RSS
 

Archiwum - Luty, 2013

PODPISUJĘ SIĘ pod tym pismem obiema rękami

25 lut

Warszawa, 16.02.2013

Apel
reprezentantów środowisk kreatywnych
do Prezesa Rady Ministrów
Pana Donalda Tuska

Motto:
Możemy nosić chińskie ciuchy, jeździć czeskimi autami, patrzeć w japońskie telewizory, gotować w niemieckich garnkach hiszpańskie pomidory i norweskie łososie. Co do kultury, to jednak wypadałoby mieć własną.”
Andrzej Sapkowski

Szanowny Pan
Donald Tusk
Premier Rządu RP

Szanowny Panie Premierze,

my, niżej podpisani, reprezentanci polskich środowisk kreatywnych, zwracamy się do Pana Premiera z pilną prośbą o spotkanie oraz podjęcie następujących działań niezbędnych dla dalszego rozwoju polskiej twórczości i polskich przemysłów kreatywnych:

1. Przestrzeganie jasno określonych kompetencji konstytucyjnych ministrów, zgodnie z którymi szeroko pojętymi sprawami kultury, twórczości i jej upowszechniania winien zajmować się minister ds. kultury i dziedzictwa narodowego.
Od ponad roku jesteśmy świadkami gorszących sporów, w których urzędnicy MAiC, dezawuują stanowiska Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, pomijają ekspertyzy prawne tego ministerstwa oraz ignorują wnioski z konsultacji społecznych, także tych, których sami są współorganizatorami;

2. Przyjrzenie się działalności lobbystycznej w Ministerstwie Administracji i Cyfryzacji. Jest rzeczą niedopuszczalną, by w kluczowych dla polskiej kultury kwestiach, głównymi ekspertami i partnerami MAiC byli przedstawiciele zagranicznych koncernów, które niczego dla polskiej kultury nie wytwarzają, a jedynie komercjalizują jej dorobek wyprowadzając zyski za granicę.
3. Jasne określenie zasad konsultacji założeń ustaw przygotowywanych przez MAiC. Mamy bowiem do czynienia z ewidentnym łamaniem zasad konsultacji określonych przez Radę Ministrów (ustawa o VOD, UŚUDE, otwarte zasoby publiczne). Nagminnie wprowadza się do ustaw niekorzystne dla kultury i przemysłów kreatywnych przepisy już po zakończeniu konsultacji, w testach regulacyjnych zapisuje się nieprawdę, pomija ustawy niezbędne do znowelizowania przy wprowadzaniu proponowanych zmian, nie przeprowadza rzetelnych estymacji skutków ekonomicznych proponowanego prawa, nieprawdziwie relacjonuje wymogi i zalecenia Unii Europejskiej oraz fałszywie przedstawia sytuacje w innych krajach europejskich.
W obecnym brzmieniu projekt ustawy o UŚUDE, który ma być przedstawiony w tym
tygodniu na Radzie Ministrów poprzez wprowadzenie już po zamknięciu konsultacji
społecznych i rządowych artykułu 12a, uczyniłby z Polski raj dla portali pirackich z
całego świata.

4. Wedle danych rządowych polskie przemysły kreatywne dostarczają obecnie 3,5% GDP i dają pracę ok. 5% ogółu zatrudnionych, w tym bardzo wielu młodym, rozpoczynającym swą pracę zawodową. Rozwój przemysłów kreatywnych – jak to pokazują doświadczenia wielu krajów europejskich – łagodzi skutki kryzysu, zwłaszcza wśród osób młodych. Oczekujemy jasnego określenia, w jaki sposób rząd kierowany przez Pana Premiera zamierza rozwijać te przemysły, zapewnić im ochronę i preferencje przynajmniej równe innym przemysłom, tak aby zmierzać w kierunku wyznaczonym przez Wielką Brytanię, w której przemysły kreatywne dostarczają już powyżej 10% GDP.

5. Oczekujemy także jasnego określenia przez Pana Premiera roli środowisk twórczych w Pańskiej wizji naszego wspólnego państwa. We wszystkich dotychczasowych expose kultura była traktowana po macoszemu, a problemy przemysłów kreatywnych w ogóle się nie pojawiały, tymczasem wszystkie wysokorozwinięte kraje europejskie mają swoje modele wspierania przemysłów kreatywnych i chronienia kultury narodowej. Chcielibyśmy wreszcie się dowiedzieć czy Polska zamierza kroczyć drogą wyznaczaną przez model francuski, brytyjski czy niemiecki czy też stworzyć własny.

6. Oczekujemy osobistego zaangażowania Pana Premiera w kwestie otwierania zasobów publicznych. Środowiska twórcze i obywatelskie nie są przeciwne temu procesowi, wręcz odwrotnie – w znanej Panu Premierowi obywatelskiej ustawie medialnej znalazł się kompleksowy i nowoczesny system udostępniania zasobów poprzez Portal Mediów Publicznych. Niestety, rozwiązania proponowane przez MAiC ignorują nie tylko tamten projekt, ale także wyniki warsztatów konsultacyjnych prowadzonych przez kilka miesięcy pod auspicjami MKiDN i MAiC, przepisy Konstytucji RP, prawa międzynarodowego i europejskiego, zalecenia Komisji Europejskiej i zasady zdrowego rozsądku. Zmierzają do utworzenia państwowych molochów na wzór RSW Prasa-Książka-Ruch, którego z pożytkiem dla społeczeństwa był Pan likwidatorem. Ośmieszają polskie starania o poszerzanie wolności gospodarczej, proponując by wzory umów o przekazanie praw autorskich określała Rada Ministrów w swoim rozporządzeniu. Wreszcie – jak wynika z testu regulacyjnego – wcale nie zmierzają do darmowego dla użytkowników udostępniania zasobów kultury, a korzyść dla państwa upatrują w pauperyzacji środowisk twórczych.

Szanowny Panie Premierze,

gdy w czasie II wojny światowej minister obrony Wielkiej Brytanii zaproponował Premierowi Winstonowi Churchillowi ograniczenie wydatków na kulturę, Churchill zapytał go: „A o co wtedy będziemy toczyć tę wojnę?!”.

Wszystkie badania miast europejskich i polskich potwierdzają, że kluczowymi elementami atrakcyjności tych miast są dwa czynniki: praca i kultura. Przemysły kreatywne dają pracę i powiększają atrakcyjność zamieszkiwania w danym mieście. Wiedzą o tym władze Londynu, który systematycznie awansuje na liście największych „polskich” miast. Deklarował Pan w expose, że zadaniem Pańskiego rządu jest ściąganie młodych Polaków z powrotem do Polski. Nie da się tego osiągnąć niszcząc krajowe przemysły kreatywne i zachęcając najzdolniejszych twórców do emigracji zarobkowej.

Apelujemy o pilne podjęcie rozmów z reprezentantami naszych środowisk, zwłaszcza, że w trakcie spotkania z filmowcami kilka lat temu i przy podpisywaniu Paktu dla Kultury deklarował Pan większe zainteresowanie naszymi problemami i konieczność cyklicznych spotkań. Czekamy na realizację tych deklaracji.

Z wyrazami szacunku

Wojciech Adamczyk, reżyser, profesor Akademii Teatralnej

Artur Barciś, aktor
Grażyna Barszczewska aktorka

Zofia Beszczyńska, pisarka, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich

Marek Biliński, muzyk, kompozytor muzyki elektronicznej,

Ewa Borguńska, dyrektor Krajowej Izby Producentów Audiowizualnych
Jacek Braciak, aktor
Jacek Bromski, reżyser filmowy, prezes Stowarzyszenia Filmowców
Polskich
Andrzej Dąbrowski piosenkarz, perkusista, dziennikarz
Jerzy Domaradzki, reżyser i scenarzysta
Bronisław Duży muzyk instrumentalista, kompozytor i aranżer,
wykładowca Akademii Muzycznej w Katowicach
Maciej Englert, reżyser teatralny, prezes Unii Polskich Teatrów
Tadeusz Ehrhardt-Orgielewski, muzyk jazzowy, Prezes Polskiego Stowarzyszenia Jazzu Tradycyjnego
Sławomir Fabicki reżyser filmowy
Feliks Falk, reżyser
Milenia Fiedler, montażystka filmowa, Wiceprezes Polskiego
Stowarzyszenia Montażystów PSM
Violetta Furmaniuk-Zaorska, producent audiowizualny,scenarzystka
Dariusz Gajewski, reżyser filmowy
Grzegorz Gortat, pisarz, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich
Andrzej Grembowicz, scenarzysta
Katarzyna Grochola, pisarka
Mariusz Grzegorzek, reżyser filmowy i teatralny, rektor PWSFTviT w Łodzi
Adam Halber, dziennikarz muzyczny
Andrzej Haliński scenograf
Maciej Hoffman, Prezes Stowarzyszenia Wydawców REPROPOL
Agnieszka Holland, reżyser filmowy
Zbigniew Hołdys, kompozytor, muzyk
Dorota Jabłońska, malarz, grafik, art video
Sylwester Jakimow, reżyser
Andrzej Jakimowski, reżyser filmowy
Kinga Jakubowska, prezes Fundacji Legalna Kultura
Katarzyna Janczewska-Sołomko, Stowarzyszenie Polskich Artystów Muzyków
Zbigniew Jan Jaremko, muzyk wykonawca, muzykolog, kompozytor i aranżer,
pedagog

Grzegorz Jarzyna, reżyser teatralny
Andrzej Jastrzębski, tubista jazzowy
Barbara Jóźwiak, prezes Stowarzyszenia Autorów i Wydawców „Polska
Książka”
Edyta Jungowska, aktorka
Mieczysław Jurecki, Stowarzyszenie „Solo życia”
Jan A.P. Kaczmarek, kompozytor, laureat Oscara
Jarosław Kamiński, montażysta filmowy, prezes Polskiego Stowarzyszenia
Montażystów
Anna Kazejak-Dawid , reżyser
Krzysztof Kłopotowski, publicysta i krytyk filmowy
Krzysztof Knittel, kompozytor, prezes Polskiej Rady Muzycznej
Janusz Koman, kompozytor, viceprzewodniczący Komisji Rewizyjnej
ZAiKS
Wojciech Konikiewicz, kompozytor, muzyk
Andrzej Korczak, Stowarzyszenie Menedżerów Artystów Polskich
Jerzy Kornowicz, kompozytor, prezes Związku Kompozytorów Polskich
Joanna Kos-Krauze, scenarzystka i reżyser filmowy
Janusz Kozłowski, muzyk jazzowy
Krzysztof Krauze, reżyser filmowy
Marek Król montażysta filmowy, wiceprezes PSM – Polskiego
Stowarzyszenia Montażystów
Paweł Królikowski, aktor filmowy, telewizyjny i teatralny
Paweł Kukiz wokalista, muzyk
Milo Kurtis muzyk
Borys Lankosz, reżyser filmowy
Tomasz Lipiński kompozytor, muzyk
Ilona Łepkowska, Scenarzystka, producentka filmowa i telewizyjna
Grzegorz Łoszewski, scenarzysta
Joanna Macha, scenograf filmowy i teatralny
Juliusz Machulski, reżyser, scenarzysta, producent
Łukasz Maciejewski filmoznawca, krytyk filmowy i teatralny
Wojciech Marczewski, reżyser, przewodniczący Rady PISF, wiceprezes Szkoły
Wajdy
Jacek Meira, profesor Akademii Muzycznej we Wrocławiu, muzyk
jazzowy, kompozytor, autor publikacji
Ludmiła Mitręga, prezes Stowarzyszenia Fotoreporterów
Jan Młynarczyk, muzyk, lider Sami Swoi Orchestra
Jacek Moskwa, prezes Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich
Piotr Mularuk, reżyser, producent, scenarzysta
Jerzy Niemczuk, pisarz, dramaturg, scenarzysta
Doman Nowakowski, scenarzysta, dramaturg
Janusz Odrowąż-Pieniążek, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Członek Zarządów
PEN-Clubu i ZAiKSu
Anna Onichimowska, pisarka, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Polska Sekcja
IBBY
Eda Ostrowska, członek SPP
Korneliusz Pacuda, dziennikarz muzyczny
Olga Pasamonik artystka plastyk, graficzka i ilustratorka
Ewa Piaskowska, producentka filmowa
Wiesław Podkański, Prezes Izby Wydawców Prasy
Jacek Poniedziałek, aktor
Juliusz Andrzej Rutkowski, magister sztuki, kompozytor, aranżer
Jolanta Rycerska, prezes Związku Polskich Artystów Fotografików
Krzysztof Sadowski, kompozytor i muzyk jazzowy, prezes Polskiego
Stowarzyszenia Jazzowego
Magda Sendecka, dziennikarka filmowa, psychoterapeutka
Rafał Sisicki, reżyser, aktor, członek ZASP
Jerzy Skolimowski, reżyser filmowy
Wojciech Smarzowski, reżyser
Stanisław Sojka, kompozytor, muzyk
Allan Starski, scenograf
Sergiusz Sterna-Wachowiak, pisarz, prezes Stowarzyszenia Pisarzy Polskich
Janusz Stokłosa, kompozytor
Małgorzata Strękowska-Zaremba, pisarka, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich członek
Zarządu Oddziału Warszawskiego
Jan Strządała, pisarz, prezes Oddziału Katowickiego Stowarzyszenia
Pisarzy Polskich
Maciej Strzembosz, scenarzysta i producent audiowizualny, prezes
Krajowej Izby Producentów Audiowizualnych
Stanisław Syrewicz, kompozytor
Karolina Szablewska, scenarzystka
Janusz Szprot, muzyk – pianista, kompozytor, nauczyciel akademicki, muzykolog

Paweł Szymański, kompozytor, Związek Kompozytorów Polskich
Bartłomiej Topa, aktor, Związek Artystów Scen Polskich
Michał Urbaniak, muzyk jazzowy
Bożena Walencik, reżyser, autor filmów przyrodniczych
Jan Walencik, reżyser, operator, autor filmów przyrodniczych, fotograf
przyrody
Maciej Wojtyszko, reżyser
Jerzy Zawadzki, montażysta, Polskie Stowarzyszenie Montażystów
Jerzy Zieliński, autor zdjęć filmowych, Prezes Stowarzyszenie Autorów
Zdjęć Filmowych PSC
Maciej Zieliński, kompozytor, Związek Kompozytorów Polskich
Wojciech Zieliński, operator filmowy
Kazimierz Żórawski, dziennikarz, Stowarzyszenie Filmowców Polskich
Artur Żurawski operator filmowy

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Odpowiednie dać rzeczy słowo, czyli rzecz o tytule

25 lut

To, co jest na razie dopełnieniem rozważań na temat komentarza filmowego, powinno być ich zwieńczeniem, albo je wyraziście rozpoczynać. Nie ma bowiem nic bardziej efektownego, jak chwytliwy tytuł filmu w rodzaju tych z serii opowieści o James Bondzie: „Świat to za mało” brzmi równie obiecująco i wyzywająco, jak szydercze „Umiera się tylko dwa razy„. Młodość nie jest skromna, więc mój debiutancki film nosił równie bezczelny tytuł: „Ja”. Miał oczywiście swoje logiczne znaczenie i potrafiłem to uzasadnić, ale następne także były wymyślne jak biografia Stefana Drzewieckiego: „Z głową, ale w obłokach„. Rzemieślnicy i mistrzowie kina przestrzegają przed układaniem tytułu ze słów powszechnie zużytych, jak powrót, droga, życie kogoś tam, czy miłość… Oczywiście, nie ustrzegłem się i w kilku moich filmach znajdują się dokładnie te same wyrazy. Podobnie jest z dość praktyczną sugestią, że nie powinno się decydować na intelektualne i barokowe popisy erudycji. Brakuje mi już dziś, niestety, mądrej rady i przypomnienia ze strony osoby, która by mi zwróciła uwagę, jak było to dotychczas, że o czymś już gdzieś napisałem i wspominam o tym po raz kolejny. Stary, polski szlachciura, Bartosz Paprocki, miał na to jedną i zawsze tę samą replikę: „Znacie?… no to posłuchajcie!”. Dawniej ludzie pisali mniej zawiłym stylem, niż współcześnie używanym przez filmowych scenarzystów i autorów dialogów. Czasem aż trudno uwierzyć, że prawdziwi ludzie w rzeczywistości wypowiadają takie słowa i właśnie tak do siebie mówią. Ale wracajmy do tytułowego tematu. Zamiast pokrętnych rebusów i zawiłych aluzji czytelnych tylko dla znawców języka, należy nadać tytuł, który łatwo da się przetłumaczyć za granicą i będzie zrozumiały w obcym kręgu kulturowym. Niezależnie od tego, czy stosujemy się do tych mądrych zasad, czy uprawiamy intelektualną łamigłówkę, zagraniczny dystrybutor zazwyczaj woli nadać własny tytuł rozpoznawalny na rynku, który on zna o wiele lepiej od nas. Cokolwiek zrobisz, będziesz żałował. Ta święta maksyma przyświecała mi, gdy zawierałem w tytule istotę tragicznej historii życia znanego z gazet i audycji „Dziecka Zamojszczyzny” – Bronisława Pekosińskiego. Mój roboczy tytuł brzmiał: „Wybrane zagadnienia z martyrologii osobistej bronka p.” i taki pozostał, mimo protestów wszystkich współpracowników, grafików i animatorów. Wszystko w tym przydługim tytule ma swoje znaczenie, nawet mała literka p w inicjale sztucznego nazwiska nadanego Bronkowi od skrótu polskiego Komitetu Opieki Społecznej. Bertold Brecht miał zwyczaj pospisywania się z małej litery, co przejęło po nim wielu, nie tylko niemieckich artystów i autorów utworów literackich. Wspomniałem więc o najkrótszym tytule debiutu w łódzkiej WFO i najdłuższym filmie wyprodukowanym w warszawskiej WFD. Pomiędzy tymi filmami zdarzało mi się zapożyczać standardowe zbitki wyrazowe, jak „Powrót do Kreuzburgstadt„, czy kopiować banalny tytuł „Droga„, ale wraz z Andrzejem Skoczylasem nie znaleźliśmy bardziej trafnego słowa na określenie wycieczki niewidomych do Wiednia i z powrotem do Warszawy. To zresztą ciekawe, że zostaliśmy za niego wspólnie uhonorowani dyplomem kapituły Nagrody Złotego Sześciopunktu. Film, obojętnie, jakiego rodzaju i gatunku przeznaczony jest głównie dla widzących, stąd słowo widz jest tak istotne dla kina. Ale to tylko dygresja o jednym z wielu paradoksów, jakich w naszej profesji jest co niemiara. Równie banalne i wielokrotnie, jak słowa w tytułach utworów kina, bywają powtarzane, używane nagminnie cytaty, raz jako motto, czy też jako kompozycyjna koda w ostatecznym układzie filmu. Warto się pokusić o sprawdzenie statystyki ich używania, choćby przez wpisanie kilku słów kluczowych w okno dowolnej wyszukiwarki internetowej. Ale i tu nie mogłem się powstrzymać przed odwołaniem do ulubionego wiersza, czy ustępu prozy. Każdy z nas ma własny gust i osobiste doświadczenia, które odnoszą się także do zapamiętanych przysłów, fraz, szlagwortów i anegdot. Kiedy przychodzi sprzyjający moment, one same powracają do nas z przeszłości i cisną się nam na usta. Wtedy opowiadając o sobie, dzieląc się z ludźmi przeżyciami i refleksją przywołujemy je. Dopiero wtedy zaskoczeni odkrywamy, jak wiele ich w nas było i wciąż jeszcze jest… aż do śmierci.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

100 miliardów istnień

23 lut

Jeśli wierzyć astronomom, w kosmosie jest wiele Wszechświatów. Do tej pory wydawało ni się, że nie ma już nic poza naszym Wszechświatem, bo sama nazwa oznacza coś nieskończenie wielkiego. Tak odległego, że wręcz niepojętego dla przeciętnego umysłu człowieka. Ja nie uważam się za geniusza i przyjmuję podawane w filmach informacje z pełną wiarą w kompetencje naukowców. Z drugiej strony musi upłynąć sporo czasu, żebym mógł przyjąć za oczywisty fakt szokujące dla mnie porównanie ilości słońc w naszym najbliższym otoczeniu. Jest ich podobno więcej, niż ziaren piasku na Ziemi. Droga Mleczna zawiera sto miliardów galaktyk, a w naszej Galaktyce jest około stu miliardów gwiazd i planet. Na jednej z nich, „Planecie ludzi”, jak o niej pięknie pisał pilot Antoine Saint Exupery, od początku świata żyło i umierało sto miliardów ludzkich istnień.
Patrzę w zadowolone i uśmiechnięte twarze spoglądających w niebo przez teleskopy ludzi. Widzę, z jaką dumą obwieszczają nam swoje odkrycia opowiadając o księżycach, czarnych dziurach, gwiazdach podwójnych i erupcjach we Wszechświecie. Słucham ich i podziwiam tak, jak z otwartą buzią słuchałem opowiadanych mi w rodzinnym domu baśni, podań i legend . Obserwuję to, co się dzieje w ich błyszczących z emocji oczach tak, jak oni obserwują krążące w kosmosie komety i asteroidy. Zastanawiam się, czy po raz kolejny człowiek wpada w pułapkę własnego rozumu i może sobie nie poradzić z kolejnym odkryciem, podobnie jak dzieje się to z bombą atomową… To nie jedyny wynalazek, który zaistniał w sposób niekontrolowany przez jego twórców.

Z wielką wiarą i nadzieją słucham młodego naukowca, który obiecuje mi, że ludzkość może stać się nieśmiertelna, bo osiągnięcia nauki pozwolą nie tylko na podtrzymywanie przy życiu umierających, ale nawet może wskrzesić umarłych. Już teraz nieuleczalnie chorzy, dość zamożni wybrańcy są w stanie zlecić zamrożenie swego ciała, aby je można było poddać operacji w czasie, gdy medycyna będzie w stanie wyleczyć ich z choroby, która na razie jest śmiertelna. Na jednym biegunie wyobraźni stoją przede mną zastępy antycznych bohaterów, trzystu Spartan, ofiar wypraw krzyżowych, pomordowanych przez hitlerowców Żydów i powstających z martwych oprawców, katów, zbrodniarzy. Ożyją samobójcy, ale i skazani na śmierć heretycy, polegli na arenie gladiatorzy, walczący z Imperium Romanum barbarzyńcy, legioniści i złoczyńcy. Wszyscy będą skazani na wspólną egzystencję z ich ofiarami? Powstanie z martwych piękna Neferetete i mumie faraonów. Wizja cudownego zmartwychwstania przywodzi na myśl Sąd Ostateczny, który w tym wymiarze ma tylko moralne znaczenie. Cóż z tego, że ktoś zostanie potępionym jeśli będzie żył wiecznie, a on sam Dekalog Praw ma za nic…? Z jednej strony jest to przerażająca wizja stu miliardów ludzi, którzy przez cztery i pół miliona lat rodzili się i umierali na tej Ziemi.
Do tego należy doliczyć zwierzęta. Niektóre z nich, to prawdziwe potwory. Nie wiadomo, czy i jak słabi ludzie poradziliby sobie z o wiele większymi dinozaurami. Co prawda Bóg przyzwolił i nakazał, żeby człowiek czynił sobie Ziemię poddaną… Z drugiej strony pozostawiono nam w spadku usprawiedliwiające wojny teorie o rzekomej konieczności prowadzenia wojen, które oczyszczają populację z najsłabszych, zdegenerowanych elementów. Cóż za pragmatyzm… Gdyby nie wielkie klęski żywiołowe i krwawe batalie z udziałem wielu narodów, to Ziemia byłaby przeludniona poza wszelkie możliwe granice życia w pokoju i harmonii. Na świecie musiałby zapanować chaos i konflikt byłby nieunikniony.
Nie snuję żadnych futurystycznych wizji i nie śmiem nawet wyciągać wniosków z historii ludzkiej cywilizacji. Pozostawiając uwadze wierzących kwestię wiary i dogmatu, staram się odnaleźć w chaosie opublikowanych już teorii społecznych, ideologii i ogłoszonych wizji przyszłości. Pozornie jest w nich wielki optymizm i wiara w sens przetrwania ludzkości, ale z drugiej strony musimy sobie zdawać sprawę z nieuchronności zagłady naszej planety i całkowitego zniszczenia dziedzictwa. Możemy zasiedlić głębiny mórz i oceanów. Będziemy w stanie założyć kolonię na Księżycu, ale w skali Wszechświata, odwlekamy tymi przedsięwzięciami to, co i tak się musi stać. No dobrze, możemy wysłać w kosmos nasze geny i w jakiś cudowny sposób sprawić, że odrodzimy się gdzieś na bliźniaczej planecie. Stąd jednak musimy odejść, bo po tej Ziemi nie zostanie nawet wspomnienie. Pojawiliśmy się tu z woli rodziców zaledwie na moment, a nawet Ziemia jest chwilowym, zachwycającym wszystkich jej mieszkańców, fenomenem. Niech nim więc nim w naszych sercach i umysłach pozostanie, póki my tu z Bożej łaski, razem żyjemy, kochamy się z nadzieją…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Niedoskonała, ludzka pamięć

23 lut

Tuż po napisaniu słów o konieczności wykazania się sprawiedliwą pamięcią dla odchodzących bohaterów zdałem sobie sprawę, że wykazałem się brakiem wiedzy, a nawet rozsądku. Powinienem przecież wiedzieć, że z definicji PAMIĘĆ NIGDY NIE JEST SPRAWIEDLIWA. To kaprys losu i to, co Edgar Morin nazwał Duchem Czasu sprawia, że na najwyższym piedestale stoją miernoty, a najwspanialsze umysły umierają gdzieś samotnie, z dala od stołecznych salonów. Nikomu nie przyjdzie do głowy oddać im sprawiedliwość po kolejnej zmianie władzy, bo wraz z nią zmieniają się priorytety i nowi święci, nowe autorytety zostaną wystawione na widok publiczny. Piszę o tym przeszło rok po śmierci najbarwniejszej z gwiazd polskiej estrady i filmu, świętej pamięci Violetty Villas. Nie miała ona w życiu szczęścia i nikt nie podał jej pomocnej ręki. Czy w takim razie nieprawdą było, że tak wielu ludzi ją kochało tłumnie wypełniając sale koncertowe? Owszem, była kochana, ale równie mocno znienawidzona i bezwzględnie prześladowana. To właśnie ta obsesja, umiejętnie podsycana przez „życzliwych”, przyprawiała ją o obłęd i wpędziła ją do grobu. Na jej pogrzebie zjawiły się tłumy warszawiaków i wielbicieli jej talentu z całego kraju. Natomiast w amerykańskiej Częstochowie odbył się w skromniejszym gronie pogrzeb z prochami wiekowego bombardiera, pułkownika Bogusława Morskiego. Cóż z tego, że prezydent zdążył uhonorować go awansem i orderem, skoro nikt już nie zechciał wspomnieć o tym w jego ojczystym kraju. Violetcie Villas także powinno się przynajmniej na grobie, wystawić godny jej talentu pomnik. Niestety, dzisiaj już nikogo to naprawdę nie obchodzi. Proponowałem Krzysztofowi, ze zainicjuję w prasie zbiórkę funduszy na ten cel, ale on chyba przewidywał, że wywoła to falę zawistnych komentarzy ze strony nieżyczliwych ludzi. Tych samych, którzy sprokurowali rzekome dowody na jej brylowanie w gmachach tajnych służb PRL, jako komunistyczna agentka w Europie i za Oceanem. Ku rozczarowaniu oficerów prowadzących, polska Mata Hari pozostała jedynie w ich najśmielszych snach naiwnym projektem. Szkoda tuszu i atramentu, żeby rozpisywać się o inteligentnych wybiegach Violetty i sprytnych pułapkach, jakie zastawiała na tępawych agentów śledzących jej każdy krok w kraju i za granicami.Posądzano ją o donosicielstwo, a w raportach pozostających w archiwum IPN, widać przede wszystkim donosy, które koleżanki i koledzy oraz funkcjonariusze służb specjalnych pisali właśnie na nią. Dajmy spokój Violetcie i jej prześladowcom. I ona, ( rzekomo TW Gabriela) i oni (agent Radek) już w przeważającej większości spoczywają w pokoju. Ta sama Ziemia przyjęła ich ciała i niespokojne dusze. Nikt, komu przyszło żyć w kraju nad Wisłą, w tych ciężkich, powojennych czasach, nie jest bez winy, ale także nikt nie ma prawa jej komukolwiek zarzucać. W tej sprawie nie jesteśmy uprawnieni do moralnego osądu, bo żaden sędzia, ani najpotężniejszy i sprawiedliwy władca, nikt nie jest Bogiem. Szkoda, naprawdę szkoda, że najpiękniejsi i najbardziej utalentowani Polacy byli zmuszeni walczyć o swoje dobre imię, jak też to musiał czynić Bogusław Morski po cudownym ocaleniu z katastrofy bombowca strąconego nad Holadią w czerwcu 1944 roku. Nie ufano mu i nie pozwolono kontynuować lotniczej kariery. Przez resztę życia walczył o godny pochówek swoich kolegów i po wielu latach starań udało mu się im urządzić wojskowy pogrzeb na cmentarzu w Bredzie. Violetta także do końca żyła wspomnieniami dawnej chwały, zaprzepaszczonych szans i niespełnionych marzeń. Pozostały po nich filmy, w których przynajmniej częściowo oddajemy im cześć i zasłużoną chwałę. Poczytuję to sobie za wielki honor, że dzięki Pani Aleksandrze Ziółkowskiej mogłem uwiecznić na taśmie filmowej tak znakomite postaci, jak kanadyjski senator Stanley Haidasz, dyrektor Jan Nowak Jeziorański, Pani profesor Barbara Skarga, czy Zbigniew Brzeziński. Część z nich już za życia powoli odeszła w cień pokornie ustępując miejsca głośniejszym i bardziej śmiałym luminarzom, którzy uważają, że świat stoi przed nimi otworem i do nich należy przyszłość. No cóż, czas pokaże…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

SPRAWIEDLIWA PAMIĘĆ

22 lut

Miałem już uwieńczyć rozważania o pisaniu filmowego komentarza refleksją na temat tytułów, gdy niespodziewana wieść o śmierci bombardiera z Avro Lancastera wytrąciła mnie ze stanu skupienia, jakiego wymagają studia nad tak abstrakcyjnym zagadnieniem, jak komentarz. W „Requiem dla Orłów” i „Spełnionej misji” nie miałem z tym najmniejszych problemów, bo tytuł filmu i reportażu pojawił się, jako naturalne dopełnienie zarejestrowanych wspomnień jedynego lotnika, który ocalał z katastrofy. Ujął nas świeżo mianowany przez Prezydenta RP, podpułkownik Polskich Sił Powietrznych w stanie spoczynku, Bogusław Franciszek Morski, a właściwie Boguś, bo nie chciał się przy nas czuć, jak weteran, ale zwykły krajan, tylko że zza Oceanu. Z wielkopańskim gestem rozdawał nam ciężko zarobione za Oceanem dolary mówiąc, że jest nam bardzo wdzięczny za unieśmiertelnienie go w dokumentalnym filmie, gdzie grał główną rolę. Rzeczywiście, Telewizja Polska powinna się naprawdę wstydzić nie tylko za upokarzające twórców honoraria, ale niepoważne traktowanie bohaterów. Ta upolityczniona instytucja zawsze powielała liczne „faux paux” panującej „wadzy”. Jej przedstawicielami na pogrzebie był drugi, a nawet trzeciorzędny sort urzędników dukających po polsku tekst, napisanego przez kogoś innego, przemówienia z kartki. Tymczasem przeważająca większość uczestników mszy i uroczystości pożegnalnej na cmentarzu w Bredzie mówiła z przejęciem od siebie, bez zająknięcia, tylko z przerwą na moment, kiedy łza się zakręciła w oku albo gardło zdusił wzruszający szloch. Wśród odwiedzających wojskową nekropolię attache wojskowych krajów NATO, alianckich kombatantów i lotników, nad świeżą mogiłą stał poważny i skupiony podpułkownik, bombardier Bogusław Morski. Salutował poległym kolegom, którym przed laty ślubował, że za wszelką cenę ich odnajdzie i nie spocznie, aż nie wydobędzie ich szczątków z jeziora i doprowadzi do godziwego pogrzebu z honorami wojskowymi. Dla urodzonego w 1917 roku niedoszłego studenta historii Uniwersytetu Jana Batorego w Wilnie była to prawdziwa droga przez mękę. Ale Bogusław Franciszek Morski pochodził z Bracławia na Ukrainie, a Kresowianie są nieustępliwi i nie zrażają się obojętnością tych, którzy akurat mogą podjąć właściwe decyzje o wparciu jego misji. Za Oceanem żył z tego, że potrafił przekonywać potencjalnych klientów do zakupu dóbr konsumpcyjnych wszelakiego rodzaju. Przez lata nabrał wprawy i naprawdę umiał to robić. Podczas prywatnej wizyty w Starym Kraju przekonał Pawła Wrońskiego z „Gazety Wyborczej” do napisania ( ilustrowanego mapką i jego zdjęciem) artykułu na całą stronę o tragicznej historii załogi Avro Lancastera z 300 Dywizjonu Bombowego Ziemi Mazowieckiej. Emisja filmu i udzielane potem wywiady zrobiły swoje, bo Prezydent awansował go i odznaczył w Wieluniu krzyżem za czynny udział w wojnie obronnej 1939 roku. Miał więc bombardier Bogusław Morski pod koniec życia swoje „pięć minut” i naprawdę potrafił się z nich cieszyć. Przesiadywaliśmy w nadbrzeżnych tawernach kurortu Volendam, który do łudzenia przypomina polski Sopot. Piliśmy wybornego Tuborga zagryzając świeżo złowionymi węgorzami z jeziora Ijselmeer, tego samego, w którym spoczywał wrak zestrzelonego przez Niemców bombowca. Przed wojną to była zatoka nad Morzem Północnym i dopiero po wojnie uregulowano ten zbiornik wodny. Dzięki temu, że woda była o wiele spokojniejsza można było bez większego ryzyka penetrować muliste dno, w którym wylęgło się sporo węgorzy. Kilkaset strąconych samolotów z ciałami lotników stanowiło dla nich żer. Aby wydobyć samolot potrzeba około miliona dolarów i Bogus potrafił przekonać działaczy miejscowej Polonii, a także młodych eksploratorów z Aircraft Recovery Group, żeby w końcu doprowadzić do szczęśliwego finału. W kraju nie można było liczyć na bogatych sponsorów tego przedsięwzięcia, bo dla rządzących zawsze były ważniejsze sprawy i priorytety. Mnóstwo listów napisanych przez działaczy Stowarzyszenia Polskich Lotników wysłano właściwie na Berdyczów. Za to Holendrzy zainteresowali władze cywilne i wojskowe, zaktywizowali regionalne i centralne organy władne podejmować decyzje. Okazali się wspaniałymi ludźmi, którzy wdzięczni Polakom za wyzwolenie spod okupacji po raz kolejny wykazali się spolegliwością. Były komandos i przedsiębiorca, Nico Kwakman i historyk lotnictwa, Chris Broere uczestniczyli na każdym etapie prac wydobywczych Avro Lancastera BHC286D. Późną jesienią przyjechaliśmy na pogrzeb w Bredzie wraz z Bogusławem Morskim. Tym razem nie był sam, chociaż notable nie docenili wagi niezwykłej uroczystości. Powinien zjawić się prezydent Rzeczpospolitej, ale może to dobrze, że wśród tak znakomitych, zaproszonych gości nie było zataczającego się jegomościa, który potem by tłumaczył swoje zachowanie jakąś filipińską przypadłością. Nie było też w katedrze i na cmentarzu w Bredzie, szefów najważniejszych polskich urzędów. Zamiast nich był obecny konsul w towarzystwie ludzi z ambasady w Hadze, dziennikarzy, wydawców biuletynów kombatanckich i redaktorów pism lotniczych. W trwającej nieco ponad kwadrans „Spełnionej misji” wykorzystałem obszerne fragmenty „Requiem dla Orłów„, które do tej pory nie doczekały się emisji. Podejrzewam, że pomimo wyraźnej deklaracji na piśmie „Z nieba do nieba” także nie doczeka się publicznej emisji w TVP w kwietniu. Dlatego też z czystym sumieniem zamieściłem te filmy w sieci, bo na razie tylko w tej formie można dzisiaj udostępniać opowieść o ofiarach katyńskiej zbrodni i załodze Avro Lancastera z polską załogą na pokładzie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

radość zmagania się z materią

22 lut

losangelesMoże to wygląda na pewien rodzaj autorskiej pychy, bo zgadzam się z krytykami, którzy sądzą, że cytować własne filmy i scenariusze mogą wiekowi twórcy o uznanym dorobku. Nie znam jednak aż tak wielu przykładów z zapamiętanych utworów światowego kina, a nawet powstających w kraju dzieł korzystających z wielu odmian komentarza. Natomiast sięgając pamięcią do moich pierwszych prób przypominam sobie, że podczas studiów w łódzkiej szkole filmowej unikałem go jak ognia. To dopiero przyszło do mnie z czasem i zacząłem wplatać go w tkankę opowieści o Stefanie Drzewieckim herbu Nałęcz w dwóch biograficznych dokumentach o tym konstruktorze łodzi podwodnym i samolotów. Z początku sekwencje komentarza: „Z głową, ale w obłokach” oraz  „Z przeszłości, do której już należę” traktowałem jako spoiwo nagranych cytatów oryginalnych wypowiedzi, archiwaliów, inscenizacji i wywiadów. Z czasem pojąłem, że oprócz niezbędnej informacji, właściwie ułożone i dobrane słowa niosą emocje i tworzą pożądany przez autora kontekst przedstawionych faktów. Dokładnie tak stało się w dokumentalnym filmie o Janinie Lewandowskiej „Z nieba do nieba„. Dla odmiany, ta opowieść jest oparta głównie na słowach pisanego w sowieckiej niewoli komentarza bohaterskiej córki generała Józefa Dowbora – Muśnickiego. O ile sklejające sekwencje dyptyku o polskim inżynierze działającym w carskiej Rosji i republikańskiej Francji łączyły różnorodne gatunkowo sceny, w filmie o zamordowanej w Katyniu porucznik pilot z aeroklubu poznańskiego i III pułku lotniczego, zaistniał przede wszystkim jej osobisty dziennik. Oczywiście wszystko jest pomysłem scenarzysty, bo w dołach śmierci nie znaleziono żadnego, kobiecego raptularza. Co więcej, zdanie po zdaniu, powstawało równocześnie z kształtowaniem się kolejnych, dramaturgicznych sekwencji na stole montażowym. Zupełnie inaczej działo się przed przystąpieniem do jakichkolwiek prac nad historycznym filmem: „Spojrzenie na maj„. Zrobiliśmy go wspólnie z pułkownikiem Karolem Grześkowiakiem w Redakcji Programów Wojskowych i Obronnych TVP. O ile dobrze pamiętam, powstał on na zamówienie komórki Ministerstwa Spraw Zagranicznych na rocznicę zakończenia drugiej wojny światowej. Profesjonalny historyk sporządził kilkunastostronicowy tekst, który wraz z nim zacząłem redagować. Wielokrotnie złożone akapity przekształciliśmy w krótkie sekwencje pojedynczych zdań. To, co dobrze czyta się w postaci drukowanej nie zawsze wybrzmiewa podczas seansu filmowego. W kinie radio i telewizji strzela się krótkimi seriami , a nawet pojedynczymi, celnymi słowami. Często używa się równoważników zdań. Można zaryzykować twierdzenie, że stosuje się tych samych tropów stylistycznych, jakie mają zastosowanie w klasycznej poetyce i literaturze. W komentarzu trzeba jednak pamiętać o możliwościach intelektualnych odbiorcy, który czytając książkę może zatrzymać się w lekturze i kilkakrotnie przeczytać trudniejszy fragment tekstu. Na ekranie to, co nie zostało w porę zrozumiane, bezpowrotnie przepada. Widz nie ma szans wstrzymać projekcji, chyba że ogląda w domu taśmę video lub DVD. Wtedy jednak zostaje zachwiana ciągłość projekcji i stworzony nastrój pryska, jak bańka mydlana. Uczyłem się zawiłych reguł pisania komentarza dla konkretnego lektora. Ilekroć przystępowaliśmy do nagrywania pieczołowicie dopracowanych zdań, zawsze musieliśmy coś zmienić, bo świeże spojrzenie czytającego tekst aktora było odkrywcze i bezcenne. Inaczej traktował tę materię i tworzywo Henryk Boukołowski, Tadeusz Borowski, Krzysztof Kołbasiuk, niż redaktorzy Andrzej Roman, Czesław Seniuch, a już zupełnie odmiennie podchodzili do tekstu nagminnie czytający pod obraz starzy wyjadacze z kilkudziesięcioletnią praktyką. Okazuje się, że po tylu próbach i doświadczeniach z komentarzem jest dokładnie tak, jak z lekturą książek… Im więcej czytasz, tym bardziej zdajesz sobie sprawę, jak wielkie zaległości masz jeszcze do nadrobienia. Wiem, że nie istnieje idealna metoda i najwłaściwsze rozwiązanie tego problemu, ale jakże to zajmujący i fascynujący temat. Gdybym poznał całą tajemnicę komentarza, przestał ją zgłębiać eksperymentując, łamiąc klasyczne reguły to praca nad filmem w ogóle by mnie przestała bawić. To jednak chyba nigdy się nie stanie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Komentarz bywa treścią wydarzeń

21 lut

Powracając z dalekiej podróży po krainie dygresji przypomniałem sobie wywiad z Richardem Gere, który napomknął w rozmowie o własnym scenariuszu, że dla niego bardzo ważną rzeczą jest, by dialogi miały właściwy rym, rytm, a nawet frazę muzyczną. Wtedy one naprawdę wybrzmiewają, a ni są tylko nośnikiem informacji o rozwoju fikcyjnych wydarzeń przedstawionych na ekranie. W filmowym komentarzu nie może być inaczej. Istnieje kilka jego charakterystycznych odmian, od informacyjnego w trybie oznajmującym, poprzez metaforyczny z użyciem klasycznych tropów literackich,  aż do poetyckiego komentarza w formie wiersza lub jego fragmentu w postaci cytatu. Do każdej z wymienionych wersji konieczne jest wyobrażenie osoby, która wypowiada pracowicie dobierane słowa interpretując ich głęboki sens, oddając w pełni sens i treść utworu. Do historii już przeszły słynne głosy radzieckiego aktora, który ogłaszał najważniejsze wydarzenia w ZSRR, czy amerykańskiego lektora wypowiadającego jedno, ale jakże wyraziście podane słowo: „PANASONIC„. Pomiędzy tymi legendarnymi osobistościami  przebywającymi już w zaświatach, żyją tak znakomici aktorzy i lektorzy, jak Krystyna Czubówna, Jakub  Urlich, Marek Lelek, Stefan Wilkans, Jan Czernielewski, Stefan Knothe, Mateusz Drozda, Mariusz Siudziński, czy Tomasz Marzecki. Jest to oczywiście zaledwie próbka wciąż aktywnych w krajowych mediach interpretatorów, ale lista jest obszerna choćby po to, żeby można było wybrać właściwy instrument o odpowiedniej tonacji i brzmieniu. Oczywiście warsztat aktorski pozwala wykonawcy zmieniać i modulować barwę głosu, ale nigdy tuba nie zabrzmi tak samo, jak flet piccolo, a kontrabas nie odegra identycznej sekwencji dźwięków, jak skrzypce. Obserwuję od wielu lat pojawiające się w filmach sekwencja komentarza i dziś dokładnie wiem, co miał na myśli zmarły przed kilku laty Krzysztof Nowak wspominając o ważnym elemencie konstrukcji dzieła, jakim jest właśnie mistrzowsko skonstruowana konfiguracja słów i pojęć. Wymaga to ogromnej wiedzy, indywidualnego wyczucia stylu, a także aktorskiej wyobraźni, bo często pisząc komentarz trzeba przeczytać zdanie, lub cały ustęp na głos i dopiero wtedy wiemy, czy to się dobrze słucha i jak to w rzeczywistości wybrzmiewa. Komentarz bywa czasami rusztowaniem, na którym wspiera się chwiejny szkielet konstrukcji dramatu, ale był też głównym nośnikiem treści, jak w bardzo głośnych filmach Erika von Daenikena o zaginionych cywilizacjach i wizytach kosmitów odwiedzających naszą Ziemię. Niezależnie od proporcji, z jednym jedynym cytatem w formie motta, wtrętach, cytatach pojawiających się w kolejnych rozdziałach opowieści, jest to coś w rodzaju odniesienia przypowieści do Absolutu. Jeśli nawet komentarz odnosi się do akcji, to rzadko w nim uczestniczy. Są oczywiście wyjątki, jak na przykład w amerykańskim serialu „Cudowne lata„, gdzie jest on rodzajem osobistego raptularza Kevina i życzliwym mu Narratorem usprawiedliwiającym przed widzem jego największe wygłupy i zupełnie irracjonalne decyzje. Najważniejszą konstatacją odnośnie komentarza filmowego jest jego niewątpliwa integralność z dziełem, w którym istnieje jako jeden z najważniejszych elementów na równi z muzyką i obrazem. Warto pochylić się nad obejrzanym filmem i prześledzić po raz kolejny zawarte w komentarzu treści. Tak czynią nie tylko filmoznawcy i kinomaniacy, ale i widz, który głęboko przeżył seans nie w pełni zapamiętując najważniejsze maksymy wypowiedziane pomiędzy dialogami bohaterów. Dlatego czasami powracamy do kina, albo poszukujemy kopii dawno wycofanych z dystrybucji filmów. Tęsknimy do nich i do tych kilku, nielicznych, ale w istocie „złotych momentów” , w których wybrzmiewały z ekranu przejmujące nas do głębi słowa autora komentarza. Może nim jest scenarzysta, reżyser, a nawet aktor zaznaczający w tej postaci swój indywidualny ślad w interpretacji dzieła. Sukces ma wielu ojców, ale ktokolwiek napisał niezapomniane strofy, są one wspólnym dziedzictwem ludzkości. Czy ktoś dziś naprawdę wie, jak wyglądał legendarny Homer, jaką miał barwę głosu…? Najważniejsze, że pozostała po nim „Iliada” i „Odyseja” i nawet jeśli najbardziej popularne dzieło ostatecznie zejdzie z ekranu, to w pamięci pokoleń widzów pozostaną strzępy dialogów i cytowane fragmenty filmowego komentarza.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ciemna odsłona narracji

21 lut

Dla mnie osobiście, napisany, wypieszczony i wypowiedziany przez lektora komentarz najpełniej wybrzmiewa w ciemnościach sali kinowej, albo we wnętrzu kabiny  projekcyjnej. Jasne, otwarte przestrzenie mogą być areną wielkich, plenerowych koncertów, ale choć jest w tym mnóstwo radości i wspólnej zabawy, to jednak nie ma w tej ogromnej przestrzeni miejsca na tak ważną dla każdego człowieka z osobna,  intymność. Nie wiadomo, na czym to polega, ale reżyser, scenarzysta, aktor i operator filmowy nie są zwykłymi ludźmi, ale sui generis Książętami Ciemności, Mrocznymi Rycerzami sal kinowych. Jest to jedyne miejsce, gdzie oni naprawdę istnieją, a noc to właściwa pora, w której czują się jak krążące po ustalonych orbitach gwiazdy i planety. W rzeczywistości, w ostrym, przenikliwym świetle dnia są zagubionymi, bezradnymi istotami, nieszczęśliwymi, że ktoś skazał ich na zmaganie się z życiem. Potrafią przespać tę fatalną porę, w której wspaniale funkcjonują normalni ludzie i doskonale sobie radzą zwykli zjadacze chleba. Budzą się po zachodzie słońca i dopiero o zmroku nabierają sił. Jestem jednym z nielicznych, stałych klientów nocnych sklepów. Nie odbieram dzwoniącego telefonu sięgając po niego dopiero, gdy rozmówca dawno smacznie śpi. Podobnie, jak wielu moich towarzyszy niedoli odczytuję po przebudzeniu komunikat o tym, kto dzwonił, albo odsłuchuję pozostawioną przez niego wiadomość. Naprawdę żyjemy, jak wiecznie nienasycone, emocjonalne wampiry czerpiąc z prawdziwego życia obserwację do swoich scenariuszy, inscenizacji wybranych z codzienności scen z udziałem ubranych w stylowe kostiumy, ucharakteryzowanych aktorów.  Dopiero po serii prób  zmywamy z siebie pył ze ścian, kurtyny i scenicznych desek, ścieramy pot i zbędny makijaż. W gorącym strumieniu wody z prysznica, albo zanurzeni po szyję w wannie dochodzimy do siebie z czasem osiągając  wewnętrzną harmonię… Ale to nie ma nic wspólnego ze stanem szczęśliwości i spokoju, upragnionego ładu serca i duszy.

Sztuka już z samej definicji oznacza sztuczność, kreację rzeczywistości. Powstaje w absolutnej samotności twórcy i odosobnieniu. Ona jest zbyt potężnym ładunkiem wzruszeń dla wrażliwego artysty, żeby on mógł spokojnie ją znieść i przeżyć. Uczestniczy więc w niej oszczędnie, niejako czerpiąc z niej to bogactwo porcjami, aby się nie zachłysnąć i zanadto nie zachwycić. Aktor podgląda naturalne zachowania śmiertelników oczekujących na autobus, robiących zakupy przytulających się do siebie na peronie metra a potem to samo usiłuje dość wiernie odtworzyć odreagowując każdą ludzką emocję ze wszelkimi niuansami i sytuacyjnymi odcieniami. Dyskutują o tym z wielkim ożywieniem uczestniczący w inscenizacji kochający kino ludzie filmu, teatru i telewizji. Rozkwitają dopiero na deskach Teatru Wielkiego, Opery Narodowej,  o czym otwarcie i szczerze powiedział kiedyś w wywiadzie Mariusz Treliński. Po kilku miesiącach prób wyszedł na zewnątrz gmachu, w którym razem z zespołem artystów pracował nad spektaklem i ze zdumieniem stwierdził, jak bardzo zmienił się świat, prawdziwy świat z codziennymi sprawami zwykłych ludzi.

Piszę te szczere słowa przy świetle żarówki i nie sądzę, żebym się zdobył na nie, gdyby słońce padało na klawiaturę. Wolę półmrok i pomarańczowy poblask na klawiszach, które raz po raz dotykam uwalniając najskrytsze myśli przypadłości, na którą sam już nic nie mogę poradzić. Istnieję naprawdę w samotności, albo wśród książąt ciemności tworzących w nocy swoje mroczne dzieła przesypiając całe dnie z dala od zabieganych, załatwiających swe codzienne sprawy, ludzi. Oni przychodzą wieczorami do sal teatralnych, zasiadają w wygodnych, kinowych fotelach i oglądają to, co z takim mozołem powstaje, gdy oni śnią o lepszym życiu. Dawno już mnie opuścił spokojny sen, ale wiem, że nie jestem osamotniony w czasie od zmierzchu do świtu i wypełnionej ciszą przestrzeni. Ona do złudzenia przypomina śmierć i każe się zastanowić nad jej nieuchronnością. Nie ma już miejsca na prawdziwe życie i dziecięcą niefrasobliwość pozwalającą radować się każdą chwilą. Przed nami jest już nieskończona pustka Kosmosu, nieuporządkowany Chaos, w którym uparcie, lecz nadaremnie usiłujemy przez całe życie odnaleźć jakiś wewnętrznie spójny system i logikę zdarzeń.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

glossa do komentarza

20 lut

aRóżnica między komentarzem realistycznym, a metaforycznym. O komentarzu można pisać dokładnie tak, jak analizuje się wiersz i prozę. Tyle jest bowiem odmian swoistego monologu o naturze zjawisk wokół nas, ile filmowych i dziennikarskich tematów. Mieści się w tym wszechświecie gatunków i rodzajów cykl podróżniczy, oświatowy, kosmologiczny, pragmatyczny i religijny. Obok ponadczasowych tematów historycznych, aktualnych politycznych a także przyczynkarskich wzmianek powstających niejako przy okazji tradycyjnych form, istnieje strumień szarej, codziennej, wyrobniczej produkcji z prostą relacją, która musi być wystarczająco prosta i jasna, aby każdy widz bez problemu zrozumiał podawaną informację, czy instrukcję. Prawdziwy artysta potrafi jednak i z tak pozornie przyziemnego tematu zrobić interesujący, żeby nie powiedzieć wprost, fascynujący wykład. Jeśli bowiem pokazujemy widzom, jak powstaje konstrukcja wieżowca, albo mostu, możemy wyjść poza schemat instrukcji obsługi i BHP. Inaczej brzmi suchy komunikat  ilości niezbędnych materiałów do zrealizowania planu budowy, a zupełnie inną wymowę ma porównanie kosztów opisanego projektu do ceny istniejącego już obiektu, który jest znany na całym świecie. I tak relacjonując kolejne etapy powstawania budowli możemy karmić wyobraźnię widza choćby ilością wagonów metra, jakie pomieszczą się na długim moście, albo czasem przejazdu całego składu od brzegu do brzegu. Oglądający taki seans odbiorca zawsze zareaguje na informację o tym, że ilość drutu zużytego podczas trwania budowy ogromnego obiektu, wystarczyłaby na dwukrotne opasanie kuli ziemskiej. Do tego podawane są ilości ciężarówek wywiezionej ziemi z powstających fundamentów i przywiezionego kruszywa. Jednym z najbardziej szokujących chwytów piszącego inny komentarz autora było wymienienie liczby ofiar pracowników przymusowych produkujących pociski V2 w tajnym ośrodku na wyspie Wolin i obliczenie ilości zabitych przypadających na jedną wystrzeloną rakietę. Podobnym zabiegiem było podanie ilości zabitych przez Japończyków jeńców przypadających na jeden podkład torów zbudowanej linii kolejowej w okolicach singapurskiej dżungli. Smakoszy zainteresuje menu potraw podawanych robotnikom budowlanym i ich honoraria. Ludzie zawsze są ciekawi tego, co dla nich jest niecodzienne i niedostępne. Stąd też komentarz w filmie historycznym powinien zawierać anegdoty z codziennego życia królów, ich bolączki, koszmary, ulubione przedmioty i miejsca, w jakich czuli się szczęśliwi. Wówczas łatwiej oswoić widza z kimś, kto jest legendą, ale równocześnie ma wiele cech, podobnych do każdego człowieka.Wtedy nawet znienawidzony, powszechnie pogardzany tyran ujawnia ludzką twarz i jeśli nie wzbudza współczucia, to na pewno jest interesującym obiektem do analizy. Od zarania istnienia Homo Sapiens, lubimy się przecież pochylać nad losem bliźniego, aby z pogłębionej refleksji i dyskusji, wysnuć jakieś użyteczne wnioski dla siebie. Jeśli słyszymy, że znany z imienia i tytułu władca odziedziczył po przodkach ciężką chorobę i nie był w pełni władz umysłowych, to wywołuje to szok, tym bardziej, że lektor pozwala sobie na bardziej sugestywny i bezpośredni ton w opisie przypadłości bohatera. Zamiast eleganckiego omówienia mógłby zrezygnować z poprawności politycznej i powiedzieć wprost, że król był idiotą. Czy można to samo rzec o urzędującym prezydencie i premierze? Niektórym politykom zdarzało się wypowiadać niepoprawne polityczne opinie, ale jeszcze nie jest to zjawisko powszechne. Niestety, komentatorom zdarza się pisać tekst Ad Personam zamiast Ad Rem. Dzieje się tak zazwyczaj podczas kampanii wyborczej w spotach powstających na zamówienie polityczne z wyraźnym zamiarem wywołania skandalu.Mistrz propagandy Goebbels zwykł mawiać, że największa bzdura powtarzana po wielokroć staje się z czasem obowiązującą prawdą. Jego niezwykle skuteczna metoda public relations musiała zainspirować współczesnych specjalistów od PR – u. Cyniczni pragmatycy planując swoje kampanie reklamowe i promocyjne, przejmują strategię i taktykę hitlerowskiego ministra propagandy wzorując się na jego pomysłach. Zadziwiające jest to ślepe zapatrzenie się w skompromitowane moralnie wzorce. Rafał Wojaczek skwitował to kiedyś dwuwierszem:  „Szukają sposobu, nie myśląc o Bogu„. Niemniej jednak trzeba przyznać, że dzisiaj możliwości manewru i manipulacji są ogromne, a inwencja twórców reklam, absolutnie niczym nie skrępowana.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Osobista narracja komentatora

20 lut

Rozprawa o komentarzu jest w rzeczywistości refleksją na temat sposobów narracji, ujmowania fenomenu otaczającego nas świata i ludzi w słowa i pojęcia. Biorąc pod uwagę zasadę Heisenberga o wpływie obserwacji na zjawiska, które badamy, podobnie jest z komentowanym światem i człowiekiem, którego staramy sie opisać słowami. Nie jest bowiem tak, że my bezkarnie oceniamy i komentujemy życie swoich bliższych i dalszych znajomych, a oni nadal żyją tak, jakby nic się nie stało. Nie wiem, na czym to polega, ale nawet pisane „do szuflady” wiersze i drobiazgi literackie w końcu wypływają w naszych rozmowach i wzajemnych interakcjach. Pisząc komentujemy to, co wydaje się nam godne uwagi, a przez to chcąc nie chcąc zmieniamy wszystko, co i tak by uległo przemianie, gdybyśmy wstrzymali się i zamilkli. Natura człowieka nie pozwala mu jednak żyć i trwać, niczym drzewo, czy krzew w ogrodzie, ale on nieustannie chce mieć wpływ na to, co go otacza. Niestety, czasem oznacza to destrukcję, a nawet śmierć. Komentarz bywa niekiedy poczytany jako donos i wbrew woli autora opinii służy za pretekst do unicestwienia przeciwnika. Przez całe wieki rozwój cywilizacji odbywał się w tle nieustannych waśni rodowych, odwetów za wyrządzone krzywdy, zbrodni, rozpraw plemiennych, powstań narodowych, wojen religijnych, rewolucji i wypraw krzyżowych. Do knucia intryg potrzebni byli inżynierowie ludzkich dusz, a do usprawiedliwienia potworności kaźni należało stworzyć teorię, która to wszystko usprawiedliwia. W zaciszu i przepychu dworów dawnych możnowładców  powstawały powtarzane po dziś dzień maksymy w rodzaju tak złotych myśli, jak: „Dziel i rządź„, „Cel uświęca środki„, czy: „Historię piszą zwycięzcy„. Autorzy klasycznych dzieł o metodach zdobywania władzy nie byli jednak królami życia. I Sun Tzu, autor „Sztuki wojny” i Machiavelli, a nawet jego słowiański epigon Łukasz Górnicki, marnie skończyli swój żywot, który był nieustannym pasmem strachu i trwogi o własną przyszłość, którą mogli przecież przewidzieć. Pisząc poradnik dla króla i dowódców armii mieli dość wyobraźni, żeby dopuścić możliwość zadbania o to, żeby stworzone na ich użytek teorie pozostały tajemnicą. Los alchemika, który wynalazł porcelanę nie jest jedynym, smutnym potwierdzeniem uwięzienia geniusza w złotej klatce. To na razie tyle historycznej dygresji i dość powiedzieć, że cokolwiek pamiętamy z przeszłości i wyczytaliśmy z materiałów źródłowych w archiwum, historia – „magistra vitae„, jeszcze nikogo z nas tak naprawdę niczego nie nauczyła. Człowiek od tysiącleci pozostaje wciąż niepoprawnym krnąbrnym leniem, niezdyscyplinowanym anarchistą. Chociaż zapoznał się z klasycznymi rozprawami o moralności i etyce, usprawiedliwia swoje niecne postępowanie dopisując do nowych wydań aktualne komentarze i przedmowy, wprowadzając swoje glossy w posłowiu sugerującym czytelnikowi, jak należy we współczesnych czasach rozumieć wykładnię filozofii autora. Dzięki temu brutalny Hitler mógł swobodnie korzystać z filozoficznego dorobku Nietsche’go, Heisenberga, historycznych dzieł Kanta i Hegla . Odpowiedni komentarz i właściwa redakcja tekstu potrafi czynić cuda zmieniając wymowę oryginału i przystosowując zupełnie neutralny wykład o naturze do wymagań taktyki militarnej. Można sobie bowiem łatwo wyobrazić, że studium Maurycego Maeterlincka o życiu pszczół, czy mrówek może być metaforą taktyki i strategii sterowania wielkimi masami żołnierzy karnych, jak robotnice, pracowitych jak mrówki, licznych jak szarańcza i groźnych jak szerszenie i termity. Ktoś słusznie nazwał Henryka Sienkiewicza mocarzem słów, bo on potrafił tchnąć nowego ducha w tysiące zniechęconych po klęskach powstań Polaków w czasach niewoli. Właściwe słowo padające na podatny grunt w odpowiednim czasie, umiejętnie dobrany cytat, przytoczona anegdota i przypowieść sprawiają, że w ludziach burzy się krew. Genialne dzieła wywołują zamęt i tak, jak po premierze „Hernaniego” Victora Hugo, rozentuzjazmowane masy wzniecają rewolucję. W takich chwilach nazwisko kompozytora Verdiego odczytywane jest na nowo litera po literze i rozpoznawane, jako prorocze: „Victor Emmanuel, Rex Due Italia„. Takie figury stylistyczne i tak fantastyczne pomysły rodzą się w głowach literatów parających się sztuką słowa. One mają naprawdę potężną, sprawczą moc i komentator musi sobie z tego zdawać sprawę. To, co napisze i wydrukuje, albo przeczyta lektor, żyje już potem własnym życiem, a za wszystko jest odpowiedzialny autor… nawet, gdy zamiast wdzięczności lud okaże mu wzgardę. Tak też nieraz w przeszłości bywało. Można więc sądzić, że dzisiaj nic się w tej materii nie zmieniło. Ale o tym potem… Gdybym miał gdzieś w szkole prawić o tajemnicy tworzenia tej niełatwej, ale jakże fascynującej sztuki komentarza, zadałbym uczniom, jako pracę domową, aby w myśl wiersza Poety odpowiednie dawali rzeczy słowo. Niech przemyślą to, co przeczytali i znajdą potwierdzenie, albo zaprzeczenie wypowiedzianym tu stwierdzeniom w rzeczywistości.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS