RSS
 

Archiwum - Październik, 2012

W LISTOPADOWE DNI KU PAMIĘCI

30 paź

Nie jesteśmy doskonali. Z wiekiem nie stajemy się ani mądrzejsi, ani tym bardziej piękni… na pewno nie lepsi. Raz do roku wyciszamy buzujące w nas emocje i pogrążamy się w refleksji nad wszystkimi bliskimi, ukochanymi i znajomymi ludźmi. Oni byli, są i nadal dla nas będą, jak słupy milowe na drodze życia. W filmie dokumentalnym tkwi niezastąpiona wartość uwieczniania tych, którzy już odeszli szlakiem wszystkich ludzi. Zamiast zapalonych zniczy możemy wskrzesić ich świetlisty obraz czy powidok, jaki się pojawia na ekranie. Mówią , patrzą na nas a my pamiętamy to, co powiedzieli i zrobili do końca swoich dni. Kliknięcie w nazwisko i imię uruchomi video albo artykuł na temat każdej z prezentowanych postaci:

redaktor ANDRZEJ ROMAN

ANDRZEJ BRYCHT

ksiądz Prałat ZDZISŁAW PESZKOWSKI

płk pil. JANUSZ ŻURAKOWSKI

Aktor i reżyser dubbingu KRZYSZTOF KOŁBASIUK

generał brygady w stanie spoczynku pilot TADEUSZ SAWICZ

gen. bryg. pil. STANISŁAW SKALSKI

ANNA KOWALEWSKA z d. MALESIŃSKA

WITOLD KNYCHALSKI

VIOLETTA VILLAS

POGRZEB TADEUSZA SAWICZA

KRZYSZTOF KOLBERGER

Lech Kaczyński

Gen. pil. Stanisław Andersz

ANDRZEJ BRAUN

Gen. Franciszek Gągor

KATARZYNA PISKORSKA

WIERSZ JULIUSZA ERAZMA BOLKA POŚWIĘCONY OFIAROM LOTNICZEJ KATASTROFY W SMOLEŃSKU

SPOTKANIE Z KOBIETĄ, KTÓRA UMIAŁA BEZGRANICZNIE KOCHAĆ część 1 część 2 część 3

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

O miłości bez końca

28 paź

Kończący się cykl seansów japońskich filmów pod znamiennym tytułem: „Miłość i młodość na przestrzeni wieków” zainspirował mnie do napisania zakończenia, które wreszcie uznałem za właściwe… przynajmniej teraz. Do zakończenia pracy nad opowieścią o Weronce i jej sercu jest jeszcze bardzo daleka droga, ale skoro mam początek i finał, mam ten psychiczny komfort, że pozostaje mi uzupełniać każdą ze scen szczegółowymi opisami. Powinienem też wprowadzić więcej dialogów i aktualności ze świata za oknami mieszkania, w którym Weronka wciąż siedzi wpatrzona w ekran komputera. Końcowa partia tekstu po scenie samobójstwa jej partnera dziś brzmi tak, lecz jutro może zmienić się nie do poznania. Na tym polega nigdy nie przemijający urok mozolnego układania słów w czytelny sens:
I niech by to była namiastka szczęśliwego zakończenia tej smutnej historii, a przynajmniej jego zapowiedź. Tak bywa jednak tylko w baśniach, bajkach i opowiadanych przez starych gawędziarzy legendach z przeszłości. Tymczasem to, co się wydarzyło pomiędzy Weroniką i Kajusem nadal musi się dziać, pomimo jego nagłej i niespodziewanej śmierci. Tak wielkie uczucie, jakim darzył swoją oblubienicę mogła ją rozsławić nie tylko wśród żyjących wokół niej lecz jej pamięć mogła trwać równie długo, jak romans Tristana i Izoldy, czy burzliwa miłość Romea i Julii. Weronko, zachwycająco piękna Weronko… Odrzuciłaś najpotężniejszą siłę, która kochankom pozwala żyć i przetrwać, a wszystkie możliwe trudności na drodze do szczęścia z dziecinną łatwością pokonać. Bo miłość ziści się jedynie wtedy, kiedy jest w nas dziecięca wiara w dobro i sprawiedliwość, wolę spełniania oczekiwań tych, których miłujemy i którzy zechcą nas obdarzyć takim samym afektem. Czułaś się zbyt skrzywdzona przez los. Przygniótł Cię zbyt wielki ciężar zaznanych nieszczęść, abyś nagle mogła uwierzyć w swoją cudowną moc. Nie zdecydowałaś się wejść wraz z Kajusem na kręty gościniec prowadzący Was ku świetlanej przyszłości. Cokolwiek by Was spotkało podczas tej peregrynacji, miłość by uświęcała wszystkie wasze dni i noce. Nikt już Cię potem tak nie ukochał, choć mogłaś jeszcze mieć nadzieję. Teraz i Ty, Weronko straciłaś resztki złudzeń i wiesz, że nikt się nie obejrzy za Tobą, kiedy przejdziesz tą samą drogą, co zwykli ludzie. Byłaś, jesteś i będziesz najpiękniejszym z ukochanych przez Kajusa istnień. Kiedy pewnego dnia mu powiedziałaś, że nie ma Was, On coraz bardziej pogrążał się w rozpaczy, aż wreszcie z głową w obłokach znalazł się w środku ciemnej, gradowej chmury. Lecz Ty, Weroniko, wciąż pozostajesz dla Niego niezwykle jasnym, cudownym promieniem rozświetlającym ponury, nocny mrok. Pozostałaś jego niespełnioną obietnicą szczęścia, na które każdy, biedny i bogaty człowiek, zawsze ma nadzieję. Nawet Wszechpotężny Bóg nikomu, nigdy tego prawa nie odmówił. Od Ciebie Kajus nie usłyszał nic, bo nie chciałaś go zranić. Odszedł więc bez nadziei pozyskania choćby cząstki Twojego serca. Ale i Ty pogrążysz się w jego głębokiej otchłani, w miarę wygasania tej energii, której coraz mniej na świecie po odejściu Twojego kochanka. Krótko byliście razem, na pewno za krótko, żeby mogło się ziścić najpiękniejsze z marzeń i wyśnić jego proroczy sen. Ty jesteś mądra Weronko, więc nie mogły Cię przekonać słane wraz z kwiatami poetyckie strofy pióra zakochanego w Tobie mężczyzny. Ten biedny człowiek świata za Tobą nie widział i nie obchodziło go, skąd zdobędzie skarby, jakimi pragnął Cię obdarzyć. Gdyby to mógł uczynić, wyrwałby je dla Ciebie z samego dna piekła. Widział w Tobie to samo piękno, które Wieszcz zawarł w maksymie: „Przez Ciebie przepływa strumień piękności, chociaż Ty nie jesteś pięknością„. Mogłabyś być nawet jej ziemskim zaprzeczeniem, a Kajus nie zważając na to tym bardziej by Cię kochał, im gorzej by o Tobie wyrażali się równie skrzywdzeni, niespełnieni i zawistni bliźni. Nie wiadomo, czy jego dusza właśnie tam się znajduje, czy cierpi w czyśćcu. Być może Kajus jest szczęśliwy w Niebiosach, nie wiadomo. Wiem tylko, że Ty pozostałaś na tej Ziemi, planecie stęsknionych miłości ludzi i znikasz w moich oczach z każdym oddechem. Z każdym upływającym dniem coraz bardziej zapominamy Cię, jak czynił to pozbawiony złudzeń Merlin, rycerze i poddani króla Artura zapominali wielką, królową Starego Porządku Świata. Obdarzona potężną, czarowna mocą Mab była bezradna wobec ludzkiej obojętności i w końcu została przez nią zniszczona. Ta sama obojętność zabiła Kajusa. Nie wiem, Weronko… naprawdę nie wiem i nie chcę wiedzieć, czy będzie ona siłą, która może Cię unicestwić. Na razie jeszcze pozostajesz w mojej pamięci między zapisanymi na tych kartach słowami. Żadne z nich nie należy do mnie, bo ja je tylko cierpliwie wysłuchiwałem i dzień po dniu spisywałem. W każdym zdaniu jest Twoje westchnienie i serdeczny płacz po umarłej miłości.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Oczywistości

26 paź

Ciemno choć oko wykol, a za oknem taka dujawica, jakby ktoś się miał powiesić, albo już to zrobił i wszystkie wierzby nad nim płaczą. Sprawdzam, czy przypadkiem to nie ja… Ale nie, ja się dawno rozmyśliłem i postanowiłem trwać w tym absurdalnym świecie mimo, że nie widzę w tym większego sensu, ani celu. Dużo by o tym mówić, jeszcze więcej pisać, ale to wszystko raczej na Berdyczów, choć przecież wystarczyłoby, gdyby te słowa trafiły do jednego, jedynego adresata. Tak już jednak jest urządzony ten najpiękniejszy ze światów, że ktoś zupełnie inny żyje w innym świecie, choćby go dzieliło od nas tylko przejście przez ulicę. Mijamy się spacerując tymi samymi ścieżkami o różnych porach dnia. Jeździmy tymi samymi autobusami, metrem, tramwajami, jednak w tak wielkim mrowisku tylko cud mógłby sprawić, że możemy przypadkiem trafić na siebie. A jeżeli już by nawet zdarzyło się to, co uznaję za prawie niemożliwe… Co wtedy? I tak nie wypowiem już ni słowa, bo musiałbym bez końca się usprawiedliwiać ze swoich grzesznych myśli, nie popełnionych jeszcze, ale wiem, jak bardzo niemoralnych czynów i upragnionych zamiarów. W miarę dojrzewania do decyzji o ostatecznym zejściu ze sceny, zdaję sobie sprawę, ile we mnie drzemie niespełnionych marzeń. Gdybym był młodszy, na pewno bym cierpiał z tego powodu. Teraz też nie jest mi łatwo, ale wydaje mi się, że już coś z tego zrozumiałem, a przynajmniej zaczynam pojmować tę naturalną kolej rzeczy. Kobiety, które wciąż mają poczesne miejsce w moim sercu słusznie raczyły zauważyć, że jestem totalnie popierdolony a w swoim durnym łbie mam nasrane… No bo jak inaczej wytłumaczyć, że wciąż jestem zdziwiony odkrywaniem rzeczy od dawna dla większości zwykłych śmiertelników jasnych i oczywistych, jak wschody i zachody Słońca?… Peer Gynt słysząc mądrą radę leśnego stwora postąpił, jak spotkany Troll, który nieustannie mu powtarzał: „Trollu, poprzestań na sobie!”… Któż z nas by się zniżył do takiego aktu pokory? A co mi szkodzi zastosować się do tego, co Ibsenowski bohater przyjął za własną prawdę i dzięki niej nie oszalał. Inaczej pogrążałby się z dnia na dzień w rozpaczy, nie mógł spać i jeść, wreszcie sczezł by w tej duchowej udręce na Amen. Owszem, z ochotą poprzestałbym na sobie, jak leśny Troll, nieszczęśliwy Peer Gynt i podobni im włóczędzy wałęsający się po współczesnych rozdrożach. Codziennie stają na rozstajach i wybierają jedną z możliwych do przejścia dróg. Błądzą dawno przetartymi już szlakami w poszukiwaniu szczęścia i sensu, chociaż równie dobrze mogliby się nie ruszać z miejsca, bo każda wędrówka kończy się powrotem. Czasem trwa to jakiś czas, a niekiedy zajmuje to człowiekowi całe życie. Ani się zorientujesz, a ono Ci mija niepostrzeżenie i tylko żal ludzi, których w szalonym pędzie nie zauważyłeś albo nie mogłeś się zatrzymać, żeby zamienić z nimi przynajmniej kilka zdań, czy dobrych słów. Usprawiedliwiamy się brakiem czasu, albo sami siebie okłamujemy, że nie potrafimy i nie możemy się na to zdobyć. W ten sposób przegrywamy niepowtarzalną szansę poznania absolutu, doznania tajemnicy istnienia a to wszystko, na własne życzenie. Z własnej winy, z powodu zaniechania, z osobistej obawy i lęku pozbawiamy się widoków na szczęście, którego nikt nam nie obiecywał, ale jeżeli mocno go pragniemy musimy o nie walczyć. To nieprawda, że ono samo do nas przyjdzie. Tylko ktoś, kto w to usilnie wierzy jest w stanie porwać się na pozornie niemożliwe do zdobycia szczyty. Reszta skazana jest na rozczarowanie i wieczne pretensje do swoich bliźnich za los, który nie jest i nie musi być ślepym przeznaczeniem. Pokora wcale nie oznacza zgody i bierności wobec spotykających nas nieszczęść. Co z tego, ze ktoś nas nie zrozumiał, albo nawet w piekielnej złości przeklął i odrzucił. Wszystko kiedyś powróci do punktu wyjścia… Nie w tym, to może w innym życiu. A jeśli nie nam, to może innym bardziej dopisze szczęście. W końcu naprawdę nie jesteśmy aż tacy ważni i wyjątkowi, żeby myśleć tylko o swoim osobistym szczęściu i spełnieniu. Na całej Ziemi jest nas ponad siedem miliardów. Czy kiedykolwiek we Wszechświecie obchodził kogoś los żyjącego ledwie dzień motyla, czy jeszcze mniejszej muszki drozofili? Jeśli ktokolwiek z perspektywy Kosmosu raczy zauważyć planetę ludzi, to nasze pojedyncze istnienie na pewno nie różni się dla niego od innych gadów, płazów i mrówek.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zwyczajny smutek

22 paź

Pamiętam dziecięcy żal, jaki miałem w przeszłości do rodziców, kiedy odwiedzaliśmy 1 listopada kluczborski cmentarz komunalny. Nikt z naszej rodziny jeszcze tam nie leżał, bo mama i tata przyjechali na Ziemie Odzyskane wraz z repatriantami zza Buga. Kiedy inni zapalali świeczki na swoich rodzinnych grobach my czciliśmy w ten sam sposób pamięć zmarłych wyzwolicieli miasta. Na dawnym cmentarzu żydowskim położono ciała poległych Niemców i żołnierzy radzieckich. Tak zapewniano sobie dbałość o utrzymanie nekropolii przez zamożniejszego sąsiada zza Odry i Nysy Łużyckiej. Niemcy słali pieniądze i sami przyjeżdżali pielęgnować mogiły wiedząc, że chociaż są tam tylko czerwone gwiazdy, to pod tabliczką bezimiennych żołnierzy kryła się tajemnica o trupach wrogów leżących po śmierci zgodnie obok swoich zwycięskich przeciwników. O ten cmentarz dość dobrze dbano, ale w tym samym czasie położony w sąsiedztwie, stary cmentarz ewangelicki popadał w ruinę. Zimna wojna nie sprzyjała częstym odwiedzinom nawet w Dzień Święta Zmarłych bo zazwyczaj do miasteczka przyjeżdżali urzędnicy i delegaci niemieckich stowarzyszeń. Minęło sporo lat od czasu mojego wyjazdu z Kluczborka do krakowskiej Alma Mater UJ , potem na studia w Łodzi, a stamtąd do pracy w Warszawie. W tym czasie cmentarne mogiły zapełniły nie tylko ciała najbliższych, ale coraz częściej odprowadzałem w ostatnią drogę znajomych i współpracowników. Daty urodzin i zgonu członków rodziny uwiecznione są w starannie opracowanym przez pokolenie młodszych ode mnie archiwistów, drzewie genealogicznym. Spoglądam od czasu do czasu na jego rozłożyste konary i zachodzę w głowę, jak wielu moich przodków, to zupełnie dla mnie anonimowe postaci. A przecież tak wiele nas łączyło i nadal łączy poprzez żyjących z dala od siebie krewnych. Zostawiam tę myśl, jak rzucone w glebę ziarno zastępując ja refleksja o tym, że czasami o wiele silniejsza więź, niż w rodzinie, powstaje między zupełnie obcymi ludźmi. Z pewnością bardzo bliskimi osobami byli zmarli nieomal w tym samym czasie, pochowani na stołecznych nekropoliach redaktor Andrzej Roman i Violetta Villas. Wcześniej uczestniczyłem w nabożeństwie żałobnym generała brygady w stanie spoczynku pilota Stanisława Skalskiego. Odprowadzałem też do grobu innego, sędziwego lotnika poznanego w Kanadzie Stanisława Sawicza. Pomiędzy tymi uroczystościami odbyła się ceremonia pogrzebowa rotmistrza kawalerii, harcerza pełniącego również funkcję kapelana rodzin katyńskich, księdza prałata Zdzisława Peszkowskiego. Żegnając aktora, Krzysztofa Kołbasiuka nie przypuszczałem, że niebawem podąży w ślad za nim jego imiennik, nieodżałowany Krzysztof Kolberger. Nie ma już teraz pory roku bez tak bolesnych ciosów losu. Należało się z tym pogodzić i przyjąć, że taka jest naturalna kolej rzeczy. Wszystko to prawda, ale wiedzieć i zrozumieć, a przyjąć tę prawdę do siebie, są to zupełnie inne sprawy i trudno z nimi żyć… może łatwiej umierać

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wszystko przed nami

22 paź

Zazdroszczę poetom, że potrafią w niewielu słowach oddać istotę najbardziej skomplikowanych zjawisk… tych, których nie rozumiemy, bo niepokoją nas i trapią z tego powodu, że nie potrafimy rozwikłać ich natury. Juliusz Erazm Bolek co i raz wynajduje wiecznie aktualne maksymy klasyków literatury, filozofów, dokładając również własne refleksje. Ostatnio zdarzyło mi się nawet udostępnić jego wpis: „Śmierć – rozumiem, że to koniec, ale nie pojmuję cierpienia”… W tym wypadku pomylił on jednak umieranie z życiem, bo od chwili narodzin cierpimy. Nie wiem, czy to prawda, ale słyszałem anegdotę o tym, że gdy się rodzi cygańskie dziecko wita je płacz właśnie z tego powodu, a gdy człek umiera na jego pogrzebie są śpiewy i muzyka, bo odchodzi z tego świata gdzieś, gdzie wreszcie będzie wolny od ziemskich trosk. Takim człowiekiem jest Michał, drugi bohater powieści o Weronce, który popełniając samobójstwo wybiera ucieczkę z tego świata. Zanim to się jednak stanie przedłuża stan umożliwiający przetrwanie najtrudniejszych chwil oddając się lekturze i mozolnemu spisywaniu tych ulotnych momentów szczęścia, jakie zdołał zapamiętać. One właśnie mają moc oddalania czarnych myśli a może nawet ocalenia cierpiącego człowieka. Tę cudowną właściwość ma pieśń i muzyka. Ukojenie i mądrą myśl podpowiadają czasem fikcyjne postaci rozmawiające na ekranie filmowym. Przyznam, że od niepamiętnych czasów, z zapartym tchem śledziłem losy romantycznych kochanków chłonąc wszystko, co czynili i o czym ze sobą rozmawiali. W swoich peregrynacjach po krajowych i zagranicznych salach kinowych spotkałem mnóstwo tych postaci i w żaden sposób nie określiłbym ich jako fikcyjnych bohaterów. Scenarzysta przecież czerpał inspirację z życia i własnych doświadczeń, zaś aktorzy także musieli przeżyć coś, co przypomina miłość, czy nienawiść. Wszystko, z czym codziennie mamy do czynienia w końcu znajduje swoje odzwierciedlenie w filmie, literaturze, albo też na scenie. Dlatego w książce poświęconej Weronice przywołuję dość obszerne (oczywiście przetworzone)cytaty z korespondencji, powstających opowiadań, a także fragmentów wierszy. Utarło się przekonanie, że coraz mniej ze sobą rozmawiamy, ale jeżeli uważnie przyjrzeć się poczynaniom naszych bliźnich, to stwierdzimy, że zmienił się tylko adres i sposób komunikacji między ludźmi. Wymiana myśli między nimi przeniosła się na internetowe fora coraz liczniejszych portali społecznościowych. Publikowane wpisy autora można za darmo pobierać, powielać i przekazywać swoim znajomym a także zupełnie nieznanym osobom, w nieskończonej ilości kopii wysyłając je pod dowolny adres sieciowy. Uznajemy to za pewne zagrożenie prywatności, ale w zamian za konieczne koszta osobiste, mamy prawo pisać rozpowszechniając wytwory swojej wyobraźni do ogromnej rzeszy potencjalnych odbiorców. Każdy dzisiaj może zostać autorem, a jeżeli jego dzieło w sieci zauważy i doceni spore grono widzów albo czytelników, zyskuje sławę, bogactwo i zaszczyty. Tego naturalnego procesu nie da się przecenić. Najbardziej demokratyczna platforma wydawców i czytelników już wytworzyła spore grono nowych idoli, mających fanów na facebooku, Google video czy Wikipedii. Wszystko rozwija się na naszych oczach niezwykle dynamicznie, w bardzo interesującym kierunku. Nie ogarniamy jeszcze całości tych zjawisk, ale pisząc scenariusze i kręcąc filmy nie można się obrażać na rzeczywistość i powtórzyć błąd reżyserów gardzących wynalazkiem taśmy video. Twórcy zafascynowani jakością 35 milimetrowego negatywu znaleźli się nagle na uboczu, jak wielcy miłośnicy koni rezygnujący z używania samochodu. Szczerze przyznaję, że mając już za sobą kilka technologicznych rewolucji chciałbym, żeby chociaż na moment ten szalony, rewolucyjny trend zmian ustał. Można by wtedy przyhamować i zyskać trochę czasu na osobistą refleksje na temat tego, co się do tej pory wydarzyło, wszystko ocenić i wysnuć jakieś wnioski na przyszłość. Świat by się od tego na pewno nie zawalił, a korzystający z dobrodziejstw nowoczesnej techniki zdjęciowej filmowcy tylko by zyskali. A na razie w multipleksach i teatrach zmuszeni jesteśmy oglądać w nowych produkcjach głównie prezentacje możliwości technicznych sprzętu i popisy multimedialne. Tytuły są nieistotne, treść także, bo to wszystko jeszcze dopiero jest niejako in statu nascendi, istniejąc jako demo. Człowiek, albo jak kto woli – aktor, jest w tym ujęciu przemieszczającym się w kadrze materiałem plastycznym.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Miłość niemożliwa

22 paź

Wyobraziłem sobie hipotetyczną sytuację, że po serii kolejnych rozczarowań spotkałem tę jedną, jedyną, wymarzoną i ukochaną kobietę, z którą bym się odważył spędzić resztę swoich dni. Nie jest to wcale niemożliwe, a przy tym ma niepowtarzalny urok niejednej baśni z tysiąca i jednej nocy. Należy tylko autentycznie kochać i być kochanym. No, to już nie jest tak piękna i kolorowa baśń lecz prawda. Usłyszałem w kinie, że chyba jedynym rodzajem miłości, jaki autentycznie jeszcze ostał się i oparł kolejnym rewolucjom, to miłość bez wzajemności. Wszystkie inne są imitacjami prawdziwej, pierwotnej miłości człowieka do człowieka. Nie wiem, co o tym sądzić…. Źle kochana dziewczyna ma absolutną rację wyrzucając partnerowi egoizm i głupotę. Nie wspomnę już o przywarach i braku urody, która z czasem mija i raczej należy się z tym pogodzić. Przysłowiowa „rycząca czterdziestka” zawsze płacze z naszej winy i nie powinniśmy się dziwić, kiedy poszukuje zamiast nas do towarzystwa innego mężczyzny. W końcu go znajdzie i trzeba się z tym pogodzić. To nasza, co ja piszę, tylko moja wina, moja bardzo wielka wina. Przecież wiedziałem, że nie mam szans pogodzić tych wszystkich sprzeczności, jakie tkwiły i w niej i we mnie, a jakby mi było mało, to wcale nie mierzyłem siły na zamiary lecz zamiar podług swoich sił. Gdybym miał mądrych przyjaciół, penie by mnie podnieśli na duchu i zachęcali: „Walcz, nie poddawaj się!„… Radzili mi, a jakże, tylko że albo ja rozumiałem opacznie ich słowa, albo zupełnie już do mnie nic nie docierało. Musiałem przegrać z własną słabością, brakiem doświadczenia i, co tu dużo się rozpisywać, nie poradziłem sobie z wyzwolonymi emocjami. Popełniałem błąd za błędem i kolejne omyłki mnożyły się po każdym spotkaniu i coraz dłuższym z nią rozstaniu. W końcu zakradła się złość, wrogość i obcość,. A kiedy już pojawiła się pomiędzy nami, nic już nie mogło być, jak dawniej. Trudno naprawić to, co się stało i zniwelować wypowiedziane słowa, złe spojrzenia czy niegodne kochającego mężczyzny zachowania. Od samego początku nie słyszałem ani jednej obietnicy, że mogę mieć nadzieję na spełnienie się tej miłości. Być może jedyną prawdą było to, że prawdziwa miłość między nami jest niemożliwa. Powinienem to zrozumieć a przynajmniej pomyśleć, co znaczy jej milczenie zapadające po każdym moim wyznaniu. Postanowiłem jednak trwać w swoich marzeniach i z uporem maniaka pogrążałem się w matni zagubionych uczuć. Wciąż w nich tkwię po uszy, bo nie pojmuję tego, co kobieta potrafi intuicyjnie odczytać w lot. Pierwsza miłość, druga, trzecia, kolejna i wreszcie ta ostatnia… mijają niepostrzeżenie, jak koklusz, szkarlatyna, ospa, grypa i różyczka. Każdy przez to przechodzi, z tym że jeden przeżywa to ciężko, inny lżej, a jeszcze inni wcale tego nie przeżywają – umierają. Po tej ostatniej, nieuleczalnej chorobie naprawdę czuję, że jestem martwy. To nawet nie boli, bo jakże może człowieka boleć serce, jeżeli nie ma dla kogo bić? Jeść i spać także przychodzi z trudem i trzeba się bardzo zmęczyć, żeby zmusić wyczerpany organizm do naturalnego odpoczynku… Na szczęście, to tylko stworzona w słowach ludzka hipoteza i blamaż na niby. We śnie i wyobrażeniach możliwe są najczarniejsze scenariusze, ale na jawie zdarzają się rzeczy, o których nie śniło się filozofom. Dlatego nie wahałem porywać się na niemożliwą z pozoru miłość, bo jeśli mężczyzna czuje, że to jest kobieta jego życia poświęci dla niej wszystko i gotów jest poświęcić się jej bez reszty. Jeśli w połowie drogi zatrzyma się i straci wiarę w to, co czynił do tej pory z serca, bez namysłu, musi liczyć się ze sromotną klęską. Jej smak nie pozwala potem już cieszyć się urokami najwystawniejszej uczty, a rzucony przez nią cień już na zawsze przysłania słońce i księżyc. Nigdy nie zobaczę już miesiąca w pełni i blasku południa. Oglądam jedynie na horyzoncie krwawo zachodzącą gwiazdę, która zapowiada zmianę pogody na deszcz i słotę. Niebawem nadejdą chłodne dni, a potem długa, mroźna zima. Dla mnie to nie ma znaczenia, bo ja już nic nie czuję. W kimś, kto jest martwy już brak lęków i obaw przed kaprysami aury. Nie ma już nawet odrobiny żalu po tym, co odeszło i wraz ze mną umarło. W końcu nade mną zapadły ciemności, a w nich tylko olbrzymia pustka, która może jest przerażająca dla żywych… nie dla umarłych.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Życie, Miłość, Śmierć…

20 paź

W okolicach Dnia Zmarłych czy Zaduszek nachodzą mnie żałosne wspomnienia o tych, co odeszli. Żałosne, bo beznadziejne i naznaczone osobistą niemocą, bo cóż samotny człowiek może poradzić na to, co i tak jest mu pisane… Jedynym ocaleniem jest konsolacja i to pocieszenie jest zasługą naszych zmarłych. Nieraz pojawiali sie w moich snach podpowiadając to i owo, pocieszając mnie serdecznie, dobrym słowem, a przede wszystkim swoją chwilową obecnością. Właśnie odchodzenie od siebie jest równie dotkliwe, jak śmierć bliskiej osoby. Powolne umieranie miłości jest dogorywaniem odczuwalnym przez opuszczonego człowieka boleśnie, fizycznie, namacalnie. Dzień poświęcony pamięci Wszystkich Świętych nastraja do refleksji prowokując zarazem uogólnienia, które nie muszą być prawdziwe. W każdym razie to, co wiemy o sobie nie ma rzeczywistego znaczenia i praktycznego zastosowania w stosunku do innych ludzi… nawet do tych, których kochamy. Smutek po zniknięciu z naszego życia ukochanej osoby kojarzy się z rozpaczą po nieuchronnej stracie zmarłych ludzi. Nic przecież nie trwa wiecznie, nawet zda się, nieśmiertelna miłość. Ona też z czasem marnieje tak, jak my jesteśmy niestali, marni i niedoskonali… być może nawet jej niegodni. Z kobiecego wiersza zapamiętałem słowa:

„Śmierć chroni od miłości,
A miłość od śmierci…”


Zmarła przed kilku laty nauczycielka języka polskiego powiedziała nam kiedyś na lekcji, że najważniejszym i najtrudniejszym zadaniem, jakie człowiek ma do rozwiązania, jest mądre wykorzystanie czasu, jaki został nam dany na osobiste przejście tego jednego, jedynego doświadczenia, jakim jest nasze własne życie. Starałem się w najważniejszych chwilach zawsze pamiętać jej mądre słowa i dlatego ze śmiertelną powagą mówię o miłości, która pozwala nam żyć ze świadomością, że tylko ona na całym świecie jest coś warta. Właściwie tylko w niej odnajdujemy prawdziwy spokój ducha i wewnętrzną harmonię… Nawet jeśli się o coś spieramy i prowadzimy z ukochanymi partnerami długie dyskusje o niczym. To wszystko jest nieważne, jeśli się kochamy. Reszta to nic nie znacząca marność nad marnościami i ogromna, przeraźliwa, pusta otchłań.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Świat uczuć wg Wyrypajewa

15 paź

Bywa, że równie ważne dla rozpoznania treści i znaczenia dzieła sztuki jest tekst, jak też i sceneria, okoliczności i przestrzeń, w której on wybrzmiewa. „Iluzje” Wyrypajewa mają sens uniwersalny, ale nieprzypadkowo został zauważony na Woli Poetą i bardem najbiedniejszych mieszkańców Woli był Edward Szymański. Mieszkał niespełna kilometr od gmachu, który dzisiaj dzielą Kredyt Bank i Teatr na Woli. W hallu wyłożone są zarówno programy i ulotki teatralne, jak też druki reklamowe firm współistniejących nieopodal siedziby Teatru na Woli . W tej nowej rzeczywistości zaistniała sztuka autora czułego na głos ludzkiej duszy. Tu, gdzie przepych sąsiaduje z biedą i codzienna walką o byt artystów, gdzie szczęście i dostatek współistnieje z głodem, wymowa spektaklu o uczuciach zyskuje na znaczeniu. Bardzo chciałem go obejrzeć i wybierałem się już od dawna do kierowanego przez mojego kolegę z okresu studiów w krakowskiej Alma Mater, Teatru na Woli. Nieopodal teatralnego budynku jest przystanek, na którym czekając na spektakl postanowiłem spożyć kajzerki z przepysznym jogurtem truskawkowym. Maczane w gęstej, różowej breji bułki smakowały wybornie, aczkolwiek pasażerowie wolskiej linii autobusowej spoglądali na mnie z pewną nieufnością. Natomiast zupełnie przyjaźnie patrzyli na jowialnego starca z pieskiem, który jak gdyby nigdy nic lustrował przystankowe kosze na śmieci w poszukiwaniu niedopałków. Nie miał szczęścia cokolwiek znaleźć, ale za to miał dość tupetu, żeby podejść do palącego papierosa jegomościa i nie poprosił o papierosa. O, nie… przynajmniej nie od razu. Najpierw zapytał, czy gość ma zapalniczkę… No, jakżeby inaczej? Palacz tytoniu musi ze sobą nosić to urządzenie i automatycznie przeszło z ręki do ręki. Sędziwy mężczyzna wziął je i oglądał z wielkim namaszczeniem studiując barwne ozdoby na plastikowym etui. Kiedy spojrzenie zniecierpliwionego właściciela zapalniczki spotkało się z oczami uśmiechniętego starca, zrozumiał, że do pełni szczęścia brakuje szluga i powinien kopsnąć staruchowi chociaż jedną sztukę z paczki markowych papierosów. Nie tracąc czasu zrobił to niezwłocznie i odzyskał zapalniczkę. Sprytny emeryt w ten oto sposób żyje oszczędnie korzystając ze spolegliwości bliźnich na wolskiej ulicy. Wciągając w płuca dym z ofiarowanego mu papierosa wydmuchiwał go na przylegającym do siedziby Kredyt Banku trotuarze prowadzącym też do wejścia w zaczarowany świat teatru. Mając okazję obejrzeć „Iluzje” wg Iwana Wyrypajewa, w reżyserii Agnieszki Glińskiej rozmawiałem po spektaklu z osobą mądrą i ciężko doświadczoną przez tak zwane życie małżeńskie. Autor napisał to, co aktorzy wyrecytowali z dużym zrozumieniem treści i ukrytych w tekście, dodatkowych znaczeń. Urzekła mnie niepewność wypowiadanych twierdzeń i tez pisarza, a jest ona czytelna w wielokrotnych powtórzeniach słów, które czytający je człowiek pragnie zrozumieć, a jeśli to jest niemożliwe, to chce przynajmniej zapamiętać. Weźmy pierwszą z brzegu prawdę o miłości, która istnieje tylko wówczas, gdy kocha się oboje ludzi. Jednostronne uczucie nie spełnia wystarczających i koniecznych warunków do zaistnienia miłości. To niby jest oczywiste, ale po konfrontacji wielu prawd i konfabulacji nawet to jasne stwierdzenie wydaje się już nie tak oczywiste, jak na początku przedstawienia. Muzyczne trio dyskretnie akompaniuje aktorskiemu kwartetowi na scenie Teatru na Woli. Reżyser ani scenograf nie popisują się kreacją przestrzeni. Bez wielkiej inscenizacji można także stworzyć przejmujący spektakl o życiu, miłości i śmierci. W pewnej chwili zadzwonił telefon komórkowi jednej z pań oglądających to mądre przedstawienie, a Krzysztof Stroiński ze stoickim spokojem zaproponował jej, żeby odebrała połączenie. Na szczęście inteligentna riposta i prowokacja aktora nie spowodowała kolejnej, prywatnej rozmowy, ale takie wrażenie odniosłem słuchając monologów postaci dramatu, że to są ich własne wynurzenia, głębokie, intymne zwierzenia dwóch zaprzyjaźnionych ze sobą par małżeńskich . Mówią do siebie o wdzięczności za udane, długoletnie, wspólne życie. Jednocześnie bezlitośnie krytykują się nawzajem wyjawiając najpilniej strzeżone tajemnice sprzed dawno minionych dekad. Przysłuchując się tej finezyjnej grze słów, spojrzeń i gestów człowiek czuje się tak, jakby pobierał niesłychanie ważną lekcję życia, którą bohaterowie sztuki przerobili na swojej własnej skórze. Każdy z nas ma jakieś miłosne doświadczenia i osobiste przejścia z płcią odmienną. Nasi partnerzy bywają czasem sprzymierzeńcami, ale potrafią nam dopiec i prześladować, jak najgroźniejszy wróg. Poznajemy konsekwencje mówienia prawdy, która może kogoś tam wyzwoli, ale u Wyrypajewa zabija żonę człowieka, który ślubował jej miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Mąż czuł szczerą potrzebę wyznania, że przez kilkadziesiąt lat kochał inną kobietę a między nimi nie było miłości, o jakiej marzy każdy młody człowiek. Według tragicznie owdowiałego starca ludzie żenią się z przypadkowymi osobami rezygnując ze wspólnego życia z tymi, którzy są naszym prawdziwym przeznaczeniem i dopełnieniem. Powiedział wreszcie, że ostatecznie zmęczony walką o szczęście człek bierze pierwszą lepszą osobę za partnera i spędza z nim całe życie. Rzeczywiście, tego typu wyznanie potrafi wzbudzić szok, rezygnację, a nawet zabić kogoś, kto się tym naprawdę przejmie. Usłyszeliśmy o konieczności zatrzymania się na szlaku długiej, życiowej wędrówki i wykształcenia umiejętności znalezienia swego miejsca na drodze życia. To, o czym pisze brzmi, jak hasła i slogany, ale spektakl nie jest katalogiem klasycznych cytatów, czy znanych powszechnie, gotowych formuł. Uważnie słuchający widz może uczestniczyć we wspólnym seansie prawdy i bardzo intensywnej godzinie myśli. W tak sprzyjających okolicznościach wszelkie twierdzenia okazują się nieaktualne, a przynajmniej częściowo spalone. Nikt nie upiera się już, że jednostronna miłość nie ma sensu i nie istnieje. Być może mamy do czynienia tylko i wyłącznie właśnie z taką jej odmianą, bo choć wszyscy ludzie na świecie są braćmi, to przede wszystkim są nieprzejednanymi egoistami.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Przechlapane

11 paź

Przechodząc pod siedzibą Banku PKO S.A., zostałem zaczepiony przez starszą panią, która drżącym głosem poprosiła mnie o przysłowiową złotóweczkę na obiad. Nie mogła wybrać trafniejszego miejsca, bo gdzie jak gdzie, ale trzeba mieć fantazję i wyczucie, aby żebrać o wsparcie pod bankiem, w którym szkło i marmury przyprawiają biedaków o utratę zmysłów. Na piętrach wieżowca przy Placu Bankowym bogactwo, aż kapie od przepychu i nadmiaru, a na parterze kobiecina błaga o podarowanie jej jakiejkolwiek sumy na jedzenie. Nie miałem akurat drobnych, więc jej zaoferowałem monetę wartości dwa Euro mówiąc, żeby je sobie wymieniła w kantorze. To i tak pięć razy tyle, ile chciała ode mnie otrzymać. Trzeba było widzieć jej zaskoczenie i uśmiech na twarzy starszej pani. Pomyślałem sobie, że właśnie z tak bezmyślnym nabożeństwem myślą o posiadaniu tej waluty nasi pożal się Boże rządowi ekonomiści i politrucy z kręgów wspierającego władzę dziennikarstwa. Wbrew gadaninie o czwartej władzy mediów, jest to dość liczne grono Biernych, Miernych, ale Wiernych potakiwaczy. W skrócie nazywamy ich BMW. W zamian za poprawność i polityczne posłuszeństwo stać ich nie tylko na taki model auta, ale dużo więcej. Oni też nie znają granic i nie mają umiaru w naginaniu swoich tez do rzeczywistości, która dzisiaj głośno skrzeczy i jaka jest, każdy widzi… Mam to w wielkim poważaniu i dopóki mogę korzystać z innych możliwości przezwyciężania kryzysu robię, co mogę na własną rękę. Nie mając już nieograniczonej możliwości darmowego pozyskania dwóch biletów na teatralny spektakl, albo kupna książek czy albumów, otrzymuję okazjonalne gratisy w zamian za napisaną recenzję. Wcale nie obrażam się dzisiaj na rzeczywistość, tylko ( wedle równie mądrej i żartobliwej zasady Stanisława Manturzewskiego) im większy jest kryzys, tym bardziej obniżam stopę życiową. Dlatego od czasu do czasu odważam się na ryzykowną jazdę na gapę przez Warszawę, bo przecież muszę w jakiś sposób dotrzeć do budynku użyteczności publicznej, gdzie urzędują życzliwi mocodawcy i przełożeni. Bywało, że niekiedy wsiadałem na rower i pedałowałem, ile mam sił w nogach. Kiedy wieje wiatr i leje deszcz, to nie jest jednak najprzyjemniejszy sposób przemieszczania się po tak rozległym mieście. Przejeżdżając więc we wspomniany sposób nieopodal gmachu telewizji, pardonne mois le mot, publicznej zdecydowałem wstąpić tam do kawiarni na kawę w nadziei, że z kimś tam porozmawiam, a może spotkam redaktora, który wreszcie zainteresuje się moim filmem o nędzy i starości. Na tym się dość dobrze znam, bo na co dzień doświadczam uroków tego status quo. Chcąc nie chcąc, dokumentowałem ten temat dość cierpliwie, długo i dokładnie, ale redaktor odpowiedzialny za film dokumentalny w Telewizji odpowiedział mi, że być może temat jest ważny, ale scenariusz nie jest dość genialny. Pięknoduch nie pojmuje, czym jest los tzw. szarego człowieka, ale przecież nie wszyscy jesteśmy tacy sami, lecz różnobarwni. Jak to raz rzekła postać z filmu Julka Machulskiego: Na władzę nie poradzę… Nie ma dyskusji na argumenty z mądralami zasiadającymi w okrąglaku na Woronicza. Słowem, kicha! Wstąpiłem do gmachu na Woronicza licząc na spotkanie partnera do rozmowy, a tam pustki, jakby wszyscy wyjechali gdzieś na pogrzeb, bo przecież już dawno po weselu córki Państwa Kwaśniewskich. Zazwyczaj hucząca od gwaru kawiarnia zamknięta na cztery spusty. Całe szczęście, że kible działały, a w kabinach nie brak papieru toaletowego. Można więc spokojnie się odprężyć, potem dokładnie umyć ręce, odświeżyć się… Tylko komu potem można pokazać tak wypielęgnowaną, uśmiechniętą twarz… No komu? Nie wiem, czy to dobre skojarzenie, ale jak powiadają uczestnicy miłosnych forów: „Jest we mnie tyle miłości…” A w domyśle: tylko nie mam się z kim tym podzielić – z tą miłością, z tym doświadczeniem i mądrością. Dzielmy się więc, nie odwracajmy od siebie wzroku, wykorzystajmy swoje możliwości. Naprawdę, nie traktujmy siebie zbyt poważnie, ale też nie lekceważmy się nawzajem. A przede wszystkim niech nas nie opuszcza poczucie humoru, które nie pozwala nam ostatecznie zwariować.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Inspirująca dziura w ziemi

05 paź

W powietrzu unosił się swąd gazu. Dawno już odpowiednie służby zakręciły jego dopływ oraz wody i elektryczności. To była tylko pozostałość po substancji umożliwiającej ludziom dostrzec awarię instalacji. Od samego świtu mieli już nie tylko awarię, ale prawdziwą katastrofę z zagrożeniem wybuchu i zawalenia się ogromnych bloków mieszkalnych. Dlatego strażacy i policjanci dzwonili i walili pięściami w drzwi, aby zbudzić i wyprowadzić na ulicę śpiących domowników Tam czekały ogrzewane autobusy, w których mogli napić się gorącej herbaty i ochłonąć, bo o pogrążeniu się we śnie już nie mogło być mowy. Spoglądali na nich koczujący w pobliżu bezdomni, którym przy okazji udało się dostać darmowy posiłek i kubek wrzątku. W nieszczęściu ludzie nie różnią się zanadto, tym bardziej, że pechowcy nie zdążyli nawet zabrać z mieszkania najbardziej im potrzebnych rzeczy. Piotr oglądał beznamiętnie telewizyjną relację z katastrofy i wcale im nie współczuł. Mieli przecież wszelkie wsparcie ze strony zobowiązanych do pomocy instytucji i wszyscy o nich mówili. Kiedy on po dotkliwej, osobistej katastrofie naprawdę potrzebował pomocy, to nawet pies z kulawą nogą nie obejrzał w jego stronę. Los mieszkańców uszkodzonych bloków w centrum Stolicy stał się tematem dnia i był na ustach wszystkich. Nic przecież nie porusza bardziej widzów, niż cudze nieszczęście. Piotra to wcale nie obchodziło… Owszem, żal mu było przede wszystkim siebie, bo to w nim coś pękło, niczym uszkodzony przewód, który podmył ulicę i zrobił w niej głęboką na kilkadziesiąt metrów wyrwę. To, co się stało w centrum miasta, działo się w nim już od dawna. Zapomniał kiedy podziękowano mu za pracę i nie pamięta, ilu znajomych zbywało go, kiedy prosił ich o wsparcie przy znalezieniu innego zajęcia. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie… Starał się ich pozyskiwać mając na pełnionym stanowisku możliwość zamawiania filmów i programów. Nie odróżniał jednak u ludzi prawdziwych i fałszywych deklaracji, kłamstwa i szczerości. Po prostu wszystko brał za dobrą monetę i to się nam nim zemściło. Nie pasował do dziwnego towarzystwa wzajemnej adoracji, które tkwiąc w tej feudalnej instytucji od lat, bardziej markowało pracę, niż ją rzeczywiście wykonywało. Usłyszał potem od długoletniego kierownika produkcji konstatację, która brzmiała mniej więcej tak: „Powinieneś pierwszego dnia po podpisaniu umowy o pracę zachowywać się i wszystko robić tak, jakby to miał być twój ostatni dzień w robocie …” Chodziło o to, żeby wykorzystać moment hossy, aby zapewnić sobie u zaprzyjaźnionych osób, miękkie miejsce do wylądowania po zwolnieniu. Nie zdążył. Teraz tuła się od baru do baru oglądając ulubieńców i gwiazdorów, którzy skupiają na sobie uwagę piwoszy i kibiców. Stać go jeszcze na postawienie kumplom paru kufli złocistego napoju, ale już na wyjazd w ślad za ulubioną drużyną, raczej nie. Jego przypadek mógłby doskonale ilustrować zapaść niedoinwestowanej instytucji szumnie obchodzącej sześćdziesięciolecie swojego istnienia. Spoglądając w ekran widziałem, jak w oczach powiększało się pęknięcie w jezdni na ulicy. Z początku była to coraz szersza wyrwa, potem już powiększający się otwór, aż wreszcie wybrzuszony asfalt znikł w głębokiej czeluści na drodze, którą jeszcze niedawno jeździły samochody. Strach pomyśleć, co by się stało z człowiekiem, który w biały dzień, niespodziewanie znika w takiej czarnej dziurze. Na dzień dzisiejszy jednak dość metafor, bowiem rzeczywistość czasem stwarza sama takie kontrasty, jakich na trzeźwo nikt by nie wymyślił. Kilkaset metrów od tego miejsca zgromadzili się ludzie z pikietami sztandarami. Jak gdyby nic się nie stało przygotowywali manifestację w obronie pielęgniarek. Pomaszerowali omijając zamknięte ulice pod Urząd Rady Ministrów, aby po głośnym proteście założyć tam białe miasteczko. Ale to już opowiadanie innego wymiaru na późniejszy, bardziej sprzyjający czas. Żeby tylko pogoda dopisała… wszystkim

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS