RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2012

wieczne zaniechania

31 lip

Wszystko działo się podczas składania kwiatów pod
pomnikiem Nieznanego Żołnierza. Oblegający kandydata do urzędu prezydenta
Stanów Zjednoczonych tłum dziennikarzy przekrzykiwał się zadając mu pytania pod
jedyną ocaloną po wybuchu kolumnadą dawnego Pałacu Saskiego. W tym momencie
rzeczywiście wyglądało na to, że gościmy nad Wisłą kolejne pokolenie dawnych
kowbojów z Dzikiego Zachodu. Co prawda, nie mieli przypasanych u pasa pary
rewolwerów legendarnej marki Colt,  ale
zachowywali się, jak na spędzie bydła w Oklahoma City. Przy Grobie Nieznanego
Żołnierza w Warszawie i nie tylko w Polsce, należy zachowywać się nieco
inaczej, niż w każdym innym miejscu na świecie. Rick Gorka, doradca prasowy Mitta
Romneya
nie czuł się w tej sytuacji komfortowo, więc usiłował wpłynąć na
zachowanie rodaków mówiąc: – To święte
miejsce dla narodu polskiego
. „Okażcie
trochę szacunku
” – usilnie prosił pouczając akredytowanych w Polsce Amerykanów
z licznych stacji telewizyjnych i periodyków prasowych. Kiedy  dziennikarze zignorowali te słowa nie
pozostało mu nic innego, jak rzucić w ich stronę: – Pocałujcie mnie w d***. Ten wymowny incydent ujawnia to, w jak wielkim
poważaniu mają nas przedstawiciele wielkich magazynów zagranicznych i jak
instrumentalnie są traktowane nasze najważniejsze uczucia. Pal diabli
rezygnację z planu instalacji rakiet w dniu 17 września. Kowboje nie muszą znać
historii Polski, ale nasi wschodni sąsiedzi muszą ją bardzo dobrze znać. Kto,
jak kto, ale oni są pamiętliwi i chorobliwie ambitni. Nikogo naprawdę nie
obchodziło, co myślą warszawiacy dowiadujący się, że podczas Euro 2012 Rosjanie
zapragnęli uczcić swoje narodowe święto na ulicach stolicy Polski. Potulni
gospodarze miasta okazali się, jak zawsze zresztą, silni dla słabych i słabi
dla silnych. Udali, że cała impreza nie dotyczy ich i skończyło się bijatyką,
aresztowaniami i kompromitacją dla premiera z reprymendą samego Putina. Ale to już
było i minęło. Szefowie znanej radiostacji zapomnieli już o wybryku dwojga
nazwisk celebrytów i przywraca ich do łask po tym, jak wywołali międzynarodowy skandal
deprecjonując Ukrainki jako kobiety i naszych sąsiadów jako cywilizacyjnych
partnerów w piłkarskich Mistrzostwach Europy. Bogać tam, niech im będzie Wojtek
i nawet niech kompromitują się nieznajomością sportu skoligacone z tymi gostkami zachwycone sobą i tylko sobą,
paniusie. Ja nie muszę ich oglądać, ale inni bardzo się wściekają na
niekompetencje zatrudnionych w tym telewizyjnym domu publicznym znajomków
królika. Pozostaje koncert Madonny, która poprzednio zagrała 15 sierpnia w
rocznicę Cudu nad Wisłą i Święto Matki Boskiej Zielnej, a zapragnęła wystąpić 1
sierpnia w dniu wybuchu Powstania Warszawskiego. I znowu oburzony głos ludu i
liczne protesty mieszkańców Warszawy zginęły w  masie autorytetów moralnych i specjalistów od
PR uzasadniających bezzasadność tak emocjonalnej reakcji obywateli Stolicy na ambitne
plany artystki. Staram się, jak najmniej oceniać racjonalność wszystkich postaw
moralnych. Wartość logiczna tych wywodów neutralizuje się i w rezultacie można
odnieść wrażenie, że nikt tej przestrzeni nie pilnuje ładu. Już słyszeliśmy
taką formułę, że jedyną zasadą jest brak zasad, ale choć w tym szaleństwie jest
metoda, to wcale mnie to nie cieszy.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jezda koleją do Stolicy

29 lip

Powrót koleją bywa udręką i to nie tylko z powodu panującego
w korytarzach wagonów tłoku. Całe szczęście, upał zelżał, chociaż i tak dawał
się we znaki w przedziale wypełnionym przez sześć osób. Z początku była tylko
jedna, szczupła, rudowłosa dziewczyna. Zatopiona w lekturze odpowiedziała mi przyzwalającym
gestem, że mogę się przysiąść i milcząc tak przez kilkadziesiąt kilometrów
wsłuchiwaliśmy się razem w stukot kół na długiej trasie ze Śląska do Stolicy.
Gdzieś w okolicy Częstochowy przysiadła się dość mocno otyła gospodyni domowa,
która natychmiast zajęła się wyszukiwaniem w bagażu jedzenia. Rozpoczęła od
kawałka kabanosa, ale po powrocie z zapchanej zresztą toalety i zmianie
bluzeczki zabrała się do pałaszowania podwójnej porcji kanapek. Po raz pięćsetny
zastanawiam się, co się takiego dzieje w polskich domach, że podróżni wchodzą
do wagonów wygłodniali, jak wilki i już na początku podróży spożywają zapasy
przeznaczone na cały czas jej trwania. W razie nagłego wypadku, sporego opóźnienia
czy innego zrządzenia losu, może się okazać, że łakomczuchy będą musiały głodować.
My wytrzymamy, bo nam do życia wystarcza miłość i radość istnienia. Obszerna
paniusia nie wyglądała na osobę grzeszącą zbyt wybujałą fantazją i wyobraźnią,
więc w razie katastrofy byłaby już zdana tylko na litość i miłosierdzie
bliźnich. Przyznam się bez bicia, że nie odczuwałem do niej żadnej empatii i w razie
czego raczej sam bym poszukał żarcia dla siebie i zaczytanych dziewcząt, niż
dla pożerającego kanapki z wędliną żarłoka. Nawet, jeżeli tej konsumpcji nie towarzyszą
odgłosy bekania czy puszczania gazów, to wcale nie znaczy, że cichaczem taki
bączek w zamkniętej przestrzeni przedziału nie wypłynie. Na szczęście
wsiadająca pod Radomskiem para bliskich przyjaciół bez ceregieli otworzyła okno
i wesoły przeciąg wybudził mnie z podróżniczego odrętwienia. Zapadam w nie,
kiedy już wiem, że nic ode mnie nie zależy i jedyną skuteczną formą ucieczki od
strasznych towarzyszy podróży, jest sen. To raczej zmora, ale przez chwilę
pozwala zapomnieć o świecie i nie uczestniczyć w tym, czego nie chcemy oglądać.
Miałem dość grubego babsztyla. Wolałem porozmawiać o naszej literaturze z
rudowłosą czytelniczką, ale nie przypuszczałem, jak można skutecznie
zneutralizować nawet tak potworniastą górę jadącego w stronę wschodniej
granicy, tłuszczu. Otóż siedzący obok mnie młodzieniec zdjął obuwie podtykając
skarpety pod pachy swojej przyjaciółce. To zaledwie kilkanaście centymetrów od
twarzy sąsiadującej z nią internautki, ale tamta z uśmiechem stwierdziła, że to
dla niej żaden kłopot i nie ma sprawy. Niech sobie pcha swoje stopy gdzie mu
się żywnie podoba. Otyła babina zaczęła coraz pilniej obserwować mijające za
oknem krajobrazy, ale ja dotykałem ramieniem młodego człowieka, który nie
miałby żadnych zahamowań przed bardziej intymną formą zbliżenia z zachęcająco
uśmiechającą się towarzyszką podróży siedzącą naprzeciwko niego. Internautka
udawała, że ogląda na You Tube jakiś film. Ja nie mogłem niczego udawać, bo nie
mam zwyczaju zabijać czasu lekturą książki czy nawet gazety. Szkoda mi cennego
czasu i tak wspaniałych momentów, które za każdym razem utwierdzają mnie w
głębokim przekonaniu, że to nie my, scenarzyści, mamy najlepsze pomysły, a
dostarcza ich po prostu samo życie. Jasne, że się potwornie zmęczyłem tą
podróżą w ścisku i upale, ale za nic bym nie zmienił planu jazdy do Warszawy
wiedząc, co mnie czeka. Może zresztą najciekawsze w tym wszystkim jest to, że nic
nie wiemy o niespodziankach, którym musimy zawsze stawić czoła i sprostać
wyzwaniom.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

dziennikarz obywatelski vs profesjonalista

25 lip

Przez chwilę na migaczu jednego z portali internetowych
wyświetliła mi się zajawka artykułu znanego dziennikarza. Brzmiała ona mniej
więcej tak: „Witryny prasy obywatelskiej są najlepszymi z portali randkowych”…
Zapewne tzw. „papierowy żurnalista” pragnął dopiec konkurentom, którzy będąc
amatorami w branży dziennikarskiej zabierają mu czytelników. Odbieram jego
wstęp jako fragment agresywnej kampanii skierowanej przeciwko wolontariuszom
piszącym za darmo, z potrzeby serca. Ale czy tylko? Zastanówmy się przez
chwilę, czy w tym prześmiewczym i szyderczym artykule nie ma choć cząstki
prawdy. Nie udało mi się potem trafić na pełny tekst publikacji, więc jestem
zdany tylko na domysły. Nie analizuję jednak artykułu, tylko spekuluję
zainspirowany tyleż błyskotliwą, co złośliwą uwagą. Pamiętam, że przypadkowo
trafiłem do serwisu Wiadomości24pl i widząc możliwość napisania czegoś dla
szerszego grona czytelników zapragnąłem podziękować za pomoc przy realizacji
filmu przyjaciołom zza Oceanu. Wydawało mi się to bardziej szlachetne, niż
zwykła poczta elektroniczna i poczują się docenieni będąc bohaterami artykułu w
prasie, nawet jeśli to jest tylko prasa internetowa, a nie drukowana na
papierze. Tak było w moim przypadku, a znam też historie znajomych, którzy w
sieci zawarli dość bliski kontakt, który trwa i ewoluuje przez długie miesiące
i lata. Prasa obywatelska jest więc pretekstem, swoistym katalizatorem wyzwalającym
w ludziach fantazję i zwiększającym wiarę we własne możliwości. Umacnia ich w
poczuciu, że to, co piszą i publikują ma swój głęboki sens, bo przecież ludzie
to czytają i reagują komentując zamieszczone na łamach portalu artykuły. Tyle o
działalności dziennikarskiej bez rozpatrywania kwestii wyższości świąt… Drugim
obszarem aktywności ludzi piszących jest blog i tu również muszę zacząć od
siebie, żeby mieć później prawo coś rzec o innych blogerach. Uznałem, że jest
to tego typu twór, który nie wymaga ode mnie ustalonej kanonami formy i mogę
codziennie wyprodukować kilkadziesiąt, czy kilkaset słów jedynie dla wprawy,
żeby ćwiczyć styl i gramatykę. Przy okazji zdarza się coś więcej, ale to jest sui generis premia, której nigdy nie
planowałem i nawet nie przewidywałem. Nie obchodzi mnie, czy ktoś to czyta i co
o tym myśli. Muszę to robić podobnie, jak pianista powinien kilka godzin
dziennie grać gamy i pasaże ćwicząc „palcówki”. Mnie zadowala najniższy poziom
użyteczności wynalazków, które w rękach i umysłach utalentowanych ludzi zaskakują
nas i niesłychanie inspirują. Identycznie zdarza się w obywatelskich witrynach
prasowych, ale ostrożnie zaznaczam, że to się tylko czasami,  incydentalnie zdarza. Reguła to jest szarość i
amatorszczyzna z gramatycznymi i stylistycznymi błędami, za to z widoczną
chęcią zaistnienia. Można to wyśmiać, potępić, oburzać się, jak zacytowany na
początku dziennikarz, ale to już jest faktem. Stało się, mleko się rozlało i
każdy, kto ma ochotę publikować swoje teksty robi to bez względu na to, czy się
to komu podoba, czy nie. Edwin Bendyk sformułował to jeszcze bardziej
wyraziście. Dziś każdy może w Internecie być artystą. Nie ma żadnego monopolu
na sztukę i teraz już żadne gildie, klany czy profesjonalne stowarzyszenia tego
procesu nie potrafią cofnąć. Nie wiem, czy to jest dobrze, czy źle, ale
podświadomie czuję, że to, co odróżnia wielkie dzieło sztuki od epigońskich
kopii arcydzieł jest kwestia szczerości i prawdy. Najdoskonalsze warsztatowo
dzieło oparte na zimnej kalkulacji tego, co się opłaca i jest w modzie nie
przetrwa jednego sezonu i zostanie zapomniane. Natomiast mocno wierzę w to, że
uczciwe utwory powstające w mozole i nawet nie docenione, mają szansę zaistnieć
w swoim czasie i pozostać jako duchowe dziedzictwo ludzkości. Jestem o tym
całkowicie przekonany i to pozwala mi mieć nadzieję aby w ogóle przetrwać
najgorsze burze i kryzysy.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

aerodromy starej Warszawy

24 lip

Nie lubię poniedziałku, och!… jak ja go nie lubię, a szczególnie wtedy, gdy trzeba znieść
z trzeciego piętra do piwnicy kilkadziesiąt worków wypełnionych kasetami i
książkami. Sporo wody w Wiśle upłynęło zanim je zapakowałem tak, żeby je potem
rozpoznać i uporałem się z ciężarem. Stary, doświadczony gospodarz nad Narwią
poradził mi, żebym obwiązał książki sizalowym sznurkiem, ale było ich tyle, że wtedy
musiałbym poświęcić na ich transport cały tydzień, jeśli nie więcej. Wynoszę z
mieszkania wszystko to, co się da, a przed oczach nadal mam bałagan, istną
bitwę pod Grunwaldem… Dla odpoczynku czy relaksu postanawiam wybrać się na
wciąż odkładaną sesję zdjęciową śladem starych, warszawskich aerodromów. To
oczywiście  oszukiwanie się, bo pracę
zastępuję innym zajęciem, ale poczucie winy nie pozwala mi się bezczynnie
wylegiwać. Jedynym luksusem jest poranne wylegiwanie się i odwlekanie momentu
włączenia komputera przed sprawdzeniem codziennej poczty. Oprócz reklam i
promocji nic nowego pod słońcem. Przemywam oczy i twarz goląc twarde, siwe
włosy na policzkach. Myję żałosne resztki uzębienia, ale jeszcze mnie stać na
lustrzany uśmiech. Właśnie z takimi minami staliśmy z niesfornym nastolatkiem przed
oknem weneckim na Młocinach, które zamierzałem w tym pogodnym dniu odwiedzić. Kiedyś
tam przecież planowano budowę aerodromu. Liczę na to, że najstarsi mieszkańcy Bielan
podpowiedzą mi, jakim szlakami mam wędrować w poszukiwaniu zaginionych śladów
po samolotach i pasach startowych. Ściągam z Internetu to, co należy i zapisuję
w annałach, a potem szybko ubieram się i ruszam na miasto. Bez roweru ruszałbym
się, jak mucha w smole, więc jadę na moim ulubionym zielonym „Bałtyku”.
Pierwsze rozmowy są porażką, bo mieszkający na tym osiedlu ponad czterdzieści
lat mężczyzna wskazuje mi ręką kierunek na lotnisko aeroklubu Warszawskiego.
Bemowo znam, więc pytam innych trafiając wreszcie na kompetentną osobę. Staruszek
dobrze pamiętał czasy, gdy w miejscu dzisiejszej ulicy Wrzeciono grzały się
motory i startowały w powietrze samoloty. Obfotografowałem całą ulicę Wrzeciono
natrafiając przy okazji na resztki mienia wojskowego za bramą opatrzoną
stosownymi tabliczkami ostrzegawczymi. Jazda do metra zajęła mi niespełna
kwadrans, a przemieszczenie na najstarszy warszawski aerodrom następne dwadzieścia
minut. Tam pod pamiątkowym kamieniem czekała na mnie swoista niespodzianka, bo
tuż pod nim, na wzgórku, opalały się beztrosko piękne panie i panowie, chłopcy
i dziewczyny. Fotografowałem pamiątkową płytę z napisami i grafiką, a obok
beztrosko siedział sobie na kamieniu urwis, którego zupełnie nie interesowało,
w jakim celu ten obelisk umieszczono na szczycie zielonego wzniesienia.
Podobnie przed pomnikiem poległych na wojnie lotników uwieczniłem ojca z
dwojgiem dzieci, które nie miały żadnych oporów aby pod ścianą pamięci kopać i
kozłować piłkę. Czuję, że już zapracowałem na opinię zrzędliwego zgreda, więc
zamykam się i milczę pełen powagi i szacunku wobec tych pilotów, którzy dawno
już odlecieli do Niebieskiej Eskadry.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ed i Sted

23 lip

Jedną z nielicznych, dobrych stron telewizji jest jej
funkcja swoistego „zasypiacza”. Pomaga ona skuteczniej zasnąć, niż seks, bo człowiek
się nie zmęczy, nie spoci, a po gapieniu się w rozjarzoną lampę kineskopu dopada
człowieka śpik i wnet odchodzimy w krainę Morfeusza. Kiedy jednak przypadkiem natrafiłem
w nocnym kinie „dwójki” na ekranizację „Siekierezady” nie mogłem zmrużyć oka i
obejrzałem ten film do końca. Uczciwie przyznam, że gdy ten film oglądałem w
Łodzi podczas studiów w szkole filmowej, rozczarował mnie tym bardziej, że
znałem Steda i oglądałem swojego zmarłego przyjaciela w kreacji Janka Pradery.
Grał go już nieżyjący dziś Edward Żentara. Pisząc to doskonale zdaję sobie
sprawę, że nie ma na Ziemi i w Niebie rzeczy przypadkowych. Obaj byli mi
niesłychanie bliscy. Kultową później „Zimę
leśnych ludzi
” pożerałem całymi stronami w Tarnowie zamiast śmigać z
przyjacielem na nartach. Marek Skup, który dał mi tę książkę do poduszki nie
przypuszczał, jak bardzo mnie ona odmieni. Z pilnego studenta polonistyki
przeobraziłem się wówczas w Michała Kątnego, Janka Praderę i drwali ścinających
drzewa w lesie, którego być może już nie ma. Skoro brak już wśród nas tragicznie
zmarłego autora i aktora, który także popełnił samobójstwo, zaczynam się
obawiać, czy znajdę w sobie dość sił aby nie pójść w ich ślady. Nie zrobiłem
Stedowi żadnej fotografii, ale Edwardowi zdążyłem strzelić fotkę tuż przed
odjazdem pociągu do Krakowa. Obaj moi przyjaciele odeszli w tak straszny,
nieprzejednany sposób, że pozbawili się jakichkolwiek szans na cudowne ocalenie
przez przypadkowych świadków ich męki. Sted wyszedł najpierw naprzeciw
lokomotywy, a potem włączył gaz, zażył prochy i utonął w wannie podcinając sobie
żyły. Edward dodatkowo otworzył żyły w kostkach i również położył się w wannie
z ciepłą wodą połykając mnóstwo tabletek. Kiedy człowiek ma to w pamięci i
ogląda fragment rozmowy Janka Pradery z towarzyszem leśnej niedoli, to jego
wyznanie brzmi, jak przeczucie śmierci. Kamera skierowana jest wprost na twarz
Edwarda, a on mówi o tym, że powinien już teraz zapłakać nad sobą z powodu
tego, co nieuchronnie na niego spadnie, jak wielkie nieszczęście… Na pewno go
to nie ominie. Los go nie oszczędzi. Co komu pisane, to się wypełni. Po tak
dojmującym dictum aperbum naprawdę
trudno rano podnieść się z pościeli i spokojnie spełniać swoją codzienną
powinność. Edward i Sted opuścili nas pozostawiając jednak po sobie wiersze,
nagrania pieśni, filmy i książki. Kolejna rocznica śmierci mija niepostrzeżenie
i przypominają o niej tylko ci, którzy odczuwają w sobie brak tej cząstki życia
i ludzkiego cierpienia. Wraz z ich zniknięciem zamarło w nas wiele tęsknot i
już nie tak śmiele marzymy o zmianie swojego losu. Nasze wyzwania stały się jakby
mniej bezczelne, a właściwie zmieniły się w zwykłe plany. Wcześniej nie
mieliśmy wątpliwości, że uda się je nam zrealizować. Dzisiaj już coraz częściej
w to wątpimy. Podświadomie używam tu formy pluralis
majestaticus
, a powinienem przez cały czas pisać wprost, że to ja tak sądzę
i zapisuję te myśli na własną odpowiedzialność. Przyznaję, że tak w istocie
jest… Tak właśnie jest, choć nie wiem co będzie dalej

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

pojedynek na miny

22 lip

Postanowiłem wyruszyć do supermarketu, żeby zrealizować
resztę bonów, jakie pozwalają mi przetrwać okres nieurodzaju i kryzysu.
Napompowałem drugi rower, bo pierwszy czeka na dojeżdżającą do pracy córkę.
Bezwiednie odpiąłem łańcuch chroniący bicykle przed złodziejami i zapiąłem po
uwolnieniu starszego ode mnie jednośladu. Zorientowałem się, że nie będę miał
jak zabezpieczyć roweru przed sklepem, ale znajdowałem się już w drodze, więc
potraktowałem jazdę w obranym kierunku jako sportowy trening. Wypada przecież
zrzucić nadwagę, a jazda osiedlową ścieżką zdrowia sprzyja spalaniu zbędnych
kalorii. Chyba ta rowerowa wycieczka była wpisana w Boski plan, bo przed
opustoszałym parkingiem supermarketu ujrzałem dwoje kłócących się mężczyzn. To
jedna z niesamowitych scen, które zbiera każdy scenarzysta, pisarz i poeta.
Mnie tam do każdego z nich daleko, ale obserwowałem agresję dwóch głuchoniemych,
których usiłował pogodzić facet z dorodnym psem na smyczy. O dziwo, zwierzę w
ogóle nie uległo napiętej i nerwowej atmosferze konfliktu pomiędzy dwoma
mężczyznami w sile wieku. Pojednawczy właściciel obracał się wraz z psem to w
jedną, to znowu w drugą stronę usiłując na migi przetłumaczyć obu panom, że w
tym upale naprawdę nie powinni się bić, tylko pogodzić ze sobą. Psina znosiła
to ze stoickim spokojem i nawet nie puściła pary z pyska. Za to głuchoniemi
adwersarze warczeli na siebie wydając z siebie nieartykułowane dźwięki z
głośnym skowytem i charczeniem. Zarówno negocjator, jak walczący ze sobą
przeciwnicy, nie wydali z siebie jednego, zrozumiałego dla postronnych osób,
słowa. Przypatrywałem się tej walce, która właściwie przypominała pojedynek stroszących
grzebienie i pióra kogutów. Nie doszło do bezpośredniej wymiany ciosów, za to ten
bardziej krewki z całej siły walnął obcasem w stojący nieopodal znak drogowy.
Trochę go nawet w ten sposób przemieścił, ale nie zrobiło to na nikim wielkiego
wrażenia. Tylko wyładowana tak agresja powoli ustępowała, a on stawał się coraz
bardziej skłonny obserwować tłumaczenia negocjatora. Po jego długich,
cierpliwych wysiłkach, w pewnym momencie doszło do cudownej przemiany agresora
w pałającego miłością do bliźniego mnicha. Wprawiło mnie to w osłupienie, bo
nagle klęknął przed swoim niedawnym wrogiem i zaczął się modlić o przebaczenie
za to, jak się do tej pory zachowywał. Wyciągnął portfel ofiarując godziwą
zapłatę za wyrządzoną krzywdę. Panowie objęli się, uścisnęli z całego serca i
zaczęli poklepywać się po plecach. Nie śledziłem do końca tak szczęśliwie
zakończonego pojedynku, żeby nie rozczarować się, bo jest możliwe, że krewcy
ludzie mogli się pokłócić z zupełnie innego, nowego powodu. Spokojnie odjechałem
w stronę domu swoim zielonym rowerem marki „Bałtyk”. Uśmiechnąłem się do myśli
o tym, że świat nie jest jednak tak okrutny, a ludzie nie są tak głupi i źli.
Może nie mam racji, ale jednak mam nadzieję.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

a wszystko to nic…

20 lip

Coś, co wydawało się kompletnie niemożliwe okazało się dość
łatwe w realizacji. Wystarczyło uparcie, dzień po dniu, ładować do plastikowych
worków posegregowane wcześniej książki i kasety. Było tego multum i z początku
ręce mi opadały, kiedy z przerażeniem spoglądałem na uginające się pod ich
ciężarem półki i regały. Tę stajnię Augiasza udało mi się jednak oczyścić z
przedmiotów, ale nie było mowy o tym, żeby przy okazji wyrzucić mniej istotne
nagrania i gorsze publikacje. To by zajęło tygodnie, a może nawet całe
miesiące, bo pochylając się nad każdym dokumentem trzeba zastanowić się nad
jego treścią, a przede wszystkim uważnie go przeczytać. Zrezygnowałem po kilku
dniach studiowania starych scenariuszy i wertowania dawno zapomnianych książek.
Przypominałem sobie, kiedy po raz pierwszy po nie sięgałem i w jakich okolicznościach
do nich zaglądałem. Moja znajoma miała zwyczaj wklejania kolorowych znaczników w
szczególnie ważnych dla niej ustępach lektury. Gdybym miał zrobić to samo, nie
potrafiłbym chyba się zdecydować. Tym bardziej, że otrzymałem lekcję od starego
redaktora wyrzucającego do kosza kilkadziesiąt stron mojego pracowicie
wypieszczonego tekstu. Zostawiając pierwszą i ostatnią stronę powiedział mi tym
samym, co jest najbardziej istotne w kompozycji każdego utworu, nie tylko
literackiego. Według niego środek był tak zwaną gumą do żucia, wypełniaczem.
Tak też rejestrowałem tekst ucząc się szybkiego czytania ogarniając stronę
całościowo, poszczególnymi akapitami. Inaczej nie byłoby możliwe zapoznanie się
z olbrzymią ilością tekstów zadawanych nam na seminaria i egzaminy semestralne.
Szybkie czytanie wcale nie oznacza lektury pobieżnej, bo potem wraca się do
książki wertując ją już w wybranych i zapamiętanych partiach. Przypomina to
szwedzki stół pełen wszelakiego dobra, z którego nie da się nawet skosztować
wszystkich potraw. Ogarniając wzrokiem całość wybieramy najbardziej smakowite
kąski dbając jednocześnie o to, żeby nie nasycać się jedzeniem do granic
możliwości, bo wtedy cały smak i kunszt kucharza poszłyby na marne. Zbyt wielki
apetyt na cokolwiek kończy się nudnościami i wymiotami . Tak samo jest w
przypadku każdej lektury. To samo dotyczy kina, które jest iluzją
rzeczywistości. Jeżeli ktoś za bardzo się utożsami z jakąkolwiek postacią z
ekranu, traci ona kontakt z rzeczywistością. Chcąc być naprawdę Romeo albo
Julią kończy się równie tragicznie, jak kochankowie z Werony. Kto zapragnął być
Mrocznym Rycerzem z Batmana, stał się przekleństwem dla premierowego audytorium
kina w amerykańskim przedmieściu Denver. Utożsamiając się ze złem wcielonym sam
siał zło, zniszczenie i śmierć. Granica scenariuszowej fikcji, inscenizacji i
prawdziwego życia została tym jednym aktem przemocy przekreślona. Czy to
oznacza definitywny koniec jakichkolwiek konwencji? Chciałbym się mylić, ale
wydaje mi się, że do większości ludzi nie docierają metafory i niuanse. Na ogół
traktują oni wszystko dosłownie, bez wgłębiania się, czy jest to adaptacja
komiksu, czy też prawdziwy ludzki dramat. Wszystko jest na sprzedaż.
Najbardziej spektakularną imprezą tego typu były wybory Miss Hollocaustu. Nic
więcej o tym wydarzeniu, ani o innych okropnościach dzisiaj już nie napiszę. Wracam do swoich książek, kaset, ciuchów, sprzętu, mebli i naczyń. Kotów już dawno nie ma, ale na nowym miejscu na pewno znajdzie się jakaś przybłęda.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

seans prawdy

19 lip

Zaproszony przez Michała Nekanda – Trepkę na jego film nie
od razu poszedłem do Domu Spotkań z Historią. Po drodze zatrzymałem się przy
ogrodzeniu pomnika Adama Mickiewicza na Krakowskim przedmieściu. Rzęsisty
deszcz zmył z metalu upalny kurz i szadź odsłaniając cały urok metaloplastyki,
arcydzieła sztuki kowalskiej. Wykute w młodopolskiej manierze kwiaty i zioła,
liście i łodygi zapraszały, żeby dotknąć, potrzymać w ręce płatki zastygłe po
obróbce cieplnej w ciężkim, sztywnym metalowym tworzywie. Nie czuje się tego
ciężaru, wręcz przeciwnie. Ani śladu toporności, wysiłku kowala walącego młotem
w odkuwkę. W łagodnym świetle zmierzchu rośliny na metalowym ogrodzeniu wokół postaci
Wieszcza rysowały się, jakby rzeczywiście rosły a nawet pochylały się w stronę,
skąd wiał wieczorny wiatr.  Z jego podmuchem
w plecy szło mi się tym raźniej, że Krakowskie Przedmieście wypełniał tłum
turystów z różnych krajów. Jedni podziwiali zaparkowanego tuż przy kościele
Wizytek „Trabanta”, inni czytali program festiwalu muzyki organowej, a
spacerujący obok pomnika Bolesława Prusa warszawiacy mogli obejrzeć pierwsze
dagerotypy starej Warszawy z XIX wieku. I ja też zatrzymałem się przed wielkimi
reprodukcjami w plenerowej galerii dzieł pioniera fotograficznego reportażu. Są
tam budowle, które przetrwały do dzisiejszego dnia, ale zatrzymał on w kadrze
także gmachy już dawno zburzone, jak piękny Pałac Karasia przy pomniku Mikołaja
Kopernika. Zadziwiające są ludzkie sylwetki na tych zdjęciach. O ile tłum na
Krakowskim Przedmieściu podczas procesji Bożego Ciała jest zwartą masą
wypełniającą ulicę aż po horyzont, o tyle na fotografii Hotelu Bristol, obok
ostrych, wyraźnych, nieruchomych postaci dorożkarzy i portierów widzimy
zamazane sylwetki przechodniów. Wyglądają, jak zjawy, duchy, którymi zresztą po
odejściu z tego świata mogli być… Prawdopodobnie fotograf pracował w ten
sposób, że nastawiał migawkę na dość długi czas ustawiając swój aparat na ciężkim
statywie. Powstało wiele wspaniałych fotogramów i panoram Warszawy, także z
widokami okolicy ulicy Karowej, gdzie mieści się Dom Spotkań z Historią. Michał
Nekanda – Trepka pokazał Powstanie Warszawskie z niemieckiej perspektywy
ujmując w tym również wątek żydowskich uczestników tego patriotycznego zrywu.
Czterdzieści pięć minut opowieści o zbrodniach i okropnościach walk
powstańczych z Niemcami wymaga dość sporej odporności psychicznej. Ładunek
emocjonalny zawarty w tych osobistych relacjach, często z pierwszej ręki, jest
tak ogromny, że dyskusja trwała dłużej, niż sam film. Do dzisiaj zresztą jest
wiele epizodów z okresu 63 dni lata 1944 roku, których nikt nie zdołał jeszcze
nam przekazać. Choćby taka meteorologiczna ciekawostka, że w owym czasie nie
spadła na Warszawę ani jedna kropla deszczu. Nie miałem o tym pojęcia, a to
daje wyobrażenie, w jak okropnej spiekocie i pragnieniu powstańcy toczyli z
Niemcami bój na śmierć i życie. Unikam dyskusji o historii, ale tym razem
postanowiłem wyrwać się z zapełnionego pakunkami domu aby choć trochę odetchnąć
i pozwolić oczom nacieszyć się prawdziwym życiem na ulicach. Tu, przy
komputerze znów zatapiam się we własnych myślach i nieustannie krążę wokół tych
samych, powracających do mnie, jak Harpie, tematów. To nie ja je wymyślam, to
one mnie dopadają i nie wypuszczają ze swoich szponów, zanim nie opiszę wiernie
i nie dotrę do istoty rzeczy. Jeszcze do tej pory mi się to naprawdę nie udało.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Alergia na starość

18 lip

Co
począć w sytuacji, kiedy człowiek ma alergię? To oczywiste, albo musi znaleźć skuteczny
lek, albo się oddalić możliwie od alergenu. Ale pół biedy, jeśli jest to domowa
roślina, pies czy kot… Od biedy można wcisnąć zwierzaka innemu członkowi
rodziny, jeśli jest ona odpowiednio duża. Gorzej, jeśli jest to drugi człowiek.
Obcemu nawet nie trzeba mówić do widzenia, wystarczy go unikać, ale znajomemu i
bliskiemu człowiekowi nie tak łatwo rzec to, co należy w tej sytuacji
bezwarunkowo wykonać. Rozpatruję sytuację czysto hipotetyczną, chociaż na co
dzień zdarza się setki podobnych problemów w stosunkach pomiędzy ludźmi. Oni
poznają się przypadkiem, bądź celowo, czasem zakochują się, razem spożywają
śniadania, obiady i kolacje, śpią ze sobą, wreszcie kłócą się i … No właśnie,
tu zaczyna się alergia. Pojawiają się spory o to, kto jest winien. Im więcej w
tym jest agresji, tym mniejsza szansa na zażegnanie kryzysu. A jednak złe
emocje często biorą górę nad tęsknotą do harmonii i już nic nie będzie, jak
dawniej. To se ne vrati. Ona widzi
jego złość, podejrzewa coś, boi się go i wyrzuca mu, że jej nie słucha. W
przeciwieństwie do niej on niewiele mówi, choć czasami wylewa się niego żal o
to, że partnerka rozkochała go w sobie, a gdy rozczarowała się wszystko w niej
zgasło, jakby je wyłączyli prąd. Jest jak w piosence, że „… jedno płacze, a drugie po nim skacze ”.
Co prawda nie dochodzi do tak dramatycznych scen, bo oboje zatrzymują się w pół
drogi, ale dotyczy to również szczerości. Nie potrafią już sobie wszystkiego
jasno wytłumaczyć, jak czynią to Amerykanie. Ich nauczono, że dla własnego
dobra trzeba jasno formułować swoje stany emocjonalne (jestem na Ciebie zły…. albo
kocham Cię… albo nienawidzę) i proponować poinformowanej w ten sposób osobie
konkretne rozwiązania ( rozejdźmy się… oczekuję wzajemności… nie mogę z Tobą
dalej mieszkać). A my Sławianie … lubimy
sielanki
, więc niedomówienia i niezrozumiałe metafory między nami zastępują
bardzo potrzebną, uczciwą rozmowę. Taka wymiana myśli to dowód ogłady, kultury
i szacunku partnera dla człowieka, którego los nie jest mu obojętny. Niestety,
w naszych kręgach dominuje fatalny zwyczaj przemilczania spraw trudnych, które
z czasem stają się przez to niemożliwe do poruszenia przez obojga kochających się
niegdyś ludzi. Cieszyli się swoją obecnością i miłowali przez krótką chwilę. Nagle
i niespodziewanie poróżnili się i w żalu i złości nie są w stanie na tyle zbliżyć
się do siebie, żeby jedno mogło wysłuchać drugiego. To prawda, że nie jest to
epoka Romea i Julii, a na świecie liczy się przede wszystkim pragmatyzm i
konkret. Jednak amerykański wzorzec interakcji wskazuje, że w świecie
zdominowanym przez prawa rynku można w cywilizowany sposób funkcjonować nie
tracąc wartości powszechnie uznawanych za dziedzictwo przodków. Oni nas uczyli
szacunku dla starszych ludzi zamiast panującego zwyczaju okazywania im co
najwyżej pobłażania, żeby już nie mówić o pogardzie. Skupienie na własnych
problemach i pomijanie osób uznanych za nieistotne w naszym życiu nie jest potępiane.
To właśnie jest przejaw postawy racjonalistycznej i skrajnie pragmatycznej.
Postępujący w ten sposób ludzie mają większe szanse na przetrwanie, niż rozpamiętujący
swoje krzywdy romantycy. Te relikty minionej epoki niezawodnie muszą przegrać,
bo wciąż jęczą, płaczą, proszą, nawołują, apelują i przynudzają swoją
nieustanną gadaniną o szlachetnych uczuciach. Oni nie zdają sobie sprawy, że
ten świat pozbawiony jest  spolegliwości
i litości. Nie wiem, czy to źle, ale nie ma już na nim miejsca dla słabych i
wrażliwych istot. Dziś liczą się tylko młodzi, piękni i bogaci. Kiedy się
zestarzeją dosięgną ich problemy, o jakich nie mają zielonego pojęcia i nie
zmieściłbym ich na jednej stronie maszynopisu. Ich szczęściem, czy
nieszczęściem jest brak umiejętności przewidywania wszystkich tych możliwości,
które w miarę dojrzewania i starzenia staną się ostatecznie smutnym faktem.
Zostaną sami, brzydcy i ubodzy, bo nikt na tym najpiękniejszym ze światów nie
lubi obcować z przywarami biedaka, starością i brzydotą. Niechaj się cieszą
młodością, korzystają z uroków chwili, dopóki mogą… Zanim ich nie dosięgnie
nieuchronna ręka losu. Choćbyśmy nie wiem jak chcieli odwrócić niekorzystne
karty człowieka, jesteśmy tylko marnymi, bezradnymi ludźmi.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

marzenia i realia

18 lip

W
trakcie przenoszenia zapakowanych kaset i książek do piwnicy coś mnie zmusiło
do spojrzenia w okno na korytarzu. O Boże, pomyślałem… znowu jacyś domokrążcy i
Świadkowie Jehowy? Poszedłem na górę i zamknąłem się w mieszkaniu zdecydowany
milczeć i nie wpuszczać nieproszonych gości. Jednocześnie oczekiwałem na
przyjście córki. Minął kwadrans, a nikt się nie zjawiał. Kiedy wreszcie
usłyszałem dzwonek do drzwi byłem pewny, że to Justyna z najnowszymi
wiadomościami od chorych dziadków. Niestety, okazało się, że to dwie
wolontariuszki zbierające deklaracje na dziecięce wioski w okolicach Biłgoraja.
Absolutnie w tym momencie nie śmierdziałem groszem, tylko obrzydliwym potem
wskutek nieustannej wędrówki z bagażami na dół i z powrotem w górę. Z tego
powodu czułem się dość źle, niekomfortowo. Przepraszając za bałagan
tłumaczyłem, że nie mogę wpuścić ich do środka, ani ofiarować datku, ale one od
razu zastrzegły się, że nie zbierają pieniędzy. Chciały mi po prostu
opowiedzieć o tych wioskach, dla sierot, które przed laty filmowałem, kiedy
jeszcze ich nie było na świecie. Prawdopodobnie są wychowankami z tamtych stron
i odwdzięczają się propagując ideę rozbudowy wiosek o kolejne domy dla
osamotnionych dzieci. To bardzo szlachetna inicjatywa, której mogę tylko
przyklasnąć, bo nie mam możliwości udzielić im finansowego wsparcia.
Powiedziałem to dziewczynom szczerze, bez ogródek i one to przyjęły ze
zrozumieniem. Spełniam więc rzetelnie obietnicę podzielenia się z ludźmi informacjami
o dziecięcych wioskach na Zamojszczyźnie. Zrobiłem w tym regionie dwa półgodzinne
filmy dokumentalne. Wspominam ten czas z wielkim rozrzewnieniem i to nie tylko
dlatego, że wówczas byłem młody i pełen nadziei na dokonanie w polskiej kinematografii
prawdziwej rewolucji. Rozpierała mnie energia i wiara w nieograniczone
możliwości. Byłem wówczas nieustraszony i zdesperowany do wykreowania takich
dzieł, o których nie śniło się nawet wspominanym przez Szekspira filozofom. Nie
powiem, żebym dzisiaj zszedł na Ziemię z wysokości tych obłoków, w których szybowała
moja głowa. Po wielu latach pracy w filmie wciąż jestem niepoprawnym
marzycielem. To zupełnie inna sprawa, że mój głos i myśli interesują przede
wszystkim najbliższych, a tych z roku na rok jest coraz mniej. To smutne, że
trzeba się pogodzić z utratą ludzi, którzy z uwagą śledzą wszystkie moje
poczynania i udzielają duchowego wsparcia w momentach największego kryzysu.
Coraz bardziej umacniam się w przekonaniu, że muszę polegać już tylko na sobie.
No więc wierzę w siebie… Chociaż bym nie chciał, jestem zmuszony sobie zaufać i
z tak silną wiarą podejmować kolejne wyzwania. Składam więc listy intencyjne,
piszę na Berdyczów prośby i aplikacje, listy motywacyjne licząc na sukces w
wygraniu konkursu czy otrzymaniu grantu na opracowany projekt. Ten sposób
istnienia jest znakiem czasu dla wielu moich rówieśników, którzy nie mogą się
pogodzić z tym, że muszą prosić o coś, co według nich jeszcze niedawno należało
im się z racji ukończenia szkoły artystycznej. Współczesny rynek sztuki bezwzględnie
eliminuje pięknoduchów i osoby nie przystosowane do zabiegania o stypendia dla
twórców, obojętnie z jakiej dyscypliny. Dlatego nie ograniczam się do filmu ani
też nie porzucam go dla literatury. Bardzo chciałbym malować, ale nie stać mnie
na przełamanie się, choć nie należę do najbardziej nieśmiałych ludzi na tej
Ziemi. Może kiedyś zdobędę się jednak na odwagę wzięcia do ręki palety farb i
wyczaruję na płótnie świat, jakiego w filmie nie zdołałem przekazać. Taśma jest
zbyt werystyczna a magia przestrzennego kadru polega na inscenizacji i kreacji,
która jest iluzoryczną próbą stworzenia czegoś niemożliwego do opisania. Obraz
znaczy więcej, niż tysiące słów… Ale tu myślę o tym na płótnie, malowanym a nie
wyświetlonym. Tym się właśnie różni fotografia od własnoręcznie sporządzonego
wizerunku i filmowy kadr od Panoramy Racławickiej. Piszę o tym na bazie
wyobrażeń, bo nie mam w tej materii żadnego doświadczenia, ale czuję, że
miałbym na tym gruncie coś do powiedzenia. Może potrzebuję jeszcze trochę czasu
aby przyzwyczaić się do tej myśli i decyzji, a może samo życie mi podpowie
odpowiednie rozwiązania. Jeszcze nie do końca zdaję sobie z tego sprawę i
cieszę się, że wciąż jest to dla mnie wielką niewiadomą.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS