RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2013

Czkawka po ACTA

31 sty

kodaktheatherNiby czkawka po manifestacjach w sprawie ACTA pojawiła się jaskółka nowej ustawy. Właściwie są to jeszcze wstępne założenia do projektu, więc pozornie nic konkretnego i niegroźnego… A jednak trzeba w porę zauważać jaskółki, które mogą się w rzeczywistości przeobrazić w straszliwe kruczydła. Powinienem dopisać się ze swoimi uwagami do listy dyskusyjnej z opiniami na specjalnej stronie przeznaczonej do konsultacji społecznych. Nie jestem jednak prawnikiem, a tekst źródłowy może być w pełni zrozumiały tylko dla fachowców. Mogę tylko podejrzewać, że został on celowo naszpikowany terminami znanymi tylko dla profesjonalistów, aby zwykli twórcy nie poznali istoty rzeczy i zamilkli bezradni w gąszczu nieznanych pojęć. Na szczęście nawet wśród jurystów są jeszcze przyzwoici ludzie i oni tłumaczą z polskiego na nasze tekst przygotowywanej ustawy. W skrócie oznacza ona dla nas, autorów, kompozytorów i reżyserów całkowite pozbawienie tantiem. Nie dość, że zwalnia się nas z pracy pozbawiając przypisanych do etatu ubezpieczeń emerytalnych i zdrowotnych, to teraz planuje się dobić nas zupełnie.
Oczywiście wszystko jest uzasadnione oszczędnościami budżetowymi, a tantiemy są traktowane jako nienależna premia, niesprawiedliwie przyznany przywilej dostępny tylko dla elit. Elit już nie ma, bo zastąpiły je „elyty” i to właśnie one traktują kulturę z wdziękiem i skutecznością kanclerza von Bismarcka. Nie widzą, nie słyszą, że w odpowiedzi na słynne hasło „Ekonomia. głupcze!”, wypowiedziane przez prezydenta USA, emitowane jest cyklicznie, w niszowym programie TVP, zawołanie „Kultura, głupcze!”. A może nie chcą widzieć i nie chcą przyznać, że w żywiołowych manifestacji przeciwników ustawy ACTA znaleźli inspirację i pretekst do własnego projektu. Otóż, internauci walczyli o swobodny dostęp do treści publikowanych w internecie, a tam jest przecież ogromna ilość dzieł literackich, mnóstwo filmów i utworów muzycznych.
Każde pobranie i powielenie bez opłaty, to uszczerbek w budżecie twórcy, chyba, że on sam świadomie zamieszcza je na portalu gratis oferując społeczności swoje dzieło. Tantiemy są często głównym źródłem dochodu , oprócz coraz rzadszych spotkań autorskich, konkursów i stypendiów. Jestem filmowcem, ale współpracuję od lat z fotografami, muzykami, literatami i aktorami, którzy także żyją z tantiem. Gdyby ich pozbawiono tego źródła utrzymania znaleźliby się na samym dnie egzystencji. Wielu z nich, jak Stanisław Manturzewski, już tak właśnie żyje z dnia na dzień, niepewny jutra. Niewielu artystów może liczyć na spokojną starość w Domu Pracy Twórczej w Skolimowie, bo jego ekonomiczny byt jest niepewny. Ostatnio nawet oferuje się pokoje dla zamożnych ludzi spoza środowiska twórców, aby tylko wnosili pełną kwotę za pobyt i wyżywienie, w wysokości 4 tysięcy miesięcznie. Pauperyzacja środowisk dziennikarskich, naukowych i artystycznych Rzeczpospolitej jest faktem. Gaże telewizyjnych celebrytów jedynie zamazują rzeczywisty obraz kulturalnych elit. I właśnie w tej rzeczywistości luminarze władzy kreują na naszych oczach przedziwną ustawę, pozbawiającą autorów i aktorów praw do korzystania z dochodów, które czerpią dystrybutorzy ich filmów, sztuk teatralnych, książek, rozpraw naukowych i wielu innych utworów wymagających wiedzy i talentu. Sprytni juryści wykorzystują nagłośnioną tezę o prawie człowieka do swobodnego dostępu do utworów i treści. Biorą z tego apelu jedynie naskórkową otoczkę sięgając w głąb kieszeni tych, którzy oprócz tantiem nie mają już nic. Nie ma sensu powtarzać, że stary tancerz, czy wiekowa baletnica nie mają czego szukać w biurze, czy na budowie, bo znają się na tańcu, podobnie, jak piłkarz na futbolu. Ten ostatni zarabia jednak nieporównanie więcej, niż artysta i może odłożyć na stare lata żelazny zapas. Pracując w sztuce i kulturze jest to praktycznie niemożliwe. Zabieram głos nie wczytując się w rubryki projektowanej ustawy, ale jej logika nie przemawia mi do przekonania. Piszący ją politycy i prawnicy uważają, że skoro utwór powstaje ze środków publicznych, to powinno być już na zawsze własnością publiczną, bez żadnych dodatkowych opłat za jego wykorzystywanie. Natomiast logika tantiem dla autorów jest prosta, bo jeżeli dystrybutor czerpie zysk z rozpowszechniania dzieł, powinien sprawiedliwie podzielić się nim z ich twórcami. Tak, jak nie ma darmowych obiadów w biznesie, tak też nie istnieje kultura bez mądrego mecenatu. W tym wypadku państwo nie tylko jest złym mecenasem, ale jeszcze sięga do dziurawej kieszeni chudego literata. Ktoś taki nie skrzyknie kamratów i nie zablokuje torów, ani nie zacznie palić opon na ulicach Stolicy a już na pewno nie będzie rzucać śrubami w okna Urzędu Rady Ministrów. Zapewne doskonale wie, że dziś „inżynierowie dusz” są niepotrzebni, bo zastąpili ich specjaliści od PR. Hołubieni prze władzę ludową intelektualiści i artyści wypadli z łask wielkorządców i muszą się pogodzić z realiami. Czy aby na pewno muszą? To będzie test dla środowiska, czy jest ono jeszcze na tyle skuteczne, żeby zablokować wrogą inicjatywę ustawodawców chcących przypodobać się władzy.
Jest to kolejna, pozorna akcja, która przyniesie ogromną szkodę dla twórców dóbr kultury, natomiast żadnego pożytku dla Polski. Około 20 tysięcy autorów i artystów w całym kraju może oddać ostatni grosz, ale i tak z tego nie uzbiera się żadna znacząca kwota, która by mogła podreperować budżet Rzeczpospolitej. Ktoś może liczy na to, że skoro o posłach od dawna mówi się już „osły„, to można im dać do przegłosowania tak krótkowzroczny i niemądry projekt. Osobiście nie sądzę, że Sejm jest zgromadzeniem idiotów, chociaż geniuszy tam raczej nie widać. Wystarczy, żeby znalazła się wystarczająca ilość rozsądnych parlamentarzystów, którzy w spokoju sumienia rozważą, czy naprawdę opłaca się występować przeciw twórcom kultury narodowej. Ze swej strony życzliwie podpowiadam, że z całą pewnością, absolutnie, nie warto.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kolejny film o Smoleńsku?

28 sty

Za wcześnie na film o Smoleńsku? Czy społeczeństwo ma już dość tego tematu? To tylko dwa z ponad setki pytań, jakie wciąż stawiają widzowie powstających filmów o tragedii ofiar kwietniowej katastrofy samolotu TU154M rozbitego prawie przed trzema laty w Smoleńsku. Skoro w istniejących już raportach brak danych, które przekonają ludzi o tym, czy był to zamach, czy wina pilotów, albo wynik zaniedbań, trudno mieć pretensje do tych, którzy chcą dojść do prawdy. Ciekawość jest najbardziej ludzką cechą. Ona była przez wieki motorem rozwoju naszej cywilizacji. Niezależnie, czy pomysł nakręcenia filmu poddaje w wątpliwość minister kultury, czy ktoś dokonujący anonimowego wpisu na forum dyskusyjnym, wszelkie próby powstrzymania naturalnej tęsknoty do prawdy są daremne. Przypominają plan zawrócenia biegu rzeki, albo wygaszenia energii wodospadu Niagara. Oczywiście, wszystko jest możliwe, ale po co? Znamy katastrofalne skutki radzieckich naukowców, choćby Łysenki, którzy eksperymentowali z siłami natury. Namawianie do milczenia po tak wielkiej tragedii jest równie bezcelowe, jak uświadamianie poetom, że nie ma sensu pisać o miłości, bo o niej już prawie wszystko przecież napisano i nakręcono setki tysięcy kilometrów taśmy filmowej. Prawie, czyni różnicę. Opublikowane po katastrofie smoleńskiej raporty komisji są cząstkowe i jest za wiele sprzeczności w opiniach ekspertów, żeby spokojnie przejść nad tym faktem do porządku dziennego. Z drugiej strony usiłuje się pomijać oświadczenia innych naukowców i ekspertów, innych komisji, które nie posiadając błogosławieństwa władzy, mają jednak moralny mandat dzięki poparciu szerokich rzesz polskiego społeczeństwa. Nie jestem namiętnym pochłaniaczem programów telewizyjnych, ale nawet nie widząc filmu wyprodukowanego przez kanał National Geographic nie jestem pewny, czy należy zdecydowanie potępiać emisję takiej wersji wydarzeń. Co więcej, jestem absolutnie przekonany, że dobrze się stało. Podobnie, jak celowe jest powstawanie kolejnych filmów o zamachu na Hitlera, katastrofie w Gibraltarze, Yeti, procesie w Norymberdze, śmierci Napoleona, czy bursztynowej komnacie, nie możemy się dziwić, że Polacy chcą wiedzieć wszystko o zbrodni w Katyniu i katastrofie pod Smoleńskiem. Nie ma nic złego w tym, że autorzy filmów dokumentalnych i fabularnych mogą przedstawiać swoje subiektywne wizje tragedii. Widz jest mądry, o wiele mądrzejszy od ideologów i polityków różnej maści i konduity, którzy wszelkimi sposobami usiłują zablokować ów naturalny, twórczy proces. Z pewnością jest skazany na krytykę każdy nowy utwór dotykający tych bolesnych spraw, ale nie mamy innego wyjścia. Musimy żyć w zgodzie z prawdą. Jeśli jej zaprzeczymy, przyszłe pokolenia nam by tego z pewnością nie wybaczyły i słusznie potępiły nasze zakłamanie i ustępstwa. Tu nie może być żadnej taryfy ulgowej. Zdarzyło się straszne w skutkach nieszczęście i należy za wszelką cenę dociec jego przyczyn. Tak właśnie postępują inteligentne istoty, bo inteligencja jest sztuką wyciągania właściwych wniosków na przyszłość, żeby ustrzec się od błędów. Zgodnie z tą prostą definicją zapisaną w podręczniku psychologii profesora Szewczuka, nie mamy innego wyjścia i nie możemy w tej ważnej sprawie mataczyć tłumacząc się brakiem środków, zmęczeniem, czy innymi obiektywnymi trudnościami.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

NIEZBYT KULTURALNE CYTATY

28 sty

Bardzo bym chciał, aby ten wpis był poświęcony wyłącznie sprawom kultury i jej mecenasa, ale z tym tematem nieodłącznie jest związana praktyka życia codziennego. Ci, których na to stać, otaczają się pięknymi przedmiotami, ubierają się wytwornie i jadają wykwintne potrawy. Ten, kogo z różnych przyczyn na to nie stać, wcale nie musi rezygnować z marzeń, bo na co w końcu są poetyckie metafory i ludzka fantazja?… W literaturze znajdziemy mnóstwo opowieści o przemianie brzydkiego kaczątka w pięknego łabędzia czy też o głupim Jasiu, który zdobył bogactwo i rękę królewny. Zewsząd otaczają nas cytaty. Najwięcej z nich pojawia się w reklamach, nieco zmieniających klasyczny sens pierwowzoru. Dbają o to script writerzy, którzy mając za sobą humanistyczne studia wiedzą, skąd czerpać wpadające w ucho związki frazeologiczne i przysłowia będące mądrością narodów. W ten oto sprytny sposób pojawia się na ekranie żubr czekający na polanie. Akurat ten cytat z reklamy piwa jest przykładem inteligentnie zastosowanego homonimu. To dobrze, nawet bardzo dobrze, iż w trudnych czasach kryzysu poloniści znajdują intratne zajęcie w dobrze płatnej branży reklamowej. Na chudego literata i nie śmierdzącego groszem filozofa czeka spora nagroda finansowa i rzeczowa, jeśli do maja zdąży napisać co najmniej pięćdziesiąt stron metafizycznego eseju w stylu Barbary Skargi, która tę formułę publikacji uprawiała. Jeśli do tego dodać coroczne konkursy dla scenarzystów w starej i nowej stolicy Polski i okazjonalnie ogłaszane w różnych regionach kraju, to pozostaje tylko pisać, zgłaszać się i składać swoje propozycje. Wygląda to bardzo kusząco i obiecująco, nawet za bardzo, żeby nie było w tym jakiegoś haczyka. A jest?
Siedzący od lat w tej branży ludzie doskonale wiedzą, że wszelka płynność kadr i zmienność zagraża ustabilizowanej pozycji zakorzenionych w jakże popłatnym biznesie ludzi. Od czasu do czasu zdarza się ktoś, kto przebojem zdobywa tę oblężoną twierdzę, ale raczej należy to do wyjątków potwierdzającym ustaloną regułę. Żyjemy więc w świecie cytatów… dodajmy jeszcze, metafor. Nie mówiąc wprost, w najcięższych czasach komunizmu i szalejącej cenzury, literatom udawało się pisać książki i przekazywać w nich społeczeństwu czytelników całą prawdę o zbrodniczych kłamstwach władzy. Dzisiaj, po zwycięstwie i zaprowadzeniu w całym kraju demokracji, to samo społeczeństwo już nie czyta lecz ogląda telewizję. Widz nie potrafi zrozumieć instrukcji obsługi odkurzacza, ale kupi go z ochotą po obejrzeniu przekonującej reklamy.
Nie wiem, ile prawdy jest w wynikach badań mówiących o tym, że ponad połowa narodu nie rozumie treści wiadomości przekazywanych mu w codziennej prasie, audycjach radiowych i programie telewizji. Odnoszę natomiast wrażenie, że tego rodzaju stwierdzenia mają usprawiedliwić prymitywny poziom emitowanych filmów, powierzchownie traktowanych reportaży i publicystyki opartej głównie na zapraszaniu do studia przeciwników politycznych. Oni nigdy nie zawodzą, bo zawsze dochodzi do starcia, po którym na pewno trzeba rozdzielać zacietrzewionych w sporze, zajadle atakujących się personalnie wrogów. Metafory już należą do przeszłości, przynajmniej te wysmakowane, eleganckie, powtarzane przez następne pokolenia w anegdotach. Wątpię, czy potomni zechcą utrwalić w piśmie i pamięci brutalne cytaty z wystąpień Radka Sikorskiego, Ojca Dyrektora, ale i miłościwie panującego Prezia i Premiera Inter Pares. Wszyscy samozwańcy i wybrańcy Narodu zdążyli się już ośmieszyć i utytłać w bagiennym błocku po pachy. Nie ma już żadnych metafor, bo każda kula musi dosięgnąć przeciwnika i zabić, a przynajmniej ciężko zranić. Zamiast przysłuchiwać się rzeczowej dyskusji i spokojnej wymianie argumentów, obserwujemy bezpośrednią wymianę ciosów zawodników boksujących na zakrwawionym ringu bez rękawic. Mają rację śmiejący się z nas sąsiedzi i nie po raz pierwszy powtarzają stary, jak świat cytat wiecznie pijanego księcia Konstantego: „Polacy… żadnych złudzeń!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Apel do APELU DOKUMENTALISTÓW

28 sty

To nie ten sam apel, jaki zwykle stosuje propaganda klęski czy sukcesu… Tym razem jest w tym odrobina seks apeeal’ u bo żadne żołnierskie komendy nie sprawią, że twórcy staną karnie na baczność a redaktorzy z TVP również pozostaną w regulaminowej pozycji wyprostowanej. Sytuacja wymaga elastycznego reagowania, wzajemnej spolegliwości i fantazji, bo jest naprawdę źle. Sztuka Dokumentu umiera… ale w Polsce, bo poza granicami rzeczpospolitej święci tryumfy na festiwalach i w telewizjach całego świata. Zainteresowanie publiczności filmem dokumentalnym przewyższa niejednokrotnie ciekawość przy kolejnej odsłonie przygód Agenta 007, czy innej premierze filmu fabularnego. W tej sytuacji Apel Dokumentalistów jawił się uprawiającym gatunek dokumentu filmowego, niemal jak zbawienie. Oto powstaje grupa robocza, która ma reprezentować całe środowisko. Pomijając swoje prywatne sympatie i antypatie uznaję ów fakt dokonany i z całym dobrodziejstwem inwentarzach przyjmuję za konieczność zaniechanie dyskusji o takim a nie innym składzie mojego organu przedstawicielskiego. Skoro nie ma innych samozwańczych ochotników, Stowarzyszenie uznało ten byt za oficjalny, to trudno, niech już będzie, jak jest.
O ile można przejść do porządku dziennego w przypadku Apelu Dokumentalistów, o tyle trudno się pogodzić z tym, co się dzieje z dokumentem filmowym w Telewizji Polskiej, która mieni się publiczną. Otóż wskutek mianowania na stanowiska kierownicze byłych kierowników produkcji i pracowników redakcji płci obojga, nic się nie zmieniło w postrzeganiu tego rodzaju twórczości przez szefostwo tej instytucji. Jako twórcy dziwiliśmy się nieustannym pomyłkom w kwalifikacji programów i myleniu filmu dokumentalnego z reportażem, a nawet felietonem, bo i to można było przeczytać pod tytułem zapowiadanego filmu, który powstawał czasem przez rok z okładem. Prawem symetrii redaktorzy parający się do tej pory produkcją minutowych wstawek do magazynów telewizyjnych postanowili się wzorem filmowych profesjonalistów podpisywać, jako reżyserzy. W tym przypadku nawet nie ma dylematu, jak brzmi to w rodzaju żeńskim, bo reżyseria odnosi się zarówno do mężczyzn, jak i kobiet jednakowo wdzięcznie i dźwięcznie.
Tak więc na Woronicza od lat nic się nie zmienia w tej materii, nieustannie narzekając na brak wpływów z abonamentu. Od czasu do czasu Dyrekcja obu programów otwiera okno pozwalając twórcom składać swoje autorskie propozycje. Z wpisów znanych mi z imienia i nazwiska dokumentalistów czytam pretensje, że w ogóle nie ma dalszego ciągu najbardziej interesujących ich spraw. Są to ich projekty i ich przyszłe filmy. W odpowiedzi na przesłane propozycje trwa milczenie, a jeżeli ktoś dopomina się o informację, to jest zbywany uwagą, że widocznie wspomniany projekt zapodział się w poczcie elektronicznej. Chociaż świat już dawno poszedł w tej dziedzinie naprzód robiąc niejeden siedmiomilowy krok, redakcje w TVP nie mogą sobie poradzić z problemem przepełnionej skrzynki pocztowej.
Mnie również to spotkało, bo gdy po kilkunastu bezskutecznych próbach przesłania scenariusza i załączników wyskakiwał mi ten sam, odmowny komunikat o problemach z przesłaniem pliku, postanowiłem zapytać o przyczynę tych trudności na Fejsbooku. Dopiero, kiedy bardziej zdecydowanym, tonem stwierdziłem, co o tym sądzę odezwała się Pani Redaktor obrażona, że wywlekam prywatne sprawy na publiczne forum. Uświadomiłem jej, że jak pełniąca funkcję publiczną nie może ode mnie żądać, żebym inaczej ją traktował, niż przedstawicielkę TVP S.A. Niestety, skoro człowiek pobiera pensję, delegacje i czerpie profity z telewizji publicznej, powinien wziąć na siebie obowiązek wysłuchiwania często słusznych, skarg i wniosków, jakie mają dokumentaliści. Przy okazji, proszę nie mylić tego terminu z researcherami, którzy w różnych archiwach poszukują dla dokumentalistów źródeł. Wracając do twórczych postulatów mniemam, że wystarczyłoby uruchomić nawet kilkanaście skrzynek pocztowych i po komunikacie o kłopotach z przesyłem pliku, w odwodzie byłby inny adres, aż do skutku. To proste, ale dlaczego się tego nie robi, skoro tak postępują inne instytucje? Ludzie nazbyt chętnie posądzają innych ludzi o bezmyślność, ale ja jestem daleki od tak powierzchownej oceny. W Telewizji Polskiej pracują stare wygi, które przechodziły latami z redakcji do redakcji i znają procedury oraz zasady socjotechniki. W przypadku mojego kontaktu z Panią Redaktor zastosowała ona wariant kobiecy pod tytułem: „Pan jest impertynentem, więc ja się obrażam!„. Są oczywiście inne, jak słynna odzywka Pana Redaktora, który zwlekając z udzieleniem odpowiedzi dla autora mówi do niego w ten oto sposób: „Jeśli chce mieć Pan odpowiedź negatywną, to mogę udzielić jej już teraz. Inna ocena wymaga czasu i cierpliwości„. Kiedy zgłaszałem pretensje o odrzucenie tak ważnego tematu jak film o starości w Polsce, redaktor Andrzej Fidyk z właściwym tylko sobie wdziękiem i ironią stwierdził: „Widocznie scenariusz nie był genialny i nie przekonał mnie„. A dyskusji na ten temat podjąć się nie łaska? On nie widzi w tym sensu ani celu…
Takie są to zagrywki, którym w pokorze ulegamy od lat nie mając programowego wsparcia ze Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Dla Dyrektorów z Woronicza, Apel Dokumentalistów nie jest instytucją tej miary, jak choćby Sekcja Dokumentalistów SFP. Dlatego redaktorzy mogą indywidualnie dobierać scenariusze pod swój własny gust, a dokumentaliści są w sytuacji uczniów wykonujących zadania domowe, jakie im zleca pani nauczycielka. Nie ma mowy o nietypowych tematach, które nie mieszczą się w wyznaczonej przez redakcje TVP formule programowej. Powinno być tak, że do zgłoszonego przez autora projektu akceptujący go redaktor szuka odpowiedniej redakcji i kanału. Sam przecież zna tę instytucję o wiele lepiej niż reżyser filmowy i scenarzysta. Dlaczego się tak nie robi? Mogę się tylko domyślać. Słyszę, że są sukcesy, a więc jest OK. Ktoś ukuł na to trafny szlagwort: „Jest dobrze… ale nie beznadziejnie„. A więc nie można stać w miejscu, jak niezdrowe dupy. Ruchy Panowie i Panie… ruchy!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nie poganiaj mnie, bo tracę oddech…

27 sty

Nie poganiaj mnie, bo tracę oddech…. nie poganiaj mnie, bo gubię rytm„. Tak przed laty śpiewała Kora, a słowa jej przeboju po latach znów nabierają aktualności. Jak bowiem mam traktować żądania natychmiastowego określenia po stronie takiej, czy innej opcji politycznej?…
Zarówno zdeklarowani opozycjoniści i wierni rycerze na straży „wadzy” domagają się ode mnie wyraźnego powiedzenia TAK lub NIE działającym na polskiej scenie przedstawicielom ruchów społecznych. Nie ma czasu na wahania! Niczym profesjonalni ankieterzy sprawdzają, czy mogę być ich wrogiem, czy mają szanse pozyskać mnie do współpracy. Z każdej strony dobiegają mnie pytania i żądanie, aby wytłumaczył się i określił. A ja przecież w niczym im nie zawiniłem… Nie mam zielonego pojęcia, czego się po mnie spodziewają. Zdenerwowany i spocony jak osaczona przez krwiożercze koty, biedna mysz kościelna, drżę na samą myśl o tym, że mógłbym nie wywiązać się z danej obietnicy. Dlatego tak bardzo niechętnie je składam, a jeżeli je wypowiem, to z wielką ostrożnością, zwracając uwagę na każde słowo i znak przestankowy. Podziwiam wspaniałą umiejętność wyhamowywania emocji i wyciszania myśli u Chińczyków. Nigdy mnie tam do nich nie ciągnęło, podobnie, jak nie wybierałem się w przeciwną stronę na prerie i pampasy w Ameryce Południowej. Jako mieszczuch ze środka Europy mógłbym ruszyć co najwyżej w stronę Szwecji, Dani i Norwegii, gdzie nie ma tak wielkich upałów. Szczytem moich marzeń jest nie jest żadna ziemska, lecz kosmiczna podróż w kapsule jako pilot, pasażer i w końcu gość stacji orbitalnej. Mógłbym zostać na Srebrnym Globie pionierem budującym tam fundamenty budowli dla przybyszów z Ziemi.
Puszczając wodze fantazji mam takie momenty świadomości, w których wydaje mi się, że to wszystko jest możliwe. Nic mnie już na tej planecie łez tak naprawdę nie trzyma, a nieustanne wojny i przewroty ostatecznie przekonują człeka, że najlepiej wynieść się stąd możliwie jak najdalej. Profesor Barbara Skarga miała rację, że człowiek, to nie jest piękne zwierzę. Mistrz Panglos miał prawo sądzić, że jest to najpiękniejszy ze światów, ale „Kandyda” i „Kubusia Fatalistę” napisali autorzy nie mający pojęcia o Holocauście, bo potworności XX wieku przerosły wszelkie wizje geniuszy epoki Oświecenia. Kto wie, co nas jeszcze czeka na tej Ziemi? Mam prawo spodziewać się najgorszego, ale chciałbym się mylić w swoich najgorszych przeczuciach. Pewną szansą ocalenia świata było by powierzenie władzy w godne ręce ludzi mądrych, dobrych i uczciwych…
Ale to kolejna utopia, która nigdy się nie ziści, a jeżeli paradoksalnie, tak się stanie, to inspiratorzy zmian i projektów odnowy moralnej nie rozpoznają w upiornej rzeczywistości swojego ideału. Realizacja ich szczytnych zamierzeń odbija się w krzywym zwierciadle i ukazuje się nam ostatecznie w swoim karykaturalnym kształcie. Tak jest z miłością, wiarą, nadzieją i wszystkimi zapisanymi w Dekalogu Praw przykazaniami. Każde z nich można poddać relatywizacji i praktycznie zlekceważyć. Dla przykładu NIE KRADNIJ oznacza nakaz uczciwości, ale gdy Ci doskwiera głód, to przecież każdy z nas jest tylko człowiekiem… Aby przeżyć musisz zwinąć ze straganu chleb. Potem już o wiele łatwiej usprawiedliwić złodziejstwo na coraz większą skalę. W ten sposób można wytłumaczyć niesamowite przekręty i oszustwa biznesmenów. W końcu oni też są tylko słabymi ludźmi, którzy są słabi i podatni na pokusy.
A przykazanie NIE ZABIJAJ? To też jest grzech, ale na wojnie jest to konieczność. Wystarczy zdefiniować życie, jako nieustanną walkę o przetrwanie i już można usprawiedliwić zabójstwo, jako eliminację zagrażających nam wrogów. Nie chcę podpowiadać, jak można zmienić sens Dziesięciu Przykazań w komplecie, ale mam przeświadczenie o tym, że dawno już to zrobiono bez naszego udziału. Posiadający rząd dusz mocodawcy zawsze znajdą osobę, która w majestacie władzy obwieści obowiązującą wykładnię prawa. Żaden uczciwy człowiek nie ma szans nawet na podjęcie dyskusji. Bardzo trafnie ujął to jeden z odwołanych ministrów mówiąc: ” Nie ma sensu kopać się z koniem„. W tej sytuacji pociesza mnie tylko myśl mądrego Kanta: „Niebo gwiaździste nade mną, a prawo moralne we mnie„.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Romans i rozstanie z W24PL

27 sty

Wysoko sobie cenię propozycję publikowania tych wpisów, jaką złożył mi Paweł Nowacki z portalu Wiadomości 24PL. Odpowiedziałem, że to nie ma sensu, bo już nie jestem członkiem dawnej społeczności dziennikarzy obywatelskich. Podobnie zresztą (mimo posiadania legitymacji) nie czuję się rzeczywistym członkiem wspólnoty polskich scenarzystów, filmowców, czy telewizyjnych twórców. Akurat wśród dziennikarzy obywatelskich miałem przez moment złudzenie, że jestem otoczony bratnimi i siostrzanymi duszami. Wiadomości 24PL były taką chwilową przystanią w wariackim pędzie od redakcji do redakcji, gdzie miałem czas spokojnie pomyśleć, podzielić się tą refleksją i otrzymać od kogoś uczciwą odpowiedź. Wielu, bardzo wielu piszących tam autorów odeszło wcześniej, niż ja się na to zdecydowałem. Wówczas to mnie dziwiło i nie w pełni rozumiałem motywy zaskakującego wycofywania się z W24 Andrzeja Zaranka, Macieja Lewandowskiego, czy jego imiennika redagującego teraz internetową witrynę „Kochamy Peru„. Coraz rzadziej tam publikowałem ograniczając się do recenzji książek i spektakli teatralnych. Moje lektury częściej pochodziły z takich serwisów, jak „DOORG.PL”, „Album Polski„, czy „Lektury Reportera„, chociaż ostał się z nich już tylko jeden. Nie ma idealnego portalu, serwisu, czy witryny prasowej, która by zaspokoiła w pełni ambicje publikujących swoje teksty autorów. Podziwiam tych, którzy opuszczając Wiadomości 24PL sami zaproponowali coś nowego i świeżego. Przyciągnęli do siebie nawet część piszących tu i tam blogerów. Największym sukcesem twórców internetowej gazety jest stworzenie społeczności dziennikarzy obywatelskich. Nie chcę mówić w imieniu innych ludzi, więc powiem o swoim rozumieniu tego terminu i osobistych motywach publikowania na tym portalu. Otóż obywatelskość, pozwolę sobie na taki neologizm, jest w moim pojęciu postawą, która skłania człowieka do bezinteresownej działalności na rzecz innych z nadzieją, że w społeczeństwie jest spora ilość pokrewnych dusz. Publikowanie swoich refleksji o społeczeństwie, demokracji i wyborach ma służyć ożywieniu tego olbrzymiego potencjału i ośmieleniu tych, którzy jeszcze nie zdecydowali się zabrać głosu w najważniejszych sprawach, które nas wszystkich dotyczą. Nie chcę powiedzieć, czy W24 spełniło te oczekiwania, czy zawiodło, ale sprawiedliwie przyznam, że wzbudzając takie właśnie wielkie nadzieje, skupiło wokół siebie olbrzymie grono wykształconych i kształcących się, utalentowanych ludzi. Śmiało można rzec, iż na łamach Wiadomości24PL odcisnął się wyrazisty ślad całego społeczeństwa polskiego w przekroju. Pisywali tam okazjonalnie politycy, jak Leszek Balcerowicz, celebryci, jak Jan Tomaszewski, ale także bezdomni, których po raz pierwszy poznali czytelnicy i autorzy. Przez kilka lat uczestniczyłem w gorących dyskusjach pod artykułami i czasami te zażarte spory światopoglądowe były bardziej interesujące, niż tekst źródłowy. Trafiłem na tę witrynę zupełnie przypadkowo, ale po zapoznaniu się z treścią tego periodyku, uznałem, że warto regularnie go czytać. Później zapragnąłem coś opublikować i tak się to gwałtownie rozwinęło do kilkuletniej współpracy z redakcją. To nie była tylko i jedynie wirtualna znajomość, bo poza kontaktem internetowym, spotykaliśmy się na plenerach fotograficznych, a także zwyczajnie ogłaszając taką chęć na dyskusyjnych forach. Nauczyłem się tu sporo i doświadczyłem tylu niespodzianek, jakich bym nie doznał w żadnym innym miejscu na świecie. Nie wiem tego na pewno, ale odczytując wydobytą z archiwów listę dyskusyjną o flircie dowiedziałem się o weselu poznających się właśnie w tym serwisie ludzi. Zapewne takich par jest więcej. Powinno mi zależeć, aby trwać w tak sympatycznym środowisku wartościowych ludzi. Nic wszakże nie trwa wiecznie i Wiadomości 24PL, jakie znam z przeszłości nie są tym samym portalem, z którym wiązałem swoje nadzieje. Nie wszedłem tak głęboko do tej rzeki, aby utonąć w jej porywistym nurcie i dlatego w miarę bezpiecznie mogłem powrócić na suchy brzeg. Taki zewnętrzny ogląd nie daje mi prawa do sprawiedliwej oceny działalności całego zespołu redakcyjnego. Mogę jedynie odnotować na własnym blogu fakt spowodowany osobistym poczuciem niedosytu a nawet pewnym rozczarowaniem… Trudno, nie wszystko mi odpowiada i nie wszystkim ja odpowiadam… zresztą, nie po raz pierwszy i nie ostatni w moim życiu.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Banalny proceder

22 sty

Wspominając o banalizacji zła zostałem poprawiony przez Andrzeja Falbera z Frankfurtu. Odebrałem od niego wiadomość, że powinienem użyć terminu „banalność„, jakim Hannah Arendt określała paradoks wykonania potwornego planu zbrodni przez rzeszę wybitnych naukowców, przykładnych ojców rodzin, słowem dobrych Niemców wplątanych w okrutną, wojenną machinę. Czy to może być dla nich jakimkolwiek usprawiedliwieniem? Krytycy amerykańskiej pisarki, żydowskiej kochanki Martina Heideggera, zgodnie uważali, że ujmując zbrodnie hitlerowskie w taki sposób łagodzi ich przerażający obraz. Słowa mają niewyobrażalną siłę. Mogą zabijać równie skutecznie, jak broń masowej zagłady i obezwładniać całe narody, jak to uczynił Adolf Hitler. Skoro o tym wiemy, czy jesteśmy już wolni od takich niebezpieczeństw i intelektualnych pułapek? Nawet ze świadomością dokonanego zła i wielokrotnie analizowanych mechanizmów zbrodni hitlerowskich, stalinowskich, a także tych niedawnych, z których jeszcze świat się nie otrząsnął… nie możemy być pewni, że to widmo zniknie z powierzchni ziemi raz na zawsze. Kuba Warszawski zechciał użyć kolokwializmu, który wywołał oburzenie podczas spotkania czytelników książki o zbrodniach Tutsi i Hutu w dalekiej Rwandzie.
Otóż pozwolił on sobie na następujące stwierdzenie: „Człowiek, to taka istota, która lubi zabijać.” Koniec, kropka. Nic dodać, nic ująć… No nie, to wymaga uzupełnienia. Święte oburzenie intelektualistów dorównywało fali krytyki po oskarżeniu Polaków, którzy ponoć wyssali antysemityzm z mlekiem matki. Tak przynajmniej stwierdził Isaac Shamir na posiedzeniu Knesetu. Było to oficjalne wystąpienie i odbiło się szerokim echem w Europie i na całym świecie. Stwierdzenie słynnego opozycjonisty miało krótszy żywot, ale w internecie wywołało równie wiele protestów, jak w warszawskim klubie „Wrzenie świata„.
Ten bliski współczesności epizod skłania wszakże do szerszej refleksji o kondycji dziennikarstwa i moralności człowieka na początku Trzeciego Millenium ludzkiej cywilizacji. Otóż, wpatrując się w ekran monitora z witrynami prasy elektronicznej i przewracając stronice prasy papierowej zauważam coś na kształt banalności w wydaniu Hannah Arendt. Ona interpretowała zło i dzisiaj widać je w innej odmianie, bo we współczesnych publikacjach dziennikarzy. To nie jest oczywiście to samo zło, jakiego doświadczali zagazowani więźniowie obozu zagłady w Oświęcimiu. Zło jednak pozostaje złem i na tym pojęciu pragnę skupić uwagę.
Tak, jak hitlerowcy manipulowali wybitnymi umysłami filozofów, tak też obecnie władcy pragną mieć do dyspozycji armię specjalistów realizujących sprawnie plan public relations. Nikt nie mówi wprost, że rząd woli utrzymywać społeczeństwo w ciemnocie i niewiedzy aby łatwiej rządzić i wygrywać kolejne wybory. Przeciwnicy takiej tezy odpowiadają, że dzisiaj to nie jest już takie proste, bo ludzie mają do wyboru wiele opcji a poza tym internet jest ogólnoświatową platformą wymiany myśli. To prawda, ale nie mamy nadmiaru poliglotów, więc warto przeanalizować krajowe witryny potentatów działających w sieci Internet. Wszędzie, na pierwszych stronach królują wiadomości z frontów wojen, skandali politycznych i towarzyskich, które bardzo skutecznie przysłaniają rzeczywiste problemy dotyczące kraju i obywateli.
Trudno się na to obrażać, bo już dawno stwierdzono, że kto ma informację, ten ma władzę. Antidotum na ten proceder zawłaszczania prawdy i oszczędnego gospodarowania nią, miał być ruch dziennikarstwa obywatelskiego. Z początku rzeczywiście było to ożywcze i wspaniałe przeciwieństwo zrutynizowanego modelu prasy w wydaniu oficjalnych periodyków na rynku. Profesjonaliści traktowali amatorów z pobłażaniem, ale kiedy zauważyli, że wśród tzw. dziennikarzy obywatelskich znajdują się nazwiska odrzuconych zawodowców i osoby uczestniczące w życiu elit, rozpoczęli kampanię przeciwko prasie obywatelskiej. Nawet częściowo udało im się z czasem ograniczyć ten żywioł, ale szczerze mówiąc, nie musieli nawet protestować. Po pierwsze kontrolę nad publikacjami dziennikarzy obywatelskich sprawował wydawca prasy papierowej, a po drugie sami autorzy poszli w ślady profesjonalistów kopiując te same błędy, uprawiając te same praktyki, za które wcześniej ich potępiali. A więc i w prasie papierowej i w obywatelskich witrynach równocześnie pojawiały się sensacyjne relacje z procesu matki zamordowanej Madzi, a także plotki i ploteczki z życia celebrytów. Dla zwiększenia poczytności umieszczano na widocznym miejscu głośne i chwytliwe tytuły, a wymagające większego trudu, artykuły problemowe zakopywano gdzieś pod spodem. Dla pewności, zlikwidowano iunctim w zapisie prawa prasowego gwarantujące dziennikarzom obywatelskim równe prawa w dostępie do informacji, jak posiadaczom legitymacji SDP.
Nie ma więc już różnicy, czy otworzy się witrynę obywatelską, czy stronę kolorowych dzienników, bo i tu i tam dowiemy się kolejnych sensacji o Dodzie, albo jej konkurentce, która „pokazała za dużo”. Taki jest więc współczesny wymiar banalizacji, o której wspominała przed kilkudziesięciu laty Hannah Arendt. Ku czemu to wszystko zmierza? Medioznawca Wiesław Godzic ujął to z przymrużeniem oka mówiąc, że większość uwielbianych przez masy idoli „znanych jest z tego, że są znani„. Banalność w tym wypadku polega na kreowaniu najbardziej popularnych w społeczeństwie ludzi na autorytety moralne, a potem nawet na posłów do Sejmu i Senatu. To karykaturalne wynaturzenie demokratycznych mechanizmów przybiera więc kształt równie groźny, jak banalność w potępianej przez Hannah Arendt dyktaturze. Powinienem zakończyć te wywody wyrazistym stwierdzeniem, może nawet potępieniem z apelem o rozsądek i opamiętanie, ale powstrzymuję się z nadzieją, że ten proces ma charakter rozwojowy i nie jest to status quo na dłuższy czas. Warto wierzyć w pozytywną odmianę i ostateczną anihilację zła nawet, gdy ten fatalny w skutkach proceder szerzy się już w niekontrolowany sposób.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

zgrzyt w Dniu Babci

21 sty

Działo się to w Dniu Babci. Otulona wełnianym szalem babcia w moim wieku prychała, kasłała i kichała w moim kierunku. Nie mogłem się ruszyć, bo w autobusie zdążającym z dalekiej sypialni do centrum Warszawy panował ścisk nie do opisania. Dlatego piszę te słowa i czuję, że jestem coraz bardziej „pociągający”. Chyba się nie obędzie bez gorącego prysznica i solidnego wypocenia się po tej kąpieli.
Zanim jednak pójdę się kurować wspomnę jednak o dość intrygującym epizodzie. Tak niespodziewane wydarzenia po pewnym czasie zapadają bardzo głęboko w naszą pamięć i wpływają na to, co później robimy, jak żyjemy.
Do autobusu 157 na warszawskim Żoliborzu wsiadła kobieta, która z miejsca zaczęła głośno wyrzekać na system sprawiedliwości i opowiadać o tym, co kiedyś przeżyła. Pasażerowie musieli nosić gardłowy ton jej głosu, ale każdy zdawał sobie sprawę, że jest to jedna z wielu nieszczęśliwych istot chodzących po tym świecie samotnie bez wsparcia najbliższych. Mogła być czyjąś babcią, ale równie dobrze mogła nawet nie być matką, mimo podeszłego wieku. Któż to wie, ile kobieta ma lat? Spojrzenie obcego na nieznaną osobę jest obarczone ryzykiem sporego błędu. Wiek, to przecież nie tylko kwestia metryki, ale także kondycji psychicznej człowieka. Z nią u tej biednej kobiety nie było najlepiej.
Coraz głośniej opowiadała gestykulując za każdym zakończonym zdaniem, ale mimo rozemocjonowanej oracji, nie pozwalała sobie na żadne przekleństwa. Widać, nie po raz pierwszy występowała w ten sposób przed tłumem podróżnych. Wybrała dla siebie sprzyjający moment i porę dnia, gdy autobus jechał z mniejszą, niż w centrum Stolicy, ilością pasażerów. Okoliczności pozwalały jej swobodnie rozglądać się wokoło, aby kontrolować reakcje słuchaczy i wymachiwać ku nim rękami czyniąc równie wymowne gesty, jak słowa. Usłyszeliśmy o kobiecie, jej znajomej, która zawitała do Pałacu Mostowskich. Otrzymała po prostu wezwanie do Komendy Policji. Czy to prawda, czy nieprawda, wierzcie sobie, jak tam chcecie… Na pewno nie darzyły się sympatią, bo wielokrotnie powtarzała, że policjanci nie powinni stamtąd wypuścić tej wstrętnej baby. Tak się wyrażała o wezwanej, która równie dobrze mogła istnieć tylko w jej chorej wyobraźni.
W kakofonii niesłychanie szybko wypowiadanych słów pojawiały się jej osobiste wspomnienia ze Stanu Wojennego i zasłyszane relacje z okresu wojny i okupacji. Ludzie, którzy z początku słuchali jej wynurzeń z politowaniem, przestali w ogóle reagować, wyłączyli się zanurzając się we własnym świecie myśli.
Tak też można uciec od doskwierającej nam rzeczywistości. Ktoś mniej wyrozumiały pukał się wymownie w czoło, ale większość ludzi współczuła rozumiejąc, że jest to kobieta po ciężkich przejściach życiowych. Wnętrze autobusu było dla niej naturalnym miejscem, gdzie mogła zaistnieć i wykrzyczeć cały swój ból i gniew wobec świata i ludzi. Bywają i takie babcie… nie objuczone zakupami, bez wnuków, samotne, nieszczęśliwe.
Skoro wszystkie dzieci są nasze chciałoby się per analogiam dopowiedzieć: „Wszystkie babcie są nasze„… Może tak być?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jaka cena, taka wena…

21 sty

Zacytowany w tytule aforyzm Stanisława Jerzego Leca celnie oddaje naturę pewnej zależności autorów dzieł od ich mecenasów. Los intelektualisty w historii filozofii na całym świecie jest podobny. Ilustruje to dziewiętnastowieczny cytat z manifestu uzurpatorów, który głosi, że ” … filozofowie dotychczas tylko objaśniali świata, a chodzi o to, żeby go zmienić„….
Zmienić? I co zyskaliśmy po wprowadzeniu komunizmu na europejskie salony, a później przez ów krwawy eksperyment socjologiczny na wielką skalę? Utopijne idee Saint Simone’a mają tę zaletę, że pozostały poetyckimi mrzonkami, które zrodziły co najwyżej uduchowione dzieła literatury i sztuki. Natomiast utworzony w szóstej części świata Związek Radziecki pozostaje jednym z najbardziej ponurych wspomnień ludzkości. Uzasadniała słuszność tej idei armia intelektualistów, komisarzy w skórzanych płaszczach, z pistoletami w garści a plikiem rewolucyjnych ulotek w drugiej dłoni.
Wina ich jest niewątpliwa, ale to przede wszystkim oni trafiali za druty obozów dla niepokornych i oni byli rozstrzeliwani za samo posądzenie o niedostateczny entuzjazm dla komunistycznej władzy ludowej. Jakby nie było dość tego potępienia, to właśnie oni przystosowywali do aktualnych potrzeb historyczne dziedzictwo budując ideologię III Rzeszy po drugiej stronie Rzeczpospolitej Polski, państwa położonego wówczas między młotem a kowadłem. Filozofa Nietsche’go, Hegla, Heideggera, każda z osobna stanowiła pewien system logiczny, etyczny i moralny. Natomiast w brutalnych realiach nazistowskiego systemu władzy, stała się mozaiką celowo wybranych cytatów, umiejętnie wplecionych w wystąpienia ówczesnych trybunów ludowych. Ostatni z wymienionych nie protestował przeciw wykorzystywaniu jego dzieł do popularyzacji nowej idei państwa, lecz nieżyjący myśliciele nie mogli protestować.
Filozof jest bezradny w sytuacji przerastającej możliwości wyrażania osobistego protestu, szczególnie gdy ma wokół siebie zdeklarowanych propagatorów obcej mu ideologii. W takiej sytuacji znalazł się naukowiec poszukujący Świętego Grala. Uwiedziony obietnicami badacz, nazistowski Indiana Jones, wdział mundur SS w zamian za sponsorowanie jego pasji życia. Zafascynowany celem, do którego dążył, nie mógł przewidzieć, że zostanie uwikłany w wielką, pseudonaukową machinację, która uzasadniała ludobójstwo na niewyobrażalną skalę. Trudno pozostawać wysublimowanym pięknoduchem, gdy reszta naukowców w służbie III Rzeszy postępowała w myśl zasady: ” Jeżeli fakty nie zgadzają się z naszym obrazem rzeczywistości, tym gorzej dla faktów„. Nikt nie znalazł Świętego Grala, legendarnego kielicha, z którego Jezus Chrystus pił wino podczas Ostatniej Wieczerzy. Odpowiedzialność intelektualistów za zbrodnie III Rzeszy była oczywista, pomimo wspomnianego mechanizmu, który był zastawioną na nich pułapką. Wybitne umysły mają tę przywarę, że w codziennym życiu okazują się wyjątkowo naiwnymi ludźmi.
Ta cecha charakteru wielkich naukowców pozwala manipulować nimi tak, jak postępowano z twórcą bomby atomowej za Oceanem, Robertem Openheimerem. Podobnie próbowano zrobić w przypadku, gdy Hannah Arendt zaczęła publikować materiały z procesu Eichmanna i ogłosiła obrazoburczą wówczas tezę o banalizacji zła. Poprawni politycznie dziennikarze, politycy i naukowcy nieomal jej nie nabili na ostrza swoich piór. Uznali jej refleksje z procesu, za niedopuszczalną próbę usprawiedliwienia nazistowskich zbrodni, a w rzeczywistości ta teoria odnosi się zarówno do starożytności, jak też ilustruje procesy istniejące w świecie współczesnym, kiedy dawno Hannah Arendt nie ma na tej Ziemi. Powracamy więc do pytania o sens i wartość dokonywanych zmian, rewolucji i reform systemowych. Nadal młode matki porzucają na śmietniku niekochane dzieci tak, jak czyniono to w Cesarstwie Rzymskim, Państwie Franków i we współczesnej rzeczpospolitej, w środku Zjednoczonej Europy. Nadal są filozofowie gotowi sprzeniewierzyć się nauce i szerzyć fałszywe idee czyniąc to samo zło, jakie z takim entuzjazmem uprawiali spadkobiercy Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Ksiądz profesor Józef Tischner nazwał tę z gruntu niemoralną postawę intelektualistów mianem „Homo Sovieticus„. Sądzę, że obecna postawa członków chóru entuzjastów z czasem zyska równie trafne miano.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kosmiczne rozczarowanie

20 sty

Wielkie idee i idole wciąż rozczarowują. Naiwnie wierzymy, w to, co do nas mówią, bo jak kania dżdżu, łakniemy ożywczej wiary w cokolwiek, co obiecuje nam zbawienie. Dzień w dzień kłamstwo trymfuje przynosząc profity ponurym typom z pod ciemnej gwiazdy. Zawodzą nas politycy, którzy nie mogąc spełnić swoich obietnic tłumaczą się przed nami, że są tylko ludźmi. Ich konkurenci krzyczą na cały głos, że jest to wielkie oszustwo. Zwolennicy „popaprańców”, zarówno mohery, jak i lemingi po każdej aferze, zgodnie twierdzą, że to pomyłka, a mylić się jest rzeczą ludzką. Zacietrzewieni w kłótniach o własną rację nie zauważamy nawet, że wciąż tkwimy w błędzie… i brniemy w fatalnym obłędzie ku następnym sporom. W historii było mnóstwo fanatycznie oddanych idei filozofów i artystów. To dzięki takim myślicielom i pięknoduchom, cyniczny rządca dusz pozwolił sobie nazwać ich „pożytecznymi idiotami”. Nazwiska jednych i drugich znane są historykom i postronnym obserwatorom życia publicznego w tzw. „wielkim świecie”. Oddani bezgranicznie władzy jej wolontariusze i beneficjenci są gotowi zabić przeciwnika w jej obronie nawet, gdy on tylko takim się wydaje. W imię tak pryncypialnie głoszonej prawdy, wierni heroldzi nie cofną się przed oskarżeniem nieprawomyślnych, zbyt sceptycznych ludzi o cokolwiek, co pozwoli ich wyeliminować ze sceny politycznej. Nie ma wtedy dość brutalnych epitetów i rzucanych na wroga kalumni, których by nie można użyć w obronie jedynie słusznej idei. Cel uświęca środki… Ne est ce pas? Myli się więc Jerzy Owsiak i tłumacząc się w odpowiedzi na krytykę, że został źle zrozumiany, gdy usprawiedliwiał eutanazję ludzi w starszym wieku. Mylą się wszelkiej maści fundamentaliści tak, jak omylił się sam prezydent Stanów Zjednoczonych tryumfując po zgładzeniu Osamy Ibn Ladena. Pamięć o wielkim przywódcy terrorystów trwa, a z popiołów męczennika już narodził się Feniks i na Czarnym Lądzie kontynuuje dzieło swego Mistrza. Wszyscy więc się mylą i oszukują tłum na potęgę. Coraz częściej ludzie zadają sobie wzajemnie pytanie o to, dlaczego nimi rządzą tak niedoskonali, a nawet pozbawieni wszelkich zasad, przywódcy. Mają do tego niezbywalne prawo moralne, które jest w nas od chwili narodzin. Coraz dotkliwiej wszyscy, bez wyjątku, odczuwamy fakt istnienia w świecie bez prawdy i miłości. Wokół nas toczy się wielka gra idei bez wartości. Relatywizacja prawdy doprowadziła do wyprania esencji z jej istoty i pozostawania ludzi głównie przy konieczności egzystencji. Współczesny człowiek ogranicza się do tego, co jest praktyczne i sprawdzalne, bo życie nauczyło go nieufności. Coraz trudniej wejść nowym prorokom na to targowisko próżności, gdzie wszystko ulega dewaluacji. Wedle kopernikańskiego prawa, gorszy pieniądz wypiera lepszy. Dziś wolimy wybierać drogę na skróty, zamiast sprawdzić się na prawdziwym szlaku walki, pełnym autentycznych partnerów i rzeczywistych, uczciwych relacji między żyjącymi tam ludźmi. Otrzymaliśmy w darze tylko jedno życie i nie warto go marnować na pozory. Skoro jednak żyjemy w świecie bez idei, miłości i żadnych sprawdzalnych wartości, to w wielu z rozczarowanych powstaje myśl o rozstaniu się z takim światem. Soeren Kierkegard zatytułował nawet jedno ze swoich pism: „Rozpacz i drżenie, choroba na śmierć„. Wielki myśliciel nie usprawiedliwiał samobójstwa, ale zauważył fakt powodujący tak desperacką i nieodwracalną decyzję człowieka. Ból istnienia jest dla doprowadzonego do ostateczności nieszczęśnika zbyt wielki, aby nadal trwać w tym stanie mimo przerażających zbrodni, kłamstw i nieustannych wojen. Ten okrutny świat jest jednocześnie, wedle filozofa Panglosa, najpiękniejszym ze światów. Wiara w to nie opuszcza bohatera opowiadania Diderota nawet, gdy oprawcy pozbawiają go życia. Zainspirowany jego optymizmem przypominam sobie dewizę Kartezjusza i uzupełniam jego formułę Cogito ergo sum własną wersją: Milczę, lecz jestem. O ile bowiem panujące dziś, na tej Ziemi, stosunki społeczne czynią z ludzi wielką, milczącą masę, to jednak w tym świecie pozorów nikt nie może zakazać człowiekowi myślenia. W pustce miliardów martwych planet krążących wokół gwiazd Wszechświata, Ziemia jest istnym cudem. Człowiek jest wybrańcem, a zachowuje się jak ofiara losu i skazaniec. Życie powinno być wielkim szczęściem ludzkości, a bywa nieznośne. Przeklinają je ci, którzy nie potrafiąc go docenić nienawidzą swoich bliźnich. Wiara, nadzieja, miłość miała nas prowadzić do Ziemi Obiecanej, a bez tych imponderabiliów, droga wyprowadziła wędrowców na manowce. Powraca więc pytanie o sens życia w takim świecie, na pustyni bez okazywanych sobie uczuć i wzajemnej życzliwości… Chyba jednak nie ma innego wyjścia i należy trwać w tym stanie ducha do końca. Przetrwanie także ma głęboki sens, bo nawet w kryzysie i na dnie ludzkiej egzystencji istnieje szansa odmiany, jakiejkolwiek… Nic przecież nie trwa wiecznie. W otaczającym nas Kosmosie zjawisk, zmienność jest jedyną, stałą i obowiązującą zasadą. „Panta rhei” – tu, teraz i na wieki…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS