RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2012

Dorastanie do piękna

28 gru

„… Bo piękno po to jest, by do pracy zachwycało
Praca, po to by się zmartwychwstało

To znane motto z wiersza Cypriana Kamila Norwida przyświecało przez wieki, niejednemu prawdziwemu humaniście, który odnajdywał w tym przesłaniu motywację do własnej twórczości. Tak się przypadkowo składa, że to autorski projekt mojej siostry, Anny Mazurek, ale sam ochoczo podpisuję się pod nim obiema rękoma i Obama ręcami.
Wraz z nauczycielami i uczniami Gimnazjum nr 3 w Kluczborku doprowadziła do wizyty tureckich artystów w niespełna trzydziestotysięcznym mieście i zaprezentowała przybyszom znad Bosforu uroki polskiego krajobrazu. Naprawdę, mamy się czym pochwalić, niezależnie od tego, czy pojedziemy z gośćmi do Wieliczki, Krakowa, czy pokażemy im rycerski gród w Byczynie pod założonym przez Krzyżowców, Kluczborkiem. Gród nad Stobrawą słynie z Muzeum księdza Jana Dzierżona, zwanego „Kopernikiem ula„. On właśnie zbadał i opisał zjawisko partenogenezy pszczół.
Tureccy goście zasmakowali w śląskiej kuchni. Wyjechali z Polski i Kluczborka z wieloma niezapomnianymi wrażeniami dzieląc się nimi na swojej stronie internetowej. To, co można obejrzeć już i będzie można jeszcze zobaczyć niebawem, jest to zaledwie początek dalekosiężnej współpracy w ramach europejskiego programu pod patronatem legendarnego pedagoga znad Wełtawy Jana Amosa Komensky‚ ego.
Zrealizowany częściowo program, to rezultat współpracy Kayseri Feyziye Memduch Gupsugupoglu Guzel Sanatlat ve Spor Lisesi z Publicznym Gimnazjum nr 3 im. Jana Pawła II w Kluczborku. Turecka prowincja znana jako historyczna kraina rzymskiej Cesarei, albo równie słynnej Kapadocji jest tętniącym życiem ośrodkiem przemysłowym i kulturalnym. Dalszy ciąg czyli rewizyta Polaków, nastąpi w Turcji na wiosnę 2014 roku.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

PO WIGILII ALBUM VIOLETTY V.

22 gru

Niech się darzy u filmowców i dziennikarzy”… Tak by mogły brzmieć życzenia w SDP przy ulicy Foksal. Zamiast nieszczerych, wymuszonych formułek wytrawni żurnaliści uśmiechali się do siebie, dzielili się opłatkiem, dawnymi wspomnieniami i plotkami z dorocznej gali dziennikarskich nagród za miniony rok. Prezes Skowroński nie pojawił się na tej wigilii, ale obecni na niej weterani pewnie by się zdziwili, gdyby się na to odważył. Pewnie znał ich opinię, która nie mogła być inna, skoro niewielu z nich pojawiło się na uroczystym rozdaniu laurów dla wybrańców komisji z jedynie słusznej opcji. Usłyszałem nawet, że jeden z laureatów nie zgłosił swojej pracy, a został uhonorowany dyplomem i załącznikiem wyłącznie z racji swej przynależności do właściwego ugrupowania. Słuszne wątpliwości musiało wywołać nagradzanie autorów prac pełniących funkcje w oddziale stowarzyszenia, nieważne czy w terenie, czy w centrali. Kompromituje to nie tylko członków jury, ale i samych laureatów. Tak sobie gaworzyli przy kieliszku wina, śledziku i sałatce ziemniaczanej zakropionej mocniejszym alkoholem. Z zaciekawieniem obserwowałem uczestników wigilii i przysłuchiwałem się seniorom, którzy zjedli zęby w tym niewdzięcznym fachu. Mam porównanie z równie skłóconymi artystami, ale to środowisko zachowuje pozory wspólnoty, podczas gdy rzeczywiście jest tak, że każdy autor artykułu, podobnie jak reżyser i aktor, pracuje w samotności i w razie nieuchronnego w tym fachu konfliktu z wrogami, których nigdy nie brakuje, jest skazany tylko na siebie. To przypomina mi przypadek nieżyjącej już Violetty Villas. Nie chcę na ten temat spekulować, ile by dała nam pieśni i koncertów, gdyby „życzliwi” nie utopili jej w polskim bagnie nieludzkiej zawiści. Nie mogę tego wiedzieć, ale jestem pewny, że nie musiałaby trwonić energii na walkę o utrzymanie się na szczycie. Miała wielkie ambicje i w dużej mierze udało jej się własne marzenia zrealizować. A przecież naokoło miała mnóstwo zdeklarowanych przeciwników, prześmiewców, szyderców, którzy nie szczędzili krytyki tej dziewczynie przybyłej do Stolicy z prowincji śmiało sięgającej dalej i wyżej, niż oni odważyli się marzyć. Opowieść o niezwykłej karierze polskiego Kopciuszka powoli rodzi się i dojrzewa od czasu pojawienia się przed laty filmu o VV. Książka ma tę zaletę, że można się na chwilę zatrzymać na stronie, uważniej wpatrywać się w załączoną do tekstu ilustrację i postudiować długi szlak koncertów, jakie miały miejsce na najbardziej popularnych estradach świata. Należy sobie życzyć, żeby syn Violetty zdołał dotrzeć do najpiękniejszych listów matki, ojca i podzielić się cennym archiwum rodzinnym z fotografiami, których jeszcze nikt nie opublikował. To niełatwy, obliczony na miesiące żmudnej pracy projekt, ale jeśli książka pojawi się w księgarniach, może liczyć na spore grono czytelników. Potwierdza to ilość widzów, jacy wypełniali sale koncertowe podczas tournee Violetty Villas w Polsce i Europie a także za Oceanem. Jest grudzień, wciąż jeszcze pełen smutku miesiąc, w którym odbył się uroczysty pogrzeb gwiazdy żegnanej na warszawskich Powązkach przez tłumy wielbicieli. Dla wielu z nas, którzy mieli to szczęście przebywać blisko niej, ona wciąż istnieje jako wieczny fenomen. Tak cudownego zjawiska w tym kraju przed nią nie było i jeszcze długo nie będzie. Dopóki pamięć o niej trwa, Violetta będzie żyła w nas i tych, którzy są o wiele młodsi. Zaskakująca sprawa popularności jej piosenek w kolejnych pokoleniach fanów pozwala mieć nadzieję, że powstająca książka wypełni lukę niedomówień i tajemniczych tropów, pojawiających się w kolejnych relacjach prasowych. W literaturze muzycznej brak takiej komplementarnej monografii z przypisami i multimedialną oprawą. To ambitne zamierzenie wymaga niebywałej staranności i czasu. Wiadomo, że prędzej czy później, musi ono powstać. Natura nie znosi pustki.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kręci się…

18 gru

Wigilia filmowców przeniosła się w tym roku do obszernego hallu i sal konferencyjnych w hotelu Sheraton. No i dobrze, bo już się nam trochę opatrzyły wnętrza Sofitel -Victorii, a i dojazd na daleki Tarchomin z Placu Trzech Krzyży jest o niebo lepszy. Nawet nie pomyślałem o poruszaniu się po zaśnieżonej stolicy samochodem, bo przecież miałem ochotę na czerwone wino, którego nie zabrakło. Zanim jednak mieliśmy okazję skosztować przepysznych potraw i słodyczy, poczęstowano nas już na progu kieliszkiem biało – żółtego, dość kwaśnego napoju udającego szampan czy coś w tym stylu. Kiedy jedni raczyli się alkoholem, inni musieli stać w długim ogonku do szatni. Patrząc na ten tłum ludzi podzieliliśmy się z przyjaciółmi ogromnym zdziwieniem, że mamy tak wielu członków Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Wigilijna impreza w tak wytwornym towarzystwie musiała naprawdę sporo kosztować, skoro każdy przy wyjściu otrzymywał jeszcze w podarunku dwie bardzo ładnie zapakowane butelki polskiej wódki. Wszystkiego przecież nie zjesz i nie wypijesz, a coś do domu warto przynieść jako namiastkę niesamowitego wieczoru, który trzeba zapamiętać do następnej Wigilii. Ja tego na pewno nie zapomnę, bo jadąc na to spotkanie cieszyłem się na samą myśl o spotkaniu z Grażyną Kociniak, Wojtkiem Kabarowskim, Anią Pietraszek i uhonorowanych dorocznymi nagrodami seniorów naszej kinematografii, z którymi miałem honor współpracować. Jako młody reżyser zupełnie sobie z tego nie zdawałem sprawy. Muszę nawet uczciwie przyznać, że nie potrafiłem docenić możliwości, jakie daje codzienne obcowanie z tak wybitnymi twórcami, jak Marta Broczkowska, czy pan profesor Jerzy Płażewski. To przecież z jego książek, artykułów i recenzji czerpałem wiedzę potrzebną mi do zdania egzaminu na reżyserię w łódzkiej szkole filmowej. Gdzie, jak nie w takich okolicznościach dowiedzieć się o tym kto i co teraz kręci albo usłyszeć najświeższe anegdoty z planu filmowego. Wszyscy tym żyjemy czekając na swoją wielką szansę. Myślę, że każdy z nas ją od losu otrzymuje. Sęk w tym, że nieliczni szczęśliwcy potrafią dostrzec ją i wykorzystać. Większość z nas przegapia ów korzystny, najbardziej właściwy moment nawet jej nie zauważając. Ach, rozmarzyłem się i zatopiłem we wspomnieniach, ale takie myśli dopadają mnie zawsze przy łamaniu się opłatkiem ze znajomymi i nieznajomymi, jakich przedstawiają ci przyjaciele. Sam się zastanawiam w takich chwilach, ilu naprawdę ich znam i kto z nich mnie zna, interesuje, obchodzi…. Na pewno nie zapomniał o mnie stary Manturzewski. Staś odebrał ode mnie ostatni egzemplarz scenariusza „Serc na bruku” aby go wręczyć Jerzemu Hoffmanowi. Przestrzegałem go, że więcej nie mam, ale on był tak ufny w sukces naszego dzieła, że z wielką wiarą i nadzieją brnął przez gaworzący radośnie tłum filmowców, poszukując tam, w kuluarach, szefa studia „Zodiak”. Zgromadzonym na branżowej Wigilii gościom nie było jednak w głowie czytanie scenariuszy, choć nie jestem pewien, czy w tak swobodnej formie pogawędki przy kieliszku wina, nie można by załatwić jakiegoś interesu, czy nawet kontraktu. Jedyny interes, jaki prywatnie próbowałem przy okazji zrobić, polegał na wykorzystaniu obecności stylistki przy naszym stoliku. Od niej, profesjonalistki w tym rzadkim fachu, mogłem się dowiedzieć, czy włożyłem właściwą koszulę, czy dobrze dobrałem kolor i wzór krawatu do mojego nowego garnituru. A jeśli nie?… Cóż, człowiek uczy się na błędach. Tymczasem, rzucamy się sobie wzajemnie na szyję, przytulając się do siebie w tej krótkiej chwili składania życzeń, całujemy zwyczajowo w oba policzki trzy razy… W tak doniosłym momencie zapominamy nawet duby smalone i bzdury na temat dobrej kondycji polskiego kina wypowiadane przez ministerialnych urzędników i samego Bogdana Zdrojewskiego. Zupełnie niezależnie od tych oświadczeń, Wojtek Kabarowski zwierzył mi się, że w jego macierzystym studio KADR nie dzieje się najlepiej, bo cały dorobek trwoni się na produkcję filmów spełniających ambicję wąskiej grupki ludzi skupionych wokół człowieka namaszczonego na szefa. Chciałby w tej sprawie napisać list otwarty, który miał nadzieję opublikować dzięki mnie w Wiadomościach 24pl. Ja jednak wziąłem z tym portalem definitywny rozbrat i czuję po tym wielką ulgę. Nie żałuję tej decyzji i sam się sobie dziwię, dlaczego tak długo zwlekałem. Przecież od dłuższego czasu nic mnie z tą społecznością amatorów pióra naprawdę nie łączy. Większość piszących do prasy obywatelskiej traktuje te serwisy, jako swoisty portal randkowy, niczym więcej. Chyba tak rzeczywiście dziś jest i nie oceniam tego źle ani dobrze. To fakt i nic więcej. Tak przynajmniej sądzę po kilku latach wykorzystywania możliwości uzyskania biletów na koncert, do kin i teatrów oraz otrzymywania książek w zamian za recenzję. Celowo nie przykładałem się za bardzo do pracy nad artykułami traktując jedynie pierwszy z nich ze śmiertelną powagą. Chciałem w nim publicznie podziękować przyjaciołom polskiej awiacji za ogromną pomoc, jaką od nich otrzymałem (bezpośrednio i pośrednio) w realizacji lotniczego tryptyku, jaki powstał z okazji stulecia lotnictwa na świecie. Umożliwił mi to pełniący funkcję dyrektora ekonomicznego w TVP, nieoceniony Wojtek Kabarowski, dla którego był to także bardzo osobisty temat. Razem kończyliśmy bowiem Lotnicze Zakłady Naukowe we Wrocławiu. Nie szkoda życia na podziękowania ludziom wielkiego serca, ale też nie warto tracić czasu na rozpamiętywanie doznanych krzywd, niesprawiedliwych ocen i zawodów. Postanowiłem rzucić się w wir tańca, tym bardziej że wino, muzyka i śpiew kobiety nastrajał do pląsania po pustym parkiecie. Nieco bardziej ode mnie cięższy Bartek Voght nie był tak ochoczy filozoficznie stwierdzając, że zatańczyłby, gdyby podłoga była obrotowa, jak w przedwojennej Adrii. Poprosiłem więc na parkiet koleżankę Marysię, która przyszła z moim dawnym druhem ze szkoły filmowej, operatorem, Andrzejem Wyrozębskim. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy moje kroki były zharmonizowane z tanecznymi ruchami partnerki, ale po przebudzeniu się o świcie wydawało mi się, że jeszcze tańczę. Cały świat wokół mnie wirował i ani na chwilę nie przestał. I to się wciąż dzieje przypominając słynne zawołanie Galileusza: „Et pur si muove!„… A jednak się kręci! Na razie tylko w mojej biednej głowie, ale potem, jak Bóg da może naprawdę będzie lepiej i ruszymy do pracy z kopyta? Ale to dopiero w przyszłym roku, jeśli wcześniej oczywiście nie nastąpi koniec świata.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

IMPREZY WIGILIJNE

16 gru

Zmartwiłem się czytając osobisty wpis przeuroczej Ani Sandowicz na internetowym portalu FB, a przyczynkiem do niego była jedna z wielu środowiskowych imprez filmowych. Moja aktorka nie miała o tej jednej właśnie, w której uczestniczyła, najlepszego zdania. Także o ludziach, zresztą chętnie zacytuję opinię, jaka odnosi się nie tylko do tej, konkretnej sytuacji z życia artystycznych sfer Warszawy: „ Impreza branżowa, filmowa, stoję, piję colę i obserwuję pijanych, pustych ludzi, pseudo intelektualistów szukających potwierdzenia swojej wartości, artystów, ludzi biednych,pogubionych eksperymentujących w brudzie tego świata żeby dowiedzieć się czegoś o sobie ”.
Akurat ja nigdy nie uważałem się za artystę, ani poetę… raczej predystynowałem do miana dobrze wykształconego rzemieślnika, który mając do dyspozycji odpowiedni zasób środków potrafi je twórczo wykorzystać. Mój kolega po fachu stwierdził popijając wino, że Polacy nie potrafiliby zrealizować filmu o agencie 0007 nawet gdyby dysponowali tak nieograniczonym budżetem. A ja nie mam wątpliwości, że by potrafili, bo przecież nasz Skolimowski i Polański już dawno to udowodnili. Podobnie zresztą, jak polscy lotnicy dokazywali cudów przesiadając się z dwupłatowych, drewnianych aeroplanów na brytyjskie myśliwce Spitfire i Hurricane. Zgodnie z tymi nazwali pluli w stronę hitlerowskich maszyn ogniem z działek i karabinów maszynowych wzniecając wokół siebie prawdziwy huragan… Ale wracając do naszych baranów, w tym wypadku na podwórko polskiego filmu, teatru i telewizji, nie mogę się uwolnić od porównania oceny ludzi z tego środowiska dokonanej słowami przepięknej aktorki wspaniale grającej porucznik pilot Janinę Lewandowską w moim filmie: „Z nieba do nieba„. Podwórko pojawia się tu nieprzypadkowo, bo przypomina mi się porównanie nas do piaskownicy z dokumentalnej etiudy filmowej, jaką Janusz Kijowski nakręcił na drugim roku reżyserii w łódzkiej szkole filmowej. Ktoś z branżowych dziennikarzy ukuł własny termin „filmówka„, ale my zawsze podczas studiów w pałacyku Oskara Kona przy ulicy Targowej mówiliśmy o niej po prostu „szkoła„, nie inaczej. Ale do rzeczy! Otóż jeden z filmowanych przez Janusza więźniów powiedział mu, że my jesteśmy, jak kupa ziarenek w piaskownicy: razem, ale każde ziarenko osobno. I tak rzeczywiście jest. Tak przynajmniej jestem przekonany po przeczytaniu mądrego, inspirującego wpisu Anny Sandowicz i tuż przed kolejnym spotkaniem opłatkowym członków Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Tam rzeczywiście pojawiają się zarówno statyści, jak też aktorzy pierwszoplanowi, do których lgnie masa przeciętnych wyrobników marzących przynajmniej o wspólnej fotografii z tymi, którzy są na pierwszych stronach gazet. Ja też idę na imprezę do hotelu Sheraton tak ze scenariuszem w ręku, aby przy okazji załatwić swoją małą, prywatną sprawę. Nie chodzi tu o jakiś wielki biznes, ale Staś Manturzewski zadzwonił do mnie, że udało mu się zainteresować Jerzego Hofmana scenariuszem, który napisaliśmy przed kilkunastu laty dla Studia im. Karola Irzykowskiego. Usiłowałem przesłać skan stron „Serc na brukuczyli dziewczyny pod rauszem, via internet, ale skrzynka pocztowa studia „Zodiak” nie przyjmuje większej ilości plików. Trzeba więc wszystko załatwiać po staremu, czyli face to face i na piechotę. To jest komedia, ale wdrożenie wszystkich procedur i walka o realizację, to wielka batalia i prawdziwa droga przez mękę. Najczęściej zwycięstwo jest pyrrusowe bo zmęczony tryumfator nie ma już w sobie wystarczających sił i energii aby zająć się realizacją filmu . Wówczas to najczęściej zamiast głośno zapowiadanego arcydzieła, powstaje artystyczny gniot i knot. Swoją drogą ciekawi mnie, czy ta komedia o trzech producentach filmowych działających w stanie permanentnego kryzysu ma szanse wzbudzić ciekawość innych producentów, a przede wszystkim publiczności. Pisaliśmy mozolnie tę opowieść o trzech muszkieterach we trójkę, z nieżyjącym już Stefanem Trybusiewiczem, który finansował całe to literackie przedsięwzięcie z własnej kieszeni. Odleżał się ten tekst w piwnicy i wydobyłem go stamtąd przeprowadzając się na nowe miejsce. Tak oto przypadek wskazuje czasami nowe drogi i otwiera nowe możliwości. Wszystko się nieustannie zmienia na tym świecie. Za oknem miałem przed oczami zielony gaj, po którym spacerowali z psami mieszkańcy osiedla. Ostatnio wjechały na ten teren buldożery i naprzeciwko powstanie nowy budynek mieszkalny. Nawet gdyby ktoś zaprotestował, to przecież oczywiste, że nie mamy na to żadnego wpływu. Cóż… pożyjemy i zobaczymy, co się jeszcze zdarzy w nadchodzącym roku. Wbrew przepowiedni Majów i de La Rochefaucaulte’a ten świat, nasz świat… na pewno potrwa jeszcze dłużej niż dwa tygodnie.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

KOLEJNY ROK

15 gru

Podzieliłem się z kolegami i koleżankami, na wszelkich znanych mi portalach twórców kina, komentarzami czytelników pod wydrukowaną w gazecie informacją o zmniejszeniu środków na kulturę filmową. Na pewno nie jest to aż tak wielka sensacja, żeby wołami pisać tak oczywiste rzeczy, jak to, że telewizja nie ma pieniędzy. Już mniej prawdziwe jest stwierdzenie autora artykułu, że ta instytucja dofinansowuje PISF, bo to Państwowy Instytut Sztuki Filmowej dokłada się do realizacji projektów, które mają zapewnione środki z innego źródła, niekoniecznie z TVP na Woronicza. Niemniej jednak, pomimo paru nieścisłości ogólny, pesymistyczny ton potwierdza coraz większe rozgoryczenie reżyserów, scenarzystów i aktorów z totalnej bryndzy, jaka zaistniała w dobie kryzysu. Wściekłość autorów i odtwórców jest tym większa, im głośniej urzędnicy wychwalają osiągnięcia swoich instytucji, podczas gdy oni zaciskają pasa i już im brakuje dziurek, żeby spauperyzowanym twórcom, chudym literatom, portki nie opadły. Śledząc wpisy pod Apelem Dokumentalistów czytam pretensje o brak reakcji redaktorki, która zarzeka się, że ona nie reprezentuje całej telewizji i sama jest w porządku. A że nie przeczytała przesłanego scenariusza… Cóż, zawsze można powiedzieć, że nie odebrała, albo zagubił się w potoku przychodzącej na jej biurko korespondencji. Redaktorzy mają prawo czuć się sfrustrowani, bo kiedyś dysponowali budżetem, który można było mniej czy bardziej sensownie rozplanować na ileś tam złożonych scenariuszy filmowych. Teraz jest jak w dawnych żartach o czeskim filmie: nikt nic nie wie… Czy można się dziwić zniechęceniu całego środowiska? Słuchając urzędniczych przechwalanek o sukcesach polskich filmów na zagranicznych festiwalach artyści, którzy także potrzebują jeść i pić, pytają ich o szanse na realizację złożonych projektów. Okazuje się, że nie ma nawet możliwości ich przekazania na ręce Pana redaktora czy Pani redaktorki … ponieważ na przełomie roku nie ma jeszcze budżetu. Zupełnie jak w polskim Sejmie, gdzie uchwalono wirtualny plan wydatków i przychodów państwa pomimo wielu głosów krytycznych. Tutaj nikt nawet nie dyskutuje, bo powtarzam, że nikt nic nie wie… No, może nieliczni coś przypuszczają. Mijający rok przeżyłem dzięki stypendium Biura Kultury Miasta Stołecznego Warszawy i mam nadzieję na kontynuację tej dobrej passy. Nie zasypiam gruszek w popiele i planuję złożyć projekt scenariusza filmu fabularnego o Violetcie Villas do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Przed laty umożliwiło mi ono dokumentowanie i napisanie szkicu scenariusza filmowego o polskich lotnikach bombowych w brytyjskich Royal Air Forces. Dzięki temu, że Internet umożliwia nam składanie projektów stypendialnych bez konieczności drukowania, zaistniała szansa na przedstawienie różnorodnych propozycji autorskich do wielu instytucji sponsorujących jeszcze kulturę. Powinno ich być coraz więcej, bo przecież tyle mówi się o funduszach europejskich. Nie wiem, czy tak jest, ale te o których dowiedziałem się z różnych źródeł można policzyć na palcach obu rąk, a te dostępne właściwie wystarcza jedna dłoń. Obojętnie, czy to lewa, czy prawa ręka, męska czy damska… powinna się w końcu spotkać z pomocną dłonią przedstawiciela mecenasa, który ujmie ją i serdecznie uściśnie. Nierealne?… Jasne, że to marzenia, ale bez nich nie ma szans nawet na najmniejszy sukces. Ci, którzy wierzą w rychły koniec świata wcale nie widzą w tym problemu. Jednak przed tymi, którzy go przetrwają staje przed oczami dość przerażająca perspektywa 2013 roku. Zanim on nastanie podzielimy się opłatkiem życząc sobie bardziej optymistycznych widoków na przyszłość, niż te moje czarne myśli.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

czas leczy rany

14 gru

Przed upływem kolejnego roku człowiek mimo woli dokonuje osobistego bilansu zysków i strat poniesionych w ciągu minionych dwunastu miesięcy. W tak ważkim momencie dopadają mnie zazwyczaj wspomnienia a do głowy przychodzą dawno zarzucone myśli i strzępy wysłuchanych przebojów, jak choćby niezapomnianej „Retrospekcji” śpiewanej przez Krzysztofa Klenczona:

Zamknąłem dzień za sobą, jak drzwi obcego domu
Nie pójdę już za tobą, nie powiem nic nikomu

I nic już nie zostanie z godziny naszych zwierzeń
Bo nawet twoją pamięć czas kiedyś mi odbierze

I będzie tak, jak gdyby się nie stało nic
Spóźniony żal, zdławiony gniew, podarty list

I jeśli przejdę obok, nie zwolnię nawet kroku
Zamknąłem dzień za sobą, jak drzwi obcego domu

Ja nie zamykam za sobą jednego dnia, ale cały rok z bagażem fatalnych, ale czasami też dobrych momentów, chociaż te są ulotne, jak motyle. Pod zamkniętymi powiekami przemyka dynamiczna panorama zatrzymanych w kadrze ujęć chwil, z których żadna nie trwała dość długo, tak jak bym sobie tego życzył, mimo że z wiarą wypowiadałem ku niebiosom, w ślad za Faustem, modlitewne błaganie: „…Trwaj, bądź wieczna!”. Niestety: „Panta rhei…” – wszystko płynie a My, biedni śmiertelnicy jesteśmy tu, na Ziemi zaledwie przez chwilę. Przyjdzie mi po raz sześćdziesiąty z rzędu dokonać rzetelnego rachunku sumienia aby móc wejść w kolejny, nowy rok przynajmniej z nadzieją, bo wiary jest coraz mniej nie wspominając już o miłości. To właśnie dla zlikwidowania wszelkich śladów po jej namiastce, zerwałem wszelkie łączące mnie ze znajomymi więzy kasując konta w wirtualnym i realnym świecie. Obiecałem sobie solennie, że nie poświęcę jej ani jednego wersu i ani jednej strofy wiersza… Za bardzo boli. Z drugiej strony ból daje nam znać o tym, że coś w nas jest nie w porządku. Ta ludzka przypadłość jest zbawienna dla ciała i duszy. Niech więc boli, rwie w członkach, aż do utraty przytomności i ocali osłabiony przeżyciami organizm. Mnie nie uchroni już przed niczym, bowiem pomimo dobrych rad moich bliskich i usilnych starań, wciąż jeszcze o niej myślę i czuję jej obecność:
Źle, źle zawsze i wszędzie
Ta nić czarna się przędzie:
Ona za mną, przede mną i przy mnie,
Ona w każdym oddechu,
Ona w każdym uśmiechu,
Ona we łzie, w modlitwie i w hymnie.


Lecz, nie kwiląc jak dziecię,
Raz wywalczę się przecie;
Złotostrunna nie opuść mię lutni!
Czarnoleskiej ja rzeczy
Chcę – ta serce uleczy!
I zagrałem…
…i jeszcze mi smutniej.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

napisy końcowe

14 gru

Tak się coraz częściej składa, że te nieregularne, ale zawsze szczere, bardzo osobiste wpisy poświęcone są odchodzącym przyjaciołom i znajomym. Zdarza się, że data urodzin bliskiej mi osoby akurat przypada na dzień śmierci mojego mentora, żeby nie powiedzieć dawnego idola. Czy wypada w tym czasie świętować i dzielić się opłatkiem z jeszcze innymi przyjaciółmi… Dzisiaj to pytanie retoryczne, bo przypominam sobie, co na ten temat powiedział pięknie piszący o ludzkich sprawach Jan Nowicki. Sformułował to po prostu w ten sposób, że to jest zwykła kolej rzeczy i nic nas nie zwalnia z troski o rzeczy doczesne, nawet pozornie błahe, ale zajmujące nas tu i teraz.
Czując, że powinienem przynajmniej kilka słów poświęcić odchodzącym od nas osobom, znalazłem analogię tych pożegnalnych opisów wcale nie do nekrologu, ale do napisów końcowych na ekranie tuż po zakończeniu filmu. To naturalne i oczywiste, bo kino zawsze czerpało z życia, więc odzwierciedla najdrobniejsze jego niuanse. Damsko męskie perypetie porucznika Klute z dziwką świetnie wykreowaną przez Jane Fondę są równie zawiłe jak romans wziętego prawnika z filmu „Uznany za niewinnego”, granego przez Harrisona Forda. Bohater wmanewrowany przez fałszywych przyjaciół i własną żonę w nieciekawy układ cudem wychodzi z tego klinczu obronną ręką. Na szczęście Władimir Propp zbadał i napisał w „Morfologii bajki„, że takich fabularnych sytuacji jest 36, słownie trzydzieści sześć. Są to stare jak świat schematy powtarzające się od początków istnienia gatunku homo sapiens i nic się w tej kwestii na świecie nie zmieni, gdy nas już tu nie będzie. Mimo, że nam się być może czasami wydaje, jacy to jesteśmy oryginalni i niepowtarzalni, to w sumie najwyżej odbiegamy w swoich zachowaniach od przyjętej powszechnie normy. Wówczas narażamy się na niepożądane zainteresowanie ze strony właściwych służb medycznych, a w szczególnych okolicznościach, urzędników i funkcjonariuszy porządkowych oraz aparatu ścigania. Przy okazji prezentacji jednej z wymienionych odmian komedii ludzkiej pada sporo mniej czy bardziej mądrych stwierdzeń, które dla nas, zwykłych zjadaczy chleba brzmią, jak osobista instrukcja obsługi a zarazem ostrzeżenie, żebyśmy na sobie raczej nie eksperymentowali. Takie ekstremalne doświadczenia psychofizyczne są zarezerwowane dla wytrawnych graczy i twardzieli. To, co nas, zwykłych kinomanów, mogłoby zabić, oni codziennie przerabiają pomiędzy śniadaniem, obiadem i kolacją, nie tracąc przy tym apetytu. Moje słowiańskie usposobienie sprawia, że nawet rozumiejąc amerykańskie pojmowanie kryzysu, jako bodźca do kolejnych wyzwań i rozwoju nie potrafię przetłumaczyć tego na własny użytek… I nie chodzi tutaj tylko i jedynie o zrozumiały brak swobody w poruszaniu się na płaszczyźnie ich języka oraz specyficznie brzmiących idiomów. Czy mnie to przyprawia o zmartwienie?… Bynajmniej.
Piszę o tym z lekka drwiącym tonem, bo po przestudiowaniu podobnych do mnie przypadków w literaturze dramatu i filmowych scenariuszach gubię się tonąc w morzu mnóstwa różnych tragikomicznych, mniej czy bardziej żałosnych przypadków. Nawet język, jakim opisuję te zjawiska i losy, nie potrafi wznieść się ponad poziom twardego gruntu, po którym codziennie stąpamy zawsze zmierzając ku swojej zgubie. Człowiek wobec własnego przeznaczenia jest bez szans. Podnosząc bunt tylko wyczerpie się zamęczając przy okazji swoich najbliższych. Dlatego w tym kontekście naprawdę jest obojętne, czy żyjący obok nas i z nami ludzie sądzą nas sprawiedliwie, kochają nas, czy nienawidzą i jak jesteśmy przez nich odbierani.
Tak, jak dopisuję do kilku przytoczonych filmów glosy i swój komentarz, także przypadkowo dobieram z zapamiętanych faktów elementy, z których staram się ułożyć je w jakąś sensowną mozaikę. Szukam sensu przypominając sobie najważniejsze w moim życiu filmy, skoro nie odnajduję go analizując własne doświadczenia. Wiem, że sam na pewno tego nie potrafię dokonać, ale przecież zrobili to już za mnie mądrzejsi scenarzyści z większym dorobkiem i profesjonalnie opanowanym warsztatem literackim. W stanie skrajnej rozpaczy, bezsilny, ślepy i bezradny mam jeszcze szansę odwołać się do zasłyszanych w kinie sentencji, jak choćby takie proste stwierdzenie wypowiedziane przez Harrisona Forda: „ To, co nas spotkało, przydarzyło się nam wczoraj, teraz żyjemy dniem dzisiejszym, a po nim przyjdzie jutro. A więc jest przed nami jakaś przyszłość.” Staram się przekazać nieco różnymi od oryginalnego tekstu, słowami, sens wypowiedzianych przez aktora myśli Nie ma powodu aby się zamartwiać, tracić czas i energię na bezsensowny gniew wobec innych ludzi… To już sentencja z zupełnie innego filmu, ale z tej samej rzeczywistości. Dialogi, komentarze i szlagworty z przebojów filmowych mają niekiedy uzdrawiającą moc… potrafią ocalić samotnego w nieszczęściu, cierpiącego człowieka przed ostateczną rozpaczą i odwieść go od zgubnych myśli. X Muza daje schronienie włóczykijom inspirując zarazem wszelkiego rodzaju miłośników tego przybytku sztuki.
W szkolnym kinie przy ulicy Targowej w Łodzi nie wypadało wychodzić z sali projekcyjnej, zanim nie skończą się napisy i stanie się jasność. Ludzie po seansie w multikinie zachowują się zgoła odmiennie nie wspominając o głośnych rozmowach podczas trwania filmu. Filmowcy uważnie wpatrują się w treść pojawiających się nazwisk i funkcji członków ekipy filmowej. Oni dobrze wiedzą, jak wielką uwagę w środowisku twórców kina, przywiązuje się do redagowania tak zwanej listy płac, tak tłumnie ignorowanej przez większość amatorów Coca Coli, pop corne’u i bywalców kina. Opuszczający salę widzowie nie pozwolą spokojnie prześledzić tych napisów, nawet wówczas, gdy je ożywia pomysłowa animacja, atrakcyjne ujęcia i kolorowe tło. Wychodząc zasłaniają mi umykające szybko z góry na dół i biegnące w odwrotnym kierunku słowa, słowa, słowa… nekrologu.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Śmierć eksperta

10 gru

Nie zawsze da się zachować filozoficzny dystans, szczególnie w tak nagłych, tragicznych wypadkach, jak niespodziewane odejście tak mądrego i uczciwego człowieka. Przed laty Krzysztof Zalewski opowiadał w filmie: „Lot Orła” o kpt. pil. Bolesławie Orlińskim. Mówił z wielką pasją dzieląc się z nami nie tylko wiedzą historyczną, ale także technicznymi szczegółami rekordowego lotu na trasie Warszawa- Tokio – Warszawa. Któż mógł wówczas przypuszczać, że po latach od tej realizacji przyjdzie mu pełnić rolę eksperta w sprawie dotyczącej zarówno historii, jak i współczesnej kondycji polskiego lotnictwa. Unikał zasadniczych deklaracji odnośnie przyczyn katastrofy TU 154 M pod Smoleńskiem. Wcale nie usprawiedliwiał pilotów, ale też ich pochopnie nie obwiniał. Musiał sobie odpowiedzieć na pytanie o to, jak powinien się zachować jako ekspert w sytuacji totalnej kłótni wszystkich ze wszystkimi. Przekrzykujący się uczestnicy ogólnonarodowej dyskusji nie zawsze mają chęć uważnie się wsłuchiwać w jego racjonalny głos. Często wyławiają pojedyncze zdania, które pasują im do własnej tezy. Dlatego tak ważne jest każde słowo. Poznaliśmy się tuż przed przylotem z USA do Polski samolotów F 16. Uczestniczył w uroczystej inauguracji wspólnego, polsko – amerykańskiego przedsięwzięcia i powitaniu samolotów w Polsce. Pośredniczył w zaproszeniu najważniejszych gości i aranżowaniu patronatu Prezydenta RP aby to wydarzenie nabrało odpowiedniej rangi. Był osobą świetnie zorientowaną w lotnictwie. Miał ogromną wiedzę, wizję i talent organizowania. Doprowadzał projekty do stadium finalizacji, podczas gdy większość poprzestaje głównie na opowiadaniu o nich. Nie obiecywał niczego na wyrost. Jeżeli uznał projekt za nierealny albo nie mógł go wesprzeć mówił o tym wprost, choć tak kulturalnie, że wcale nie było to dla słuchającego przykre. Spokojnie i rzeczowo wyjaśniał nam dzieje przedsięwzięcia zakończonego lądowaniem w bazie na poznańskich Krzesinach. Łączyła nas wspólna pasja i zainteresowanie japońską awiacją. Od niego otrzymałem dzieło japońskiego grafika przedstawiające dokładny model samolotu Breughett XIX, na którym Bolesław Orliński dokonał zadziwiającego wówczas cały świat wyczynu.Lot Orła” pozostał w wersji roboczej z braku sponsora, ale pozostało nam wspomnienie wspólnej pracy z niezwykłym człowiekiem. Właśnie takich ludzi Bóg zabiera do siebie w pierwszej kolejności pozostawiając na Ziemi zwykłych zjadaczy chleba. To niesprawiedliwe, ale nie nam o tym sądzić i oceniać Boskie wyroki… Co najwyżej możemy sobie ponarzekać. Krzysztof zachowywał się jak cywil chociaż na co dzień obcował z wojskowymi pilotami. Miał dystans do podejmowanych przez generałów i ministrów decyzji personalnych i sprzętowych. Gdy kolega ekspert wyraził niesprawiedliwie brzmiącą opinię starał się nie wchodzić z nim w spór, chociaż tamten wyrokował z całą pewnością o przyczynach najbardziej tragicznej katastrofy lotniczej w historii Polski. Obserwując jego spokojne i rzeczowe wypowiedzi postanowiłem sobie milczeć o tej sprawie, jeśli nawet czuję, że powinienem natychmiast przerwać sprytnie i celowo serwowany społeczeństwu potok kłamstw na temat rzeczywistych przyczyn eksplozji rządowego samolotu. Zbierałem publikowane w sieci materiały uważnie śledząc przemyślane, spokojne wypowiedzi Krzysztofa Zalewskiego. Teraz jest to niemożliwe. Okoliczności tragicznej śmierci prowokują do spekulacji na temat powodów. Nie chcę prowokować dyskusji, która i tak już się toczy w sieci. Niezależnie od tego, czy to był czysty przypadek, czy też śmierć wkomponowuje się w szereg niewyjaśnionych wypadków, jest oczywiste, że wśród niezależnych ekspertów lotniczych ubyło jednego z najlepiej zorientowanych w tym temacie znawców. Jego głos i wizerunek pozostanie zarejestrowany na taśmach, dyskach i w serwisach internetowych na witrynach lotniczych. Jego wyważone wypowiedzi na temat smoleńskiej tragedii wpisują się w ostateczny obraz tego wciąż wyjaśnianego lotu. Nie chciałbym, żeby to zabrzmiało zbyt manifestacyjnie, ale nie opuszcza mnie wrażenie, że to kolejne, nie wiadomo, czy ostatnie i przypadkowe nieszczęście po śmierci prawie stu osób nieopodal katyńskich „dołów śmierci„. Będzie go nam naprawdę brakowało.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

TO „COŚ”

04 gru

Upojony, jak wielu filozofów, czerwonym winem, (chociaż herbatę, kawę i szampan oraz białe wino także w pierwszy poniedziałkowy wieczór mroźnego grudnia, także podawano),oddalałem się powoli z miejsca zgromadzenia filozofów, czyli wedle ścisłej definicji tego słowa, „miłośników mądrości„. Był wśród nich scenarzysta mojego filmu profesor UW dr hab. Jacek Migasiński i mistrz ceremonii, profesor Cezary Wodziński. Zażartował sobie ze mnie, zresztą nie po raz pierwszy, mój serdeczny druh, reżyser Ignacy Szczepański, nie pojawiając się osobiście w magicznej przestrzeni w łazienkowskim Pałacu na Wyspie podczas wieczoru ku czci nie odżałowanej profesor Barbary Skargi. To nie ja powinienem reżyserować o niej film dokumentalny , ale nie wiedzieć czemu, właśnie mnie go powierzył i przez to obarczył dziedzictwem, jakiego nie przez długi czas nie czułem się godny. Ale zostawmy te zaszłości. Film istnieje już od ponad dwudziestu lat. Wyświetlano go podczas festiwalu filmów filozoficznych Toruniu przy wielu innych okolicznościowych okazjach. Bardzo często nasze dzieła żyją własnym, niezależnym od ich twórców, życiem. Otrzymując zaproszenie na imprezę w Łazienkach, czułem się zobowiązany przyjść na projekcję swojego filmu, choćby prezentowanego we fragmentach, jako ilustrację czy dopełnienie panelu dyskusyjnego filozofów. Wśród nich , w prześwietnej galerii rzeźb i obrazów, czułem się, jak Guliwer między olbrzymami. Jak przystało na prostaczka i neofitę, zapytałem doktora nauk filozoficznych Krzysztofa Środę, czy wygłoszone podczas panelu ekspertów, przeciwstawienie metafizyki fizyce było żartem, czy to rzeczywiście ma tak logiczny sens. Jasne, że to tylko figura retoryczna. Pełniący rolę wodzireja, profesor Cezary Wodziński wszem i wobec ogłosił manifest metafizycznego eseju, który w wydaniu Barbary Skargi urasta do rangi utworu literackiego. Gdyby nie dołączone przypisy i lingwistyczne odwołania do terminologii naukowej, jej autorska rozprawa o samotności oraz obywatelstwie mogłaby być doskonale przyswajalnym przez zwykłych czytelników apelem o czynne uczestnictwo w życiu publicznym. Obserwowałem pogrobowców i duchowych spadkobierców dziedzictwa Pani profesor sączących z kieliszków szampan, białe i czerwone wino. Przysłuchiwałem się ich rozmowom, które w najmniejszym stopniu nie odwoływały się do referatów ani do fragmentów mojego filmu o Pani profesor. Czyżby ideał sięgnął bruku? Bywa i tak. Powłócząc szpotawą stopą podążałem w kierunku Alei, skąd mogłem złapać autobus jadący w kierunku mojego osiedla na peryferiach Stolicy. Do rzęsiście oświetlonego Pałacu na Wyspie dotarłem o zmierzchu przez otwartą furtkę przy Alejach Ujazdowskich, ale po zakończeniu imprezy, około dziesiątej wieczorem zastałem ja zamkniętą na cztery spusty. Instynkt podpowiadał mi, żeby przejść wzdłuż metalowego ogrodzenia nie przeskakując go. Osobiste doświadczenie podpowiadało mi rozsądne zachowanie w tej sytuacji. Po pochopnym przeskakiwaniu przez płot do mieszkania na strzeżonym osiedlu, do wybranki mojego serca pozostały mi jedynie bolesne wybroczyny w stawie skokowym. Przeszedłem więc obok pomnika Fryderyka Chopina i zatrzymałem się przed mniejszym monumentem mocarza słów, Henryka Sienkiewicza. Widząc otulony folią rower przy strażniczej budce zastukałem parę razy i zbudzony z letargu jegomość chętnie otworzył mi bramę wiodącą ku wolności. Nawet nie musiałem mu szczegółowo tłumaczyć, skąd wracam i jakim cudem stanąłem przed jego marsowym obliczem. Zanim wydostałem sie z Łazienek na otwartą przestrzeń Alei Ujazdowskich ucięliśmy sobie filozoficzną gadkę o sposobie spędzania wielu godzin na wartowni dzielących człowieka od zmroku do bladego świtu. Radio i najbardziej atrakcyjny, nocy program TV nie wystarcza, żeby zająć myśli samotnego człowieka. To, co zostało tam wypowiedziane na zawsze jednak pozostanie między nami, mężczyznami… To, co na trzeźwo można wypowiedzieć wprost i najprościej jest najtrudniejsze w świecie, kiedy człowiek znajduje się w stanie nieważkości. Po sześciu kieliszkach czerwonego wina nie byłoby to zresztą takie łatwe, tym bardziej, że z braku właściwego napoju zadowalałem się jaśniejszymi w barwie odmianami tego trunku. Kompozycja czarnej kawy, szampana, czerwonego wina i herbaty musiała wreszcie dać o sobie znać, co pozostawiło obfity, materialny ślad wśród gęstwin krzewów porastających obrzeża Parku Łazienkowskiego. Pomimo takich perturbacji cudem dotarłem jednak na przystanek, autobusowy, chociaż po drodze do celu zobaczyłem złośliwie umykający mi pojazd zmierzający wprost na moje osiedle. Diabła tam!!!… pomyślałem, jak Świętej Pamięci Pawka Zołotow i wsiadłem do pierwszego lepszego autobusu na tej trasie. Życzliwy współpasażer poinformował mnie, że nie mogę długo nim jechać i powinienem się przesiąść, zanim dojadę na Plac Wilsona. Miałem jednak mnóstwo czasu, zanim dotrę do wyznaczonego miejsca. Ktoś za mną rozmawiał przez telefon komórkowy dokładnie tak, jak wspominała w swoim eseju Barbara Skarga. Była to rozmowa o wszystkim i o niczym, ale zwróciła uwagę mojej młodej sąsiadki, która natychmiast przeniosła się w pobliże rozmówcy, Rozpoznała go po głosie, a kiedy zobaczyła młodzieńca z wypasionym telefonem przy uchu, była pewna, że to jej dawny partner. Od słowa do słowa odżywały ich wspólne wspomnienia. Wszystko w ich rozmowie potoczyło się łagodnie, wręcz błyskawicznie bez najmniejszych raf i przeszkód po drodze. Niestety, nie mogłem uważnie śledzić dalszego rozwoju odżywającego romansu kochanków, bo musiałem przesiąść się do kolejnego autobusu jadącego w stronę północnych osiedli na krańcach Stolicy. Zapytałem o drogę jadących na gapę bezdomnych, bo oni znają najlepiej peryferia Warszawy. Oni życzliwie poinstruowali mnie, że mam wysiąść na Moście Grota – Roweckiego i zejść w dół, gdzie jest kolejny przystanek autobusowy za kościołem. Zaufałem im i nie pożałowałem. Ci bezinteresowni nędzarze, wyprowadzili mnie na prostą drogę. Pomyślałem, że mając do zaoferowania tylko prawdę właśnie ją mi podarowali. Dzięki nim dotarłem szczęśliwie aż do drzwi mieszkania, ale nim włączyłem swój komputer musiało minąć sporo czasu. Zmagałem się bowiem ze swoim własnym zakazem używania go będąc pod wpływem alkoholu czy jakichkolwiek innych używek. Zwyciężył imperatyw nakazujący mi podzielić się niezwykłej rangi wydarzeniem intelektualnym, artystycznym i duchowym. Spieszę więc podzielić się informacja o wyjątkowym wieczorze poświęconym Pani profesor Barbarze Skardze, jej metafizycznym esejom i konkursie na filozoficzny esej ogłoszony przez Fundację na rzecz myślenia,(jej imienia) ustami profesora Cezarego Wodzińskiego. Poczułem się wówczas zachęcony, wręcz zainspirowany, ale czy naprawdę godny tak szlachetnego wyzwania?… Czas pokaże.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS