RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2012

miłość i nienawiść

30 wrz

Wszyscy psychologowie są zgodni, że konflikt między nami pojawia się wówczas, gdy jedna osoba pozostająca w związku wychodzi poza swoją dotychczasową rolę niespodziewanie zaskakując partnera swoim zachowaniem. Stopniowo, z wielkim trudem przyzwyczajamy się do siebie starając się poznać wzajemne potrzeby, a kiedy już wydaje się nam, że wszystko, co ważne już o sobie wiemy, powoli zyskujemy poczucie harmonii. Podobnie jest z dopasowaniem rytmu życia. Nigdy się nie dzieje tak, że idziemy krok w krok dokładnie w takim samym czasie i tym samym tempie. Rozpoznajemy cele z różną dokładnością i szybkością. Aby nie dochodziło do ludzkich nieporozumień potrzebna jest nam wyrozumiałość i ogromna cierpliwość. Możemy oczywiście czegoś od siebie oczekiwać, ale nie mamy prawa tego żądać. Spragnieni zwykłego, ludzkiego szczęścia, naturalnie spodziewamy się po sobie jak najwspanialszych widoków na świetlaną przyszłość. Kiedy do tego wcale nie dochodzi obwiniamy się rozczarowani sobą. Przeszkadza nam to pogodzić się z faktami. Tak to zazwyczaj bywa, że tylko z oddalenia idąca para wygląda na zgodnie podążających w jednym kierunku ludzi. W rzeczywistości jedno nieustannie musi nadrabiać dzielący ich dystans usiłując dogonić drugą osobę i zwolnić, kiedy zbytnio się rozpędzi. Chcąc objąć ją ramieniem przed wyjściem na spacer musi wdziać buty z obcasami na wysokim podbiciu. Rozmawiając z nią mimowolnie podnosi z emocji głos, ale mówiąc do niej szeptem jest po prostu dla tej drugiej osoby niesłyszalny. Takich sytuacji zdarza się codziennie mnóstwo wielu, wcale nie tak nielicznym… One sprowadzają się do paradoksu obdarzenia gorącym uczuciem kogoś, kogo ta miłość drażni, albo jej wyraźnie się obawia. Nie odpowiada mu ona, nie chce się po raz kolejny w życiu rozczarować, albo najzwyczajniej w świecie cała ta sytuacja mu nie odpowiada. Wytłumaczenie tego faktu jest proste, ale nie tak łatwo jest uświadomić sobie go i znieść z godnością oczywiste niepowodzenie. Człowiek nie ma najmniejszych szans odwrócić tej szarej karty losu… Trudno mierzyć się z przeznaczeniem i stawiać mu wyzwania, które po odniesionej klęsce mogą nas ostatecznie zabić, a wcześniej upokorzyć. Większość z nas wie o tym doskonale przekonało się na własnej skórze, że tak w istocie jest, ale się nie poddaje pozornie racjonalnej logice faktów… A jednak ludzie podejmują nie tylko takie wyzwania. Życie jest gówno warte, jeśli nie jest uparte. To wieczna walka o przetrwanie, ale przede wszystkim o głęboki sens spędzonych tu, na Ziemi chwil… Jesteśmy przecież tu zaledwie moment i żal zmarnować tej jednej, jedynej szansy, jaką jest dla nas dar życia. Piszę to i mówię, jak mój ulubiony Wieszcz „… smutny i sam pełen winy”. Na swój własny użytek sformułowałem postulat i własne zobowiązanie, że nie mogę sobie pozwolić na jakiekolwiek prośby pod adresem najbliższej mi osoby. Dziś nie jestem jeszcze pewien, czy zdołam ostatecznie wytrwać w tym postanowieniu, ale na pewno moja ukochana nie usłyszy już z moich ust żadnej prośby ani prób wytłumaczenia się z popełnionych zbrodni miłości. Uczynię to jedynie na wyraźną prośbę z jej strony i tylko wtedy, gdy będę absolutnie pewny, że ona tego naprawdę chce i potrzebuje. Nie każda prawda bowiem człowiekowi jest potrzebna i wskazana. Niekiedy ujawnienie faktów bywa rzeczywiście zabójcze w skutkach, a między kochającymi się kiedyś ludźmi potrafi wyrządzić o wiele więcej szkody, niż pożytku. A jednak zdaję sobie sprawę, że to mnie na pewno nie ominie. Muszę temu sprostać. Na szczęście mam czas… dużo czasu, którego nie wolno mi zmarnować. Na razie przygotowuję się do tej ważnej rozmowy. Wyobrażam sobie najtrudniejsze pytanie i staram się już teraz na nie rzetelnie odpowiedzieć. Miałem i mam nadzieję, że ostatecznie zostanie to, przez najbliższą mi istotę, zrozumiane i docenione. Nie mam złudzeń, że bezpowrotnie zniknął żal a w jego miejsce pojawiła się życzliwość. Po prostu trudno nieustannie wściekać się na siebie i wzajemnie sobie złorzeczyć. Oboje wiemy, że to nieuniknione. Trudno tylko przewidzieć, do czego to nie tylko nas w przyszłości doprowadzi… jeśli w ogóle mamy przed sobą jakąś wspólną przyszłość. W jednej chwili chwalimy swoich partnerów, wynosząc pod niebiosa ich zalety, aby niezależnie od tego co przed chwilą zostało wypowiedziane usłyszeć od partnera bezlitosne słowa, jacy to jesteśmy mierni i podli. Żadne nas do tej pory nie porzuciło nadziei i uchwyciło się, jak pijany brzytwy, najbardziej mrocznego cienia szansy… Trzeba to zrobić, choćby on był najbardziej przerażający. Zdecydowaliśmy się tak czynić, bo naiwnie sądzimy, że nawzajem się potrzebujemy i trudno nam bez siebie żyć. Tak było przed śmiercią Anny. Identycznie myślimy dzisiaj a to, co się dzieje wokół nas, nadal będzie trwało do ostatnich moich dni.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Czuły obserwator

28 wrz

Nigdy o tym nie myślałem, ale tak się złożyło, że po latach zmagań z rzeczywistością zostałem dokumentalistą. W praktyce oznacza to, że nic, co ludzkie, nie jest mi obojętne. Z kimkolwiek jestem, ktokolwiek, kiedykolwiek wchodzi ze mną w jakiekolwiek relacje, to zawsze wywiera na mnie wyraźne piętno. W mojej pamięci nie ma osób zupełnie dla mnie obojętnych i dziś ci wszyscy spotkani w drodze ludzie coś dla mnie znaczą. Są tak ważni, jak kamienie milowe na moim życiowym szlaku, z których każdy jest punktem orientacyjnym i drogowskazem. Rozpisując to, co zdarzyło mi się widzieć i zobaczyć na obrazy i głosy nieraz usłyszałem od znajomych coś, co brzmiało, jak osobisty wyrzut: „- Jak śmiałeś… jak mogłeś w ogóle o tym napisać?! ”. Świętej Pamięci Zygmunt Broniarek zechciał przyrównać moje wywiady do kłów buldoga, które wpijają się w mięso i nie da się już ich cofnąć bez rozszarpania uchwyconego w paszczę mięśnia. Dokumentalista jest specyficznym rodzajem filmowej bestii, która chłonie docierające do jego zwierzęcego organizmu wszelkie emocjonalne bodźce i sygnały ludzkich przeżyć. Tworzywem do scenariuszy jest samo życie, więc siłą rzeczy wszyscy otaczający nas ludzie są potencjalnymi ofiarami autorów powstającego dzieła. Trudno dokładnie stwierdzić i powiedzieć, jaki akurat film powstaje tu i teraz w głowie czujnego dokumentalisty, ale ja na pewno nie przesadzam twierdząc, że nawet we śnie ten proceder trwa w nim nieprzerwanie. Należy lojalnie przestrzec niezorientowanych bywalców kin i teatrów, że przeciętny zjadacz chleba naszego powszedniego może się stać pożywką czułego obserwatora codziennych scen, jakie maja miejsce od rana do wieczora i w ciemnościach nocy. Piszę te słowa świadomy ich wagi i wcale nie jestem dumny z tego, że muszę w ten sposób postępować. Pamiętam reakcję koleżanki – montażystki, którą spotkałem filmując pielgrzymkę żołnierzy do Częstochowy. Ona, doświadczona artystka filmowa, nie zgodziła się na rejestracje swojej twarzy chcąc zachować dla siebie prywatność tej intymnej drogi na Jasną Górę. Wydawało mi się, że akurat ona powinna mnie zrozumieć, że to jest moja praca i taki właśnie jest jej charakter… My, filmowcy, rejestrujemy otaczającą nas rzeczywistość i tylko dzięki niej żyjemy. Ona jest naszym głównym tworzywem, jak dla rzeźbiarza kamień i drewno. Być może nawet rozumiała, ale w ogóle nie zgodziła się ze mną i zaprotestowała, gdy zbliżyłem się do niej z kamerą. Od wielu lat, przez cały czas, gdy robię i planuję swoje filmy spoglądam na własne życie i moich partnerów, niejako przez szkło obiektywu aparatu i kamery. Czy to właściwa optyka?,,, Pewnie, że jest w tym wyraźne skrzywienie zawodowe, a nawet pojawia się tu coś w rodzaju moralnych uprzedzeń. Czy mam do tego prawo i jakie są granice ingerencji w obserwowany świat, a przede wszystkim spotkanych ludzi?… Każdy człowiek powinien to czuć i wiedzieć bez szczegółowego roztrząsania argumentów za i przeciw. Sumienie podpowiada właściwe rozwiązania w każdej sytuacji. Jednak tylko z pozoru można odpowiedzieć na te wątpliwości odwołując się do prostych zasad Dekalogu. Consquetudo est altera naturae hominem. Profesja, jaką uprawia pisarz, dokumentalista, dramaturg, a nawet poeta opiera się na ludzkich przeżyciach i karmi się tym, co każdy z nas pragnie zachować jedynie dla siebie. Cóż począć w tej skomplikowanej i dwoistej sytuacji, gdy fakty nie przeczą, że nic tak nie porusza widza jak ludzkie nieszczęście… najlepiej kogoś, kogo zupełnie nie znamy. Niedawno dałem znać komuś, kto protestował przeciwko opisywaniu scen ze swego życia, o śmiertelnym wypadku drogowym i otrzymałem SMS z instrukcją dotyczącą konieczności sfotografowania zwłok i rozmów, jakie powinienem przeprowadzić na miejscu tragedii. Paradoks?… Dwulicowość?… Cóż to znaczy?… Nie tylko ja, każdy z nas nosi w sobie te same wątpliwości zarazem dążąc do zarejestrowania tych wszystkich zdarzeń, które wykraczają poza szarą codzienność i tak zwaną normalność. W każdym człowieku tkwi zarówno hiena i esteta. Potrafimy być równie bezwzględni i wyrafinowani. Jest w nas tyle samo uprzedzeń, ile tęsknoty do przekraczania wyznaczonych przez tradycyjne wychowanie i kulturę norm. Mówiąc wprost nasze życie byłoby niewiele warte, gdyby twórca nie zdecydował się omijać tych sztucznych raf i moralnych barier na drodze do ustalenia prawdy o człowieku. Bez tych ryzykownych decyzji żaden artysta nie zaistnieje z oryginalnym dziełem, bo znajomość zasad gramatyki nie wystarczy do napisania dobrej powieści, podobnie jak Dekalog nie gwarantuje, że wszyscy żyjący na Ziemi chrześcijanie są chodzącymi wśród nas Aniołami.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Słowa posklejane pajęczyną

28 wrz

Iluż to biednych, zatroskanych codziennymi problemami ludzi, systematycznie korzysta z dobrodziejstwa popularnych komunikatorów. W ten sposób nieznajomi wymieniają ze sobą w sieci słowa, emotikony i obrazy… To mnóstwo wielce znaczących zdań, pisanych do drugiego człowieka z płonną nadzieją, by choć przez chwilę zapomnieć o dojmującej samotności…? Niekiedy nawet nie liczą na jakikolwiek, konkretny rezultat tych rozmów, chociaż każdy z nich ma swoje marzenia i plany, jakie snują licząc na cud spełnienia.

Oto ostatni pakiet, skróconych fragmentów rozdziału „Weronki…” z wykreowanym dialogiem osób rzeczywiście kiedyś poszukujących swojej drugiej połówki. Jak to się dzieje, że pomimo tylu rozczarowań nadal wierzymy, że uda się nam odnaleźć szczęście, a przynajmniej posmakować czegokolwiek, co by je nam, choć częściowo, przypominało…?

W tym okrutnym świecie, gdzie wciąż jest tyle przemocy i oszustwa może się zdarzyć cud wzajemnego poznania i natychmiastowego zakochania. Intuicja podpowiadała obojgu, że to jest to i nie ma potrzeby dalej szukać idealnego partnera. Rozum i logika nakazywała sprawdzenie tego, co serce przyjęło natychmiast jako najcenniejszy dar. W rozmowie starali się wyszukać jak najpiękniejsze słowa, które by mogły najdokładniej oddać to, co w nich się właśnie narodziło, za czym naprawdę tęsknią i czego spodziewają się po swoim partnerze. Niezmiernie rzadko zdobywali się na odwagę, aby oddać w pełni własnym zdaniem rzeczywisty bezmiar swoich uczuć. Pisali tak, jak wysyła się rodzinie i znajomym dyżurne życzenia z okazji świąt, urodzin, ślubu czy też imienin kogoś bliskiego. Zanim jeszcze On i Ona nie przyzwyczaili się do własnego charakteru pisma każde z nich wydobyło ze swojego archiwum to, co najbardziej zachwycało i wzruszało go przez całe lata, przed codziennymi seansami wymiany myśli, które zazwyczaj trwały godzinami, długo, długo w noc… W takiej ciemności i ciszy rozlega się czasami okrzyk radosnego zdziwienia:

- …Wooow! Pasujemy do siebie!

- Zgadzam się absolutnie w całej pełni z Twoim zdaniem i podzielam Twoje zaskoczenie. – Szczęściu trzeba pomagać, ale nie chciałbym zbytnim pośpiechem przestraszyć Cię albo urazić. Cieszmy się więc razem z tego, co udało się nam uzyskać

- Podobasz mi się i chcę wiedzieć o Tobie więcej. Może uzupełnisz profil?
- wypełniłem, wysłałem… jestem ciekaw…[…]

W kolejnej odsłonie tego obliczonego na długie dni i godziny, seansu dialog stopniowo się rozwija i znikają obawy, jakie istnieją przy każdym kontakcie nieznajomych ludzi w sieci:

- Udostępniłem Ci moje zdjęcia prywatne.

Sam nie wiedziałem, jaką to ma formę ten dialog… Dopiero bardzo niedawno przypadkowo skojarzyłem, że to była forma chat’ u we Wszechświecie, czyli w necie

- Dziękuję , za zdjęcia – widzę ,że jesteś urodzonym optymistą.
- Jak ktoś oberwał w życiu tyle co ja, nie ma innego wyjścia. Gorzej już być nie mogło. Teraz jest lepiej.
- Nie żałuj róż, Gdy płonie las. I nie myśl że wszystko już było. Otwórz swe serce, I śmiało patrz. Tam gdzie odnajdzie Cię miłość.
- Zastanawiało mnie zawsze, co ludzi ciągnie do szkół artystycznych. Dobrze, że się nie zdecydowałaś tam zdawać. Przez 4 lata żyje się w jakiejś upiornej fikcji, a potem robi się w filmach życie na niby. To kolejna wymyślona i napisana rzeczywistość. Przecież człowiek nie jest demiurgiem… A życie przecieka między palcami niezauważenie…
- Życie na niby , w świecie wyobraźni , fantazji jest wspaniałą utopią.
- Moja najstarsza córka powiedziała nam kiedyś, że chciałaby być aktorką. Na pytanie: dlaczego, odpowiedziała: Bo tam nie umiera się naprawdę. […]
- Trzeba się kłaść z gwiazdami… tymi na niebie. Dobranoc
- Cudownej nocy, snów pełnych magii i niezapomnianej podróży w zakątki wyobraźni..

http://www.youtube.com/watch?v=6wlRtZyPpOU&feature=related

Adresy linków są czysto hipotetyczne, bo żaden z nich nie działa, żeby nie naprowadzić przypadkowo czytelnika na ślad osoby, która go wysyłała. Lepiej, żeby to była kobieta In spe i mężczyzna wirtualny. Tacy jesteśmy bardziej doskonali i mniej obciążenia wadami zwykłych śmiertelników. A więc w następnych dniach po obejrzeniu przesłanego teledysku:

- Dzień dobry, siostrzana duszo. Co słychać w zalanym mieście? Witam Ciebie Serdecznie ! – U mnie przyszła zima , i chyba będę musiała trochę odśnieżyć wejście do siebie.

- tak dalecy sobie i tak bliscy,
W swych łódeczkach w życia oceanie,
Wyglądamy jednej wspólnej wyspy,
Która zwie się miłość lub kochanie ….[…]

List do Ciebie napisałam na płatku róży.
Taki cieplutki list i całkiem nieduży.
W słowach za przyjaźń Ci dziękuję,
A kopertę zapachem róży zapieczętuję

- No… jakie to miłe [ani_flower]
- Staram się być zawsze miła i czuła. Jak Ci minął dzień?
[…]
- Czas okropnie ucieka ..
- Ale my , jak dobre wino z czasem coraz lepiej smakuje
- coś w tym jest ….

KOMUNIKAT Z SERWISU: […] Wysyłasz prezent do Alicji.

Właściwie powinno się dokładnie rozpisać ten dialog na osoby i role, jakie pełnią w tej dziwnej, bo chwilowej, ale niezwykle silnej relacji. W tym wirtualnym związku aż kipi od emocji, ale żadnemu z partnerów nie spieszy się do natychmiastowego spotkania i spełnienia. Być może nie chcą przeżyć rozczarowania, dlatego w nieskończoność przedłużają rozmowy na piśmie odwlekając możliwość kontaktu na wizji. Nawet do siebie nie zadzwonili, aby usłyszeć swój głos. Wolą do siebie pisać, jakby żyli w epoce, kiedy oddaleni od siebie kochankowie słali do siebie codziennie kilka listów:

- Jak się dzisiaj czujesz, co słychać?
- Dziś chyba technika nam nie sprzyja… Dobranoc, słodkich snów
- Dziękuję, że zapraszasz mnie na dobre wino, na pewno będzie wyśmienite w Twoim towarzystwie.
- Nie mogę spać. Zamykam oczy- wiruje mi cały świat – tyle mam myśli i marzeń .
- Mam zaproszenie na 60 urodziny męża siostry / w BRD / , urodziny te będą w starym zamku, mają być bardzo huczne ..

- W nocy wszystko się zmienia.
Budzą się sny, budzą marzenia,
księżyc cichutko swej drogi szuka.
Gwiazdy już ścielą swe pozdrowienia,
to nic, że czasami tak bolą pragnienia. ?
Nowy dzień do serca zapuka, da nadzieję, spełni marzenia..

Skłonni do pochopnych ocen moglibyśmy wybrzydzać na składnię i w ogóle ton rozmowy o wszystkim i o niczym. Niektórych może razić przyziemność myśli zwykłych ludzi i jakość literatury, która wcale nie rości sobie pretensji do nieśmiertelności. To są po prostu zwykłe wiersze i prozaiczne dialogi „na cztery nogi”. Im to najzwyczajniej odpowiadało i wcale nie przeszkadza, że to, co oglądali i czytali nie było arcydziełem. Przewracając stronice z tekstem utrwalonych w piśmie rozmów, uczestniczymy w coraz dłuższych, codziennych i conocnych sesjach, zachwyconych i bardzo stęsknionych za sobą ludzi:

- Udało Ci się zasnąć? Dobry wiersz, to Twoje słowa, Alu? Co Ci się śniło? … nooo, chyba, że to nie da się opowiedzieć…
- Witaj ! Dopiero co się obudziłam , i przecieram zaspane oczy . Co mi się śniło – tak pamiętam sen – sprawdzę w senniku co może oznaczać , nie jestem pewna czy to dobry sen . – - To nie wiersz, to tylko moje słowa zlepione pajęczyną . Na DOBRY dzień , piosenka http://www.youtube.com/watch?v=nqas964-sL0&feature=related[...]

Od czasu do czasu wymieniali się opowieściami ze swojej przeszłości. Pozwalali poznać swoich bliskich i starali się odsłonić na tyle, aby ta druga osoba mogła mieć szanse zauważyć siebie w pobliży tych postaci. W końcu rozmawiali o swojej przeszłości z pewną nadzieją na wspólną przyszłość:

- To jest piękne wspomnienie !
- mam ich trochę … A teraz masz chwilę, żeby pogadać?
- nie za bardzo , napisz to później odpiszę
- OK, to daj znać mailem, kiedy będziesz swobodniejsza. Pozdrawiam Cię serdecznie
- Szczęśliwi Ci którzy mają siebie i swój świat, nie przejmując się tym co myślą o nich inni.
- Dzień dobry Alicjo, jak Ci się spało? :)
- Witaj ! Noc była miła , właśnie piję poranną kawę i myślę o Tobie .
- też jestem miłośnikiem kawy. Nie uwierzysz, ale dziennie potrafię wypić litr tego napoju.
- To nie jest zdrowe , w takiej ilości .
- Na razie serduszko puka w rytmie cza – cza i nie dokucza mi
- Musisz do kawy dodać dużą dawkę magnezu , najlepiej naturalny – najlepiej smakuje .
- jem czekoladę, bo jest w niej magnez i poprawia nastrój. A ty lubisz słodycze?
- Tak , ale tylko naturalną słodycz .Taka smakuje mi najbardziej , o każdej porze dnia i nocy.
- A powiedz, czego nie lubisz?
- To zależy od nastroju.
- A teraz w jakim jesteś nastroju… masz czas?
- nie, za bardzo
- Dobry nastrój jest jak słoneczny dzień .
- Ludzie mówią: „Czas to pieniądz”, a ja mówię : czas to miłość !
- przez nią rozkwitamy i piękniejemy. Bez niej więdniemy…
[…]
On uważnie czyta jej wiersze , a zanim skończy lekturę jednej strofy ona przesyła mu kolejną porcję słów, jakby chciała nakarmić nimi jego opustoszałem przez lata niekochania, serce:

- W nocy wszystko się zmienia. Budzą się sny, budzą marzenia, księżyc cichutko swej drogi szuka. Gwiazdy już ścielą swe pozdrowienia, to nic, że czasami tak bolą pragnienia. Nowy dzień do serca zapuka, da nadzieję, spełni marzenia..
- i za to jestem Bogu wdzięczny … a jednocześnie pełen wątpliwości, czy ja, tak w końcu mierny, naprawdę bardzo niedoskonały, mały człowiek… zasługuję na takiego Anioła?

¦¸.•*´¨`*•.¸¦•¦¸.•*´¨`*•.¸¦
¦¸.•*´¨WITAM SERDECZNIE¨`*•.¸¦
¦¸.•*´¨`*•.¸¦•¦¸.•*´¨`*•.¸¦
¦¸.•*´¨`*•.¸¦•¦¸.•*´¨`*•.¸¦
Dzisiaj dla Ciebie piszę,
pozdrowienia z nadzieją,
że radość w sercu gościsz,
a oczy już się śmieją.
Co Ci podarować
w tym zimowym dniu?
Wiem – dam swoje uśmiechy,
jak bukiet fiołków
albo nawet cudowny zapach róż
Niech Cię zapach otuli,
rozjaśni Twoją twarz,
cudowny zapach róży
zaniesie radosny wiatr.
Na skrzydłach moich myśli,
z tą rosą, co wesoło lśni,
uśmiechy najpiękniejsze,
wysyłam Tobie dziś.

?(—`•.¸?¦?¸.•´—)?(—`•.¸?¦?¸.•´—)?
•*’—*•.
…*•-•* CIEPLUTKO
……. .•* POZDRAWIAM
…. .•* …….. .•*——*•.
[…]
Chyba już późno dzisiaj na długą, nocną rozmowę. A więc dobranoc, Alu. Życzę Ci miłych snów.

– Witaj Alu… Trzymaj się ciepło, bo nadchodzi mróz

- Ciao!… No i znowu wstało słoneczko a ja przeżywam kolejny dzień bez Ciebie

- Niedawno , wróciłam do domu. Mam piec na olej – jak mnie nie ma w domu to zostawiam na min. i dlatego nie jest u mnie za ciepło . Wystarczy , jednak jak widzę Ciebie , a od razu mi się cieplej . Tak działa na mnie Twój tajemniczy uśmiech.

Warto marzyć, spełniać sny.
Warto kochać, oddać swe łzy.
Warto lubić i lubianym być.
Bo marzenia, miłość,
przyjaźń to trzy skarby
bez których nie da się żyć!!!

idziesz przez życie śpiewająco?… Tak trzymaj!

Chcę widzieć w człowieku , tylko to co jest najlepsze .
Wypij kawę z Nadzieją, że wszystko co dobre, jest jeszcze przed Tobą ,
Cieszę się, że udało się nam spotkać. To jest jak uśmiech losu i łaska Boska
Tak myślisz ,że może czeka nas niezwykły czas ?

- Jest we mnie jeszcze sporo wiary, nadziei i miłości…

- Dlaczego jeszcze ??? Najpiękniejsze jest to czego nie ma, na co czekasz i tęsknisz od lat. Bo najpiękniejsze w życiu są marzenia, bajkowy, kolorowy świat !
- Dobrze, jest realizować te marzenia… Dlatego jestem tak sceptyczny wobec kina, bo to świat fikcji. A my żyjemy naprawdę tu i teraz.
- Miłość jest w Twoich rękach !
- w naszych
- tak myślę

aż mi zabrakło słów… tak, to prawda . Co teraz robisz?

- wysłałam pilną wiadomość do siostry
Na rozluźnienie i ciepełko pioseneczkę miłą sercu i duszyczce: http://www.youtube.com/watch? feature=related , pozdrawiam serdecznie pa http://youtu.be/0eNY-H8M

Witam Cię, Alu, zanim jeszcze się obudzisz i od razu chwytam za pióro, aż do szczęśliwego zwycięstwa.
- Życzę miłego dnia !

- Zrób sobie małą przerwę w pisaniu wierszy i troszeczkę się rozluźnij

http://www.youtube.com/watch?player_embdM

http://youtu.be/YA8hCw

- Alu, kochana… chyba Cię widzę na horyzoncie. Ja Ci mija dzisiejszy dzionek?
- Bo do mnie za kwadrans przyjdzie ksiądz po kolędzie to na razieńko, bo gość w dom, to Bóg w dom…

- tak mówił zawsze mój ojciec
- Na Dobranoc do podusi piękna stara piosenka http://www.youtube.com/watch?4QYA
- Piękna stara piosenka i musieliście mieć razem piękne życie. Otaczasz się pięknymi rzeczami, masz dobry gust i sama jesteś piękna. Podziwiam Cię, kochana Alu

****** DzIeN DoBrY ******
•°*”˜.•°*”˜.•°* ”˜_˜”*°•.˜”*°•.˜

—(¯`°v°´¯)((»*¯*«♥♥»*¯*«))¬
—-(_.^._)—(¯`°v°´¯)
(¯`°v°´¯)——(_.^._)
-.(_.^._)—(¯`°v°´¯)-(¯`°v°´¯)
—————–(_.^._)—–(_.^._)

Słonko ma bardzo piękne zwyczaje,
mówi dzień dobry jak rano wstaje -
a ja Ci mówię dzień dobry złotko,
ściskam gorąco w ten zimny styczniowy poranek
i dziękuję za dobre słowo słodko!

—(¯`°v°´¯)((»*¯*«♥♥»*¯*«))¬
—-(_.^._)—(¯`°v°´¯)
(¯`°v°´¯)——(_.^._)
-.(_.^._)—(¯`°v°´¯)-(¯`°v°´¯)
—————-(_.^._)——(_.^._)
*•.¸(*•.¸♥¸.•*´)¸.•*´

- Wysyłam Tobie mail z niespodzianką .
- Niezła myśl. Czekam na mail i pozdrawiam Cię gorąco w ten mroźny poranek.

do jutra, droga Alu… Dobranoc, słodkich snów.
Dobranoc , miłych snów życzę . pa …..

http://youtu.be/V9-7sVDwM

- Miłość to marzenie, miłość to pragnienie…miłość to spełnienie w każdym wieku,,,
- Biologia jest nieubłagana i nie będziemy wyglądać, jak byśmy mieli 18 lat, ale według mnie wiek to nie jest sprawa metryki, ale samopoczucia i tego, co jest w naszej głowie i sercu… ciągle maj
- Zgadzam się z tym co napisałeś ,pozdrawiam i uśmiech na dzisiejszy dzień zostawiam….
i serduszko puka w rytmie cza, cza!

Czasami, dla odmiany przesyłali sobie obszerne cytaty z mądrych ksiąg, ale nigdy nie sięgali do Biblii, żeby nie mieszać do swoich uczuć żadnej doktryny, ani naukowych teorii. Wierzyli w swoje szczęście i to im na razie wystarczało:
Dzień dobry Alicjo… Długo dziś spałem, bo zaczytałem się, aż po świt

- Piękny cytat dla pięknej osoby. Życzę Ci dzisiaj Alu, wielu powodów do uśmiechu.
[…]

http://www.youtube.com/user /f/5/8BzMaZqY

„Jaki człowiek – takie życie” – mawia się przewrotnie.
Lecz czy miodu pucharem, czy goryczy czarą -
to właśnie życie człowieka jest miarą.
- Nigdy odwrotnie.

Jaki sekret jest ukryty w prześcieradeł bieli ?
- „Tak się pomarszczysz, jak sobie pościelisz”.

http://youtu.be/aUqEliII .

- Świetny aforyzm, droga Alicjo… to cytat, Alu, czy Twój oryginał? Na pomarszczenie się mamy jeszcze trochę czasu do wiosny, a choćby i ich nam z latami przybyło, to jest to kolejna zdobycz, na którą młodszym przyjdzie jeszcze wiele lat czekać… Nie takie rzeczy mamy za sobą i nic nam nie straszne. Śpij dobrze i smacznie w bieli
[…]

Dzień Dobry, Alu. Przed Tobą nowy wspaniały, choć nieco mroźny dzień. Dlatego czule Cię tulę, a mój uśmiech Cię rozgrzeje

Miłego weekendu Cieplutko pozdrawiam .Właśnie wróciłam do domu ,nie było mnie prawie tydzień. Dziękuję za wszystko , za te urocze chwile , które mi dajesz

http://www.youtube.com/watch_popup?=medium#t=12dogs
Na strunach serca
pocałunki melodię wygrywają
nutkami miłości
brzmienie subtelne nadają…..

Tak gra melodia z serca
otacza mnie całą
na ustach się zatrzyma
całując nieśmiało ……….

- Tak jesteś moim Darem.

- Jak dobrze znowu przeczytać to, co mi napisałaś. Doczekałem się na Twoje słowa i dziękuję za każde z nich. Nawet nie wiesz, jak bardzo sobie cenię tę naszą wymianę myśli… A czasem mam wrażenie, jakby to było coś więcej… coś w rodzaju miłości?

-:¦:-Cichutko sen płynie
*Po mlecznej krainie
-:¦:-Księżyc mu swym blaskiem
*Drogę tą oświeca…
-:¦:-By nie zbłądził czasem
*I dotarł do celu…
-:¦:-Gwiazdki doń mrugają
*Światełkiem srebrzystym
-:¦:-Słodko zapraszając
*By na dobre spoczął…
-:¦:-By magią swej mocy
*Wszystkich nas otoczył
-:¦:-By dał nam tej nocy
*Najpiękniejsze sny!
-:¦:-Miłej spokojnej nocy!

- Alu, Twoje pierwsze pytanie brzmiało: „Czy może to początek czegoś wspaniałego?”… Ja już teraz wiem i czuję, że to jest piękne i wspaniałe

Zdarzało się, że nie odpowiadała, bo nie wiedziała, jakich użyć słów. Milczenie bywa jednak czasami bardziej wymowne, niż wypowiadane zdania, przesyłane zdjęcia i muzyczne teledyski z dedykacją…
- … I Słowo ciałem się stało. Dobranoc moja piękna, dobra i kochana Alicjo

- SPOKOJNEJ NOCY!!! oraz BAJECZNYCH SNÓW o Miłości.

http://youtu.be/F1Tmhwhw

http://youtu.be/f6SnNF198

- miłość ciekawa jest
- Mhmmm

- Santana jest nieśmiertelny i wspaniały… evergreen

Te rymowanki, wiersze, czy poezje były skrojone na ich wspólną miarę. Jej własnych możliwości kreowania myśli i jego zdolności do rozpoznania tego, co się w tych słowach kryje. Jej szczerość, otwartość i oddanie zastanawiała go lecz nie wzbudzała lęku, jaki zazwyczaj się pojawia, gdy ktoś jest za bardzo natarczywy, bo tak bardzo mu zależy:

W Twoim oknie bukiet róż
…to malował w nocy mróz.
W kształcie wszystkich
gwiazd na niebie
…szeptem mówił, że… dla Ciebie.
`.`.`.`
Rączką miłość naszkicował
…byś ją w sercu
swym zachowała.
Twoje usta ją ogrzały
…i smak marzeń jej nadały.
`.`.`.`.
Zima – mówi – dar natury,
…miłość z niej
przepędzi chmury.
Mróz maluje czar uroczy
…magią jest jak Twoje oczy.

- Gdybym miał to ująć krótko, szczerze i prawdziwie: Jesteś zachwycająco ujmująca… Chyba nie tylko ja tak sądzę. Tego jestem pewien.

NA DOBRANOC PRZESYŁAM CI
BUZIACZKÓW MOC
NA SŁODKIE SNY CAŁUSKI TRZY
I JESZCZE DWA UŚCISKI
BO SEN JEST JUŻ BLISKI….

Tym razem żadne z nich już nie udawało. Czuli autentyczną więź, jakiej nie podejrzewali nawet w najśmielszych marzeniach o zbliżeniu się do siebie. Poprzez szereg nieudanych prób i błędów człowiek dochodzi do bliźniego swego i mówi mu: „Kocham Cię”… Wyznaje miłość, obiecuje wierność i spodziewa się, że dożyją późnej starości w niczym nie zmąconym szczęściu i harmonii ducha. To się zdarza… niezmiernie rzadko, ale zdarzyło się naprawdę i spokojnie trwa pomimo klęsk żywiołowych, kryzysu i nieustannych konfliktów wokół kochających się w tym samym czasie ludzi. Na świecie takie pary nie należą wcale do rzadkości. Żeby osiągnąć ów niesamowity stan ducha nie trzeba próbować z innymi partnerami ryzykując, że unieszczęśliwia się go dlatego, że nam nie odpowiada. Ktoś nas pokocha, a my nie sprostamy jego oczekiwaniom i jest dramat… Powinniśmy sobie uwierzyć, a wtedy wszystko dla nas jest możliwe. Jedyną ludzką barierą jest nasza nieufność i brak wiary, że ktoś może pokochać tak, jak my to robimy w stosunku do swojej wybranki… Nawzajem wygląda to w identyczny sposób. Szczęście i rozczarowanie to skrajnie odmienne bieguny tych samych fascynacji. Nie powinniśmy się opuszczać. Nie należy porzucać myśli i nadziei na powrót do siebie… A jeżeli jest to niemożliwe… Ależ nie, naprawdę wszystko jest możliwe. Inaczej „Bramy raju” już na zawsze pozostały by tylko interesującym, szlachetnym zamysłem w głowie ich samotnego do końca życia, autora. A on jednak w swojej nieokiełznanej wyobraźni powołał do życia męską postać rycerza wygłaszającego najpiękniejszą modlitwę pełną oddania do umiłowanej kobiety:

- Kocham Cię, choć nie wiem, czy moja miłość wynika tylko z Ciebie i ze mnie, czy też zbudził ją z nieistnienia ten, który już teraz nie istnieje. Powiązaniem mnie i Ciebie jest ta miłość czy tez odblaskiem miłości innej, tej, która pierwsze swoje słowo zdążyła tylko raz wypowiedzieć, a potem poszła w chłód i szum śmiertelnych wód, aby już nigdy nie objawić się w ciele i w słowie. Nie wiem, skąd się wzięła moja miłość do ciebie, ale skądkolwiek zaczerpnęła swój początek i swoje pierwsze oczarowanie, nigdy Cię kochać nie przestanę , ponieważ, jeśli istnieję, to tylko dlatego, aby, sam niekochany, potrzebę miłości całym sobą potwierdzać…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

My beloved Eve remembrance

27 wrz

Powinno być po polsku, ale skoro odnosi się do bohaterki wspomnianego wcześniej filmu, to zostaje mi z niego tylko skojarzenie z polskim odpowiednikiem tego imienia. Oryginalna postać Eve, czy Ewa jest zresztą pramatką innych, kobiecych imion na całej Ziemi. Z kimkolwiek, kiedykolwiek byśmy nie przebywali, z jakim dziewczęcym imieniem nie mieli byśmy do czynienia, zawsze jest ona naznaczona biblijnym  imieniem wszechobecnej w naszym życiu, Ewy. I gdybym nawet wspominał Urszulę, Alicję, Zofię, Barbarę, Annę, Hannę, Elżbietę, czy Bożenę, to pisząc o Ewie wcale nie uchybiam ich pamięci, bo każda z nich jest nie tylko moją, ale na pewno dla każdego z nas, wiecznie młodych mężczyzn, zafascynowanych chłopców i zauroczonych starców,  tą jedną, jedyną, ukochaną Ewą. To imię noszą trzy Marie pod krzyżem Chrystusa i jego dziedzictwo tkwi w imionach potomnych po wygnanej z Raju kobiecie. W jej postaci są wszystkie nieszczęśliwe matki wychowujące niesfornych chłopców, którzy zamiast powodów do kobiecej dumy, przysparzają im wielu zmartwień. Eve – matka Kevina jest również Ewą realizującą się w pracy zawodowej, uosabiającą ideał współczesnej self made woman. Jest Europejką, jak się patrzy a zarazem ta sama osoba  tkwi po uszy w bagnie spraw przerastających jej skromne siły i możliwości. Takim istotom poświęciłem skromną antologię kobiecych portretów a w obejrzanym przypadkowo filmie odnajduję mnóstwo łączących je cech i motywów. Cierpiące, kochające i poszukujące szczęścia Ewy żyją na wszystkich kontynentach współczesnego świata. W filmowej Eve jest wiele, bardzo wiele prawdy o Ewie z dalekiego kraju, w którym tęskni do egzotycznych podróży, a także spełnienia swoich najbardziej przyziemnych pragnień. Dla niej na pewno mają one wymiar duchowy i wcale nie są takie przyziemne. To my, nie rozumiejący swoich kobiet mężczyźni, mylimy się czasami w rozpoznawaniu ich myśli i marzeń. Nic też dziwnego, że to, co spisałem o Ewie, którą dobrze znam i czuję ( świadomy, że wiem o niej wystarczająco wiele, aby uwiecznić jej sylwetkę) okazało się czymś nie do przyjęcia… Wiem teraz, że właściwie nic nie wiem o tej kobiecie i wszystkich damach mego serca. Począwszy od prababki, matki, poprzez siostrę, żonę, córki i bliskie mi dziewczyny pozostaję w stanie nieustannego zadziwienia niesamowitym bogactwem myśli, z których dociera do mnie zaledwie cząstka z tego, co one łaskawie zechciały mi ujawnić. Czuję się, niczym ślepiec żeglujący po burzliwym Oceanie ludzkich emocji. Nie ma wystarczająco czułych przyrządów aby w tak niebezpiecznym otoczeniu poruszać się w nadziei zawinięcia do bezpiecznej przystani.

Wydawało mi się, że opisując ten fenomen uzyskam potrzebną mi wiedzę i czytając rozdziały napisanej księgi kobiet, przejrzę się w nich, jak w zwierciadle. Nic z tego… to nie takie proste, bo żadna Ewa nie jest tą samą i taką samą istotą. W Ewie zaklęty jest żywioł nieposkromionych żądz, a zarazem ona sama bywa niemożliwą do zdobycia twierdzą. Bywa, że nas do siebie zaprasza, ale to się zachwyconemu mężczyźnie tylko tak wydaje. Uwielbiana i pożądana Ewa jest dla jej potencjalnego partnera wiecznie nieodgadnioną tajemnicą. Czasami Ewa okazuje się prawdziwym  Aniołem, ale w niej także siedzi groźny, niszczący ją od środka  demon. Niejeden raz ta destrukcyjna siła niszczyła delikatne, uczuciowe więzi, które dawały iskrę nadzieję jej i kochającemu ją mężczyźnie. Ale w najgorszych chwilach Ewa odnajdywała w sobie dość siły, żeby przezwyciężyć ból po utracie wszelkich złudzeń na osobiste szczęście. Właśnie od postaci filmowej bohaterki,  biblijnej Ewy i tej z krwi i kości wciąż czerpię inspirację i nadzieję na przetrwanie największych w życiu klęsk. Jeżeli kiedykolwiek piszę do niej i ze szczerego serca mówię: „Kochana Ewo”, to tak, jakbym się modlił do jej rajskiego ideału… W imię Ewy, jej marzeń o szczęściu, które jest osobistym celem i powinnością każdego wierzącego człowieka.  Ufając teraz bezgranicznie jej kobiecej intuicji i mądrości, zapatrzony w nią, jak w świętą postać patronki, która chroni ludzi ode złego, jestem spokojny a chwilami, nawet szczęśliwy. To jeszcze nie jest ten stan, o którym by mógł marzyć każdy z nas, ale nikogo nie wolno pozbawiać , ani też porzucać nadziei. Ona przecież umiera ostatnia, zaś nieśmiertelna Ewa jest wieczna, jak trawa, słońce i życiodajna woda. Dzięki temu mogę powtórzyć za niepoprawnym optymistą: „dum spiro, spero…”

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

The Voice of Udu

21 wrz

Fragment kolejnej noweli z cyklu kobiecych portetów: „Weronka, czyli serce i nic więcej”

ŚWIĘTA MARIA MAGDALENA

A cóż to za instrument?… Ni to amfora, ani gong. Bóg jeden znał prawdziwe przeznaczenie Udu, jakie nie wiedzieć czemu, pozostało w stopie rupieci po ostatnim lokatorze nyży. Samotna w tym cichym miejscu Maria Magdalena głośno szlochała wiedząc, że tu i teraz już nikt jej w tym nie przeszkodzi. Rzadko miewamy taki luksus, więc kiedy nadarzy się okazja dajemy upust wzbierającym w nas emocjom. Dziewczyna – kobieta z krwi i kości nie mogła postępować inaczej, niż robią to wszyscy nieszczęśliwi ludzie na tym, ponoć najlepszym ze wszystkich światów. Tuż po wkroczeniu do nieznanej przestrzeni usiłowała porządkować to zagracone wnętrze. Zazwyczaj przenosi się najmniej efektowne przedmioty do piwnicy, a wkrótce stamtąd trafiają one do śmietnika. Zmęczona segregowaniem rzeczy dziewczyna musiała się ostatecznie poddać. Otaczający ją chaos wszechrzeczy przerastał, przynajmniej na razie, możliwości pojmowania przez indywidualne, ludzkie istnienie. Usiadła przypatrując się bezwiednie rozrzuconym w nieładzie książkom, butelkom, bibelotom i zmiętym kulom papieru na podłodze. Wolno pochyliła się nad nimi. Poruszający niebieską firanką wiatr igrał słonecznym światłem rzucając na wyrzucone kule ciepłe i zimne odcienie z tego samego źródła. Wiedziała, co kryło się we wnętrzu zmiętych papierów. Iluż to niewolników słów i myśli pragnie spisać je bez powodzenia latami zmagając się z tworzywem. Wielu z nich zrozumie, że jeśli człowiek nie poprzestanie na tym, co sam jest w stanie ogarnąć, zabrnie w labirynt bez wyjścia. Nie wszyscy są jednak na tyle rozsądni, aby godzić się na kompromisy. Najbardziej uparci i nieprzejednani pisarze brną przez to ludzkie bagno konsekwentnie naprzód, nawet gdy ostatecznie to ich zabija. Dawno temu miała nieszczęście poznać kilku takich kaskaderów. Nikt z nich nie przypominał stylem bycia chudego literata w stylu Ariela Naruszewicza, czy choćby chorego na gruźlicę Julka Słowackiego. Jeśli już utożsamiali się z głośnymi poetami, to raczej z Tuwimem, którego potomni zapamiętają bardziej z okoliczności chwalebnej śmierci ogiera, niż z nieudanych „Kwiatów Polskich”. Bez grosza przy duszy nie mogli pić, jak on i korzystać z życia na potęgę. Przecież nawet Mistrz Ildefons rozprzedawał rękopisy pereł poezji biorąc dwa złote polskie za wiersz, aby zwilżyć osuszone gardło. Późniejsi lokatorzy krakowskich loft’ów przy ulicy Krupniczej znali jej sceptyczny stosunek do własnej twórczości. Nie da się oszukać filologa, a tym bardziej zaciągnąć tak wykształconej damy do wyra. Każdy mieszkaniec Domu Literata miał do zaoferowania tylko spisane na kartkach wyznania. To niewiele, zważywszy nędzny wygląd, ubiór zdradzający niedostatek i ciągnący się za autorem zapach stajni. Czasami udało się stłumić ten odór wonią taniego piwa, ale trudno uznać to za atrakcję dla odmiennej płci…  Chyba, że ona gustowała by w literaturze i gotowa była pokochać ją z całym dobrodziejstwem inwentarza. Magdalena nie była zupełnie obojętna na inteligentne, błyskotliwe felietony, urok prozy i poezję, ale utrzymywała tych natchnionych troglodytów na bezpieczny dystans. Współczując im dobrze wiedziała, jak wiele musi zapłacić ten, kto wykorzystuje eksploatując dar dany mu od Boga. Dość miała bolesnych wspomnień.

Chcąc nie chcąc przywoływała je wpatrując się w rozrzucone ślady twórczej niemocy. Leżały na podłodze, niczym odłamki pocisków, ślepe kule i niewybuchy wśród poległych na polu chwały. Odejście pisarza do krainy Valhalii, czy chrześcijańskiego Raju, nie ma nic wspólnego z chwalebną śmiercią rycerza. Autor umiera w absolutnej ciszy, bez szczęku oręża, pożegnalnych salw i okrzyków towarzyszy broni. Każdy męczy się, tworzy i umiera w samotności. Niewielu dozna olśnienia, ale to czasami się zdarza. Przypatrując się kulom papieru na podłodze, podniosła jedną z nich. Przez chwilę ważyła ten zapisany atramentem arkusz. To dziwne i niezmiernie rzadkie zjawisko, bo nie wszyscy ludzie pamiętają nawet, jak używa się maszyny do pisania… A co dopiero pióra, do tego ze szlachetnym atramentem na grubym, czerpanym papierze. Solidne włókna celulozy prześwitywały w ostrych promieniach słonecznych wydobywając ciemne ślady liter pozostawionych przez autora na papierowej płachcie.

Być może zdecydował się na tak kosztowne tworzywo wierząc w siłę magii, chwili sprzyjającej zespoleniu piękna wszystkich elementów, jakie autorowi udało się zgromadzić. Cóż za marnotrawstwo!… Spatynowana powierzchnia papieru została pokryta zaledwie kilkoma wersami przekreślonych słów. Na wielu porzuconych arkuszach widać było pojedyncze wyrazy, sylaby, a nawet kropki i wykrzykniki!…

Muza tragicznie zmarłych poetów i wierna towarzyszka ich niedoli bezwiednie wrzucała te strzępy poematu wprost w otwarte drzwiczki kaflowego pieca. Jak to dobrze – pomyślała… jak miło mieć tak bliski, cielesny kontakt z ciepłem bijącym wprost z jego wnętrza. Przez lata dziewczęcych rozczarowań i kobiecych cierpień wyrobiła w sobie umiejętność pomijania złych wspomnień. Starała się mówić jedynie o wspaniałych ludziach i milczeć o tym, czego wstydziła się wyznać nawet przy spowiedzi. Nawet by zresztą nie wiedziała, jak wyznać kapłanowi to, czego bez własnej winy doświadczyła Spotkało ją wiele zła i niesprawiedliwości… Zapewne nie mniej, nie więcej, niż jej rówieśników. Jednak po rozgrzeszeniu w zamian za odmówienie paru „zdrowasiek”, poczuła bezsens powierzchownego traktowania spowiedzi bez uczciwej i rzetelnej dyskusji o grzechu.

Magdalena pamiętała jeszcze wstyd małej dziewczynki wobec swoich rodziców. Czuła się winna wobec mamy i ojca za złe myśli, które wydawały się jej niedopuszczalne. Dziecko musi być bardzo pokorne i posłuszne woli swoich najbliższych. Ona zawsze była niesforna, roznosiły ją niesamowite emocje i miewała takie sny, po których wielka wina wydawała się jej coraz bardziej oczywista. Gdyby wiedziała o tym, co w tym samym czasie zajmowało myśli matki i wszystkich kobiet w jej wieku…  Przepełniona poczuciem winy dziewczynka nie miała o tym zielonego pojęcia. Teraz, po latach od śmierci rodziców nie odstępowała ją trauma nigdy nie rozliczonych wyznań. Oczywiście, dobrze wiedziała o tym, że szczera rozmowa na temat dzieciństwa jest niemożliwa. Wówczas odżywają zadawnione pretensje, ból niezrozumienia i osobisty żal ludzi żyjących w zupełnie różnym świecie. Przestrzeń dorosłych jest zupełnie innym kosmosem wrażeń od placu zabaw dla dzieci. Siedząc wsparta o stary, kaflowy piec czuła to samo, domowe ciepło przenikające na wskroś znużone ciało. Rozmarzyła się wpatrzona w  stos bezużytecznych rupieci na stole, półkach i na podłodze. Smuga zza okna już nie świeciła tak intensywnie, jak przed minioną godziną. Za to uliczny hałas coraz bardziej przybierał na sile. Wstała, by zamknąć okiennice i w drodze potrąciła coś wydającego niezwykły ton. W jednej chwili zastygła w bezruchu wsłuchując się uważnie w niesamowicie brzmiący pogłos. Przypominał jej własne westchnienie, a zarazem uderzenie serca. Podniosła z podłogi podłużny instrument wyglądający z pozoru, jak dzban na wodę. Naczynie z wydrążonym otworem nie nadaje się jednak do noszenia żadnego płynu. Za to wydaje z siebie rytm i muzykę przyprawiającą słuchaczy o utratę zmysłów. To afrykańskie UDU. Gliniana skorupa kryła w sobie nieskończone możliwości wydobywania muzyki duszy. Ustawiony w pionie instrument rzucał cień na jej rozgrzane ciało. Chronił ją przed ostatnimi promieniami zachodzącego słońca. Kolor tworzywa, z którego dawno temu wypalono Udu, świetnie współbrzmiał z barwą kobiecej skóry. Stopniowo przygasające odcienie szarości zlewały się w półmroku w jednolitą fakturę form martwej natury i kształtów ludzkiego ciała. Z czasem oświetlał te kontury jedynie buzujący ogień widoczny w pół otwartych drzwiczkach pieca. Kobieta dotykała harmonijnej linii smukłego, jak antyczna, grecka amfora, instrumentu z głębi Czarnego Lądu. W ciszy i półmroku studiowała jego chropowatą powierzchnię opuszkami palców. Zapragnęła mocniej wniknąć w materię magicznego idiofonu. Wyczuła w nim nieregularny otwór, przez który wydobywały się szlachetne tony z harmonijnie czystych alikwotów, jakie tworzyły się wewnątrz tego nieziemsko pięknego naczynia. Wypalone z afrykańskiej gliny Udu przytulała mocno do piersi, niczym świeżo narodzone dziecko. Ostre szczątki zastygłe na powierzchni instrumenty wryły się w pory jej skóry.

Ludzka wyobraźnia nie ma granic. Gdyby ten sam przedmiot trzymał  mężczyzna, zapewne jego uwaga była skupiona na wydrążonym w glinie otworze. Nie ma nic bardziej oczywistego, niż ta pewność, bo chęć zaspokojenia wrażeń jest równie silna i naturalna u obu płci. Uwaga dziewczyny skupiła się na długiej, emaliowanej szyjce Udu.

Bezimienny artysta przemyślnie zadbał o zróżnicowanie powierzchni instrumentu, który wydaje odgłosy różnej wysokości, w zależności od miejsca, w które uderza grający na nim człowiek. Niezależnie od intencji anonimowego twórcy Udu, dziewczyna błogosławiła jego dzieło. Z rozkoszą przytulała do łona niesamowicie gładką część idiofonu. Wsuwała ją stopniowo i powoli, coraz głębiej i głębiej, jakby chciała wchłonąć Udu i zagrać całym ciałem… Pragnęła tego dokonać skupiona w najdrobniejszej cząstce cudownego instrumentu.

Zaraz… jak to naprawdę wyglądało? Rzeczywiście, nieprawdopodobne lecz najzwyczajniej pewne, że do tego mogło dojść. Zaznajomiony ze szczegółami intymnego zespolenia instrumentu z jego użytkownikiem płonie z ciekawości i snuje najbardziej fantastyczne domysły. Sam nie ośmielił by się spróbować, jak to smakuje. Powstrzymuje nas obawa przed złamaniem dawno zapomnianych przykazań i prawd wiary. Człowiek wychowany w duchu bojaźni Bożej i szacunku dla tradycji rodzinnych bezgranicznie ufa w nie i obawia się złamać jakikolwiek zakaz. A jest ich przecież co niemiara. Magdalena musiała je znać, ale jawnogrzesznica zapomniała wszystko, co ją powstrzymywało od wypróbowania świeżego owocu o nieznanym smaku. Cokolwiek ją mogło ograniczać, stawało się dla niej wyzwaniem. Uwielbiała pokonywać wszelkie bariery i walczyć z uprzedzeniami ludzi, którzy kochając jej ciało nienawidzili bijący z niej żar. Potrafiła porwać za sobą zafascynowanych jej szaleństwem rówieśników. Przykuwała ich uwagę, hipnotyzowała a wówczas panowała rzeczywiście, niepodzielnie nad opętanym miłosnym ogniem mężczyzną. W tłumie zakochanych w niej istot przewijało się też kilka równie pięknych kobiet. Doskonałość lgnie do ideału, a z bezpiecznego oddalenia można było łatwo ulec złudzeniu i poddać się bezwiednie piekielnemu urokowi Magdaleny.

Niespodziewanie w ciemności rozległa się symfonia tonów, zupełnie inna od tych, które zdołali wydobyć grający na Udu śmiertelnicy. Trudnej do zniesienia kakofonii tonów towarzyszył piekielny odór siarkowodoru. Siedząca blisko pieca dziewczyna wyrzuciła z siebie ogromną chmurę gazu. Został on natychmiast pochwycony przez ogień. Może to się wyda cudem, ale nic nie eksplodowało, chociaż ten gaz jest łatwopalny. Ot, takie sobie ludzkie pierdnięcie, jakie zdarza się od czasu do czasu ludziom najbardziej wykształconym, najwyżej urodzonym i najlepiej wychowanym. Co prawda, Magdalena pochodziła z gminu, jednak w tak zwanym minionym okresie, w czasie „ponurej nocy komunizmu” zdążyła odebrać całkiem solidne wykształcenie.

Brak znajomości i zaradności nie pozwolił jej jednak na karierę solistki w zespole orkiestry symfonicznej. Owszem, objechała z nią nieomal całą kulę ziemską odbierając brawa publiczności, która oklaskiwała jednak przede wszystkim dyrygenta, pianistę, czasem też pierwszego skrzypka… Jej przypadło w udziale kłaniać się pokornie z poczuciem niespełnienia, jakie jest udziałem członków chóru towarzyszącego sopranom, basom i tenorom. Obdarzona talentem wokalnym Magdalena nie miała nawet okazji do wydobycia z siebie głosu, bowiem jej instrumentem był niepozorny trójkąt. Teretycy muzyki starannie zanalizowali ton skrzypiec, fortepianu, bębna, kontrabasu, blach i wszelkiego typu idiofonów. Dokładnie rozplanowali pozycje każdego z wykonawców.

Jej przypadło miejsce w ostatnim rzędzie orkiestry, bo metalowy trójkąt wydawał bardzo wysokie, ostre, wyraziste dźwięki. Umiała wszystko zagrać niezwykle delikatnie i z wyczuciem, ale decyzja Mistrza nie podlegała przecież dyskusji i była ostateczna. Mimo, że stała na podwyższeniu, ledwo było widać uniesiony w górę jej głośny trójkąt. Ona zniknęła zupełnie za barczystymi mężczyznami dmuchającymi w rogi i trzymającymi w dłoniach wielkie, mosiężne talerze. Koleżanki i koledzy z zespołu pocieszali ją, że każdy instrument w orkiestrze symfonicznej jest równie istotną częścią zbiorowej harmonii dzieła. To wystarczało, aby przez krótką chwilę odzyskać nadszarpnięte poczucie własnej wartości i dawać z siebie wszystko, co najlepsze. Głęboko wierzyła w to, że wśród audytorium na teatralnej Sali znajduje się ktoś równie wrażliwy na odgłos niewielkiego instrumentu, na jakim grała trzymając go na wysokości zapłakanych oczu. Tak bardzo wzruszało ją każde wykonanie symfonii i domaganie się bisów, że nie mogła powstrzymać napływających łez.

Była zbyt egzaltowana, aby wykorzystano jej talenty pianistyczne, umiejętność gry na skrzypcach i dostrzeżono potencjalne możliwości występów solowych. Z drugiej strony ona sama nie mogła spełnić się jako autorka opowieści z własnego życia. A przecież miała bez liku wielkich dramatów, w jakich mimowolnie przyszło jej uczestniczyć. Magdalena wolała rolę czułego obserwatora, wnikliwego czytelnika utworów, które wychodziły spod pióra przyjaciół i ludzi zupełnie jej nieznanych. Pochłaniała książki z niebywałą zachłannością. Jej nienasycenie było tym większe, im bardziej zyskiwała pewność, że przed nią jest jeszcze morze nie odkrytych lektur. Udawało się jej poznawać kilka tytułów jednocześnie. Posiadła rzadką umiejętność symultanicznego zapamiętywania treści z fotograficzną dokładnością filologa zaprawionego w obcowaniu z ogromną ilością rozmaitych tekstów. Z ust pisarzy często można usłyszeć usprawiedliwienie braku wiedzy o twórczości współczesnego autora, a nawet klasyka literatury. Mówią po prostu, że nie mają czasu na uważną lekturę, muszą się przecież skupić na własnej twórczości. Brzmi sensownie, na tyle racjonalnie, że tłumaczy rezygnację Magdaleny z opisywania własnego świata i najbliższych jej ludzi. Dziewczyna miała zresztą dość rozsądku, aby unikać pokusy bezpośredniej rejestracji zdarzeń łącznie z oryginalnym brzmieniem imion i nazwisk uczestniczących w nich bohaterów. Tak postępują ludzkie hieny lub twórcy bez krzty talentu i wyobraźni. Wszechstronnie uzdolnionej instrumentalistki nie pociągały te metody, ani żaden cel przyświecający jej piszącym rówieśnikom. Bawiło ją rozdawanie ofiarowanych przez przyjaciół książek w ramach prowadzonej w całej Europie akcji dzielenia się przeczytanymi już egzemplarzami. To niezwykłe przedsięwzięcie fascynowało ją do tego stopnia, że zaangażowała się w ów projekt całym sercem. Nie szczędziła sił i swoich cennych książek, które zostawiała na przystankach i ławeczkach w każdym osiedlowym parku. Rozdawała z uśmiechem tomiki poetyckie stojąc wraz z kolporterami darmowych gazet przed wejściem do metra w centrum Stolicy.

Wszystko, co ją zajmowało, pochłaniało ją bez reszty. Z osobami, jakie spotykała na swoim szlaku, pozostawała już na śmierć i życie wrogiem, kochanką, przyjacielem… W delikatnej sferze uczuć nigdy nie pozwalała sobie i innym na półśrodki. Bębniła z pasją, a jeśli była taka potrzeba grzmiała, niczym gong i brzmiała, niczym Udu. Czasami był to odgłos płaczu skrzywdzonej istoty, innym razem dało się słyszeć wściekłe wycie, a jeszcze inaczej roznosiło się echem zwierzęce skamlenie. Kobiety są zupełnie niepojęte i nieodgadnione we wszystkich swoich tajemnicach i wymiarach. Jeszcze dla chłopców matki są odbiciem świata, na jakim dzięki nim znaleźli się, inni pozostają zagubieni od dzieciństwa do późnej starości. Magdalena długo nosiła w łonie najwspanialszego mężczyznę, jakiego przyszło jej pokochać. Matka rodziła to dziecko długo, z ogromnym bólem matki, ale właśnie z tego powodu, na zawsze pamiętaną rozkoszą.

Później już nigdy nie doznała podobnego uniesienia. Przytłoczyły ją stopniowo coraz to nowe problemy codzienności. Nawet w szarej rzeczywistości jednego z najbiedniejszych krajów Europy, umiała jednak znaleźć odcień żywszego koloru i uczepić się odkrytej barwy jakby w niej była obietnica wiecznego zbawienia. Nie musiała się bać o swoją duszę. Wbrew pozorom była w głębi czysta i szlachetna. Trudno było nie zauważyć jej, choćby w najbardziej gęstym tłumie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

ŚWIĘTA ANNA SAMOTRZECIA

21 wrz

Oto kolejny fragment kobiecego polityku : „Weronka, czyli serce… i nic więcej”. Poświęcony jest osobie, w której odejście nikt z jej znajomych nie dowierzał nawet w dniu jej pogrzebu, który odbył się 1 kwietnia. Tak jakby w ów dzień Prima Aprilis chciała żartując z żywych rzucić im w oczy  „Prima Aprilis, bo się omylisz!… Ale Pan Bóg jest nioeomylny i powołał ją do siebie, a mniej doskonały człek pracowicie spisał to, co zdołał z jej krótkiego życia zapamiętać:

Najwcześniejsze wspomnienie z dzieciństwa ujawnia charakter człowieka. Kiedy zdenerwowana matka małej Anulki odpowiedziała jej w gniewie, że może sobie iść dziewczynka odparła natychmiast:

- No to sobie idę!

I poszła… Nikt nie przypuszczał, że czteroletnie dziecko może mieć w sobie tyle śmiałości i desperacji. Dorośli pomyśleli, że Anulka zaszyła się gdzieś na strychu z lalkami wypłakując swoje gorzkie żale na rodziców. Tymczasem poniewczasie dotarły z okolicy wieści na temat samotnej wędrowniczki, która w milczeniu idzie skrajem szosy mijana przez pojazdy. Dopiero młody milicjant z drogówki zainteresował się dziewczynką i po krótkiej rozmowie zaprosił ją do samochodu. Podwiózł dziecko do domu, w którym trwały gorączkowe poszukiwania. Żadnemu z dorosłych nie przyszło do głowy, że mała dziewczynka przejdzie samodzielnie dystans paru kilometrów nie oglądając się za siebie. Ze zdumienia nie byli w stanie powiedzieć do niej ani słowa pretensji. Za to ona dała upust wściekłości wobec tych, którzy jej nie chcieli do tej pory wysłuchać. Zresztą zawsze miała nie wyparzony język, chociaż nikt z jej bliskich, ani znajomych nie pamięta, żeby kiedykolwiek klęła, jak szewc. Raczej nie owijała niczego w bawełnę. Potrafiła tę bezpośredniość w mowie prosto i logicznie usprawiedliwić:

- Wydzieramy się tylko na tych, których kochamy!… W stosunku do innych osób zawsze nas stać na kulturalny, obojętny chłód.

Nie była święta, ale od świętego Ojca Pio przejęła jako własną maksymę głoszącą, że „ … życie jest walką, z której nie możemy się wycofać, ale musimy odnieść zwycięstwo”.

Kiedy odumarli jej oboje rodzice została z mężem i trojgiem dzieci na dobre i na złe. Okres przejściowy w kraju ludzi wymęczonych walką o przeżycie absolutnie nikomu nie sprzyjał.

Na pewno czas nie był jej sprzymierzeńcem, szczególnie w momencie, gdy dowiedziała się, że ma nowotwór… Ledwie zauważalny, drobny guzek w piersiątku nie musiał od razu oznaczać wyroku śmierci. Wystarczyło zdecydować się na mastektomię i mieć kłopot z głowy. Dotychczas goniła wszystkie swoje koleżanki na prześwietlenia obu piersi. Chociaż córki dopiero dojrzewały dopilnowała, aby one też miały pewność, że nic im nie dolega. Anna wiła się, jak w ukropie. Przypominała istny gejzer energii wyzwolonej strachem o życie.

Miała w sobie tyle siły, że postronni dziwili się, skąd się ona bierze w tak wątłym, niepozornym ciele. Potrafiła jednak dość szybko przybrać na wadze, aby w krótkim czasie spalić te kilogramy w walce o przeżycie w świecie, na jaki nie wyrażała zgody. Wybiła się na sam szczyt hierarchii w niełatwym zawodzie wydawcy książek. Ośmieliła się brać udział w konkursach na kierownicze stanowisko wówczas, gdy dominacja mężczyzn wydawała się jeszcze absolutnie naturalnym porządkiem rzeczy. Tym, którzy przekonywali ją o tym odpowiadała po swojemu:

- A skądże!…

I powracała do akcji pomocy dzieciom, ubogim, bo pamiętała, kiedy sama otrzymywała paczki żywnościowe i odzież zza granicy. Odpisała darczyńcom z podziękowaniem i starała się przekazać to samo dobro zgodnie z anonimowym wyznaniem, które zapisała wśród adresów ludzi w notesie:

- Tylko raz przejdę tą drogą.

Dlatego jeśli jest jakieś dobro,

które mogę wyświadczyć,

jakiś gest życzliwości,

który mogę okazać

jakiejś ludzkiej istocie

– chcę to uczynić teraz

i nie odkładać na później.

Nie chcę tego zaniedbać,

bo nie będzie mi dane

przejść tędy powtórnie

Gwoli wyjaśnienia trzeba od razu dodać, że wyrosła z niesfornej Anulki kobieta w żadnym wypadku nie była świętą Teresą. Potrafiła wraz z koleżanką udać się ( w ścisłej tajemnicy przed małżonkami) na występ Chip and Dales’ ów… Usprawiedliwiała to w sobie tylko właściwy sposób:

– A co tam, żyje się tylko raz!

Wcale nie uśmiechała się jej nieuchronna wizja pozbawienia piersi. Wolała szukać mniej bolesnego rozwiązania. Zapisała się do grupy „Amazonek” po zabiegu mastektomii z przerzutami nowotworu, pomimo poddania się operacji. Dowiedziała się o skuteczności homeopatii, wyciągach z chrząstki rekina i kobietach, którym guz wstąpił się po serii zabiegów naświetlania. Leczenie nie było jednak głównym tematem spotkań chorych na raka piersi… Równie ważnym elementem terapii stało się wzajemne obcowanie zdanych tylko na siebie kobiet w różnym wieku. Anna organizuje wspólne rajdy, wycieczki, wyprawy zagraniczne, aby jak najdalej uciec od niezdrowych myśli na temat bolesnego raka. Wszystkie unikają tego słowa zastępując je „dziadostwem” i bliskoznacznymi synonimami. W wymyślaniu słów Anna ma wprawę z racji wieloletniej pracy korektorskiej. Dorabia tym do pensji, bo mąż niewiele przynosi do domu, a kierownicze dodatki nie wystarczają na pokrycie kosztownej kuracji. Pochylona nad korektą rodzina pozostawała w tyle za biegłą w tej sztuce Anną chociaż starała się jej dorównać. Tak naprawdę nikt nie potrafił dorównać tej drobnej, niszczonej przez chorobę dziewczynie. Zjawiała się w pracy najwcześniej, jak tylko to możliwe i odeszła dopiero upewniona, że wszystko jest załatwione w najdrobniejszych szczegółach. Starała się nie odkładać niczego na późniejszy czas. Nie przyjmowała do wiadomości ostrzegawczych sygnałów organizmu. Czuła się niezastąpioną i jedyną osobą zdolną koordynować proces powstawania książki znanego naukowca, czy kolejnego podręcznika akademickiego. Odpowiedzialność za to, co mają czytać studenci zmuszała ją do wyjazdów na prowincję, do różnych filii wydawnictwa w Polsce. Bez ustanku starała się uczestniczyć w konferencjach naukowych i branżowych sesjach poświęconych przyszłości firmy. Nigdy wcześniej nie wykazywała się tak wielką aktywnością.

Choroba wyzwoliła w niej rezerwy siły wystarczającej do zbudowania Pałacu Kultury i Nauki własnymi rękami. Nikogo z otoczenia Anny nie dziwi jej desperacja w dążeniu do zapewnienia pracownikom podstawowych praw za ich ciężką pracę. Widzą w niej skutecznego rzecznika swych interesów. Jednomyślnie wybrali ją do wszystkich istniejących w wydawnictwie organów związkowych. Powierzyli w jej ręce los setek szarych pracowników, którzy nie mają tyle śmiałości aby konkretnie rozmawiać i negocjować z własnym pracodawcą.

Nie poprzestawała na obronie swoich kolegów. Poparła startującą

w wyborach partię reprezentowaną przez autora wydawanego przez nią podręcznika. Stopniowo rozszerzała obszar tematów poza ścisły krąg ekonomii, bo nią wiązało się całe życie Polski i Polaków. Rzuciła się w wir wydarzeń, a raczej dała się mu porwać. Nie żałowała. Monografia poświęcona najbogatszym Polakom błyskawicznie zniknęła z półek księgarskich. Identycznie stało się po wydaniu książki poświęconej negocjatorowi z porywaczami kobiet w Czeczenii.

Podobała się jej niepowtarzalna atmosfera wieczorów promocyjnych

z udziałem autorów i znakomitych gości, którzy potrafili docenić ogromny wysiłek jej jako wydawcy. Rekompensowali jej mężowskie przyzwyczajenie i małżeńską rutynę partnera. W swoim odczuciu nigdy go nie zdradziła, chociaż przed ślubem prowadziła bujne życie towarzyskie. Po wyjściu za mąż wszystko nagle urwało się, a ona z trójką dzieci czuła, że musi nadrobić lata poświęcone na użeranie się z domową codziennością. W wydawnictwie nareszcie odnalazła większość swoich marzeń i realizowała się całkowicie.

Czując nieuchronny upływ czasu nagle zapragnęła odwiedzić rodzinne strony zmarłego ojca. Nie poprzestała na tym. Jak już, to już!…

Zdecydowała się przemierzyć szlak Wieszczów, Słowackiego, Mistrza Ariela i pieszo szła wśród burzanów na Stepach Akermańskich. Kiedy opowiadała o tym pokazując znajomym kolorowe fotografie, zdawała się przeżywać po raz wtóry każdy etap tej fascynującej wędrówki. Rozmawiając z ludźmi zapominała o chorobie, przeznaczeniu, groźbie nieuchronnej śmierci i cierpieniu. Anna przedłużyła sobie kanikułę ruszając w polskie góry ulubionym szlakiem ojca. Pamiętała trasę przemierzaną wraz z rodzicami i bratem w dzieciństwie. Powtarzała krok za krokiem tę samą drogę, stąpając po tych samych kamieniach, przekraczając te same kładki nad potokami krystalicznie czystych strumieni. Poznawała ludzi, którzy zapraszali ją do siebie pragnąc gościć tę fascynującą kobietę dłużej, niż trwa przelotne spotkanie wędrowców na turystycznym szlaku. Spodobała się jej propozycja nauki jazdy konnej w ośrodku prowadzonym przez poznanych na trasie miłośników natury. Otwierało się przed nią tak wiele możliwości, że nie mogła się poddawać… przynajmniej miała powody, aby walczyć z chorobą. Tylko w nieustannie ciężkiej pracy znajdowała chwilową ulgę i zapomnienie. Fascynacja Anny turystyką sprawiła, że słynny odkrywca źródeł Amazonki, członek Explorers Club nie musiał jej długo namawiać do wydawania angielskiego przewodnika po Polsce. Pojawił się i zniknął, lecz to nie był wielki sukces. Nie zawsze musi być kawior. Czasami trzeba zaznać gorzkiego smaku porażki.

Wyciągnęła z niej przekonanie o konieczności założenia własnego wydawnictwa. Znała przecież osobiście wielu autorów, była świetną ekonomistką, a poza tym czuła się w tym skomplikowanym świecie, jak ryba w wodzie. Uznała, że to świetny moment na podejmowanie właśnie tak śmiałych wyzwań. Potrzebowała jednak osobnej siedziby, bo w rodzinnym domu zamieszkałym przez pięć osób nie mogłaby prowadzić biznesowych spotkań, ani utrzymywać ładu w dokumentach. Wzięła pożyczkę na niewielkie mieszkanie. Wcześniej miała nadzieję cokolwiek zyskać kupując akcje przedsiębiorstwa i starając się grać na giełdzie. Po kilku wpadkach zorientowała się jednak, że jest to głównie interes dla rekinów finansjery z grubym portfelem.

Drobni ciułacze powinni szukać szansy grając w Toto Lotka. Trudno walczyć w pojedynkę z takim przeciwnikiem, więc bez obrażania się na rzeczywistość Anna przystąpiła do realizacji prywatnego planu. Niestety, było już stanowczo za późno… Wiedząc o tym odwlekała moment prawdy tak długo, jak pozwalał jej na to karmiony chemią, coraz bardziej wyczerpany organizm. W końcu i on dał znać o sobie. Znalazły się w jej otoczeniu osoby, które starały się skłonić ją do zwolnienia tempa:

 

- Nie jesteś jedyna, która czuje się tak źle po lekach. To ciężka kuracja. Musisz wypoczywać aby odzyskać siły

 

- A co ty tam wiesz… Nie będę darmo tracić czasu na wylegiwanie się w pościeli. Zamiast tego zajmę się lekturą tekstu. To mi na pewno nie zaszkodzi!

Pycha i wyniosłość pokrywała rzeczywiste obawy ciężko chorej baby. Naprawdę wciąż tkwiła w niej mała dziewczynka, która najchętniej by się schowała w pokoju z lalkami. Skoro jednak postanowiła pójść swoją drogą maszerowała z taką samą desperacją, jak przed laty niespodziewanie odeszła z oczu rozgniewanej matki. To nic, że droga pełna niebezpiecznych motorów i samochodów. Anna jest tym samym przerażonym dzieckiem, które zaciskając zęby prze naprzód pomimo śmiertelnego strachu przed tym, co ją czeka. Nigdy naprawdę nie wiemy, dokąd zmierzamy, ale staramy się nie zbaczać z drogi. Dotknięty nieszczęściem może się najwyżej zatrzymać na rozstajach mając do wyboru nieznane ścieżki, nie przebyte trakty i gościńce. Spotykamy na nich ludzi, którzy z czasem stają się naszymi wrogami jednak na innych szlakach czekają na nas bardziej przyjazne dusze. Widoczna z kuchennego okna polna droga zapełniała się stopniowo ludźmi i ich czworonogami. W miarę upływu dnia wspólna przestrzeń pustoszała, aby o zmierzchu zastygnąć w martwocie i bezruchu. Świt znów przywracał naturalny rytm spacerów i odgłosów towarzyszących wszystkim ludziom dobrej woli. Anna, Barbara trojga imion patrzyła w okno, jak w obrazek. Na drodze zdarzało się tak wiele ciekawych, niecodziennych sytuacji, które wszakże stawały się jej codzienną serią rozczarowań. Wszystko, co kipiało życiem mogła obserwować, lecz uczestniczyć w nim nie miało już wielkiego sensu. Rezygnacja jest , co prawda, oznaką rozsądku, ale tej mądrej decyzji rzadko towarzyszy uczucie radości… Tym bardziej, że nasz ziemski czas mija nieubłaganie i niepostrzeżenie.

Barbie obchodziła właśnie swoje pierwsze półwiecze. Ukochana lalka dzieci Anulki nie była jej faworytą. W dzieciństwie bardzo lubiła dzielić się zabawkami z bratem. W praktyce sprowadzało się to do porzucenia w kąt przytulanek i pluszowych misiów z zawłaszczeniem na długie godziny drewnianych klocków. Zrządzeniem losu nadano jej na chrzcie najbardziej znane dzieciom w całym świecie imię… drugie imię. Pierwsze nie jest istotne, bowiem w okresie przejściowym przemian ustrojowych nikt nie powinien był się wyróżniać. Nadawano dzieciom imiona przywódców, bohaterów pracy socjalistycznej… Przypadło jej w udziale imię świętej Anny Samotrzeciej i wierna swojej patronce zdążyła wydać na świat troje niewinnych dzieci.

Bogu dziękowała za ten dar. Pokornie piastowała swoje potomstwo, jak każda kochająca matka. Kiedy one dorastały i piękniały, z dnia na dzień usychała i powoli więdła. Najpotworniejsze dziadostwo cywilizacji w końcu dopadło właśnie ją. Rak nieborak nie przebiera zżerając ją od środka zarówno biednych i bogatych, ludzi kochanych i nieszczęśliwych. Nikt nawet nie zauważył w niej najmniejszej zmiany, bo zachowywała dobrą minę do złej gry. Doskonale potrafiła to robić, bo codziennie ćwiczyła przed lustrem najdrobniejszy ruch i gest. Miała do tego wielki talent. Szkoda, że wykorzystywała go dopiero w tak dramatycznej chwili. Długo wahała się, czy spojrzeć w swoje lustrzane odbicie. Czarne, owalne zwierciadło za plecami miało o wiele więcej lat, niż jej najstarsze dziecko. Srebrzysta polewa za pociemniałym szkłem dawno już wymagała uzupełnienia. Obcowanie sam na sam z istotą po drugiej stronie wymaga odwagi, desperacji i szczerości. Rzadko się to zdarzało, ale bywało, że kobieta po przejściach nie wytrzymywała tej konfrontacji.

Barbara stała w przedpokoju, niczym przydrożny głaz, bolejąc z lęku i niewyspania. Dopiero kwilenie najmłodszej pociechy zmusiło ją do natychmiastowego odwrócenia się w stronę pokoju, w którym spała córeczka. Nikt przecież za nią tego nie zrobi… Zawsze tak było, przynajmniej do czasu, kiedy wszyscy dowiedzieli się, co ją nieustannie drąży i wypala od środka. Przyzwyczajenie staje się drugą naturą człowieka, więc nawet do tak strasznej choroby przyzwyczaili się nawet najbliżsi przyjaciele. Rodzina, owszem całkiem liczna, wypełnia swój moralny obowiązek wobec bliźniego… Co by ludzie powiedzieli, gdyby tak nie postąpiła…

Czy ktokolwiek może jednak ulżyć śmiertelnie przerażonej kobiecie w jej cierpieniu?… Kto ma w sobie tyle miłości, determinacji i odwagi, żeby wziąć na siebie całą chorobę z jej nieodłączną kloaką ropnych wysięków i wymiocin, a przede wszystkim nieuchronnym widmem umierania? Śmiertelnie chora matka dawno uświadomiła sobie, że musi pozostawić po sobie bezradne dzieci i równie zagubionego mężczyznę, który jest ich ojcem. Widzi go w każdym mężczyźnie pojawiającym się za oknem na drodze wszystkich ludzi. Kiedyś zobaczyła nawet dwóch idących naprzeciwko siebie ludzi, tym razem bez czworonogów. Być może musieli przemyśleć własne problemy w ciszy i samotności podczas rannego spaceru. Była chyba jedyną osobą, która obserwowała ich z uwagą. Nad polną drogą unosiła się leciutka mgiełka. Roztrącali ją spacerujący mężczyźni.

Żaden z nich nie widział drugiego i nie przypuszczał, że stanowi tak interesujące widowisko dla postronnych osób. Z bezpiecznego oddalenia spoglądała na nich umierająca kobieta. W pewnej chwili jeden z nich usłyszał skrzypienie śniegu i podniósł w górę oczy. Zobaczył równie zamyślonego i samotnego, jak on człowieka. Przez długą chwilę stali mierząc się w milczeniu wzrokiem. Mężczyźni nie zdecydowali się podejść bliżej, więc jeden z nich odwrócił się, aby powrócić tą samą drogą do własnego domu. Drugi człowiek wciąż stał nieruchomo w miejscu, jak słup soli. Obserwująca go kobieta zasunęła firankę i zapaliła światło. Ożywia się dopiero, gdy odkręci gaz, a pod czajnikiem z wodą na herbatę buzuje płomień.

Boi się śmierci, ale nie ma nawet komu o tym powiedzieć, bo nie wie, jak się to robi… Zawsze była niesamowicie dumna, piękna, zadbana, imponująca spokojem, rzetelnością w pracy i skutecznością w realizacji swoich zamierzeń. Jakie można mieć plany w tak beznadziejnej sytuacji. Cokolwiek chcesz osiągnąć, wymaga to czasu, a ona miała go coraz mniej. Zegar tykał, a za oknami skwierczały rozpostarte na gigantycznych słupach druty przewodzące prąd do ludzkich domostw. Resztki porannej rosy parowały podgrzewane przez miedziane przewody. Obsiadły je kawki, wróble i gołębie. Zazwyczaj nie tolerujące na ziemi odmieńców ptaki zgodnie grzały sobie łapki na wysokości kilkunastu metrów nad kępkami mokrej trawy. Na tle przemykających obłoków wyglądały niczym nuty na pięciolinii kołyszącego się pod ich ciężarem drutu. Patrzyły na to zza firanek zmęczone z niewyspania oczy kobiety.

Umierała powoli, z każdym dniem nie wiedząc czy już się ma przygotowywać do odejścia, czy przed nią są jeszcze długie miesiące męczarni. Logika przestaje mieć w tych rachubach jakiekolwiek zastosowanie. Barbara stała teraz odwrócona twarzą do zaśniedziałej powierzchni zwierciadła.

Dziecięce kwilenie w zamkniętym pokoju ustało. Matka uspokoiła się na moment, mikroskopijnie krótką chwilę do czasu spojrzenia w swoje odbicie. Zrazu cofnęła się lecz natychmiast opanowała lęk przed tym przeraźliwie biednym stworem z przerzedzoną gmatwaniną włosów skłębionych na głowie. Usiłowała je rozczesać… z mizernym skutkiem. Była juz tak słaba, że cudem stała na własnych nogach. Jednocześnie wygląd steranego życiem i chorobą ciała przywoływał jej najbardziej okrutne baśnie, jakie dla biednych ludzi napisali dotknięci nieszczęściem autorzy. Barbara lubiła czytać dzieciom bajki do poduszki, ale zawsze powtarzała, że z biedy nic dobrego się nie rodzi… Starała się być od niej jak najdalej i odganiać jej widmo, jak oddala się każde przekleństwo… A kysz, a kysz!!!

Kiedy ono nie znikało, można spróbować je po prostu zignorować, albo zażartować sobie z niego. W żadnym wypadku akceptacja tego dziadostwa nigdy nie wchodziła w rachubę. Usta złożone „w dziubek” bezwiednie wyszeptały:

- „Lustereczko, powiedz przecie,

kto jest najpiękniejszy w świecie…”

I co?… Znikąd odpowiedzi. Kogo to obchodzi, że ona trzęsie się ze strachu i niewiedzy, co ją jeszcze czeka…? Cały dom nadal jeszcze spał. Refleksy wschodzącego słońca ociepliły jej bladą skórę na policzkach. Uśmiechnęła się, a przynajmniej próbowała to zrobić przypominając sobie o zasadzie „keep smiling„.

Hołdowała jej nieustannie, nawet w najgorszych chwilach swoich zmagań z rzeczywistochą. Uznała kiedyś życie za sport ekstremalny i nie znalazła powodu, żeby zmienić takie zapatrywania. Nawet opublikowana przez słynnego „Mantu” anegdota o wizycie w jej domu nie odwiodło jej od przekonań na temat ludzkiej nędzy. Stanisław Manturzewski przypomniał słowa, które wyrwały się Barbarze po jego odejściu. Gospodyni spoglądając na błyskawicznie ogołocony talerz z zapachem spałaszowanych kanapek zapytała spoglądając mężowi prosto w oczy:

- „Jak można tak nic nie mieć?”

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Początek i koniec opowieści o kobietach

20 wrz

Mój pierwszy redaktor naczelny pozostawił z mojego scenariusza jedynie okładkę, pierwszą i ostatnią stronę grubego pliku zapisanego papieru. Nawet nie zaprotestowałem. Powiedział mi, że ewentualnie może mi pozwolić pozostawić coś ze środka. Gdyby przyszło by mi dzisiaj wybrać tyle z kilkuset stron tekstu miałbym duży kłopot. Zazdroszczę takiej umiejętności eliminacji słów osobom, które znają się na tajnikach narracji i konstrukcji utworów literackich. A może po prostu żaden autor nie jest w stanie tego zrobić z własnym tekstem, jak z ukochanym dzieckiem. Konieczny jest w tym celu dystans osoby, która nie ma z tym utworem nic wspólnego. Spróbowałem zrobić to w czysto mechaniczny sposób:

SPIS TREŚCI:

Str. 1                     WSTĘP      -   Życie miłość i śmierć, czyli wspomnienia z rajskiego ogrodu

Str. 6                     ROZDZIAŁ 1 – Święta Anna Samotrzecia

Str. 50                  ROZDZIAŁ 2 – Święta Maria Magdalena

Str. 59                  ROZDZIAŁ 3 – Serce… i nic więcej

Str. 239                ROZDZIAŁ 4 – W imię Marii

Str. 253                ROZDZIAŁ 5 – Anna, Hania, Aneta…

Str. 257                 ROZDZIAŁ 7 – Wszystkie dzieci Panny Julii

Str. 260                 ROZDZIAŁ 8 – Puzzle, pasje i pasjanse Violi V…

Str. 269                 ROZDZIAŁ 9 – Słowa posklejane pajęczyną

Str 279                 POSŁOWIE

Str 280                  SPIS  EMOTIKONÓW

Posłowie

Skończyłem, skończyłam… Skończyło się we mnie to, bez czego nie mielibyśmy odwagi porwać się na opisanie Wszechświata kobiecych tajemnic, tej nieskończonej przestrzeni, w której ginie każdy samotnie zapuszczający się na wyprawę mężczyzna. Jeżeli się tam udajesz, to mój drogi Czytelniku, wykupujesz bilet w jedną stronę.  Przyznasz mi najukochańsza Czytelniczko rację, że stamtąd nie ma powrotu, bo to cudowna kraina jednokrotnych wrażeń, niepowtarzalnych przeżyć, które nie da się opisać jedynie słowami. Dlatego z wielką chęcią wplatałem dla Was na kolejnych stronach linki do internetowych stron z pieśnią, muzyką i filmami, a także cząstką świata pojawiających się niespodziewanie i znikających, niczym spadające meteory, ludzi.

Główne postaci, spisanych z mojej niedoskonałej pamięci, wyjęte są żywcem dramatu człowieka uwikłanego w codzienne życie na naszym wspólnym świecie . Powinienem włączyć do tekstu namacalne, a przez to wiarygodne dowody ich zaistnienia… chociażby ten moment trwał krótko, jak mgnienie oka. Szpileczki, sprasowane poduszeczki, zasuszone liście, klisze fotograficzne, plamki ketchupu albo zapach lawendy, który tym szybciej wywietrzejesz, im częściej będziecie kartkować tę książkę stronicę po stronicy i przyglądać się różnym czcionkom odpowiadającym osobnej sekwencji zdarzeń poświęconej utrwalonym w piśmie epizodom.

Przemierzając kobiecy Wszechświat marzeń o szczęściu czułem się, jak parweniusz w obcym świecie, uzurpujący sobie prawo wstępu do kręgów, w których przebywają jedynie najdoskonalsze ze stworzonych istot na matce,  Ziemi. Nie wolno mi było tego uczynić… A jednak czując się winnym, ze skruchą teraz przyznaję, że w najśmielszych wyobrażeniach, nigdy nie przypuszczałem, że można doświadczyć czegoś podobnie zachwycającego. Coś takiego może zdarzyć się komuś śmiertelnemu jedynie raz i potem już człowiek nie ma powodu, by dalej żyć. Po prostu ma on w takiej chwili autentycznie przeżyte przeświadczenie, że już nic piękniejszego w życiu go nie spotka… Właśnie ja, piszący te słowa, jestem nie wiedzieć czemu jeszcze, żyjącym ostrzeżeniem dla pozostałych, aby głęboko rozważyć we własnym sumieniu możliwość takiej podróży… Zwracając się do najdoskonalszej na świecie istoty przyznaję, że bezprawnie przemierzyłem Cię całą, poznałem na wskroś widząc i czując smak najcudowniejszych z dostępnych ludziom owoców drzewa Złego i Dobrego. Byłem tam, w kobiecym Raju… Ja, samozwańczy Adam, nieśmiało spoglądałem w stronę przepięknej pra Ewy i ocierałem się o niedostępne zwykłym śmiertelnikom tajemnice… Nie udało mi się ich przekazać w pełni tak, jak one we mnie zaistniały i wciąż nieustannie we mnie krążą, niczym żywy, wartki nurt bijącego w podziemiach źródła czystej wody. W każdym zakamarku mojego ciała i duszy zachowałem cząstkę rajskiego ogrodu, z którego moja ulotna pamięć nie wyniosła nawet cienia jakiegokolwiek obrazu pod powiekami. Może jedynie to światło, o jakim często, z zachwytem opowiadają umarli, którym udało się powtórnie zejść z tamtej krainy na planetę ludzi.  Żyję więc w tym świecie i opowiadam Wam historię cudownych istot, z jakimi zdarzyło mi się zamienić przez chwilę kilka tysięcy słów i parę ważnych zdań… Zapamiętane myśli, smak wina, jakim wznosiliśmy toasty i spożywane niegdyś potrawy są ucztą, po której postanowiłem poddać się wielodniowej głodówce. Nie było w tym nic z umartwiania się lecz mój własny, wewnętrzny nakaz, aby żaden inny smak nie rozmył w zapomnieniu tamtego doznania, poczucia sytości, jakie nie opuszcza mnie w trakcie mozolnego spisywania wrażeń z niepowtarzalnej eskapady w świat, w którym byłem przez niesłychanie krótką chwilę, a może to on moment we mnie zaistniał i już, być może, w ogóle go nie ma.

POJAWIAJĄCE  SIĘ  W  TEKSTACH  EMOTIKONY

Kobieta

o+

Mężczyzna

:-

Zwykły uśmiech

:-)

Mrugnięcie okiem

P-)

Skrót uśmiechu

:)

Mruganie

;-)

Śmiech

:-D

Płacz

:`-(

Skrócony śmiech

:D

Złośliwy sarkazm

:-]

Zamknięte usta

:0

Złośliwa uwaga

:-[

Smutek, niezadowolenie

:-(

Całuski

:*

Wielki smutek

):-(

Duży buziak

:-X

Niezadowolenie

(:-(

Uściski

[ ]

Szept

:-Y

Przygnębienie

:[

 

Nic nie słyszę

:X)

Nic nie mówię

:-M

Zakłopotanie

%-(

Koncentracja

:-8(

Uparty

}:-(

Zdrajca

:-$

Palenie

:Ui

Palenie + uśmiech

:Uj

 

Palenie fajki

:-?

Nic śmiesznego

:/)

Palenie papierosów

:-G-

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

20 wrz

Rozpoczynający serię opowiadań o kobietach tekst wyjątkowo jest poświęcony mężczyźnie, ale to tylko dlatego, że o zmarłym ogrodniku o nim wdowa. Nie tylko dla niej był on prawdziwym czarodziejem, bo wokół domu z betonowych prefabrykatów potrafił stworzyć oazę zieleni. Po długich i ciężkich cierpieniach odszedł z tego świata a jego dzieło życia pozostało dla sąsiadów, niczym wspomnienie po człowieku. Pozostanie po nas zaledwie ślad tego, co zdążymy zrobić i zapisać. W opuszczonym przez niego królestwie zieleni pozostały mieszkające na kilku piętrach wdowy, rozwódki, starzejące się małżeństwa i wynajmujące wolny lokal osoby z głębi kraju. Pomiędzy tymi ludźmi stworzyła się specyficzna, duchowa i emocjonalna więź… Tak silna, że niespotykana we współczesnych blokowiskach, gdzie sąsiad zna sąsiada tylko z imienia i nazwiska na tabliczce zawieszonej na drzwiach jego mieszkania. Porzuciłem to miejsce, ale wypełniłem dobrymi wspomnieniami i myślami czas tam spędzony pomiędzy narodzinami kolejnych potomków, chorobą i śmiercią najbliższych osób, wreszcie w okresie podsumowania najważniejszych chwil w moim życiu. Powodem napisania tej książki jest właśnie konieczność osobistej rekapitulacji jeszcze nie do końca uświadomionych doznań, jakie wciąż, nawet po wielu latach od zasiedlenia i opuszczenia mieszkania, nadal boleśnie odczuwam. I wcale nie chodzi o to, żeby się z tego zwierzać, ale przede wszystkim rozpoznać ten fenomen współistnienia cudownych ludzi, jakich być może nigdy i nigdzie już nie spotkam. A wstęp do tej osobistej kroniki życia kobiet rozpoczyna się takimi oto słowy:

„Życie, miłość, śmierć, czyli wspomnienia z rajskiego ogrodu”
Sędziwy generał lotnictwa powiedział mi, że tak naprawdę żałoba po ukochanej istocie trwa około trzech lat. Tyle czasu musi upłynąć, aby człowiek poradził sobie z hydrą pamiątek. Widząc, jak odchodzą starzy znajomi, nie da się zapomnieć o śmierci bliskich sercu osób.
Stara kobieta odwijała resztki zimowego chochoła z krzewu dzikiej róży. Właściwie nie była ona znów taka dzika… Oswoił ją mąż ogrodnik. Przez wszystkie cztery pory roku pielęgnował, jak wszystkie drzewa i kwiaty zasadzone wokół domu. Codziennie, skoro świt, sędziwy starzec zraszał pąki czule obserwując rozwój każdej rośliny. Robił to na własny rachunek skromnie wspomagany z funduszów, które administracja spółdzielni mieszkaniowej i tak wydaje na zazielenienie terenu. Emeryt z pomocą żony i kilku znajomych stworzył wokół nieciekawego, szarego bloku prawdziwy raj. Potrzebował zaledwie kilku lat, żeby osiedlowa sypialnia krańcach stolicy stała się chętnie odwiedzanym zaułkiem. Przychodzili tu nie tylko zakochani. Podchmieleni kolesie lubili usiąść z puszką w ręku i oddychając wieczorem pełną piersią gapić się przez korony drzew na gwiazdy. Tym razem po ich zniknięciu o świcie spotkałem się z żoną ogrodnika. Pozdrowiłem ją, jak wszyscy bliźni szanujący bezinteresowną pracę człowieka. Przez chwilę zastygła w bezruchu. Przyzwyczajony do zdawkowej odpowiedzi na zwyczajowo wypowiadane formułki nie wiedziałem, jak się zachować w przedłużającej się chwili milczenia. Bezwiednie postawiłem kubły pełne śmieci na asfalcie i czekałem. Kobieta podniosła się z klęczek i spojrzała mi smutno w oczy z pretensją w głosie:

- To już ostatni rok…

Zabrzmiało, jakby nadchodził Armagedon. Ona jednak wyjaśniła rzecz do końca:

- Robię to, bo mąż jesienią je opatulił. Inaczej zmarnieją, jak on. Tylko patrzeć, jak wszystko zacznie kwitnąć…

Rzeczywiście, wkrótce zażółciły się pierwsze forsycje. Rozbieliły się nawet gałązki drzew widoczne z okna mieszkania w oddali. Wiedziałem od sąsiadów, że już raczej nie ujrzę zawołanego ogrodnika w jego żywiole. Chory na raka płuc dożywał swoich dni w mieszkaniu z widokiem na jego niesamowite dzieło. Podziwiałem je i rozumiałem tę pasję. Każdy piszący człowiek także buszuje w ogrodzie pełnym słów. Można w nim znaleźć wyrazy pospolite, zachwycające metafory, ale też pospolite chwasty. Pisarz przebiera w tym bogactwie, jak ogrodnik selekcjonuje nasiona. Sąsiadujący z nami Mistrz Ogrodu w sobie tylko znany sposób siał, pielił, wyrywał rośliny, a kiedy trzeba, palił je na stosie. Wszystko to czynił z wielkim wyczuciem. Doświadczenie magicznego ogrodnika przeobraziło prozaiczne kwiatki, żywopłoty i sadzonki w bajeczny Ogród Rozkoszy. Prawdziwy cud stworzenia drzemał w drobnym, wychudłym ciele zmęczonego po siedmiu dniach wysiłku Demiurga. Być może trawiony chorobą cudotwórca, zatęsknił do naturalnego kontaktu z przyrodą. Zapewne od czasu do czasu spoglądał w stronę wzorzystego dywanu kwiatów na klombie. O tej porze roku nieśmiało przebijały przez barwy ziemi wschodzące rośliny i fioletowe pąki magnolii w jego centrum. Szaleństwo eksplodujących kolorów przypada w pogodnym końcu wiosny. Zupełnie, jak w ludowym porzekadle:

Mokry kwiecień, suchy maj, będzie żyto, niby gaj„.

Gdy latem dobrze przygrzeje, to w pełnym słońcu kwitnący kobierzec mieni się wszystkimi kolorami tęczy, szczególnie w porze podlewania. Wtedy wypływające z otworu szlaucha kropelki tańczą na wietrze układając się w wielobarwny, niebiański łuk wróżący nam nadzieję. Na razie tylko wiosenny deszcz nawadnia grunt, na którym dojrzewa wszystko, co żyje. Ktokolwiek będzie podlewać drzewa i krzewy, zaskarbi sobie wdzięczność ogrodnika. Kiedykolwiek odejdzie nasz ogrodnik, trafi do Edenu. Zostawia nam przecież po sobie tyle rajskiego piękna. Piszę o nim myśląc o Annie. Trzy długie lata minęły od ostatniej wiosny w jej krótkim życiu.

Ludzie odchodzą, lecz pozostawiają za sobą trwały ślad w sercach tych, których spotkali na swojej drodze życia – i to czyni ich nieśmiertelnymi„.

To epitafium, które zamierzałem wyryć w kamieniu na płycie rodzinnego grobowca. Od śmierci Anny jest tam tylko informacyjny napis z datami i jej porcelanowa fotografia.

Przez tysiąc dni i tysiąc nocy nie opuszcza mnie myśl o winie wobec tej dziewczyny. Słyszałem po wielokroć, jak wielkim cudem jest miłość dwojga ludzi, ale sam nie śmiałem wierzyć w to, że naprawdę mnie kochała. Teraz już wiem na pewno i nie wątpię w to, chociaż po drodze zdarzyło się wystarczająco wiele złego aby zwątpić w prawdę jej wyznania. Ach te uczucia!…

…Płakać jest rzeczą niewieścią, mężom przystoi w milczeniu się zbroić

Jakże to sugestywne, ale ileż w tym fałszu! Warto otwarcie mówić, co się czuje, czego się oczekuje od drugiego człowieka. Teraz już nie mam możliwości, aby wyznać to ukochanej osobie. Raz tylko powiedziałem matce, że chętnie bym się z nią zamienił, kiedy Anka umierała. Zrobiłbym to naprawdę, gdyby tylko było to możliwe. Ale ja tylko umiałem opowiadać baśnie i rzeczywiście opowiadałem je w dzieciństwie rówieśnikom. Potrafiłem to robić z pasją i wprawą do tego stopnia, że z czasem stało się to moim ostatecznym zajęciem. Historie wymyślone i prawdziwe tworzyłem na użytek ludzi, którzy nadstawiali uszu sowicie mnie za to wynagradzając. Niestety, zawsze fikcja była ceniona dużo wyżej od prawdy. Szczerze mówiąc, wszyscy pragnęli słuchać baśni do złudzenia przypominającej rzeczywistość. Kiedyś może wymyśliłbym je tak, jak umierający ogrodnik wyczarował kwitnący dywan. Dziś uczciwie przyznaję, że nie mam tysiąca baśni na tysiąc dni i nocy do opowiadania. Zbawi mnie nawet jedna, prawdziwa historia, ale ja takiej do tej pory nie poznałem. Chyba sam muszę ją napisać… nikt za mnie tego nie zrobi, naprawdę.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wstęp do „Weronki, czyli serce… i nic więcej”

20 wrz

go Borykająca się z koszmarem wychowywania niepełnosprawnego dziecka Tilda Swinton w roli Evy nie jest jedyną matką tak ciężko doświadczoną przez zły los. Między filmową fikcją a zapisanymi na kartach powieści realiami jest gdzieś pośrodku osobista kronika własnych przeżyć. Imiona kobiet wzięte z całego alfabetu od Anny po Zytę, nie wyczerpują Oceanu spraw i przeżyć, jakie tylko cząstkowo ujmuje mądry film: „Musimy porozmawiać o Kevinie”. Takie osobiste relacje są mi bardzo potrzebne, bo z kina zawsze czerpałem wiedzę o tym, jak żyć. Seanse w ciemnej sali projekcyjnej były niezmiernie ważnym etapem mojej duchowej edukacji i emocjonalnego dojrzewania. One mnie wciąż inspirują i pewnego dnia poczułem wręcz konieczność spisania tego, co o tym wiem i myślę. Kontynuując więc prezentację fragmentów kobiecych portretów postanowiłem zamieścić fragment tytułowego opowiadania zbioru nowel p.t: „Weronka, czyli serce… i nic więcej„. W moich następnych wpisach sukcesywnie pojawią się oczywiście kolejne części powstającej książki. Poświęcone są one rzeczywiście istniejącym postaciom kobiet, chociaż fakty z ich życia są przemieszane i nie są dokładnym odzwierciedleniem ich losu. To od początku do końca przetworzona rzeczywistość z zachowaniem prawdy o tym, co one myślą i czują. Robię to po części z głębokiej troski o osobiste dobro żyjących przecież osób, ale też z przekonania, że to nieistotne, kto, co konkretnie przeżywa. Wszystko jest udziałem ludzi, bo nasza ziemska egzystencja jest w istocie powieleniem tej, która była udziałem naszych przodków. Jeżeli nam się wydaje, że jesteśmy od nich choć trochę piękniejsi i mądrzejsi, to jest to wyłącznie przejawem naszej pychy i niewiedzy. Praca nad tą książką nadal trwa i nie przewiduję jej szybkiej finalizacji. Wszystko wymaga bowiem czasu i cierpliwości, a pośpiech wskazany jest tylko przy łapaniu pcheł. Piszę w niej o tym, czego dokładnie nie wiem i szukam tropów pozwalających mi przekonać się o tym, jak może być prawda. Nawet nie wiem, czy chciałbym ją do końca poznać. Szczerze przyznaję, że z wielu powodów chyba jednak nie… Ale jeśli ktoś zechce mi ją bezlitośnie odkryć nie mogę zasłaniać uszu i zamykać oczy. Dlatego anonsuję istnienie tego zbioru, zbieram opinie i dopiero potem zdecyduję, co z tym wszystkim zrobić. Dzięki uprzejmości Poety Juliusza Erazma Bolka wstawiam ( za jego pozwoleniem ) pomiędzy poszczególne sekwencje opowiadania jego wiersze z poematu „Sekrety życia„. One wyznaczają chronologię zdarzeń i porządkują narrację. Na razie, tytułem wstępu rozpoczynający tę książkę ustęp brzmi tak oto:

„Miało być wszystko po kolei, jak stoi w internetowym kalendarzu poczty elektronicznej. Choć tam rozmowy gromadzone są chronologicznie, to tak naprawdę one same niewiele znaczą bez mnóstwa towarzyszących im epizodów. Dopiero one wpływają na znaczenie tego, co się działo pomiędzy przypadkowo spotykającymi się ludźmi. Historia jest banalna, jak wszystkie dramaty Szekspira. Miłość, podejrzenia, nawet nienawiść, pokrywają egzystencjalną pustkę zrozpaczonego człowieka. Dwoje ciężko przez los doświadczonych kochanków nie ma szans na spełnienie swoich marzeń, a jednak podejmują próbę przeciwstawienia się nieuchronnemu przeznaczeniu. Oboje przegrają, więc po co o tym mówić i pisać. Wszystko to już doskonale znamy, wielokrotnie tak już było, słowem nic nowego pod słońcem na tej Ziemi. Zapewniam, że jeśli nawet zabrzmi to prawdziwie, powstało w umyśle niepoprawnego marzyciela. On, autor, komentator i pozornie wszechwiedzący narrator tej opowieści kompletnie nie zna się na życiu, bo swoje już przegrał. Człowiek nie potrafiący dobrze żyć nie ma żadnego prawa wypowiadać się na temat innych ludzi nawet, gdy ich historia brzmi podobnie do tych prawdziwych, rzeczywiście kiedyś zaistniałych. A jednak ten bezczelny gość chwyta i pióro i spisuje myśli i czyny, bo jednak coś zapamiętał i z czasem może sam to zrozumie. Myślał, że będzie to jego dziennik, a może pamiętnik, który po latach odda w ręce syna Weroniki, bo dla niej ta lektura mogłaby się okazać zbyt potężnym szokiem… Tak potężnym, jak zderzenie prawdy z iluzją, tą ochronną tarczą, jaką wytwarzamy sobie po to, żeby nie zwariować rozważając swoje szanse na wydobycie się z czarnej dziury na świtającą codzienność. Ona jest równie realną postacią, jak wszystkie dotychczas poznane i zaznane kobiety, z którymi mężczyzna doświadcza zarówno niebiańskiej rozkoszy, jak i piekielnych mąk… Bez tego jednak nie ma życia, bo to jest właśnie jeden z jego największych sekretów.

Minął rok z okładem od opisanych tu wydarzeń. Tłum wyległ na świeżo pokrytą asfaltem nawierzchnię Mostu Północnego. Ochrzczono go mianem słynnej Marii Curie Skłodowskiej, ale w tej okolicy nikt go inaczej nie nazywał, jak przez długie lata powstawania tego obiektu. Ludzie odwiedzali ten most wcześniej pilnując postępów na budowie. Niektórzy rozkradali porzucone mienie przelewając potem ciężki złom w mocny alkohol spożywany podczas oglądanego meczu na warszawskim Tarchominie. Przez ten czas miniony od zakończenia budowy, narodziło się sporo nowych mieszkańców osiedla… wielu z nich zdążyło odejść i tak odwieczna sztafeta pokoleń  nieustannie trwa wszędzie, gdzie powstają nowe budowle. Jak w poetyckim kalendarzu miesiące ustępują kolejnym, tak też pory roku wyznaczają koleje losu bohaterów tej opowieści:

Marzec

( w okresie budowy mostu)

Każdy dzień

przynosi nowe zwiastuny

drogi którymi krążysz

opowiadają swoje historie

wsłuchuj się w ich kłamstwa

nigdy nie wiadomo

kiedy rodzi się

coś zupełnie nowego

dobra nowina

może być ukryta pod kamieniem

w niedbale płynącej rzece

albo być zaczarowana

w twoich myślach

 

Sekrety życia” Juliusz Erazm Bolek

Ktoś, kto ją bardzo kochał, wymyślił dla niej to święte imię, chociaż ona sama nigdy nią naprawdę nie była… Ale to wcale nie znaczy, by Weronika unikała niedzielnych mszy i nie obchodziła tradycyjnych świąt kościelnych.  Przeciwnie, chodziła na mszę, tylko nie wolno jej było już swobodnie przystępować do komunii. Tak się w jej skomplikowanym życiu po prostu ułożyło, że mogła już dbać tylko o zbawienie duszy najdroższego syna, bo ( nie wiedzieć czemu) własną uważała już za straconą. A przecież była to  i jest najpiękniejsza z dusz, o którą nie tylko Mefistofeles mógłby toczyć zażarty bój z jej genialnym Stwórcą. Z jego to woli powstał do życia Boski Adam i Ewa. Oboje ciężko zgrzeszyli a brzemię ich win dźwigają po dzień dzisiejszy najwierniejsi z wiernych.  Ona nie mogła unikać tej powinności wychowana w duchu prawdziwej wiary, tej najbardziej ufnej i bezpośredniej, jaką ma w sobie człowiek  głęboko związany z naturą.  Jeżeli z czasem ten kontakt słabnie, człowiek zatraca się bez reszty w świecie, który coraz bardziej go przeraża. Weronka doskonale wiedziała dlaczego, a kilku jej przyjaciół mogło się domyślać powodów, dlaczego tak źle oceniała swoje szanse na wydobycie się na powierzchnię z dna osobistej depresji… O tej cudownej istocie nie potrzeba zresztą pisać ani zdania więcej, niż to konieczne, bo sama by najlepiej ujęła w słowa wszystko, co najważniejsze w jej życiu… W życiu każdego z nas.  Przeprowadzała przecież, publikowane w obywatelskim serwisie prasowym, wywiady z nieszczęśnikami znajdującymi się w stanie najgłębszej depresji, a przecież to właśnie ją samą ta choroba toczyła, jak bolesny rak. Od kiedy ją pamiętali rówieśnicy i znajomi, których miała bez liku…  zawsze fotografowała kwiaty, ludzi, zwierzęta, krajobrazy i piękno natury, w której ona była najpiękniejszym cudem… Przynajmniej kilku dość przystojnym, rosłym mężczyznom z jej najbliższego otoczenia tak się wydawało i byli gotowi pojedynkować się, ( niczym Zbyszko z Bogdańca herbu Podkowa ) z każdym niegodziwcem, który by śmiał to dobre imię Weroniki w jakikolwiek sposób zignorować czy poddać w wątpliwość. Przeszło już, minęło obok niej wielu mądrych, a przy tym urodziwych chłopców, mężczyzn i ludzi w słusznym wieku, którzy otwarcie adorowali ją nie zawsze licząc na wzajemność. Tak komfortowa relacja bardzo jej odpowiadała. W internetowej prasie obywatelskiej jest zapewne mnóstwo szlachetnych osób, ale jak wszędzie zdarzają się wyjątki od reguły. Z zasady dziewczyna wierzyła ludziom, chociaż zastrzegła numer telefonu i nie tak łatwo było po wymianie korespondencji uzyskać od niej jakikolwiek kontakt. Naprawdę, miała bardzo poważne powody, żeby strzec swojej prywatności. Jej dość niewielkie, warszawskie  mieszkanko było prawdziwą twierdzą. Dostępu do jego wnętrza broniły metalowe, pancerne drzwi z kilkoma przeciwwłamaniowymi zamkami. Chociaż to nie ona przed laty zakładała te wymyślne zabezpieczenia domu, cieszyła się z ich posiadania, bo dopiero za takimi drzwiami czuła się bezpieczna i odgrodzona od codziennego świata, pełnego rozmaitych sygnałów dochodzących do wszystkich zmysłów jej chorego synka. Odbierał on te wszystkie tony i obrazy naraz i miał spory kłopot, żeby wyłowić z tej kakofonii szumów te najważniejsze, właściwe… Ona zresztą też nie była oazą spokoju. Gdzieś w szufladzie walały się porzucone w nieładzie chusty Weroniki, z których żadna nie miała śladu ludzkiej twarzy. Kilka razy w życiu zdarzyło się jej zetrzeć jedną z nich pot i kurz z własnego oblicza. Może ten sam materiał i ujmujące jego rogi koniuszki palców dotykał twarzy ukochanego przez nią mężczyzny… Never mind… Dawno przestała myśleć o tym, co pochłania tak bardzo dziewczęta u progu dorosłości, kiedy gęsto zabarykadowany przeszkodami świat stoi otworem przed młodymi, zdrowymi, optymistami. Oni sami często lubili to mówić w dyskusjach pomiędzy sobą i powtarzać, aż do znudzenia, że on tak naprawdę należy do pięknych i bogatych a reszta nie spierdala!…

Wychowana w duch Dekalogu Praw Weronka nigdy, jako chrześcijanka nie mogła się pogodzić z tak bezduszną wizją rzeczywistości. Na zewnątrz nie było to widoczne, bo prezentowała się, jako bardzo atrakcyjna dziewczyna… Ale drążył ją robak zwątpienia… całe mnóstwo robactwa przyprawiające ją o rozpacz, bo urodziła pięknego syna, który cierpiał o wiele bardziej, niż ona. Później okaże się to w szczegółach, jak to nieszczęśliwe dziecko odbiera świat szykanowane przez rówieśników i dorosłych, światłych nauczycieli. Jeśli normalni, zdrowi ludzie nie widzą kalectwa niełatwo im przyjąć do wiadomości, że ktoś tak piękny, wyglądający wręcz idealnie,  może tak bardzo cierpieć… Napisała o tym kilkanaście poważnych artykułów do tej samej witryny, w której przed kilku laty zdecydowała się zamieścić osobisty apel o pomoc dla Gabriela w jej ciężkiej sytuacji. W ten prosty sposób kobieta zadebiutowała, jako dziennikarz obywatelskiego serwisu w Internecie. Starała się sumiennie odpisywać na pojawiające się pod apelem komentarze, a potem naturalną koleją rzeczy wszystko potoczyło się już samo z siebie. Pisanie stało się jej kuracją dla ducha i z czasem nie wyobrażała sobie dnia bez napisania artykułu, który już po kilku godzinach ukazywał się w sieci z mnóstwem rozmaitych komentarzy… życzliwych, nie życzliwych, wrednych, a nawet takich, które należało natychmiast skasować, co zresztą czasami czyniła, mając przecież uprawnienia… co prawda obywatelskiego, jednak zawsze, redaktora. Dzieliła ona los podobnych jej i skrajnie różnych współpracowników, jak choćby z takim oto męskim indywiduum, który wymyślił sobie zgrabną formułę brzmiącą mniej więcej tak, że w miarę wzmagania się kryzysu on sukcesywnie obniża stopę życiową.

Ten prosty sposób na przezwyciężanie wszelkich przeciwności losu pozwalał mu unikać depresji, która była na ustach wszystkich. To powtarzane jak mantra słowo stawało się ciałem, bo ludzie przywoływali je ku sobie i podlegali najgorszym skutkom oddziaływania tego zła. Tymczasem biedny, jak mysz kościelna Marcin, bo o nim tu jest mowa, ze stoickim spokojem wylewał na starannie umytą brytfannę oliwkę z oliwek, chociaż nie mając pieniędzy zadowalał się najtańszym olejem, jaki zwykle wlewali oszczędni kierowcy do baku w swoim aucie… To wytłuszczone podłoże posypywał cienką warstewką mąki groszowej wartości uzyskując w ten sposób podłoże do układanego warstwami oleju i zakalca najbardziej powszedniego wypieku, jaki w ogóle można sobie wyobrazić. Włożone do rozgrzanego sabatnika w elektrycznym piecyku ciastowate „coś” stawało się zjadliwym czymś już po upływie godziny.

Wygłodniały kucharczyk musiał się powstrzymywać przed pokusą zwiększenia temperatury i przyspieszenia naturalnego procesu przygotowywania zakalca do konsumpcji, bo mógłby w ten sposób otrzymać sczerniałą masę nadającą się tylko do wyrzucenia. Udawało mu się to nie raz, nie dwa, więc nauczony złym doświadczeniem czekał nastawiając temperaturę niewiele wyższą od tej, która powoduje wrzenie wody. Kiedy ona się zagotowała przygotował sobie czarną kawę, którą przed pierwszym łykiem lubił odrobinę posolić. Cieszący się na cieplutkie śniadanko utracjusz i parweniusz rozpoczynał w ten oto sposób kolejny, szczęśliwy dzień swojego nowego życia. Jedynym jego majątkiem był wypełniony w automacie kupon LOTTO. Zrobił tylko jeden zakład, ale gdyby trafił „szóstkę”… ho, ho, ho!!! Marcin dokonałby niesamowitych rzeczy,  jak zresztą większość współczesnych nam szczęściarzy i pechowców… Polaków, imigrantów, Żyda – wiecznego tułacza i każdego biednego człowieka marzącego o odmianie złego losu. O tej samej porze wszyscy ludzie dobrej woli pitraszą sobie coś na śniadanie, albo spożywają je podane przez ukochaną osobą, która wcześniej wstała aby zrobić swojej partnerce w Dniu Kobiet przyjemną niespodziankę. To urocze, jeśli tylko jest tych dwoje… Stojąca przy oknie Weronka samotnie siekała cebulę. Powietrze i chłód nieco łagodziły naturalne łzawienie, jakie pojawia się podczas tej od lat uprawianej czynności…  Kto zresztą wie, czy dziewczyna specjalnie wzięła się do krojenia cebuli w tym świątecznym dniu, który akurat dla niej jest jedynie okazją do smutnych wspomnień. Nie miała wcale ochoty na dostrajanie się do sztucznie uśmiechniętych kobietonów, oficjalnie zadowolonych z życia i kariery upijających się na przyjęciach, spółkujących po kątach z jurnymi kandydatami do awansu businesswomen, a potem wypłakującymi się im w mankiet ze skargą, której żaden z nich nie jest nawet w stanie pojąć… bo każdy z nich jest dla niej za młody. Zza wpółotwartego okna wiał nieprzyjemny chłód. Z zewnątrz dobiegały piszącą Weronikę odgłosy rzężenia silnika starego samochodu. Old mobile pięknie prezentujące się na pokazowych rajdach mogą zaistnieć, jak wiekowe damy. Przez krótką chwilę stać je na rozsyłanie czarujących uśmiechów, ale już po jej upływie wymaga od nich sporo wysiłku utrzymanie się w tej samej formie, jaką prezentowały pojawiając się przed publicznością na scenie. Auto również może pięknie wjechać i wyjechać, ale właściwie ubrany szofer nie pokona bez problemów dystansu, jaki z łatwością przemierzy nowoczesny samochód tej samej firmy. Weteran szos krztusi się i dymi, jak z komina. Weronika przymknęła okiennice, żeby skupić się na formie i treści pisma, które układała już od paru dni. Tego popołudnia zdecydowała się, aby wreszcie je ukończyć i wysłać do adresatów.  Jak postanowiła, tak też zrobiła:..”

 

 

ądrzejsi

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nie ci sami, ale tacy sami

19 wrz

„Wszyscy ludzie są braćmi”… i siostrami. Szlachetnie brzmiące hasło jednej z najkrwawszych rewolucji jest już dzisiaj zweryfikowane przez kolejne wojny, ale mimo wszystko jesteśmy do siebie bardzo podobni. W istocie różni nas jedynie stan posiadania, ale mamy te same zalety, wady i problemy. W życiu każdego z nas może spotkać zdrada najbliższych, choroba a nawet śmierć. Nikt ich nie uniknie. Takie refleksje inspiruje film „Porozmawiajmy o Kevinie”. Nie jest to dziecko, z którego ekranowa bohaterka Eva jest najbardziej dumna w swoim życiu. Ma z nimi tyle kłopotów, że nie ma czasu na realizację własnych, kobiecych ambicji. Uwikłana w codzienne nieporozumienia i wychowanie własnego dziecka, ponosi właściwie same porażki. Charyzmatyczna, jedyna w swoim rodzaju Tilda Swinton nie pozostawia nikogo obojętnym po wyjściu z kina. Jej życie jest niewłaściwie urozmaicone trudną relacją z partnerami i złym synem, który jest dla niej utrapieniem. Nosi bliblijne imię symbolizujące wszystkie kobiety świata i matki, dla których syn jest wiecznym utrapieniem. Nie poświęcałbym jednak czasu na opowiadanie filmu, który prędzej, czy później wreszcie trafi na ekrany telewizorów, gdyby nie mniej lub bardziej przypadkowa koincydencja faktów i podobieństw. Nie tylko ja, ale każdy z nas spotyka ludzi do złudzenia przypominających postaci filmowych bohaterów. Przeżywają oni podobne sytuacje, bo przecież życie, to ciąg zdarzeń o identycznej strukturze z pewnymi charakterologicznymi odmiennościami. Ta rozpaczliwie cierpiąca, rozpaczająca i pogrążona w depresji kobieta nie jest wyłącznie powołaną do istnienia przez scenarzystę osobą dramatu. Ten dramat dzieje się naprawdę, tu i teraz, gdzieś tak kiedyś i na pewno nie skończy się wraz z naszym odejściem. Taka jest po prostu kolej rzeczy. Może to los nie tych samych, ale takich samych ludzi. Oni zawsze będą kochać, zdradzać, wybaczać i cierpieć jak Tylda Swinton przez Kevina. Rzecz dzieje się w Europie, a więc równie dobrze odnosi się do polskich kobiet w naszym biednym kraju. Wydawało mi się nawet, że znam takie matki, jak bohaterka filmu, ale po wyjściu z sali kinowej szybko przestałem o tym myśleć. Autentycznie wzruszamy się tylko podczas seansu. Po obejrzeniu przepięknego filmu „Spotkałem nawet szczęśliwych cyganów” rzeczywiście spotkałem uradowanych, rozśpiewanych Romów, ale i też ludzi pogrążonych w skrajnej nędzy, pozbawionych już wszelkich złudzeń i nadziei . Pamiętam każdego z nich i do dzisiaj nadal ich spotykam, a to, co widzę, wiernie opisuję, bo wciąż tęsknię za nimi… To właśnie od tak ciężko skrzywdzonych przez los ludzi, jaką jest nieszczęśliwa bohaterka filmu – Eva, uczyłem się niełatwej sztuki przetrwania i spolegliwości. Może nie byłem ich najwybitniejszym uczniem, ale wiem, że oni byli moimi prawdziwymi mistrzami. Uświadomili mi to wszystko, co najważniejsze mówiąc wprost o swoim życiu i osobistych porażkach. Z długich, nocnych rozmów z nimi czerpałem praktyczną wiedzę i zdobywałem doświadczenie. Dzięki nim już nie obawiam się już więcej żadnych problemów. Owszem, nawet czekam na takie kolejne wyzwania. Ciekaw jestem ich tym bardziej, że nie ma żałośniejszego stwierdzenia ponad to, że nic już Cię w tym życiu nie czeka. Niech więc dzieje się, co chce, choćby miało mnie bardzo mocno zaboleć a nawet zabić. Cóż, to tylko naturalna kolej rzeczy.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS