami narodu, staną się własnym zaprzeczeniem i karykaturą parlamentaryzmu. Dziś niezbyt chętnie odwiedza szkołę na Psim Polu i unika spotkań z dawnymi kolegami. Inni, przeciwnie… Podtrzymują tradycję, zawiązali klub absolwentów, wydają biuletyn i organizują jubileuszowe zjazdy na Psim Polu. Wśród równie znanych absolwentów LZN był syn Bieruta i aktor Wojciech Pokora, a także Jerzy Turek. Kiedyś, wspominając mimochodem o tej szkole generałowi pilotowi, kosmonaucie Mirosławowi Hermaszewskiemu całkiem przypadkowo dowiedziałem się od niego, że tam właśnie on sam przyjechał z Wołowa na Dolnym Śląsku zdawać, ale niestety, nie został przyjęty. Doceniłem wtedy po raz pierwszy fakt, że akurat mnie coś w życiu, tym razem naprawdę się udało.

To było magiczne miejsce. Na Psiaka, czyli oddalone od centrum miasta Psie Pole, bardzo często docierali wzięci reporterzy i znani aktorzy. Od pierwszej klasy mieliśmy nie tylko okazję do nauki, ale przede wszystkim obcowania z kulturą wysoką. To wielka, osobista zasługa nauczycielki języka polskiego, Pani Barbary Ostroróg, która będąc żoną aktora miała możliwość dotarcia do niedostępnych dla zwykłego śmiertelnika artystów sceny i filmu. Dla chłopca z małego miasteczka na Ziemiach Odzyskanych kontakt z solistami operowymi, muzyką klasyczną i recytacją poezji w najlepszym wykonaniu musiał być potężną inspiracją. Zachwycaliśmy się poezją w interpretacji Olgierda Łukaszewicza, który opowiadał nam o swoich początkach i pierwszych artystycznych inspiracjach. To pamiętne spotkanie, odbyło się tuż po jego największych rolach w głośnym „Weselu” Andrzeja Wajdy i trylogii śląskiej, m.in. w „Soli Ziemi Czarnej” w reżyserii Kazimierza Kutza. Po trzydziestu latach spotkamy się w Studio Filmowym „WIR” , gdzie Olgierd Łukaszewicz zrealizuje dwa wielkie spektakle plenerowe. „Sybir – ostatnie pożegnanie” w scenografii Jerzego Kaliny, z muzyką Janusza Grzywacza, było poświęcone ofiarom wywózek, a drugie odbiło się szerokim echem w całej Polsce. Uświetnione obecnością prezydenta z żoną, widowisko światło – dźwięk uświetniało odsłonięcie pomnika Juliusza Słowackiego na dawnym cokole monumentu Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego.
To działo się już w Stolicy. Z Wrocławia na Psim Polu zapamiętałem też kruchą postać autorki słuchowisk radiowych, Ewy Szumańskiej, która wówczas jeszcze nie grała roli przezabawnej pielęgniarki w audycji „60 minut na godzinę”. Notabene jej ukochany Pan Sułek noszący moje nazwisko sprawia, że do dzisiaj większość ludzi zwraca się do mnie omyłkowo używając imienia Krzysztof, choć nosząc nazwisko Kowalewski przyznaję, że z tym świetnym aktorem nic mnie nie łączy. Ale to nie jedyny ( i nie tylko w moim życiu) przypadek mimowolnego wpływu na los człowieka, którego zupełnie nie znamy. Jest w tym coś pięknego, że możemy tak właśnie całkiem nieświadomie czynić dobro inspirując kompletnie obcych ludzi. Podobnie ważną, choć prywatnie zupełnie odległą osobą jest dla mnie Maja Komorowska, od której ośmieliłem się kiedyś wziąć autograf. Było to po głośnym spektaklu „Końcówka” Samuela Becketta” w Teatrze Kameralnym. Grała naprawdę wyśmienicie we wrocławskim Teatrze Kameralnym z Witoldem Pyrkoszem. Wcześniej terminowała w opolskim Teatrze Laboratorium Jerzego Grotowskiego.

Po jego likwidacji, wraz z coraz bardziej znanym w Polsce reżyserem, przeniosła się do teatru we Wrocławiu, gdzie zakotwiczyła już na dłużej. Obserwując jej wspaniały, artystyczny rozwój i peregrynacje, później sam wzorowałem się na jej improwizacjach opartych na solidnym warsztacie. Oczywiście, nie mam zamiaru porównywać swoich skromnych ról aktorskich z jej kreacjami, ale dziś szczerze przyznaję, podobnie jak wyznał to kiedyś sam Roman Polański, że choć jest reżyserem, w głębi duszy czuje się aktorem. Wiele lat później Pani Ewa Szumańska udostępniła mi łaskawie do adaptacji swój zabawny monodram: „Karusia”. Zamierzałem zagrać jej bohatera. Wydawało mi się, że jako aktor potrafię sprostać temu zadaniu, ale w telewizyjnym Studio Munka nie doszło do realizacji, bo nie potrafiłem przekonać redaktorów, że to właśnie tak warto i należy zrobić. Cóż, w życiu artysty równie ważna jest pokora i cierpliwość. Czasami trzeba znieść nawet najbardziej niesprawiedliwą krytykę, zacisnąć zęby i próbować, wciąż próbować. O tym często wspominała popularna wówczas na wrocławskiej scenie, Iga Mayr paląc papieros za papierosem opowiadała o kulisach kariery teatralnej. Jeśli młody człowiek słucha uważnie szczerych zwierzeń doświadczonej, mądrej kobiety, później wszystko to bardzo przydaje się w tzw. dorosłym życiu.

W technikum LZN dbano o równomierny rozwój ciała i ducha w myśl starożytnej, rzymskiej zasady „w zdrowym ciele zdrowy duch”. Wraz ze Zbigniewem Kopocińskim, Andrzejem Nieleńczukiem i Waldemarem Szyszło, graliśmy w drużynie juniorów drugoligowego K.S. „Lotnik” Wrocław, w piłkę nożną. Ojciec Waldemara, Leon Szyszło był naszym trenerem. Trening był nie tylko okazją do wyżycia się i pozbycia nadmiaru energii. Z początku udawaliśmy się na treningi konspiracyjnie, wymykając chyłkiem z internatu. Dopiero Marek Gierasimowicz załatwił z dyrekcją zwolnienie z zajęć na czas treningu w klubie „Lotnik” Wrocław. Mieliśmy w nim okazję poznać na boisku takie sławy, jak Leszek Ćmikiewicz, czy Jan Tomaszewski, który bronił wtedy bramki w pierwszoligowym WKS „Śląsk”. Zaprzyjaźniłem się z młodszym ode mnie bramkarzem, kolegą z boiska, Zdzisiem Kostrzewą. Był on rezerwowym bramkarzem na meczu Polska – RFN i w drużynie olimpijskiej. Niestety zginął tragicznie po wyemigrowaniu do Australii. Sfrustrowany rozterką wyboru pomiędzy uprawianiem sportu a ciężkimi realiami egzystencji, zmęczony treningiem i pracą w rzeźni zapomniał o bezpieczeństwie, przysnął i zostało przepołowiony razem z połciem wołowego mięsa. Fascynacja piłką nożna powraca, gdy czytam książkę „Miłości mojego życia”, starszego ode mnie o dwadzieścia lat reżysera. Okazuje się, że nie tylko dla mnie futbol jest miłością, która wcale z czasem nie wygasa. Imponujący mi swoim dorobkiem artystycznym, osiemdziesięcioletni autor wspomnień, Stanisław Jędryka, trenował na zgrupowaniu juniorów we Wrocławiu, pod kierunkiem trenera kadry narodowej, Ryszarda Koncewicza. Wśród swoich przyjaciół z boiska piłkarz „Stali” Sosnowiec, wymieniał legendarne nazwiska piłkarzy, o których tylko słyszałem i czytałem. Byłem za młody, żeby zobaczyć ich bezpośrednio w akcji. Ja w „Lotniku” i we Wrocławiu, spotkałem już tylko ich wychowanków. Nikt nie mówił wtedy o grze w piłkę, jako „harataniu w gałę”, bo nawet we słowach mieliśmy wielki szacunek dla tej dyscypliny sportu. Mówiło się o meczu i spotkaniu na boisku. Ta sportowa gra, piłkarski pojedynek były dla nas czymś tak szlachetnym, niczym zmagania pierwszych olimpijczyków. Ten właśnie sportowy duch dominuje w wielu filmach Stanisława Jędryki opartych na książkach Adama Bahdaja „Paragon gola”, „Do przerwy 0:1”. Śledząc jego filmową karierę wiem po nim, po sobie również, że walka o zwycięstwo na boisku pomagała nam obojgu w rozgrywaniu fragmentów gry na polu sztuki filmowej i na planie. Tam obowiązuje podobna strategia, taktyka i trzeba mieć żelazną kondycję, żeby znieść koszmarne trudy reżyserowania, nieustannego zmagania się z oporem materii. Dokumentując życie autora legendarnych filmów i seriali o młodzieży, dzięki wsparciu jego rodzinnego miasta, powracam mimo woli do wrocławskiego okresu nauki w LZN i do dzisiaj nie mam pewności, czy wtedy był dla mnie ważniejszy sport, czy ta wspaniała szkoła życia w Lotniczych Zakładach Naukowych. Reżyser, który tak wspaniale spełniał się w sporcie nauce powrócił jeszcze do Wrocławia kręcąc we Wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych historyczną „Amnestię” do polskich kin. Udało mi się w tym okresie zawitać tam dwukrotnie z kamerą. Reszta moich przypadkowych wędrówek po tym mieście odbywała się nieopodal dworca, bo zatrzymywałem się przejazdem czekając na przesiadkę w hallu dworca, gdzie kręciłem sceny do „Ptaka, o którym trochę wiem”. Zapadła mi w pamięć szczególnie dla mnie osobiście, znacząca strofa tragicznie zmarłego Poety:

„Więc… w śmiertelnej potrzebie,
nie wiedząc już gdzie się zgubić,
Wymyśliłem Wojaczka
I to właśnie jest mój wspólnik”…

Przez cały czas realizacji tego filmu nie mogłem uwolnić się od wrażenia, że to jest napisane dla mnie albo podobnych mi ludzi. Dwa bracia, bliźniacy, leżą teraz na cmentarzu pod patronatem Świętego Wojciecha przykryci olbrzymim blokiem marmuru kararyjskiego wyciosanym ze ścian kamieniołomu w Strzegomiu. Dziś spoglądam w twarz mojego rozmówcy, Mistrza polskiego kina, starszego ode mnie o jedną generację artystyczną. Widzę w nim męski żal za porzuconą szansą gry w reprezentacji narodowej. Wybierając studia w szkole filmowej chciał pogodzić grę na boisku z karierą reżysera. Myślałem, że to się nie udało tylko mnie, chociaż ja miałem o wiele mniejsze sukcesy i dokonania w obu dyscyplinach. Jedna z największych miłości naszego życia pozostaje wciąż jednym z najpiękniejszych wspomnień. Na marginesie wspomnę, że Bogowie na Olimpie są niesprawiedliwi i okrutni wobec ludzi. Sami – nieśmiertelni, dali nam, ludziom, tak mało życia, że w porywach ledwie to przekracza wiek. To niewiele, żeby poznać ludzką naturę, zgłębić tajemnice losu człowieka i pogodzić się ze światem…

Moje futbolowe kwalifikacje nie pozwoliły mi jednak kontynuować gry w piłkę nożną. Startuję okazjonalnie w sportowych mistrzostwach dziennikarzy, ale bez większych sukcesów.
Przestałem jednak walczyć o miejsce w reprezentacji Polski, o czym marzyłem grając w zespole juniorów „Lotnika” Wrocław. Dzisiaj już nawet nie ma tego stadionu, boisko zostało zaorane.

Lata siedemdziesiąte były dla Wrocławia okresem niebywałego rozkwitu sztuki i kultury.
Niezupełnie jeszcze świadomy możliwości zacząłem mimowolnie, stopniowo korzystać z okazji darmowych wypraw do kina i teatru. Kwaterującym w internacie uczniom z całej Polski nie przelewało się, a prawdę mówiąc większość z nas było biednych jak myszy kościelne. Pomagali nam rodzice uczniów, między innymi matka Jurka Michniewicza pracująca w organizacji widowni Teatru Współczesnego pod szczęśliwą dyrekcją Kazimierza Brauna, ojca Grzegorza, który jest znanym dokumentalistą. Wrocławski dyrektor, oryginalny reżyser wyemigruje za Ocean i stworzy w Kanadzie równie interesujący teatr dla Polonii. Z perspektywy wielu lat po śmierci wspominanych Mistrzów, wiem, że finansowane przez szkołę wyjazdy do teatru pantomimy Tomaszewskiego, eksperymentalnego studia Mistrza Jerzego Grotowskiego, były początkiem serii moich własnych, coraz bardziej częstych wizyt w tych i podobnych miejscach.

Jakkolwiek w kieszeni grosza było niewiele, to prasa kulturalna nie była tak droga, jak dziś i „Odrę” można było tanio kupić w kioskach, a naprawdę było warto. Część z ocalałej kolekcji starych numerów przeglądam szukając źródeł lub inspiracji. Pojawiały się tam dogłębne analizy i opracowania krytyczne z dużą ilością wierszy, aforyzmów i opowiadań. Każdy mógł znaleźć tam coś dla siebie z historii Wrocławia, Ziem Zachodnich, zapowiedzi wydawniczych i wydarzeń kulturalnych. Był to zaiste okres największej świetności wrocławskich teatrów, które wystawiały zarówno awangardowe sztuki Helmuta Kajzara jak też nowatorskie w formie dramaty Tadeusza Różewicza. Podziwiałem Janusza Peszka na deskach Teatru Polskiego w roli Konrada w „Wyzwoleniu”. Tak się później złożyło, że wszędzie, gdzie wyjeżdżałem studiować,
on także grał w teatrach Krakowa i Łodzi, wreszcie w Warszawie. Podczas reżyserskich studiów w łódzkiej szkole filmowej zagrałem nawet z Peszkiem epizod w „Lisie” wg Sławomira Mrożka w reżyserii Aleksandra Kuca. Zanim do tego doszło co tydzień jeździłem do kina studyjnego we wrocławskim ośrodku telewizyjnym oglądać interesujące, nie trafiające do szerokiego rozpowszechniania filmy. W ówczesnym Muzeum Śląskim (dzisiejszym Muzeum Narodowym) odbywały się w tych latach, darmowe wykłady z historii sztuki, ilustrowane przezroczami. Wystarczyło zgłosić się na listę chętnych i regularnie uczęszczać na zajęcia. Miałem też wielkie szczęście oglądać w podziemiach Ratusza, w salach Piwnicy Świdnickiej, jeden z pierwszych, jeśli nie pierwszy Festiwal Jednego Aktora. Wówczas laureatami byli między innymi aktorami, Wiesław Komasa i przyjaciel Rafała Wojaczka, Bogusław Kierc. Nie byłem w tej mojej nowej pasji odosobniony. Moi rówieśnicy studiowali tajniki rysunku technicznego i materiałoznawstwo, ale nie pozostawali obojętni na wiersze coraz modniejszego, nie tylko we Wrocławiu, Rafała Wojaczka. Nagła śmierć Poety zastała nas na trzecim roku nauki w technikum a dla mnie była takim wstrząsem, że po latach powróciłem z kamerą do Wrocławia, aby nakręcić film „Ptak, o którym trochę wiem”. Wzięli w nim udział przyjaciele i znajomi Poety zaliczonego później do grupy tzw. „kaskaderów literatury”

Równocześnie mój mistrz i mentor Andrzej Brzozowski nakręcił film o Edwardzie Stachurze, reżyser Andrzej Titkow o swoim imienniku, Andrzeju Bursie a poza WFD powstawały portrety literackie innych, naznaczonych nieszczęściem twórców. O tzw. kaskaderach polskiej literatury powstała nawet kultowa książka, a zestaw naszych filmów przez pewien czas kursował po miastach w całym kraju. W latach dziewięćdziesiątych brałem udział w jednym z wieczorów autorskich w krakowskim Pałacu pod Baranami. Dopowiadałem wtedy kwestie, jakie padły podczas realizacji filmu, ale się w nim nie zmieściły. Mówiłem uczestnikom spotkania o korespondencyjnej ingerencji znanego reportera Jerzego Lovella, który odradzał bratu Rafała, Andrzejowi Wojaczkowi, udział w moim filmie. W ślad za nim poszedł Janusz Styczeń, ale wynikało to raczej z właściwego poetom braku konsekwencji i egoizmu. Dopóki pił w lokalu SPATiF – u darmowe drinki, chętnie dzielił się ze mną wspomnieniami o wrocławskim bardzie postury Waligóry i Wyrwidęba. Świętej Pamięci Rafał nie przypominał wglądem poety, raczej gubernatora Stanu California, Arnolda Schwarzenegera. Janusz Styczeń miał żal, że skwitował go w wierszu pisząc: Styczeń, luty, marzec, kwiecień, maj, czerwiec, lipiec, sierpień, wrzesień, październik, listopad, grudzień… i znowu Styczeń. Cokolwiek jednak między nimi iskrzyło, obu łączyła fascynacja poezją wrocławskiego twórcy, Lothara Herbsta. Pisał niewiele, nie wchodził do sklepów przez wystawową szybę, jak Rafał Wojaczek, ale za każdym razem, gdy w „Odrze” drukowano jego wiersze, było to wydarzenie wykraczające daleko poza granice Wrocławia. Każdy musiał się wznieść poza własne kompleksy i małostkowość uznając wielkość Herbsta.

Do grona znajomych Rafała Wojaczka, którzy zrejterowali, należał znajomy Poety, były milicjant o Bernard Antochiewicz. Obraził się, że wspomniałem o jego dawnej pracy zamiast napisać w scenariuszu o jego wierszach. O nich również wspominałem, szczególnie o metaforze „hektar wódki” używanej potem przez Poetę w zachwycającym go związku frazeologicznym zamiast „hektaru nieba” … w wierszu Bernarda Antochiewicza. Stary sierżant MO nie wiedział, że scenariusz filmowy czasami nie ma nic wspólnego z gotowym dziełem. Większość autorów lubi zazwyczaj opowiadać przede wszystkim o sobie nawet, gdy film dotyczy innego bohatera. Brat tragicznie zmarłego Wojaczka, Andrzej chciał jednak opowiedzieć mi o swoim bracie
w zupełnie inny sposób. Starał mi się przekazać fenomen braterstwa i mówił, że to najważniejsza więź, jaką miał z Rafałem. Był aktorem wrocławskiego Teatru Polskiego, którym wraz z Igorem Przegrodzkim kierował mój kolega z roku na krakowskim UJ, Jacek Bunsch. Przygotowywał się do tytułowej roli w „Peryklesie” reżyserowanym przez twórcę wrocławskiego Teatru Pantonimy. Był wysokim, przystojnym mężczyzną. Dbał o kondycję jeżdżąc do pracy na rowerze. Niestety, Andrzej Wojaczek zmarł młodo, ledwie przekraczając pięćdziesiątkę.
Jego postać udało się zarejestrować reżyserowi Majewskiemu, w fabularnej wersji życia Poety.

Zanim Andrzej zrezygnował z osobistego udziału w zdjęciach, zdążył jeszcze opowiedzieć mi
o wspólnym z Rafałem dzieciństwie na Śląsku, gdzie i ja spędziłem swoje młodzieńcze lata. Wydawało mi się, że rozumieliśmy się bez słów, ale ostatecznie cały film zrobiliśmy z innymi
z wrocławskimi kompanami Rafała Wojaczka: Mieczysławie Machnickim, Stanisławie Chacińskim, Krzysztofem Karaskiem oraz pracującym w Ossolineum Zbigniewem Kubikowskim. W czasie dokumentacji tego tematu był zatrudniony w biurze PLL LOT.
Nie przypuszczałem wówczas, że ludzi podobnie związanych z lotnictwem będzie się pojawiać
z czasem coraz więcej. Jednak to tylko dygresja i więcej tym wątku będzie jeszcze potem…
Tak, jak konne gonitwy na Partynicach odchodziły bezpowrotnie w przeszłość, tak też znikały
z tego miasta wojskowe lotniska i aeroklubowe aerodromy na Leśnicy. Jako uczniowie technikum lotniczego mieliśmy okazję obserwować na zakotwiczonym samolocie zapłon silnika odrzutowego i pracę dopalacza. W tych miejscach dzisiaj są już pobudowane nowe bloki mieszkalne. Pozostał pasażerski port lotniczy we Wrocławiu, ale to już naprawdę nie to samo…

Podczas zdjęć filmowych, w Stanie Wojennym, rejestrowaliśmy na ulicach Wrocławia napisy
i namalowane na murach krasnoludki symbolizujące ruch Waldemara Frydrycha. Wówczas jeszcze nikt nie mówił, ani pisał o legendarnej Pomarańczowej Alternatywie, a to były pierwsze jaskółki zwiastujące jej narodziny. Potem, już po maturze okazało się, że wielu z nas wybrało studia humanistyczne, ale żaden z nauczycieli nie okazywał nam z tego powodu rozczarowania
i niechęci. Mieszkałem przez cztery lata w tym samym pokoju z późniejszym mecenasem Witkiem Knychalskim. Nie zdał od razu matury, więc musiał zarabiać na chleb ciężko pracując fizycznie w kopalni rudy miedzi. Jednak udało mu się zdać na prawnicze studia do miasta Łodzi, gdzie wraz z kolegami założył dobrze prosperującą firmę myjącą fabryczne okna. Już jako adwokat wybronił w głośnych procesach kilku niesprawiedliwie posądzonych VIP’ ów, a ostatecznie został Prezesem Rady Nadzorczej TVP. Zapalony kibic ŁKS zasiadał w Prezydium PZPN. Witek dobrze wiedział, co rzeczywiście chce osiągnąć w życiu i realizował swój ambitny plan krok po kroku. Jego największym życiowym osiągnięciem jest zorganizowanie w Łodzi Festiwalu Czterech Kultur. Pomagałem mu w tym pisząc tekst programowy, wymyślając hasło i formułę tej międzynarodowej imprezy kulturalnej. Wzorowałem się na osobiście szczegółowo zdokumentowanym wcześniej Zamościu, którego filmową monografię zrealizowałem w dwóch zleceniowych filmach: „Śladami polskich Medyceuszy” i „Zamojszczyzna”. Wydawała mi się oczywista formuła zawarta w tytule „Ziemia Obiecana”, ale była już powieść Reymonta i film, Andrzeja Wajdy, więc staraliśmy się zastąpili go czymś w rodzaju „Ziemia Pojednania”.
Nie brzmiało to najlepiej i ostatecznie wymyślono zupełnie inną nazwę.
Nic to, i tak dobrze się wtedy bawiłem. W przeciwieństwie do racjonalnie postępującego Witolda, ja, nigdy nawet nie miałem tak, jak on dokładnie sprecyzowanych planów na przyszłość. On celowo wybrał zapyziałą Łódź, a ja przypadkiem wybrałem Kraków idąc tym razem za szkolną koleżanką, Urszulą Gałońską. Jeden z moich kolegów po ukończeniu LZN, został tancerzem w zespole Teatru Pantomimy Tomaszewskiego, a Wojtek Ziemiański postanowił spróbować szczęścia w sztuce aktorskiej. W ogóle lotnicy, to są ludzie rozmaitych talentów o szerokich horyzontach myślowych. Autor słynnego „Marsza Lotników”, kapitan Stanisław Latwis był przecież pilotem wojskowym, a były Dowódca Sił Powietrznych RP, gen. pil. Jerzy Gotowała pisze podręczniki i własne książki wspomnieniowe, a także maluje krajobrazy nieba. Wiele lat później, pracując w Redakcji Wojskowej TVP, zrobię o nim dwa krótkie, wielokrotnie emitowane, dokumentalne filmy: „Sztuka latania” i „Dola Ikara”.

Odchodząc z wrocławskiej szkoły lotniczej na polonistykę w Krakowie, nie miałem pojęcia, że po wielu perturbacjach powrócę do tematu polskiej awiacji. Stało się to dzięki wrocławskiemu oficerowi PLL LOT, pilotowi Boeinga. Mnie osobiście rozstanie z wrocławską LZN było bardzo potrzebne, bo kończąc naukę już zaczynałem się naprawdę dusić w kręgu spraw odbijających się o barierę niemożności. Wszyscy ludzie zorientowani w tej branży widzieli, że przemysł lotniczy w Polsce Ludowej stopniowo dogorywał. Technika jest dziedziną dla ludzi ceniących sobie fakty i konkrety. W szkole nie karmiono nas złudzeniami, więc praktycznie nie widzieliśmy już swej przyszłości w tej dziedzinie. Większość absolwentów rozjechała się po szerokim świecie.
Część wykształconych w LZN techników budowy silników lotniczych i specjalistów od osprzętu budowała między innymi podzespoły Boeinga, Airbusa, helikopterów i prywatnych odrzutowców dla biznesmenów w kanadyjskiej wytwórni Boxer. Większość z absolwentów LZN pozostała jednak w kraju, diametralnie zmieniając swą specjalizację… Ale nie wszyscy. Tu właśnie, nad Odrą osiadł pilot PLL LOT, Stanisław Błasiak. Jego osobistą pasją i wielką ambicją było stworzenie kroniki wielkich pilotów i asów lotnictwa polskiego toczących zwycięskie walki powietrzne z Niemcami podczas drugiej wojny światowej pod niebem Wielkiej Brytanii. Służył nam pomocą w nawiązaniu bezpośrednich kontaktów z weteranami lotnictwa za Oceanem w USA i Kanadzie. Mając możliwość lotów służbowych szybko i sprawnie, załatwiał nam sprawy, które z perspektywy kraju wydawały się niemożliwe do załatwienia a skomplikowane procedury urzędowe mogły trwać miesiącami. We Wrocławiu Stanisław Błasiak powołał do życia promieniujący na cały region klub „Loteczka”. Nagrywał rozmowy z legendarnymi lotnikami, których stan zdrowia nie pozwalał na odwiedziny Starego Kraju. Uhonorował on mieszkającego w Warszawie emerytowanego gen. bryg. pil. Stanisława Skalskiego członkostwem i skomponowanym na jego cześć przez Katarzynę Gaertner.”Nowym marszem lotników”.
Z jego inicjatywy wrocławskim szkołom nadano imiona sławnych, polskich pilotów. Miałem okazję wraz z nim uczestniczyć w takich uroczystościach na terenie całego kraju. To właśnie on przekonywał mnie, że nie warto zrażać się trudnościami i kontynuować dzieło popularyzacji historii polskiego lotnictwa. A więc po opracowaniu historii warszawskich aerodromów czeka mnie monografia najstarszych, polskich lotnisk, a także inscenizacja teatralna kompletu marszów i pieśni polskich dywizjonów lotniczych w Wielkiej Brytanii. Moja zdecydowana ucieczka od lotnictwa po maturze w LZN okazała się w rzeczywistości zupełną mrzonką. Jak już raz się wejdzie w to niesamowicie twórcze środowisko, powrotnej drogi stamtąd po prostu nie ma.
Przez czterdzieści lat od matury w LZN, zrealizowałem ponad trzydzieści filmów o polskiej awiacji, a nawet ( z osobistą pomocą Dyrektora Ekonomicznego TVP, Wojtka Kabarowskiego, kolegi z klasy ) filmowy tryptyk lotniczy na stulecie światowego lotnictwa.
Wyprawa za Ocean z ekipą Telewizji Polskiej pozwoliła mi odwiedzić pracujących w przemyśle lotniczym Polaków z Kanady i Stanów Zjednoczonych. Był wśród nich mój rówieśnik z ławy szkolnej w LZN, inżynier George Michniewicz, dyrektor produkcji Orenda Aerospace Corporation. Udało się nam przeprowadzić ostatni wywiad z Januszem Żurakowskim, pilotem doświadczalnym słynnego samolotu Avro Arrow. Były dyrektor Regionalnego Ośrodka TVP we Wrocławiu. Rodowity wrocławianin, potomek lwowiaka, doktor nauk ekonomicznych Wojciech Kabarowski dzięki wsparciu agencji filmowej umożliwił nam także wydobycie wraku polskiego bombowca Avro Lancaster z dna jeziora Ijselmeer, nieopodal osady Volendamm w Holandii.
W międzynarodowym towarzystwie lotników z krajów NATO pochowaliśmy na wojskowym cmentarzu w Bredzie pięcioosobową załogę, bo mechanika pokładowego znaleziono wcześniej martwego w wodach jeziora, tuż po katastrofie, a towarzyszący ekipie filmowej bombardier porucznik Bogusław Morski, jako jedyny ocalał. On właśnie jesienią przed dziesięciu laty, żegnał swoich kolegów na tej samej nekropolii, gdzie pochowano generała Stanisława Maczka
z jego wiernymi Pancerniakami.

Ilekroć piszę lub montuję film lotniczy, zawsze powracam myślami na podwrocławskie Psie Pole, gdzie rozpoczęła się realizacja cyklu, który mam nadzieję kontynuować. Ostatecznie, kryzys kinematografii i kultury nie musi przecież trwać wiecznie. Odwiedziłem swój matecznik, skąd wyruszyłem pełen optymizmu w Polskę, podejmować kolejne wyzwania na miarę zaszczepionych mi tu wielkich idei i marzeń. Nie słuchałem prześmiewców, którzy drwili z moich planów powtarzając mi, że porywam się z motyką na słońce. Zainspirowany przykładem ludzi, których spotkałem we Wrocławiu miałem odwagę je realizować. Zdawałem więc bez powodzenia na Wydział Operatorski Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi. Ale nie zraziłem się porażką, traktując pierwsze podejście jako swoistą „razwiedkę bojem”. Potem rok w rok, studiując na UJ w Krakowie powracałem do łódzkiej „filmówki”, aby podjąć próbę dostania się, tym razem na Wydział Reżyserii. Do dzisiaj nie wiem, czy to był najwłaściwszy wybór a zdane egzaminy oznaczały szczęście… Rozmyślając o tym przypominam sobie zasłyszaną w kinie sentencję starego pastora: „Uważaj na swoje marzenia, bo niektóre z nich mogą się spełnić” . On też cytował jakiegoś świętego, ale to nie ma znaczenia, kto coś powiedział, czy napisał… Tak samo, nieważne jest, czy ja to piszę, czy ktoś inny spowodował, że musiałem przywołać z przeszłości tych ludzi, ich grzechy i zasługi. Grzechów było oczywiście więcej, jak choćby zmuszanie szkolnej młodzieży do uczestnictwa w pierwszomajowych pochodach. Uniemożliwianie obejrzenia ligowego meczu z Włodzimierzem Lubańskim na boisku też nie wzbudza sympatycznych myśli o wychowawcy
w internacie. Zmuszanie do prac porządkowych za to, że śmiałem pójść na trening piłki nożnej, nie potrafiło zabić we mnie pasji do futbolu… Dziś to wszystko naprawdę – drobiazg. Z czasem wszystko się wybacza. Przypadkowo los tak właśnie zdarzył, że już jako student UJ spotkałem swego dawnego wychowawcę w toalecie Collegium Novum. Nie mogłem udawać, że nie wiem, kogo widzę, bo niski, korpulentny jegomość od razu mnie poznał.
Porozmawialiśmy z uśmiechem na ustach, wspominając przez kwadrans dawne dobre czasy, siedząc na chłodnym korytarzu w starym gmachu Uniwersytetu. Po tym czasie okazało się, że nie mamy sobie już właściwie nic do powiedzenia. Każdy z nas miał swoje życie i swoje sprawy.

Pożegnaliśmy się rozczarowani tym odkryciem, bo w zasadzie obaj czuliśmy to samo. Dawno temu zachłystywałem się taką myślą przepowiadając współlokatorom sześcioosobowej sypialni w internacie, że kiedyś się spotkamy w dorosłym życiu i nie będziemy mogli się rozstać,
bo aż tyle będziemy mieli do opowiadania. Dzieliliśmy przecież nie tylko wspólną przestrzeń,
ale wspólne przeżycia i razem przeżywaliśmy wielkie emocje. Nawet po latach to nie wygasa. Rozsądniejszy ode mnie kumpel zgasił mnie natychmiast mówiąc, że najwyżej wypijemy piwo, podamy sobie ręce i już nigdy więcej nie zatęsknimy do siebie. Rzeczywiście, szkoła, matura, dyplom i takie tam dowody zaistnienia, są jak zamknięty rozdział w księdze życia. Opasły tom kroniki dobrych i złych uczynków, leży czy stoi od lat na półce i nikomu z nas nie chce się go otwierać. Być może powoduje to lęk przed rozpoznaniem prawdziwej natury zjawisk, których nie byliśmy w stanie wcześniej ogarnąć?… Spisane na wołowej skórze słowa mogą okazać się równie niebezpieczne, jak zawartość puszki Pandorry. Niech więc te raptularze spoczywają teraz w ciszy i spokoju. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, ale do Wrocławia wracam już w czerwcu na kolejne MEDIENTAGE. Będę w tym roku obserwować uroczysty finał i galę laureatów Polsko – Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej. Nie wiem, co się wtedy zdarzy, ale za każdym razem wizytę w tym mieście traktuję, jakby to było lądowanie w moim mieście.

Tutaj przecież jako młody człowiek, spędziłem swoje najszczęśliwsze chwile. Et In Arcadia ego

artykuł ukazał się pierwotnie na łamach „Wiadomości Literackich”

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

NIE ŁÓDŹ SIĘ

28 kwi

Wbrew pozorom nie ma wcale gramatycznego błędu w tym tytule… Jak dziś pamiętam napis, jaki miał wyraźnie wytłuszczony czarnym tuszem na niebieskiej, przewieszonej przez ramię, płóciennej torbie, kandydat na reżysera, Krzysztof Czajka. Niebawem każdy, kto się dostał do łódzkiej szkoły filmowej mógł usłyszeć inne mniej czy bardziej zabawne szlagworty o tym przeraźliwie smutnym, zawsze brudnym i strasznie zaniedbanym mieście… jak choćby ten: „Kto z Łodzi pochodzi, ten sam sobie szkodzi…”. mojeStąd jest słynny w dziś w Europie kompozytor Aleksander Tansmann, pianista Artur Rubinstein i Julian Tuwim, któremu wdzięczni łodzianie wystawili pomnik na ławeczce przy Piotrkowskiej, a dziś zwą go czule Julkiem. Fotografują się przy Panu Poecie w kapeluszu turyści i mieszkańcy miasta, o którym urodzony nieopodal ulicy Kościuszki Łodzianin napisał bezkompromisowy wiersz „Do prostego człowieka” i wyzywający burżujów „Bal w Operze”. Jak przekonałem się po sesji naukowej w murach Pałacu Kazimierzowskiego UW, wrażliwy Julek musiał przeżyć szok jako mimowolny obserwator rewolucji robotniczej. Krew, ofiary i widoczny wyzysk człowieka przez człowieka przysłaniały mu wspaniałość fasad przy reprezentacyjnej ulicy i przepych fabrykanckich pałaców. Poeta naprawdę bardzo cierpiał. Od najwcześniejszych lat dojrzewał w nim depresja – „Czarna Mańka”, jedyna dama, od której chciał być jak najdalej, a był niestety, jej ulubieńcem… Podobnie, jak chora psychicznie matka. W istocie, trudno w tej przemysłowej przestrzeni zachować równowagę wewnętrzną i harmonię.

Wysiadając z pociągu o świcie, stanąłem na peronie zapyziałego dworca ŁÓDŹ FABRYCZNA. Patrząc na parę koni i cysternę z kwasem chlebowym na chłopskim wozie, naprawdę nie chciało mi się wierzyć, że przyjechałem do wielkiego miasta pełniącego tuż po wojnie funkcję stolicy Polski. Mój rodzinny Kluczbork na opolskiej prowincji był o niebo schludniejszy i bardziej radosny, chociaż w tym najweselszym baraku komunizmu smuta była wszechobecna. Doczłapałem do Targowej przejeżdżając część trasy zdezelowanymi tramwajami, które trzęsły się, jak cierpiący na chorobę Burgera staruszkowie. Mijałem parterowe chałupy wyburzane przez hałasujące buldożery i nagle stanąłem przed żelazną bramą z tabliczką Państwowa Wyższa Szkoła Filmowa, Telewizyjna i Teatralna imienia Leona Schillera w Łodzi. Szok był tym większy, że po nędznych zabudowaniach i ruinach ujrzałem rzadkiej urody pałacyk Oskara Kona. Oczywiście ten mały zabytek, w stylu secesji przemysłowej, nie mógł równać się z Pałacem Poznańskiego, ale przebywanie w jego wnętrzach było dla nas, aspirujących do roli artystów, pierwszą i prawdziwą okazją do obcowania z pięknem. Odczuwało się to w wystroju wnętrz, architekturze i harmonijnie współbrzmiącym z budowlą otoczeniu, w którym było oczko wodne, fontanna a wokoło rosły wielkie rozłożyste dęby i kasztanowce. Oprócz na, filmowców podobnie pięknym pałacykiem nieopodal Piotrkowskiej , obdarowano studiujących muzykę dziewcząt i chłopców. Plastycy musieli się zadowolić nowoczesnym kompleksem na obrzeżach miasta Łodzi. Często wyjeżdżała z niej na międzynarodowe festiwale autorka książek i recenzji, Maria Kornatowska. Wracając do szkoły, opowiadała nam o pokazach w Moskwie, Cannes, San Sebastian, Złotych Lwach, Srebrnych Niedźwiedziach i innych trofeach, których jeszcze wtedy nie zdobyliśmy, ale wierzyliśmy, że tryumfy naszych Mistrzów, kiedyś będą również naszym udziałem. To bardzo ważne, aby dorastać i dojrzewać w otoczeniu piękna i atmosferze panującej harmonii. Nieważne, że wcześniej ten zabytkowy obiekt był siedzibą łódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa. Kino jest najważniejszą ze sztuk, więc dla przyszłych inżynierów ludzkich dusz i łamaczy serc ideolodzy partyjni nie żałowali pieniędzy i dób materialnych… Tym bardziej, że teraz wszystko było już upaństwowione. Upaństwowiony był też lokal słynnej „Honoratki” przy Piotrkowskiej, która miała szczęście do kolejnych ajentów. Udało im się zachować we wnętrzu intymną atmosferę. W tym przytulnym miejscu można było przy jednej kawie czy herbacie długo i namiętnie debatować na rozmaite artystyczne i poboczne tematy. Reżyser Rene Nowak zrobił nawet dokumentalny film z ambicją wskrzeszenia mitu kultowego miejsca, do którego podobno sam Daniel Olbrychski wjeżdżał konno. Nie byłem na jego uroczystej premierze i chyba już nie zobaczę tego filmu. Ani w drogiej „Kaskadzie”, ani w łódzkim lokalu SPAT i F – u nie było już takiej swobody, bo tam inwigilowano środowisko o wiele bardziej jawnie i bezczelnie, niż w tym niewielkim pomieszczeniu. Każdego roku w połowie czerwca przestrzeń pomiędzy pałacykiem, a wzniesionym z czerwonej cegły budynkiem z salami wykładowymi, zapełniała się kandydatami marzącymi o pozostaniu tu co najmniej na cztery lata. Studiowali, uczyli się wcześniej w różnych szkołach, ale ostatecznie wylądowali na egzaminach w Łodzi.

Cóż może wiedzieć o swojej wymarzonej pracy młody człowiek tuż po maturze?… To stanowczo za wcześnie na podejmowanie tak zasadniczych decyzji o swojej przyszłości. Niektórzy ludzie są od początku zorientowani na konkretny cel w życiu. Pomaga im w wyborze rodzinna tradycja albo wpływowy mentor, wielki autorytet. Większość młodzieży szukała jednak po omacku stosując metodę prób i błędów. Jestem jej typowym przedstawicielem po maturze w technikum, kilku latach studiów humanistycznych i uzyskanym w Łodzi absolutorium w dziedzinie sztuki filmu, teatru i telewizji. Andrzej Wajda zwierzył się nam kiedyś, że reżyser staje się profesjonalistą widząc na ekranie swoje imię i nazwisko w czołówce zrealizowanego filmu. Podpisując się pod własnym dziełem bierzemy odpowiedzialność za rezultat długiej, wspólnej pracy z zespołem utalentowanych ludzi, dzięki którym mieliśmy szansę stworzyć arcydzieło, albo ponieść artystyczną klęskę. Od debiutu pod kierunkiem doświadczonego dokumentalisty i autora filmów fabularnych, Piotra Andrejewa minęło już ponad trzydzieści lat, a prawie czterdzieści upływa od moich pierwszych, łódzkich egzaminów. To szmat czasu, ale przede wszystkim ogromna ilość rozmaitych wrażeń, mnóstwo interesujących ludzi, ciekawych rozmów i nigdy nie zapomnianych spotkań. Do szkoły filmowej przy ulicy Targowej zjeżdżały sławy z całego świata. Był tutaj Kirk Douglas prezentując studentom swoją kowbojską sprawność i fantazję.

Częstym gościem jest tu Roman Polański. Powiewem Zachodu i wielkiego świata byli dla nas studiujący razem z nami koledzy z drugiej półkuli, mieszkający za Oceanem. Zamordowany podczas wakacji na Florydzie, strzałem z pistoletu narkomana Zbyszek Meisner obruszał się słysząc powtarzany kawał o jakimś afrykańskim rządzie, który upadł, bo załamała się gałąź,
na którym siedzieli obradujący członkowie. On, zawołany fotograf i operator, miał stanowczo lepsze mniemanie o ukochanym plemieniu Masajów, niż o zdecydowanej większości jego białych rówieśników. Zdjęcia do moich pierwszorocznych etiud robili mi dwaj Bułgarzy, Czawdar Popow i Christo Christow. Współpracowałem przy wielu etiudach filmowych i inscenizacjach teatralnych z Syedem Ali Haiderem Rizvi z Bangla Deszu. Studiowali z nami praktycznie przedstawiciele nieomal wszystkich kontynentów i najbardziej znaczących nacji współczesnego świata. Moja przyszła żona także praktykowała na planie filmowym u szkolnych internacjonałów. W Łodzi znajdowało się centrum nauki języka polskiego dla przyjeżdżających zewsząd kandydatów do studiów w Polsce. Wraz z Alim odwiedzaliśmy polsko – kubańskie małżeństwo jego dawnej przyjaciółki, Mirty i łódzkiego inżyniera. Pojadając ryż przyprawiony Curry, polany sokiem z cytryny opowiadaliśmy o sobie. Ja nie miałem wówczas jeszcze nic ciekawego do powiedzenia, więc raczej słuchałem z rozdziawioną buzią nie mogąc się nadziwić, że świat może być taki ciekawy i dostępny dla normalnych ludzi. Życie w sztuce pojmowałem jako szansę wydobycia się z otaczającej mnie szarości i bylejakości właśnie na ten kolorowy ocean opisywanych doznań i równie cudownych wrażeń. Wszystkie te marzenia mogły się zrealizować pod warunkiem ukończenia szkoły filmowej, co wcale nie było tak oczywiste. Profesor Henryk Kluba – aktor, reżyser, występujący w jego szkolnym filmie: „Dwaj ludzie z szafą” był naszym nauczycielem zawodu i rektorem tej artystycznej uczelni. Już na samym początku uświadomił nam, że z roku na rok będzie nas coraz mniej, bo naturalna selekcja oszczędzi nam wszystkim rozczarowań w wybranym przez nas zawodzie. Im solidniej będziemy pracować podczas studiów w szkole filmowej, tym większe mamy szanse na zaistnienie w tej piekielnie trudnej profesji. Nie tylko on nam powtarzał, że jedynie pewnym faktem, o jakim na pewno wkrótce się przekonamy, to osobisty zawód i rozczarowanie. Jeśli się to pokona, można mieć nadzieję na przetrwanie nieustannej serii depresji i twórczych kryzysów. Miał rację…

Zajęcia odbywały się zarówno w stylowym pałacyku Oskara Kona, jak też z dala od owego matecznika. Jednym z tych odległych miejsc był dawny kościół przy ulicy Marysińskiej, przebudowany w środku i przystosowany do ćwiczeń z inscenizacji w studio telewizyjnym. Asystowaliśmy sobie nawzajem i z braku funduszy na zawodowych aktorów podgrywaliśmy jako statyści i drugoplanowe role w studenckich etiudach. Wraz z Andrzejem Jeziorkiem i Krzysztofem Rusem, zrobiłem tam adaptację samodzielnie przetłumaczonego dramatu Roberta Alaina Arthura: „The Man on the Mountaintop”. W pracy na planie pomagał mi Syed Ali Haider Rizvi, arystokrata z królewskiego rodu, zawodowy aktor i student reżyserii z Bangladeszu. Zrewanżowałem mu się asystując i grając w jego etiudach. Z rozpędu zagrałem tych ról i rólek kilkadziesiąt, w filmach przyszłych operatorów i reżyserów. Byłem więc naiwnym kochankiem i wisielcem w pierwszorocznej „Ucieczce” Leszka Wosiewicza, chorym chłopcem w dyplomie Krzysztofa Skudzińskiego: „Lekarz Wiejski” wg, F. Kafki i pobitym robotnikiem w absolutorium Jerzego Ridana o realiach Nowej Huty. Z pomocą mojej przyszłej żony, Anny, studiującej na Wydziale Produkcji Filmowej nakręciłem potem własne absolutorium filmowe: „Między snem a snem” inspirowane prozą „Steda”- Edwarda Stachury. Realizowaliśmy te etiudy, jak szaleni.

Tyle brzydoty, kurzu, błota i wszelakiego brudu musiało być w jakiś sposób zrównoważone porcją piękna w jakiejkolwiek postaci. Uprawialiśmy więc embalage, reżyserowaliśmy teatralne scenki z realnego życia, sami montowaliśmy nakręcone przez siebie materiały oceniając swoje etiudy. Powstawały one jedna za drugą i nigdy nam nie było dość. Kiedy sami schodziliśmy z planu własnego filmu, przechodziliśmy do innej ekipy, jako pomoc dla kolegów z roku, albo czuły obserwator gotowy w każdej chwili do wsparcia wysiłków w przenoszeniu ciężkiej kamery, czy wózka na ułożone do travellingu szyny. W ten sposób rodziły się przyjaźnie i późniejsze tandemy artystyczne twórców polskiej kinematografii. Na moim roku najbardziej ambitnymi autorami etiud byli Paweł Pitera, Peter Vajda, Waldek Dziki i Aleksander Kuc. Ten ostatni przyszedł na reżyserię kończąc wcześniej studium produkcji filmowej. Zdawał egzaminy znając doskonale szkołę i wszystkich profesorów. Podobnie dostała się na ten kierunek studiów, absolwentka Wydziału Aktorskiego, Małgorzata Potocka. To nie było wcale łatwe, bo przez trzy tygodnie z przerwami na ocenę kandydatów, maglowano nas w przeróżny sposób, aby odsiać ziarno od plew i wyłonić z masy chętnych najbardziej utalentowany narybek. Zanim poznaliśmy swoje wyniki, należało pomyślnie przejść przez kolejne sita eliminacji. Trzeba było nie tylko trzymać formę, ale także nerwy na postronku, bo nie brakowało krótkich spięć i kłótni. Ale to akurat było dość niegroźne zwarcie kundli i przypominało wyścig hartów na jedno okrążenie. Dopiero podczas trwania roku akademickiego dochodziło do tak ekstremalnych scen, jak wyrzucenie szafy z najwyższego piętra bursy szkolnej na podwórze przy ulicy Ciesielskiej. Sprawcy, Piotr Sobociński z kolegą zostali oczywiście w ślad za szafą wyrzuceni z domu studenckiego. Zanim tego dokonali, musieli dać się poznać ze swojej najlepszej strony. W akademiku zdarzały się przecież zupełnie inne rozmowy.

Toczone nocą opowieści Waldka Śmigasiewicza o jego Mistrzu, znanym dzisiaj powszechnie scenarzyście politycznej szopki „Polskie ZOO”, magazynu „ 60 minut na godzinę” i fabularnego filmu poświęconego katastrofie TU 154M. Już te jego prywatne anegdoty i osobiste wynurzenia zapowiadały późniejszą, wspaniałą artystyczną karierę reżysera i autora scenicznych adaptacji.
Z kolei wielu jego kolegów z Wydziału Aktorskiego, jak Tadeusz Paradowicz niebawem stało się niezależnymi producentami. Studiujący reżyserię Piotr Bikont zajął się polityką, a potem przede wszystkim dziennikarstwem. Zasłynął w kraju jako wytrawny znawca, smakosz, ekspert od wytwornych dań i restauracji. Po emigracji do Francji Natasza Czarmińska z powodzeniem śpiewała w paryskich kawiarniach i piwnicach artystycznych popularne tam rosyjskie romanse. Potem powróciła do kraju robiąc kilka prób, pisząc o numerologii, a nawet występując w jednym z odcinków „Notatnika prowincjonalnego” w mojej reżyserii. Nim zmarła na raka płuc, nagrała płytę ze swoimi najnowszymi i najsłynniejszymi piosenkami. Nono Dragovicz zarejestrował te szpitalne sceny z chorymi ludźmi i pracę lekarzy, którzy usiłują im przynieść ulgę w cierpieniu. Zajmował się nowelą dokumentalną, operą, filmem reklamowym i o reżyserii tego ostatniego napisał popularny podręcznik. Na około sześciuset stronach jest spisana trzydziestoletnia suma doświadczeń artysty i nauczyciela. W środowisku filmowców krąży utarty przez lata szlagwort mówiący mniej więcej to, że kto już nie potrafi zrobić żadnego filmu, zajmuje się nauczaniem…

Uczyliśmy się nie tylko od naszych Mistrzów, słuchając wykładów partnerki Tadeusza Kantora, pani Krystyny Zwolińskiej, czy też uczestnicząc w zajęciach praktycznych pod czujnym okiem Henryka Kluby. Mogę z całą szczerością wyznać, że równie wiele skorzystałem od profesorów jak z rozmów i bezpośredniej współpracy z Leszkiem Wosiewiczem, Novicą Dragoviczem, Alim Rizvim i Nataszą Czarmińską. Każda z tych osób otarła się o profesjonalną działalność w filmie, na scenie teatralnej i estradzie. Wymiana doświadczeń, a właściwie nie kończące się opowieści zapadały w moją pamięć. Chłonąłem te ich zwierzenia, jak gąbka i to, czym przesiąkłem stało się moim skarbem na całe życie w zawodzie filmowca i scenarzysty. Aktorem być przestałem, bo za bardzo szanuję tych, którzy uprawiają go po latach ciężkiej pracy w studiowaniu jego tajników. Mam ogromny szacunek dla profesjonalistów i nie jestem szczęśliwy oglądając w serialach, na ekranie kina, obok nich, zwykłych parweniuszy. Owszem, zdarzają się genialne wyjątki, ale praca nad sobą w tym rzemiośle jest podstawą. Jeśli się to omija, mamy do czynienia z aktorami o wyglądzie takim sobie, brzydkimi aktorkami o „ interesującej” ponoć urodzie, sepleniącymi lektorami i byle jakimi utworami, nad powstaniem których męczyli się amatorzy, a potem męczy się oglądający to widz…

Różnymi drogami dochodzili do szkoły filmowej kandydaci do kariery artystycznej i różnie się potoczyły ich losy. Nie wszystko w życiu zależy od nas samych. Potrzebny jest też łut szczęścia na tej przedziwnej loterii, jaką jest egzamin wstępny. Prawdziwy pojedynek toczył się pomiędzy członkami komisji i bezczelnym młokosem, który ośmielił się przyjechać i przekonywać ludzi, że to właśnie on jest najpiękniejszy z całej wsi. Mnie wcześniej trochę już w tej szkole poznano, jako występującego w studenckich etiudach aktora. Pozostało mi jedynie udowodnić, że nie tylko umiem dobrze grać, ale potrafię porozumieć się z aktorem aby uzyskać właściwy efekt na scenie. Dostałem do zainscenizowania taki oto tekst:

- Jest
- Mickiewicz
- Proszę bardzo
- Uszkodzony…

W pierwszej chwili nogi się pode mną ugięły. Patrzyłem w tekst, jak sroka w kość i nie mogłem uwierzyć własnym oczom, że coś takiego mi się trafiło. I w tym momencie pojawił się Anioł. Sam zwątpiłem w swoją dobrą gwiazdę, ale niespodziewanie miałem za sobą wsparcie Bożeny Stryjek, która później zagrała w „Seksmisji” postać Lamii. Z jej inspiracji wymyśliłem równie absurdalną motywację aktorskich działań, jak bezsensowny był wylosowany tekst. Jasnowłosa Bożena w większości popierała moje wyjaśnienia i dzięki temu żaden z dobranych studentów Wydziału Aktorskiego nie oponował. Jakoś udało mi się przebrnąć przez kolejne zapory i bariery, łącznie z fotoreportażem, którego mogłem nie dostarczyć na czas, bo właśnie w trakcie wykonywania zdjęć zostałem aresztowany przez straż przemysłową. Zdążyłem szczęśliwie wyjść akurat przed rozpoczynającą się finałową turą egzaminów. W błyskawicznym tempie wykonałem serię zdjęć robotników układających kostkę brukową i w ostatnim momencie dostarczyłem kliszę negatywową do laboratorium. Nie miałem pojęcia, jak mi poszło, bo za dużo przeżyłem strachu i napięcia, Zdjęcia podobały się profesorom i reportaż oceniono całkiem dobrze. Mogłem mieć nadzieję, że przynajmniej znajdę się w ścisłym gronie faworytów, wytypowanych do ostatecznej rozgrywki. Kiedy już to się stało, mogliśmy się poczuć kimś, kto jest dla profesorów ważnym partnerem. Przeciwnie, niż w późniejszej pracy, traktowane każdego z nas z powagą i z uwagą obserwowano wszelkie nasze artystyczne próby zaistnienia. Nie było mowy, by stać się kimś przezroczystym i przejść całkiem niepostrzeżenie przez szkolne korytarze. Wszyscy interesowali się tym, co kto robi i jaką etiudę przygotowuje w najbliższym czasie. Dzięki tak dokładnej znajomości nas samych korzystaliśmy nawzajem z drzemiących w nas, odkrywanych zdolności i talentów. Natasza Czarmińska grała jako aktorka (nawet nago) i śpiewała dając nawet koncerty podczas dorocznych Dni Szkoły. Organizował je z wielką pasją szef SZSP, Marek Drążewski a uczestniczyło w ich całe grono pedagogiczne łącznie z rektorem i wszystkimi studentami.

Pamiętam, że podczas tego odświętnego festynu niespodziewanie otrzymałem laur od Juliusza Machulskiego z dawno zagubioną fotografią Eugeniusza Bodo. Nagroda jego imienia została mi przyznana za mój styl opowiadania, gry i sposób istnienia w kinie… w szkolnym kinie bo przecież do profesji było jeszcze tak daleko… Zazdrościliśmy tym, którzy już na trzecim roku realizowali debiut w pobliskiej Wytwórni Filmów Oświatowych. Ku mojemu zaskoczeniu sam otrzymałem taką propozycje od artystycznego opiekuna, reżysera Piotra Andrejewa i z pomocą operatora Jarka Sypniewskiego zmontowałem w szkolnej montażowni dyplomowy film „Ja”. Zaprosiłem na seans profesora Jerzego Bossaka, który był legendą polskiego dokumentu i nie kwestionowanym autorytetem. Film mu się podobał, ale dawno już go nie widziano w szkole na Targowej. Zdjęcia kręciliśmy w atelier WFO, przy ulicy Kilińskiego. Nie był to najbardziej sprzyjający sztuce czas, bo już wrzało od strajków i dyskusji o polityce.
Jeden z zarejestrowanych na czarno – białej taśmie roboli rzucił tekstem: „- Kiedy słyszę gadanie o sztuce, to przede wszystkim myślę o sztuce mięsa”. Mój opiekun artystyczny „wybrał wolność” uciekając przed Stanem Wojennym do Holandii, a ja naznaczony fatalnym odium nieprawomyślnego reżysera, długo bujałem się ze swoim filmem dyplomowym nie znajdując wystarczającego uznania wystraszonych profesorów. Nie mam im tego za złe, bo takie widocznie mieli wytyczne. Wybitni pedagodzy i filmowcy odsyłali mnie więc od Annasza do Kajfasza nie mówiąc niczego wprost, proponując mi pokazanie innych, lepszych filmów. Nie miało dla nich znaczenia, że za te „złe” otrzymałem w 1984 roku Nagrodę Szefa Kinematografii. Bez większego powodzenia czyniłem następne próby przekonania grona wykładowców PWSFTv i T, kilkakrotnie powracając do Łodzi na kolejny egzamin dyplomowy.

W końcu zrezygnowałem dołączając do grona twórców nie posiadających niepotrzebnego w tej profesji papierka. Bez dyplomu tworzył Stanisław Jędryka, Krzysztof Zanussi i wielu bardziej ode mnie utytułowanych reżyserów filmu, teatru i telewizji. Eugeniusz Hanemann, fotograf scen z Powstania Warszawskiego, prowadził z nami zajęcia z techniki i teorii w atelier przy sali projekcyjnej szkolnego kina. Oprócz studium światła i portretu we wnętrzu wymagał od nas przedstawienia co najmniej kilku cykli reportaży fotograficznych zrobionych w scenerii miasta Łodzi. Zyskała sobie ona, nie tylko wśród nas, miano polskiego Manchesteru. Nie wiem, czy cokolwiek pomagała to w ratowaniu wizerunku zamurowanej fabrykami wsi. Mawiano wówczas a i teraz się powtarza tu i tam, że : „ Łódź, to Piotrkowska… naokoło wioska ”. Ta przerażająca wiocha była wszechobecna. Otaczał nas brud, smród, chamstwo, ubóstwo i pustka, którą trzeba było czymś wypełnić. Bieda wcale nie jest malownicza, jak o tym piszą poeci. Z niedostatku nic dobrego się nie rodzi. Jak na ironię, na jednym ze skrzyżowań z ulicą Kilińskiego widnieje tabliczka z nazwą: ulica MILIONOWA. A bieda tam aż piszczy. Przekonałem się o tym osobiście, gdy bywałem w robotniczych domach poszukując dziecięcych statystów do moich filmowych etiud. Tę mizerię codzienności należało zniwelować jakiś potężnym ładunkiem piękna w najszlachetniejszym wydaniu. Ono na szczęście było dostępne na co dzień w Muzeum Sztuki Nowoczesnej, gdzie znajdowały się prace najsłynniejszych, łódzkich artystów, malarzy, grafików oraz twórców video, którzy w tym czasie dopiero raczkowali przygarnięci przez szefa pracowni animacji w łódzkiej szkole filmowej. Słynnym w świecie Warsztatem Formy Filmowej kierował Józef Robakowski, a tworzyli w nim tak znani później autorzy, potem wykładowcy, jak Paweł Kwiek i Ryszard Waśko. Drugim sposobem artystycznego ujęcia łódzkiej, po prostu polskiej biedy, było malarstwo Jerzego Dudy – Gracza, który swoje karykaturalnie przetworzone obrazy rodaków wystawiał w galerii na Rynku Bałuckim. Każdy, kto spojrzał choć raz na reprodukcję tego malarza, dobrze wie, o czym tu piszę. Niewielu z nas miałoby odwagę usiąść przed tym genialnym artystą, aby ten go sportretował. Zmarły już twórca naszych zbiorowych portretów zdawał się powtarzać, że taka jest po prostu nasza podła codzienność i naprawdę tacy jesteśmy… To było szokujące, mało budujące, ale przynajmniej szczere. Ponoć, tylko prawda nas wyzwoli.

Dopiero Witold Knychalski spróbuje odczarować to przekleństwo biedy i brzydoty, organizując w Łodzi Międzynarodowy Festiwal Czterech Kultur. Rozmawialiśmy o scenariuszu tej imprezy, idei i hasłach przewodnich, kiedy pełnił on funkcje Prezesa Rady Nadzorczej TVP S.A. Wojciech (Funio) Kabarowski, który był wówczas zatrudniony w Telewizji Polskiej na stanowisku Dyrektora Ekonomicznego, podpowiedział mu osobę menedżera, Merczyńskiego, jako modus vivendi tego, co się będzie działo podczas festiwalu. Poprzednio tę rolę miał pełnić dyrektor Programu 2 , Jerzy Domański. Sprawny, jako urzędnik nie potrafił utrzymać w ryzach własnych nerwów i emocji tak wielu indywidualistów, którymi są przecież wszyscy artyści biorący udział w takiej imprezie. Ja sam również popełniłem błąd lekkomyślnie udostępniając przedwcześnie wszystkie omawiane z Witkiem projekty pro publico bono… A potem, po prostu o mnie zapomniano. Murzyn zrobił swoje… Pozostał mi na pamiątkę jedynie kolorowy dyplom z podpisami dziękujących mi za moje wsparcie dla projektu Festiwalu Czterech Kultur. No, cóż… tak niekiedy bywa, że trzeba znosić cwane typy i w imię przyjaźni przemilczeć kłamstwa tych, którzy jawnie zaprzeczali, że cokolwiek dla festiwalu zrobiłem. Mogę dziś mieć o to pretensję wyłącznie do siebie. W końcu praca z ludźmi jest istotą reżyserskich kompetencji. Powinienem to wszystko dobrze wiedzieć, widzieć i w porę przewidywać ludzkie reakcje. Tymczasem naiwnie polegałem na autorytecie kreatora całej imprezy, który był dla mnie gwarancją bezpieczeństwa i uczciwości. Niestety, Witold już nie żyje, ale nawet wówczas już ciężko chorował na raka i tylko w przerwach pomiędzy sesjami chemii odżywał rzucając się w wir pracy organizacyjnej. Nie miał głowy do afer, jaką było między innymi wymiksowanie mojej skromnej osoby. Poza jego kontrolą znikały sumy, o jakich istnieniu nie miał pojęcia.

Teraz mogę z czystym sumieniem o tym napisać dając świadectwo prawdzie: Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy. Po zmianie politycznej warty w Łodzi, całe to aferalne towarzystwo odsunięto od organizacji festiwalu i teraz organizują go zupełnie inni ludzie. Nie wiem, czy lepsi, mądrzejsi… O łódzkim festiwalu zresztą niewiele się już dzisiaj mówi. Ktoś inny organizuje zupełnie inny program odżegnujący się od pierwotnej, szlachetnej, wspaniałej idei. Być może już nie warto o nim w ogóle wspominać. Pozostała tylko na narożnikach kamienic w centrum Łodzi, niebieska, metalowa tabliczka z nazwą ulicy Witolda Knychalskiego. Pamiętają go jeszcze dziś mieszkańcy, którzy tłumnie żegnali go po śmierci jesienią 2006 roku. O wiele większe wrażenie niż wspomniany Festiwal Czterech Kultur, robiły na ludziach pracy występy studentów Wydziału Aktorskiego w wielkich halach przemysłowych, łódzkich wytwórniach odzieżowych, tkalniach i fabryce dywanów… Tych samych zakładów, w których myjąc okna Witold Knychalski zarobił swoje pierwsze wielkie pieniądze. Pracowali w jego spółdzielni studenci z jego macierzystego kierunku prawa , ale także przyszli reżyserzy i aktorzy. Ci ostatni dorabiali na postsynchronach w wytwórni na Łąkowej dogrywając gwarki i chórki podczas udźwiękawiania filmów fabularnych. W ramach zajęć musieli jednak występować za darmo, a przynajmniej za pół darmo w zamian za poczęstunek i drobne prezenty. Niezapomniany był śpiewaczy duet z musicalu „Kiss me Kate” w interpretacji Artura Barcisia z wykonawczynią roli piekielnicy – Kasi. Rewelacyjnie z werwą i animuszem zagrała ją wtedy Kasia Skawina.

Drugi numer solowy Artura, to jego wspaniała aria: „Maria” . Całość przedstawienia wspaniale zaaranżował aktor i reżyser, Andrzej Żarnecki, niezapomniany w roli „Cienia” według baśni Hansa Christiana Andersena w łódzkim Teatrze Nowym. Nikt z jego studentów wtedy nie śmiał nawet przypuszczać, że wybrany przez niego solista, ów niepozorny, chudy chłopiec pójdzie potem, jak burza i nazwisko Barciś zaistnieje na trwałe w kinie, telewizji i teatrze. Artur dzięki pracy nad sobą, zrobił w kraju oszałamiającą karierę? Po latach spotkamy się w telewizji na planie jednego z kilkunastu odcinków cyklu literackich esejów – „Notatnik prowincjonalny” z Henrykiem Boukołowskim w roli głównej. O wiele bardziej popularnym gwiazdorem był w tej szkole odtwórca roli Stasia w „Pustyni i w Puszczy” , Tomek Mędrzak. Wraz ze wspomnianą Bożeną Stryjek przejmie teatralną schedę po rodzicach Julka Machulskiego, jej pierwszego męża. Teatr Ochoty stał się jego drugim domem, a zespół, prawdziwą rodziną. Nie nadymał się jednak tak, jak chodzący z dwoma rasowymi psami obecny dyrektor ekonomiczny ZAiKS – u, Krzysztof Szuster. Szpan właściciela czworonogów jednych śmieszył, u innych wzbudzał politowanie, ale on doskonale wiedział, co robi. To była świetna inwestycja.
Jego oswojona i wytresowana para zagrała nieomal w każdym polskim filmie z dworkiem szlacheckim w tle od „Rodziny Połanieckich”, aż po „Ziemię Obiecaną”.
Każdy w tej epoce bez Internetu i wszechobecnego dziś Facebooka, próbował już wówczas jakoś się lansować, wyróżnić i zaistnieć. Najlepszy w tej dziedzinie był Grzegorz Małecki opowiadający o imprezach, na które ponoć go nieustannie zapraszano, ale jakoś nie udało mi się przez cały czas studiów zobaczyć ani jednej nakręconej przez niego etiudy, ani przeczytać szkicu autorskiego scenariusza. Ot, celebryta pełną gębą. Już wtedy był prekursorem zmiany wizerunku polskiego szołbiznesu… Nie trzeba w nim nic robić… Wystarczy być znanym…
- Z czego?… Ano z tego, że się jest znaną osobą.

Teraz oczywiście dzieli nas wszystkich mnóstwo środowiskowych barier, ale w łódzkich czasach siedzieliśmy na twardych krzesłach w akademickiej świetlicy oglądając razem w czarno – białej telewizji pierwsze, profesjonalne wcielenia kolegów na ekranie, kibicując drużynie piłkarskiej i wspólnie radując się po wyborze papieża.
Najgłośniej kibicował i komentował sam Tadeusz Lampka, producent serialu „M – jak miłość”. On, w przeciwieństwie do Aleksandra Kuca, który zapragnął być reżyserem, namiętnie poszukiwał tematu na scenariusz. Rozprawiał na temat możliwych hitów tak, jakby już wysiadywał jakieś złote jajo, które przyniesie fortunę. Rzeczywiście, zbił dość spory majątek na produkcji telewizyjnej i filmowej. Nie powiodło się natomiast Tadeuszowi Paradowiczowi, który podczas dokumentacji produkcyjnej filmu o Czesławie Niemenie, stracił życie na Ukrainie. Nie żyje też jego wspaniały rówieśnik, który najbardziej zasłynął w roli dzikiego kozaka, Krzywonosa u Jerzego Hoffmana w ekranizacji Sienkiewiczowskiej powieści: „Ogniem i mieczem”. Zmarły nagle w młodym wieku, aż za Oceanem operator, Piotr Sobociński osierocił dzieci Hanny Mikuć, która zagrała przepiękną rolę w filmie Stanisława Różewicza „Kobieta w kapeluszu”. Ona zawsze miała niesamowite oczy, niespokojny wzrok, fascynujące spojrzenie.

Nie zapomina się nigdy tak diabolicznego wrażenia, jakie sprawia bezpośredni kontakt z tą niezwykłą osobą. Tego rodzaju niepokojące spojrzenie miał Edward Żentara, który dołączył już niestety do szpaleru cichych, nieżyjących twórców teatru. Udało mu się zorganizować kilka grup aktorskich, wyreżyserować wybrane przez siebie sztuki i zagrać kilkadziesiąt niezapomnianych ról w filmie. Żył jednak zbyt intensywnie i po prostu wypalił się, jak świeca. Pozostanie wiecznie w pamięci tych, którzy razem z nim studiowali i stawiali pierwsze kroki w świecie sztuki, równie okrutnym, malowniczym i cudownym targowisku próżności. Natomiast zupełnie opuszczają mnie te wspomnienia, gdy z rzadka odwiedzam szkolne mury przy ulicy Targowej w Łodzi. Marek Miller, napisał o tej legendarnej szkole książkę – album: ”Filmówka”, ale prawdę mówiąc, nikt nigdy tej nazwy w Łodzi nie używał. To słowo znany reporter po prostu sobie wymyślił. My zawsze mówiliśmy o niej po prostu : „Szkoła”.

TEKST OPUBLIKOWANY PIERWOTNIE W „WIADOMOŚCIACH LITERACKICH”

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Powrót z Zamościa i Krasnobrodu

11 kwi

podpisTo był naprawdę owocny wyjazd na Kresy III Rzeczpospolitej. Przyzwyczailiśmy się już do entuzjastycznych reakcji na nasz film: „Z nieba do Nieba, i nie dziwi nas wcale, że widzowie po seansie wykupują z drugiego już nakładu po kilka książek dla znajomych, synów i wnuków w rodzinie. Kiedy pytam o godność, często słyszę prośbę, żeby drugi egzemplarz zadedykować komuś innemu, nieobecnemu na sali projekcyjnej zamojskiego kina „Stylowy”. Dzień wcześniej 3 kwietnia 2014 roku, nasz film o Jance Lewandowskiej prezentowano w różnych miastach Polski w ramach przeglądu filmowego „Echa Katynia”. W Warszawie odbyła się nawet transmitowana w sieci dyskusja panelowa z udziałem historyków, działaczy i publiczności. Niebawem po raz wtóry wybieramy się tym razem na zaproszenie Ojców Paulinów, do klasztoru na Jasnej Górze w Częstochowie, gdzie odbędzie się projekcja filmu o polskiej pilotce, która została zamordowana w Katyniu przez katów z NKWD. Jeżeli nasza kolejna książka, o gen. bryg. pil. Stanisławie Skalskim spotka się z podobnym przyjęciem , jak drugi nakład „Z nieba do Nieba„, to spokojnie można być dobrej myśli z następnymi pozycjami wydawanymi przez Sławomira M. Kozaka, w ramach lotniczego cyklu Oficyny Wydawniczej AURORA: „POLSKIE SKRZYDŁA”. Po filmie „Spętany Anioł” i historycznej monografii pod tym samym tytułem, planujemy podzielić się z czytelnikami niesamowitą opowieścią o siedmiu wspaniałych lotnikach bombowych z polskiego Avro Lancastera DV BHC 286 latającego nad Niemcy w siedmiu misjach bojowych. Ostatnia z nich zakończyła się tragicznie w wodach holenderskiego jeziora Ijselmeer. Towarzyszyliśmy z kamerą holenderskim płetwonurkom i rybakom wydobywającym z dna jeziora szczątki polskiego bombowca. Byliśmy tam po raz drugi podczas uroczystej mszy z udziałem członków rodzin poległych, najwyższych oficerów lotnictwa i Polonii. Po latach dawny film, jak wydobyty Avro Lancaster został zmontowany na nowo. Reportaż, notacja i wywiady składają się na „Glossę do historii Avro Lancastera„. Jedyny, ocalały z katastrofy ppor. bombardier, Bogusław Morski obiecał sobie, że doprowadzi do pogrzebu swoich kolegów i dopiero po ich pochowaniu z honorami wojskowymi na polskim cmentarzu w Bredzie, mógł spocząć w lotniczej kwaterze na amerykańskiej ziemi, w polskiej Częstochowie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS