RSS
 

Archiwum - Sierpień, 2012

dalekosiężne plany

29 sie

Wydawać by się mogło, że pół roku na realizację stypendialnego programu, to mnóstwo
czasu, ale pędzi on nieubłaganie, a do zmontowania jest wielowątkowe DVD z
tekstami, fotosami i filmami. Czeka mnie jeszcze realizacja wywiadów i
skomplikowany authoring. Na razie, póki nie montuję materiałów umieszczam je w
surowej postaci w internetowych serwisach multimedialnych i prasie
obywatelskiej. W ten sposób sam siebie kontroluję i dyscyplinuję dając
jednocześnie znać mojemu Mecenasowi, Pani Prezydent M. St. Warszawy, że nie
zasypiam gruszek w popiele. Cokolwiek się teraz dzieje w Stolicy i ma związek z
polskim lotnictwem, nie może ujść mojej uwagi. Natychmiast wyruszam tam z
kamerą i rejestruję te wydarzenia. Do nich należą uroczystości jubileuszowe
związane z trumfem Żwirki i Wigury oraz przekazaniem historycznych kopii sztandarów
lotniczych. Święto Lotnictwa za nami. Dzięki uroczystościom w rejonie Pola
Mokotowskiego jeden ze starych aerodromów Warszawy jest zdokumentowany i
zarejestrowany właściwie w komplecie. Niebawem festyn na Bemowie w Aeroklubie
Warszawskim. Pozwoli mi to zaliczyć do kolekcji drugi obiekt z listy pięciu
lotnisk Stolicy. Pozostanie Gocław, Okęcie i Modlin. O reszcie opowie mi
inżynier Andrzej Glass. Muszę tylko sam sfotografować pozostałości dawnych
hangarów, pasów startowych tam, gdzie dziś są tylko magazyny i blokowiska przy
ulicach wytyczonych linią dawnych pasów startowych. Powinno się udać, chociaż
narastają we mnie wątpliwości co do powodzenia projektu oprowadzania wycieczek
szkolnych szlakiem dawnych, warszawskich aerodromów. Marek Kraszewski,
szef Warszawskiego Centrum Informacji
Turystycznej, usiłował przed laty wprowadzić w życie historyczny program
edukacyjny szlakiem dawnych fortec i pomimo otrzymanego dofinansowania, nie
zarobił na tym przedsięwzięciu ani grosza. Ludzie po prostu są przyzwyczajeni
do ustalonych tradycją tras na Stare Miasto i do Wilanowa z ewentualną wizytą
na Powązkach. Największą atrakcją są lody na patyku lub piwo z sokiem na Rynku
Głównym Starego Miasta. Może jednak lot szybowcem nad Warszawą jest atrakcją,
którą byle kto nie pogardzi? Do tego projekcja filmów lotniczych i na pamiątkę
DVD z wizyty na warszawskich aerodromach… To wszystko rodzi się dopiero w mojej
głowie i nieustannie koryguje mnie rzeczywistocha, która skrzeczy i przypomina
o konkretach. „Gospodarka, ekonomia, głupcze!!!”. No tak, słuszna racja… A
jednak gdybym się kierował tylko realiami, nigdy bym się nie ośmielił marzyć i
nie wpadł na ten szalony pomysł. Ktoś go jednak podchwycił, zaakceptował i
dostrzegł w nim jakąś szansę powodzenia. Świadomy tego duchowego i finansowego
przecież wsparcia, ruszam z wiarą na kolejny aerodrom, a raczej w kierunku tych
przestrzeni, które niegdyś należały do tych wspaniałych na ich latających maszynach.
Zakończony już, nie wiadomo czy nie ostatni, VI Zjazd Lotników Polskich
pozwolił mi odświeżyć kontakt z weteranami, jakich filmowałem przed laty w
Europie i za Oceanem. Niestety, nie było na nim pisarza i pilota bombowego
Bohdana Ejbicha i generała pilota US Air Forces, Donalda Josepha Kutyny. Za to
spotkałem Andrzeja Jeziorskiego, Marcelego Ostrowskiego i Andrzeja Dąbrowę,
syna ostatniego dowódcy 301 Dywizjonu Bombowego Ziemi Pomorskiej. Pojawił się
też Andrzej Janczak z wiekowym ojcem, który służył w 307 Nocnym Dywizjonie im.
Lwowskich Puchaczy. Niestety, chociaż zaproszono nas, dziennikarzy na
inauguracyjną konferencję prasową w Dowództwie Sił Powietrznych, to już nie
mogliśmy zarejestrować uroczystości odsłonięcia tablicy pamiątkowej ku czci
twórców „Marsza Lotników”, Zasuszanki i Latwisa. Nie sądzę, żeby szczupłość
budżetu imprezy spowodowała taką decyzję organizatorów. Myślę, że to przejaw
braku wiary w media, które unikają emitowania na antenie tematów lotniczych.
Mogę to sam potwierdzić na przykładzie swoich filmów o polskich bombowcach z
304 Dywizjonu Ziemi Śląskiej i dokumentalnej ekranizacji wojennych losów
zamordowanej w Katyniu por. pil. Janiny Lewandowskiej. Trudno się mówi i kocha
się dalej awiację jaka jest. W przeciwieństwie do cywilów, którzy nieustannie
mnie zwodzą, ja nigdy nie zawiodłem się na wojskowych lotnikach otrzymując z
ich strony konkretne wsparcie. Mam z tych kontaktów jedynie dobre wspomnienia.
Jednym z najwspanialszych z nich jest odświeżony kontakt z jedynym polskim
kosmonautą, generałem pilotem Mirosławem Hermaszewskim. Nie było oczywiście
czasu, aby z nim porozmawiać tak długo, jak by się chciało, ale nawet wymiana
spojrzeń i uścisk rąk coś znaczy. Inicjator Zjazdów Lotników, generał pilot
Jerzy Gotowała spytał mnie grzecznościowo o miejsce pracy chcąc podtrzymać
dawną znajomość, a ja zażartowałem, że codziennie żebrzę o wsparcie w centrum
Warszawy. Poniewczasie zdałem sobie sprawę, że ów żart wcale nie odbiega tak
znowu daleko od rzeczywistego stanu rzeczy. Nieustannie przecież przypominamy o
swoim istnieniu, dajemy o sobie znać i zanosimy prośby nie tylko do Pana Boga,
ale także do utytułowanych śmiertelników, od których łaskawej decyzji zależy
nasza egzystencja i możliwość zaistnienia na tym targowisku próżności. Kto wybrał taki zawód, nie ma najmniejszego prawa do narzekań… więc
nie psioczę tylko piszę, jak jest.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

urodzinowa niespodzianka

20 sie

Miałem nastrój pod zdechłym Azorkiem, ale od czego są przyjaciele i znajomi, nawet Ci virtualni, ale jakże mi życzliwi. Po lekturze ich wpisów poczułem się o niebo lepiej i zacząłem spoglądać na świat zupełnie inaczej:

Adrianna Julia Biedrzyńska napisał(a) na Zbigniew
Kowalewski

około godziny temu w pobliżu: Darłówko,
Zachodniopomorskie

NAJLEPSZE NAJSERDECZNIEJSZE NAJSŁODSZE… Ads

Zbigniew Kowalewski Wielkie, serdeczne dzięki za życzenia.
Pamiętam Darłówko z kolonii letnich i mostu zwodzonego. To były wspaniałe
wakacje

Andrzej Skoczylas napisał(a) na Zbigniew Kowalewski

2 godz. temu

Zbysiu! Życzę Ci cierpliwości i wytrwałości chociaż
trudno się z tego utrzymać. Ale nie ważne co się je, ale co się robi. Więc rób
tak dalej. Andrzej Skoczylas

Zbigniew Kowalewski staram się… A jednak świat się
kręci razem z nami

2 godz. temu · Juliusz Erazm Bolek napisał(a) na Zbigniew
Kowalewski

4 godz. temu

1OO LAT ! 1OO LAT ! 1OO LAT ! 1OO LAT ! 1OO LAT !
1OO LAT !

1OO LAT ! 1OO
LAT ! 1OO LAT ! 1OO LAT ! 1OO LAT ! 1OO LAT !

1OO LAT ! 1OO
LAT ! 1OO LAT ! 1OO LAT ! 1OO LAT ! 1OO LAT !

1OO LAT ! 1OO
LAT ! 1OO LAT ! 1OO LAT ! 1OO LAT ! 1OO LAT !

1OO LAT ! 1OO
LAT ! 1OO LAT ! 1OO LAT ! 1OO LAT ! 1OO LAT !

Zbigniew Kowalewski Zgubiłem się w rachunkach, ale
razem to będzie grubo ponad sto…

A cat made from
an orange. We thought about trying to describe this picture another way, but
that sums it up quite nicely.

Michał Szczerba napisał(a) na Zbigniew Kowalewski

6 godz. temu

Wszystkiego najlepszego :)

Monika Wojtkowiak napisał(a) na Zbigniew Kowalewski

6 godz. temu

Wszystkiego najlepszego

Maciej Lewandowski napisał(a) na Zbigniew Kowalewski

9 godz. temu w pobliżu: Dundee, Scotland

Najlepszego, Zbyszku! 100 lat w zdrowiu!!!

Zbigniew Kowalewski O, to, to! zdrowie jest
najważniejsze… no i miłość

2 godz. temu ·

Stefania Najsarek napisał(a) na Zbigniew Kowalewski

9 godz. temu

Zbyszku, samych szczęśliwych, dobrych dni! :-))

Zbigniew Kowalewski Dzięki Ci Steniu za pamięć

2 godz. temu Antoni Styrczula napisał(a) na Zbigniew
Kowalewski

10 godz. temu

Pomyślności:)

Waldemar Szarek napisał(a) na Zbigniew Kowalewski

11 godz. temu

Dużo dobrego

Tomasz Przestępski napisał(a) na Zbigniew Kowalewski

12 godz. temu

Zbyniu, wszystkiego najlepszego.

Alicja B. Pływaczyk napisał(a) na Zbigniew
Kowalewski

13 godz. temu

:)

100 lat w
energetyzujących spełnieniach najlepszych.

Anna Jeziorek napisał(a) na Zbigniew Kowalewski

13 godz. temu

wszystkiego dobrego:)

Rogulski Krzysztof napisał(a) na Zbigniew Kowalewski

13 godz. temu

Wszystkiego dobrego !!!!

Danuta Starzynska-Rosiecka napisał(a) na Zbigniew
Kowalewski

13 godz. temu

Wszystkiego najlepszego ! :)))

Zbigniew Kowalewski mniam, ale smakowitości…
Dziękuję z całego serca

8 godz. temu Andrzej E. Falber napisał(a) na Zbigniew
Kowalewski

13 godz. temu

Kosztuj radości zycia „Do utraty tchu”, gdyż
schody zaczynają się

po 60-ce !
Wszystkiego.AEF.

Jacek Ka napisał(a)
na Zbigniew Kowalewski

15 godz. temu

Życzę wielu Radości, Miłości i Szczęścia oraz samych
Sukcesów co dnia! :-)

Athena Sawidis napisał(a) na Zbigniew Kowalewski

15 godz. temu w pobliżu: Warsaw

NAJLEPSZEGO:)

Marek Sośnicki napisał(a) na Zbigniew Kowalewski

17 godz. temu

Wszystkiego dobrego Zbyszku :)

Grzegorz Bogdan Skawiński napisał na Zbigniew
Kowalewski

17 godz. temu

100WKA!!!

Zbigniew Kowalewski

23 godz. temu

Dziękuję z całego serca za pamięć i przesłane ze
słowami dobre myśli. Szkoda, że czas tak szybko leci, ale człowiek nic na to
nie poradzi. Jesteśmy tu, na Ziemi ledwie przez moment, więc trzeba cieszyć się
każdą chwilą. Do nich należy czytanie płynących z serca życzeń od bliskich memu
sercu ludzi.

Iwona Kowalewska-Dębska Piękne słowa Wszystkiego
Najlepszego

17 godz. temu ·

Michał Pawlik napisał(a) na Zbigniew Kowalewski

Wczoraj

Wszystkiego najlepszego!

Mieczysław Bartłomiej Vogt napisał(a) na Zbigniew
Kowalewski

Wczoraj

Wszystkiego Dobrego na urodziny. Zdrowia i wielu
udanych filmów.

Leszek Marmon napisał(a) na Zbigniew Kowalewski

Wczoraj

100 lat

Andrzej F. Górz napisał(a) na Zbigniew Kowalewski

13 sierpnia

a Tyś się rodził o której godzinie? ja, ok. 4-ej
rano…

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

… żadnych złudzeń !

19 sie

Dzisiaj są moje urodziny, które obchodzę bez rodziny…” Przed laty napisał to Michał Kątny, śpiewał grając na gitarze Świętej Pamięci Edward Stachura, a przypomina się to właśnie mnie, po wielu latach od jego samobójczej śmierci w ten jeden, jedyny i znaczący dzień w roku. Nie każdy go obchodzi, bo woli świętować imieniny. Ja od lat nie czczę imienin, ani urodzin, bo już nie chcę zabiegać o pozorną pamięć ludzi przychodzących na wyraźne zaproszenie zgodnie z obowiązującym zwyczajem albo dlatego, że po prostu tak wypada. Dla mnie ten dzień jest czasem zadumy nad własnym życiem, dokonywanymi wyborami i decyzjami, których nie da się już cofnąć, choćby ich
skutki w rzeczywistości były fatalne. Oczyszczam właśnie mieszkanie ze starych mebli,
pozbywam się wszystkiego, co może się przydać w gospodarstwie bardziej ode mnie
szczęśliwych sąsiadów i znajomych. Jedna z nich podzieliła się ze mną gorzkim
spostrzeżeniem, że boli ją, gdy widzi uśmiechnięte rodziny na spacerze. Obraz
małżonków z dziećmi, jeszcze w towarzystwie ich rodziców budzi bolesne
wspomnienia tego, co ona straciła po śmierci męża. To już tyle lat… Wyrwało mi
się wtedy coś, co miało być dla niej pocieszeniem, ale wiem, że zabrzmiało
zgoła inaczej. Ale dla wierności opisu powtórzę tę myśl: Wiesz,
oni to mają teraz i póki mogą, niech się cieszą tym szczęściem. Nie wiedzą, że prędzej
czy później, wszystko to stracą, jak ja i Ty… Wszystko, to złudzenie.

Prowokuję nawet sytuację, w której wyłączą mi prąd i przestaną dostarczać do
tego opustoszałego lokalu wszystkie media. Nie instalowałem gazu, nie malowałem
ścian a nawet postanowiłem nie zaklajstrowywać dziur po wykuciu ścian pod okno
między jednym z przylegających do kuchni pokoi. Kiedyś miałem nadzieję, że
będzie to pokój pracy i poczekalnia dla montującej u mnie filmy klienteli. Po kompletnym
załamaniu rynku mediów elektronicznych jest to już marzenie ściętej głowy.
Ambitne plany zapisane na papierze zostały umieszczone w archiwum obok
scenariuszy, które znam ja, kilku producentów i wąska grupa znajomych. Zdaję
sobie sprawę, że nie ja jeden przeżywam podobne rozczarowanie, ale to nie jest żadne
pocieszenie. Trzeba się z tego miejsca wynieść, bo rachunki są coraz większe, a
przychodów coraz częściej brak. Wszyscy, jak jeden mąż, uczestniczymy teraz w
konkursach ofert i projektów. Każdy ma nadzieję, że to jego praca zostanie odpowiednio
doceniona i uhonorowana nagrodą. Otrzymałem nawet propozycję uczestnictwa w ambitnym
przedsięwzięciu, ale w kolejnej rozmowie z szefem fundacji dowiedziałem się, że
po podpisaniu umowy mogę się ewentualnie pod koniec roku spodziewać zapłaty za
moją pracę. Dzisiaj jedynie tego typu oferty pracy i stażu czekają na
bezrobotnych twórców. Czyżby prawdziwa sztuka zamarła i w oczekiwaniu na lepsze
czasy uległa swoistej hibernacji? Takie właśnie odniosłem przemożne wrażenie…
chociaż mam prawo się mylić. Wciąż przecież odbywają się wernisaże, premiery i
koncerty, ale w sumie jest to mnóstwo
niczego
. Wiem, że może to niesprawiedliwa ocena życia kulturalnego Stolicy,
ale w tych realiach, nie stać mnie dzisiaj na obiektywną, pozbawioną emocji i żalu
wypowiedź bywalca. Teraz bywam już przede wszystkim u siebie, bo nie widzę
sensu odwiedzać miejsc, w których coraz bardziej czuję się intruzem.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

niespodziewane ocalenie

17 sie

Byłem zrozpaczony, zły, bezradny i zdesperowany. Nie pragnąłem śmierci, ale gdybym siedząc w rozpędzonym aucie trafił w kufę jadącej wolno ciężarówki prawdopodobnie nie byłoby wtedy ze mnie co zbierać. Samochód ma swoje kilkanaście lat, ja kilkadziesiąt, więc wedle obowiązujących kategorii użyteczności publicznej, oba staruchy kwalifikują się już tylko na śmietnik historii. W życiu liczą się
tylko zdrowi, młodzi, piękni i bogaci… A jednak dobry Bóg ulitował się nade mną i nie pozwolił zderzyć się z twardą przeszkodą, która skutecznie mogła przerwać moje absurdalne zapasy z rzeczywistochą. Wstawiłem do sabatnika odmrożoną pizzę, nastawiłem żarnik na maksymalną temperaturę i nagle ogarnęła mnie straszliwa senność. Organizm domagał się odreagowania napięcia po beznadziejnym dniu spędzonym przy kubłach farby, zwojach drutu, wnoszeniu, znoszeniu rzeczy i
malowaniu ścian. Poddałem się bezwolnie naturalnej słabości, zamknąłem oczy i skuliłem na kapach wyściełających miękkie materace, przybierając najwygodniejszą z pozycji ludzkiego embriona. Śniło mi się, że ktoś usiłuje włamać się do domu otwierając zamek zwykłym wytrychem. Usiłowałem temu zaradzić nie ujawniając złodziejowi, że jestem po drogiej stronie
drzwi. Kiedy zagięty, metalowy drut wyłonił się z otworu na klucz po prostu wciągnąłem go i w tym samym czasie usłyszałem stłumione przekleństwo. Włamywacz nie mógł sobie pozwolić na siarczysty okrzyk z powodu czujnych sąsiadów, więc wycofał się na razie z pola bitwy. Słyszałem brzęk kilkudziesięciu kluczy i wytrychów z kompletu, jaki miał na przytroczonym do pasa kole. Nie wiem, czy we śnie uśmiechnąłem się, ale wyczułem nozdrzami swąd
spalenizny i usłyszałem sygnał dzwoniącego telefonu. Trwałem pogrążony we śnie,
ale drażniący ucho odgłos powtarzał się uporczywie, aż do skutku. Tym ostatecznym
skutkiem było moje przebudzenie się z koszmaru. Kolejny koszmar rozgrywał się na moich oczach. Nie zdawałem sobie jeszcze w tym półśnie do końca sprawy z tego, czy to jeszcze jawa czy sen… Znajdowałem
się w ciemnym pokoju całkowicie wypełnionym smolistym dymem ze zwęglonej pizzy.
Cudem doczłapałem do drzwi na loggię i udało mi się je otworzyć. Błyskawicznie,
odruchowo złapałem haust świeżego powietrza po czym runąłem na podłogę zemdlony
lecz ocalony. Kiedy ocknąłem się już całkiem świadomy tego, co się dzieje
wyłączyłem piecyk i pootwierałem na oścież wszystkie okna z wyjątkiem drzwi
wejściowych do mieszkania. Udało mi się wrócić z dalekiej podróży do
ogołoconego z mebli i przedmiotów miejsca, w którym spędziłem trzydzieści lat
życia. Gdyby to się stało, co każdego z nas przecież nieuchronnie czeka, byłaby
to okrągła liczba. I tak jest, bo opuszczam ten przybytek zabierając jednak
książki, pisma a nawet najdrobniejsze bibeloty, choć nie wiem jak je pomieszczę
na o wiele mniejszej przestrzeni. Na pewno coś wymyślę. Wdzięczny osobie, która
wysłała do mnie SMS pomyślałem, że jeszcze chyba mój czas nie nadszedł i mam
coś do zrobienia na tej Ziemi. To na pewno był wyraźny znak, ale muszę
rozpoznać jego sens i cel. Nie wiem, czy sam sobie z tym poradzę, dlatego pokornie
spisuję te myśli i spostrzeżenia w nadziei, że komuś wydaje się to bardziej
oczywiste, niż mnie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

last short warsaw story

15 sie

Jestem wściekły, jak wszyscy diabli!… To oczywiście nie moje słowa, tylko znacząca kwestia bohatera legendarnego filmu „Sieć” w reżyserii Sydneya Lumeta. PrzypomNiały mi się one o północy w chwili, gdy niespodziewanie
stanąłem, na pę
tli Młociny nieopodal przystanku autobusowego naprzeciw karetki
pogotowia, twarzą w twarz z funkcjonariuszem policji i funkcjonariuszką straży miejskiej. Nikt z ich nie powiedział mi sakramentalnego
„spierdalaj”, ale natychmiast zauważył, że nie jestem całkiem trzeźwy. Dwa, trzy, mo że nawet cztery piwa nie mogły sprawić, żebym obojętnie przyglądał się bezwładnie leżącemu na chodniku ciału młodego człowieka. W niezwykle dramatycznej sytuacji pijanego, ale niewątpliwie potrzebującego pomocy chłopca, zadziwiające jest solidarne unikanie procedur umożliwiających skuteczne przywrócenie go do
stanu równowagi psychofizycznej. Koledzy usiłowali wyrwać go z rąk funkcjonariuszy
policji, pielęgniarzy i Straży Miejskiej. Obawiali się, że on zostanie oskarżony i obwiniony a ostatecznie ukarany za to samo, co dla uwielbianych przez widzów Celebrytów i nieco mniej kochanych dygnitarzy, jest codzienną praktyką bez żadnych konsekwencji. Mimo, że policjant groził mi sankcjami stałem w miejscu, jak żona Lota i patrzyłem na to, co się dzieje i nie zamierzałem odejść z miejsca, z którego pragnęli się jak najszybciej oddalić funkcjonariusze służb pozostających na utrzymaniu Stolicy, bo przecież o każdej porze dnia i nocy pilnują porządku na jej ulicach, nawet w najbardziej oddalonych od Centrum rejonach Warszawy. Zapamiętałem rejestrację pojazdu i numery identyfikacyjne osób biorących udział w akcji, ale na razie niech pozostaną tylko do mojej dyspozycji… Przecież nie jestem Alfą i Omegą ani nie uzurpuję sobie prawa do sądzenia czynów swoich
bliźnich. Oni postępowali przecież wedle wypracowanych i obowiązujących procedur
a przede wszystkim wedle własnego sumienia… Najbardziej skomplikowane procedury
w codziennej praktyce bywają zawodne, a
sumienie każdego z nas, to bardzo subiektywna, dość trudna do ogarnięcia sfera
myśli, uczuć i osądów. Oczywiście, chciałbym, żeby tak się stało, ale nie
spełniły się moje oczekiwania i funkcjonariusze profesjonalnych, miejskich
służb kolejno oddalali się umykając nie tylko z pętli na warszawskich Młocinach,
ale bezdusznie i świadomie pozostawiając wymagającego wręcz reanimacji młodzieńca
w niedoświadczonych rękach amatorów. Gdyby jednak ich kolega zszedł z tego świata
nikt tego faktu by nie odnotował, bo w raportach nie ma śladu po zaniechanej interwencji.
Jedynie moja upojona alkoholem pamięć zarejestrowała ten bardzo smutny, choć
przecież nie ostatni epizod lata, jesieni, zimy i kolejnej wiosny w Stolicy.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

pierwsze koty za płoty

08 sie

Nareszcie zobaczyłem w druku fragment naszego monodramu o
Violetcie Villas. Co prawda mój wieloletni filmowy partner i współpracownik,Tadeusz
Pawłowicz schłodził nieco mój entuzjazm opowiadając jak Dyrektor Seweryn
zdystansował się do projektu inscenizacji jej losu. Ufam mu, bo ma większe ode
mnie doświadczenie teatralne, chociaż to ja wcześniej studiowałem teatrologię w
Vieux Colombier  UJ, a on ( gdy byłem w łódzkiej filmówce) reżyserię
na krakowskiej PWST. Ktoś, czyli grupa związana z redaktorem Raczkiem, z
rozpędu napisał sztukę o duecie VV i Kaliny Jędrusik, ale jego skargi na brak
zainteresowania ze strony teatrów są dowodem ukrytych intencji ludzi
zainteresowanych szybkim wykorzystaniem mody na Violettę. Można i tak, ale to
bardzo krótkowzroczne i zawodne, bo dramat Czesławy Gospodarek z domu Cieślak
musi dojrzewać, i nabierać smaku jak dobre wino. Dlatego mimo straszliwej biedy
i kryzysu nie wpadam w panikę słysząc o braku zainteresowania, a nawet środowiskowym
bojkotem lejnej z nielicznych gwiazd, która nawet po śmierci drażni próżność
pozostałych jej rówieśników. Od wizyty Krzysztofa w mojej pracowni minęło sporo
ponad pół roku i właściwie sztuka jest gotowa. Muszę jedynie uzupełnić
sekwencją kolorów w stawianych kartach na stole każdy z pięciu aktów. Matka
Violetty specjalizowała się w kabale i wróżyła, jak wiele kobiet czyni to do
tej pory. Coś niecoś z tych zapamiętanych wróżb i magiczne myślenie o ludzkim losie
zaklętym w symbolice walorów i figur mogła odziedziczyć i podpatrzyć jej dość pojętna
córka. Dla mnie osobiście to bardzo intymny symbol i łącznik pomiędzy dwoma różnymi
charakterami, odmiennymi lecz niesłychanie bliskimi sobie kobietami. W
monodramie powinna być tylko Violetta, więc karty zastępują na scenie (
domyślnie wróżącą) matkę . Przy okazji jest to też pretekst do dywagacji o
przeznaczeniu, fatum i roli przypadku w Boskim planie życia człowieka, któremu
spełnia się dokładnie to, co gdzieś w górze zostało już napisane. Ciekaw
jestem, czy po wydrukowanych na eleganckim, kredowym papierze, fragmentach
monodramu otrzymam jakieś sugestie, głosy krytyczne i opinie, które pomogą mi
zakończyć tę sztukę. Juliusz Bolek, który sam mi to zaproponował nie zdecydował
się jednak zamieścić w tym numerze naszej rozmowy o Violetcie i kolejnych
publikacjach. Być może nie wypadało mu się chwalić popularnością, jaką cieszy
się jego poemat „Sekrety życia”. Tymczasem mnie zainspirował on do zmontowania
filmu: „All the People’s World” oraz
umieszczenia go rozczłonkowanego miesiącami, lecz w całości zakomponowanego w
tytułowym opowiadaniu zbioru nowel ” Weronka,
czyli serce… i nic więcej
”. Film jest umieszczony w sieci i jeszcze nie
miał publicznej premiery, zaś książeczka musi swoje odleżeć, żeby, jak monodram
o Violetcie, nabrać smaku, a autor odrobinę dystansu do tego, co mu się
napisało. Trójpolówka i płodozmian ma zastosowanie nie tylko w rolnictwie. Tym
trzecim elementem jest lotnictwo, które pozwala mi zapomnieć o doczesnych
problemach sercowych, materialnych i eschatologicznej rozprawie z całym moim światem.
Niebawem ostatni Zjazd Lotników Polskich, którzy zjadą do Warszawy z całego
świata. Będzie to okazja do spotkania, być może ostatniej rozmowy z ludźmi,
którzy uczestniczyli w moich filmach, współtworzyli je i którym wiele, bardzo
wiele zawdzięczam. Odwiedzę tych ostatnich z ostatnich awiatorów drugiej wojny światowej,
kiedy zawitają do Stolicy. To dla mnie wielka niewiadoma i z niecierpliwością drżę
na samą myśl o czekających nas wszystkich spotkaniach po latach. Ale jak
zawsze, jestem dobrej myśli. Przecież wszystko dawno już zostało zapisane w
gwiazdach… Per aspera da astra,
więc nie nas nie opuszcza wiara, nadzieja i miłość… nie tylko do awiacji

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

artystyczny performance o kondycji ludzkiej

06 sie

Od 23 lipca nie je, nie pije alkoholu, nie uprawa seksu.
Mieszka w kontenerze pod Wawelem. W ten oto sposób ustosunkowuje się do
rzeczywistości znany performer, Rafał Betlejewski. Czy jest oryginalny, nie?
Przed dwoma tysiącami lat antyczny starzec w starożytnej Grecji chodził w dzień
ulicami Aten z zapaloną świecą w ręki i powtarzał: „Szukam człowieka”. Z pomocą
polskiego reportera i misjonarza, poparzona Lucero w Peru odnalazła drogę do
ludzkich serc. Dostała wsparcie materialne i duchowe przenosząc się dzięki
wrażliwym na jej nieszczęście bliźnim do nowego domu. Cuda się zdarzają, ale
polski artysta zdaje się być pozbawiony wszelkich złudzeń, wiary, nadziei i
miłości. Gdybym jego manifest performera miał odnieść do swojej skromnej osoby
rzekłbym, iż nie raz zmuszony byłem do powstrzymywania się od jadła, napoju i
miłości… Warunki nie zawsze sprzyjają harmonijnemu korzystaniu z uroków życia.
Powiem nawet, że bardzo rzadko jest tak, iż można bez przeszkód oddawać się
rozkoszy stołu i łoża. Kryzys sprzyja popularyzacji tak oryginalnych w istocie
prezentacji swojego stosunku do świata i ludzi, bo przecież ustawiony pod
Wawelem kontener mieszkalny Betlejewskiego mijają wycieczki z kraju i prawie wszystkich
kontynentów. W Internecie, na fejsbuku mnożą się komentarze internautów, a i
mnie zainspirowało to do zamieszczenia osobistej notki na ten temat.
Pięknoduchowski performance tym się wszakże różni od wspomnianego show w
peruwiańskiej telewizji, że tam zaprezentowano autentyczną tragedię poparzonej
nastolatki, która mieszkała w slumsach na przedmieściach Limy. Przed i po
eksponowaniu ludzkiej tragedii śpiewano i tańczono, jak zwykle w tego typu
telewizyjnych programach. Tymczasem w kraju zwanym inaczej „zieloną wyspą”,
może niebawem dojść do biedy na niespotykaną do tej pory skalę. Obym nie miał
racji, ale zazwyczaj przeczucia mnie nie mylą.Jeżeli spotka nas najgorsze, to zasłużyliśmy sobie na tę karę, jak mieszkańcy Sodomy i Gomorry

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

czynić dobro

05 sie

Człowiek, to Boże igrzysko, a wszystko, co ma jest
igraszką o wiele potężniejszych, niż on sam, sił Natury. Mieliśmy przedsmak tej
prawdy jadąc w stronę gospodarstwa bohatera tej opowieści i właściciela sporej
plantacji ziemniaków, pyr czy kartofli, jak powiadają w innych rejonach kraju.
Czyż może być bardziej prozaiczny reportaż od pospolitej relacji z olbrzymich
połaci pól obsadzonych sadzonkami kartofli? Otóż, o dziwo, codzienna rzeczywistość
potrafi zaskoczyć ludzi nawet w tak pozornie banalnych i dosłownie przyziemnych
okolicznościach przyrody. Wystarczy bowiem trwający ledwie kilkadziesiąt sekund
silny wicher z deszczem i celnymi piorunami, żeby obrócić w perzynę dorobek
pokoleń. Ale nie uprzedzajmy faktów i powróćmy do naszych baranów… Och, pardon les mots… ziemniaków Pana
Wiesława. W ten sposób powstał tekst, jakiego nigdy nie miałem zamiaru napisać.
To stało się dzięki mojemu przyjacielowi, który mnie zawiózł na miejsce i
wskazał mi bohatera. Reszta jest milczeniem. O wiele ciekawszą historią jest
tragedia siostry, która zasłaniając od ognia braciszka sama płonęła, jak żywa
pochodnia. Zdarzyło się to w peruwiańskich slumsach na przedmieściach Limy.
Pisał o tym Piotr Maciej Małachowski, który na swoim blogu umieścił znamienne
motto informujące nas o tym, że autor zamierza żyć i umrzeć w Peru. Jakkolwiek
szanuję szlachetną działalność blogera z Polski rodem za Oceanem, to ja wolę
złożyć swoje kości w nadwiślańskiej ziemi. Bliższa koszula ciału, więc polskie
problemy i polska bieda porusza mnie bardziej, niż odległe geograficznie sprawy
dotykające ludzi żyjących na drugiej półkuli. Jednakże to prawda, że nic tak
nie wzrusza, jak ludzkie nieszczęście i każdy dzień kuracji poparzonej
pacjentki śledziłem z zapartym tchem zaglądając na witrynę: „Kochamy
Peru
”. Nie mogłem oddać krwi, krezusem też nie jestem, ale z całego
serca współczuję cierpiącej dziewczynce, która była gotowa własnym ciałem
ochronić małego braciszka. Fenomen ludzkiej empatii sprawił, że po serii
artykułów na wspomnianym blogu pojawiła się natychmiast ekipa filmowa i z wielkiego,
ludzkiego nieszczęścia zrealizowano wielki telewizyjny show. Ktoś mógłby
zaprotestować, że to cyniczne, ale przez ten dość niesmaczny, a nawet cynicznie
uprawiany proceder trzynastolatka uzyskała szansę powrotu do normalnego życia,
a jej rodzina mogła się wraz z nią przeprowadzić do nowego domu. To wszystko
brzmi jak bajka, ale jest prawdą. Warto więc pisać z pasją o naszych sprawach,
nawet wtedy, gdy opuszcza nas wiara i wydaje się nam, że ślemy przysłowiowe
listy na Berdyczów. Polski Peruwiańczyk, czy też internacjonał z misyjnym powołaniem
w sercu wypełnia swoją ludzką powinność akurat tam, gdzie spełnia się
najlepiej, jak umie… A, że Polak potrafi, to widać na opisanym przypadku. Niech
mu się wiedzie w Peru i gdziekolwiek trafi, bo jest to jedna z tych coraz
rzadziej już dzisiaj spotykanych postaci, która czyniąc dobro rozsiewa wokół
siebie tak wspaniałą aurę. On już dawno pokonała przestrzeń Oceanu, więc niech
się rozszerza bez przeszkód na cały świat. W tym przypadku nie obowiązują prawa
autorskie do takiego pomysłu na życie. Naśladownictwo jest nie tylko dozwolone,
ale nawet wskazane.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS