RSS
 

Archiwum - Czerwiec, 2012

Nieszczęsny piorunochron

10 cze

Lodówka chodzi, jak traktor i nawet nie próbuję dociekać
dlaczego. Oczywiście domyślam się jakiejś technicznej przyczyny, ale sądzę, że
wszystkie te  usterki zdarzyły się w niezbyt
korzystnym dla mnie czasie oczekiwania na rozstrzygnięcie wysyłanych projektów
i próśb o ich instytucjonalne wsparcie. To, co wciąż jeszcze piszę z nadzieją telewizyjnej
ekranizacji albo wystawienia na scenie, powstaje z wielkim mozołem i pomimo
wysiłku właściwie nie rokuje wielkich widoków na ostateczną realizację. Różne
są tego przyczyny, zniechęcenie brakiem reakcji osób, które powinny się
wykazywać większą spolegliwością, wątpliwości natury moralnej, a ostatecznie
także moja własna słabość. Nie jestem ze stali. Zastanawiam się nawet, czy mam
w sobie dość wiary, żeby przekonywać do stworzonego dzieła innych partnerów,
którzy muszą uwierzyć, że uczestnictwo w moim projekcie ma nie tylko dla nich
bardzo głęboki sens. Z drugiej strony bez takich rozterek mógłbym podejrzewać,
że to, co teraz  robię nie ma większej
wartości, skoro nie rodzi się w bólach, a jest dziecinnie łatwe, lekkie, proste
i przyjemne. Jednym słowem „wsadził,
wyjął – bułka paryska
”. Przez długie lata dojrzewania i starzenia się,
trochę już poznałem własne lęki i charakter. 
Po dogłębnej i do bólu szczerej analizie doszedłem do zaskakującego dla
mnie wniosku, że właściwie ludzie powinni mnie się bać, a przynajmniej
obchodzić z daleka szerokim łukiem. Nagle zdałem sobie sprawę, że otaczają mnie
przede wszystkim nieszczęśliwi popaprańcy, naznaczeni piętnem nieudacznictwa
pechowcy, a jeśli jest ktoś uznawany za wybrańca Fortuny, to jego żałosny
koniec zaprzecza tak pochopnemu osądowi. Nie ma tu na myśli śmierci Stanisława
Skalskiego, który nie należał do najbliższego grona znajomych, ale od moich
pierwszych etiud w łódzkiej szkole filmowej powoli wykruszali się ci, którym
proponowałem zagranie jakiegoś epizodu i utrwalenie go na celuloidowej taśmie.
W szkolnym archiwum spoczywa gdzieś zapewne kopia dawno zapomnianego już
ćwiczenia, które pozwoliło mi przejść szczebel wyżej we wtajemniczaniu
kandydata do zawodu reżysera. Natomiast grających w nim ludzi, jak nieodżałowana
Natasza Czarmińska i  nie ma już wśród istot
żywych, a bezimienni statyści pogrążyli się na zawsze we mgle zapomnienia.
Późniejsza żona Adama Hanuszkiewicza Magda Cwenówna grała w telewizyjnej etiudzie
Człowiek na szczycie góry” według
sztuki Roberta Alaina Arthura. Po latach od tej przygody powinienem dla
równowagi zrobić „Na samym dnie”. Chyba
ta ambitna aktorka i wdowa po reformatorze polskiej sceny teatralnej nie była
szczęśliwą małżonką wielkiego amanta. Grała wspaniale a w trakcie prób udało
się nam nawet pozwierzać na temat umierania. Każdy ma jakieś swoje
doświadczenia z tym, co nieuchronne i nieodwracalne, ale rzadko o tym mówimy. Biedny
Sted, z którym spotkałem się na Polach Marsowych przy Stadionie Dziesięciolecia
popełnił samobójstwo wkrótce po szczerej rozmowie przy rozpalonym na
trawiastych błoniach ognisku. Tę samą decyzję powziął chudy literat Zygmunt
Trziszka, z którego pomocą organizowaliśmy pierwszy własny zespół filmowy.
Powiesił się na strychu.  Nie wiem, czy
na pewno mam rację, ale po tylu przypadkach mam wrażenie, że coś je musi łączyć….
Nie chcę tego nazywać po imieniu, ale czuję się, niczym piorunochron ściągający
nieszczęścia, jak błyskawice. Przecież odejście Michała Maryniarczyka, którego
spotkałem podczas realizacji filmu za Oceanem potwierdziło mi takie osobiste przeczucie.
Do tego dochodzi mój najbliższy współpracownik, Syed Ali Haider Rizvi, który od
lat przeżywa prawdziwą rodzinną gehennę, ( z nieuleczalnymi chorobami swoich najbliższych),
jakiej bym nie życzył nawet najgorszemu wrogowi. Całe szczęście w tym
nieszczęściu polega na tym, że znajduje wsparcie i współczucie ze strony tych
członków rodu, którzy mogą mu okazać pomoc. Zastanawiałem się, czy gdzieś na
dnie w tym dziwnym, niepojętym i straszliwym tyglu ludzkich nieszczęść, jest
także choroba i śmierć mojej Anki. Czuję się w otoczeniu zmarłych rówieśników i
o wiele starszych mistrzów sztuki, jak nieufny Jonasz pełen złych, najgorszych
przeczuć… Nie poszedłem na pogrzeb profesora Andrzeja Brzozowskiego, którego bezwładne
ciało leżało na żywopłocie obok ursynowskiego bloku mieszkalnego, zanim je ktoś
zauważył. Wypadł z okna, ale to nie świadczy o samobójstwie. Podobnie w okresie
żałoby po nagłej śmierci Violetty Villas, redaktor Andrzej Roman zginął w
pożarze własnego mieszkania, ale czy to było autodafe… Bóg jeden wie. O
biednej Violi, Czesławie wielu nazwisk, trudno było nie wiedzieć, bo wszyscy o
jej osobistej tragedii pisali, czytali i dyskutowali. Wiadomość zgonie sportowego
dziennikarza i korespondenta, dotarła do mnie przypadkowo w czasie oglądania
meczu. Zupełnie od niechcenia wspomniałem w rozmowie przy piwie, o Andrzeju Romanie,
jako jednym z głównych inicjatorów powstania obywatelskiego komitetu, którego
celem było zorganizowanie Mistrzostw Olimpijskich w 2012 roku w Polsce. Dzisiaj
już nikt o tym nie pamięta, ale gdyby dożył tej chwili z pewnością byłby
szczęśliwy. Nawet ja w tym czasie zapominam o otaczającym mnie kręgu nieszczęść
i staram się cieszyć wraz ze znajomymi piwoszami, wśród których nie brak
pechowców i utracjuszy. Pocieszam ich, że jestem wśród tych nieszczęśników
największym, albo jak kto woli, najmarniejszą z marnych istot żywych. Nie wiem,
czy ich to uspokaja, ale zawsze warto spróbować.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

życie, miłość i śmierć Andrzeja Romana

09 cze

Andrzej Roman jest autorem kilku książek i niezliczonej
ilości artykułów w prasie sportowej. Piszę o nim w czasie teraźniejszym,
chociaż jego czas już minął a zwęglone w pożarze ciało bezpowrotnie już należy
do przeszłości. Bywalec paryskich kortów tenisowych, obdarzony wspaniałym
tembrem głosu sprawozdawca sportowy był łamaczem niewieścich serc w stolicy
Polski pogrążonej w gomułkowskiej szarzyźnie naszej małej stabilizacji lat
sześćdziesiątych. Zdążyłem wprosić się z kamerą do jego kawalerki, zanim
choroba utrudniła mu swobodny kontakt i wysławianie się, z którego słynął nie
tylko w Warszawie. Poznałem i zrealizowałem dzięki Andrzejowi Romanowi, dokumentalne
filmy o Janie Nowaku Jeziorańskim, a także o jego sławnym kuzynie, profesorze
Zbigniewie Brzezińskim. Kiedy znalazłem się w redakcji programów wojskowych TVP
właśnie Andrzej Roman był lektorem i
mentorem całej serii programów poświęconych tradycji oręża polskiego. Ostatnia z
jego książek nosi intrygujący tytuł: „Czterdziestu wspaniałych”. Była ona
pretekstem do wykonania notacji archiwalnej dla Telewizji Polskiej. W
rzeczywistości szukałem okazji aby po raz kolejny porozmawiać z tym ciekawym
człowiekiem, nestorem polskich dziennikarzy sportowych. Zamieściłem fragmenty
wypowiedzi schorowanego i cierpiącego starca, któremu z trudem przychodziło
zebrać myśli. Są teraz do obejrzenia w moim serwisie multimedialnym, ale nie
przypominają one popisów oratorskich i popartych erudycją dygresji narratora
moich najważniejszych filmów. Okrutne prawa biologii wyniszczają ludzki
organizm pozostawiając nam tylko wspomnienia okresu jego świetności. Kiedy
przychodzi rozczarowanie w odniesieniu do wyboru filmowej drogi we własnym życiu,
trochę wiary i pocieszenia umacniającego mnie w uporze trwania przy powziętej
decyzji, dają mi zatrzymane w kadrze wypowiedzi człowieka, którego już dzisiaj nie
ma między nami. Zarejestrowałem jego postać na taśmie filmowej, na nośniku
video, a teraz możemy nawet obejrzeć i posłuchać Andrzeja Romana w Internecie.
Nie da się wszakże zrekonstruować jego pełnego ciepła spojrzenia i aury, jaką
wokół siebie roztaczał. Był to jeden z tych warszawiaków, którzy odziedziczyli
rodzinną kindersztubę. Taki młodzieniec bez grosza przy duszy, ale z
przedwojennym wychowaniem i manierami światowca, nie miał trudności ze
zdobywaniem przychylności wśród rówieśniczek płci przeciwnej. W podeszłym wieku
przemierzał ulice Warszawy na rowerze dojeżdżając w ten sposób do pracy w
redakcji a także na liczne spotkania towarzyskie. Autor „Czterdziestu wspaniałych
mógłby opisać więcej postaci z życia polskich elit, ale dziś jest już na to za
późno. On jest z pewnością tym czterdziestym pierwszym, najwspanialszym
człowiekiem, który osobiście wieńczy dzieło własnego życia. Wiele mu
zawdzięczam i z pewnością nie jestem w stanie opisać, jak bardzo wpłynął on na
moje własne losy. Na drodze ku spełnieniu i realizacji najważniejszych celów pozostanie
on kamieniem milowym, który niezawodnie wyznacza mi właściwy kierunek.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

after all

08 cze

Z obejrzanych na festiwalowym ekranie filmów wryły mi się w
pamięć urywki zdań wypowiadanych przez ich bohaterów. Duński clown wspomagający
chore na raka dzieci w trudnej, szpitalnej codzienności zwierzył się przed
kamerą, że obserwując tyle cierpień i zejść bliskich sercu osób tracił wiarę w
Boga. Ale nigdy nie przestał wierzyć w istnienie Aniołów. Zapadało mi to głęboko
w pamięć i w serce, podobnie, jak filmowy portret szwedzkich sióstr dojących
krowy w stajni odbiegającej standardami od surowych wymagań sanitarnych. Jedna
z nich wspomaga kalekę, która miała kiedyś męża i tzw. normalne życie, ale na
starość został jej codzienny znój przy ukochanych krowach i byczku, którego
niebawem odstrzeli przysłany przez władze egzekutor. Kopnięta niegdyś przez
krowę ma przetrącony kręgosłup i ledwie się porusza po swoim gospodarstwie wyrzucając
gnój, zadając karmę swoim krowom i cielakom, z których każde dobrze zna po
imieniu. Spędza w stajni długie godziny często zasypiając przy udoju leżąc na
sianie obok myczących zwierząt. Wokoło lata mnóstwo much i nie pachnie tu
perfumami. A jednak w pewnej sekwencji filmu kaleka bohaterka szczerze przyznając,
że nie wystarcza jej na jedzenie, bo musi kupić siano… wypowiada zaskakującą
sentencję: „Człowiek musi mieć w tym życiu jakąś przyjemność”. Dla niej
krowy są całym jej światem. Nagrodzony za ten filmowy portret kobiet reżyser
obwieścił nam, że bohaterka filmu właśnie niedawno zmarła. Znaleziono ją, a
jakże, w oborze przy krowach. Warto było przyjechać do Krakowa choćby dla tych
dwóch niespodziewanych, a przecież jakże cudownych momentów prawdy o człowieku…
Znam podobnie heroiczne postaci w kraju, ale w tym momencie wcale nie chodzi o
licytowanie się potęgą cnót tkwiącym w każdym z tych ludzi. Wzbogacają nas
samym pojawieniem się na tym samym świecie, w tym samym czasie, kiedy przyszło
nam żyć obok siebie. Nie wiem, czy ta osobista fascynacja i rosnąca wiara w
człowieka zbliża do Boga, ale na pewno nie oddala. A to już jest bardzo wiele…
Pomyślałem, że w tym samym czasie mógłbym wreszcie wydobyć i odebrać z przepastnych
archiwów uniwersyteckich mój indeks ze studenckich lat spędzonych w murach „Starego Gołębnika” nieopodal Collegium
Novum przy krakowskim Rynku. Odesłano mnie do Biblioteki Jagiellońskiej, gdzie
złożono całą dokumentację personalną dawniej studiujących polonistów. Okazało
się, że nie ma już nic w tamtejszej bazie danych i powinienem wrócić na
Gołębią, gdzie na pewno dokumenty są, ale ja już nie miałem sił i chęci, żeby
tak krążyć od Annasza do Kajfasza. Zrezygnowałem mając gdzieś z tyłu głowy
przekonanie o wiecznym absurdzie panujących procedur, bałaganie powodującym
znikanie z ludzkich życiorysów istotnych dla nich etapów edukacji i pracy nad
sobą. Gdyby to mi nie było zupełnie zbędne, bo od dawna nikt już mnie nie pytał
o dyplom, czy indeks, właściwie kilka lat spędzonych w murach Uniwersytetu
Jagiellońskiego rozpływa się bez jakiegokolwiek śladu. Tylko ja i moi
przyjaciele jeszcze pamiętają, że studiowałem, żyłem wraz z nimi i cierpiałem
te same katusze, których i oni doznawali. Właściwie dziś już nie powinienem się
martwić, a tylko śmiać z takiej igraszki losu, ale mimo wszystko ogarnia mnie
smutek i melancholia. Ilekroć powracałem do Krakowa ogarniał mnie znajomy
spleen, jakiego nie doświadczałem w żadnym innym miejscu na świecie. Jeszcze przyjdzie
czas na dokładniejszą eksplikację tego tyleż uciążliwego, co niepowtarzalnego
stanu emocjonalnego. Tymczasem dziś już w Krakowie nie ma śladu po tym cudownym,
niespiesznym tempie trwania w zawieszeniu przez nieskończenie przedłużające się
chwile oczekiwania. Ludzie gnają na łeb, na szyję, jak w Warszawie, Nowym Jorku
i Chicago starając się zarobić na chleb powszedni, wyciągając od naiwnych
turystów Dutki na zaspokojenie własnych zachcianek. Żali mi tych spokojnych
lat, które na pewno tu nie powrócą i pozostaną tylko wspomnieniem byłego
studenta, którego papiery gdzieś zaginęły. Jest więc tak, jakby mnie tu wcale
nie było, a lata spędzone na Placu Szczepańskim, Floriańskiej, Wiślnej, w Żaczku i w Vieux Colombier wydają się wręcz osobistą uzurpacją. Co prawda, mógłbym,
a nawet powinienem się upierać przy swoich prawach i konsekwentnie dochodzić do
sedna problemu, ale nie mam zamiaru czegokolwiek udowadniać.  W moim sercu na zawsze pozostała cząstka Krakowa
z Katedrą na Wawelu, grobami królewskimi, sukiennicami i sylwetką Kopca Kościuszki
zamykającą perspektywę zielonych pól na Błoniach. One zawsze mi się kojarzyły z
mitycznymi Polami Elizejskimi. Kiedy jest mi źle, czy szukam w myślach jakiegoś
harmonijnego odniesienia uspokaja mnie ich zapamiętany obraz… żaden z tych
malowanych, ale najprawdziwsze wspomnienie, jakie mam pod powiekami.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

festiwal bez czerwonego dywanu

06 cze

Przez wiele lat krążył… a może nadal krąży powtarzany wśród
nas dwuwiersz: „… i cóż się takiego zmieni, gdy starych gniewnych zastąpią młodsi
wkurwieni…?
” Sens pytania jest czysto retoryczny, a wszelkie dokonane rewolucje
i niedokonane reformy świadczą po prostu o tym, że jesteśmy tylko ludźmi. Być
może z tego właśnie powodu nie ma czerwonego dywanu na otwarciu krakowskiego
festiwalu, co organizatorom gali w Gdyni w ogóle by nie przyszło do głowy.
Zarówno na krótkometrażowym, przede wszystkim dokumentalnym, jak tym na
szerokich torach, festiwalu fabularnym zostali zaproszeni nie tylko twórcy walczący
o laury, ale i ci, którzy przepadli w eliminacjach albo nie zrobili w tym roku
żadnego filmu. W kuluarach usłyszałem wygłoszoną szeptem kąśliwą uwagę filmowca
na temat kroczących po czerwonym dywanie kolegów z branży, którym zwyczajnie brakuje
środków na zaspokojenie bieżących potrzeb, a cóż dopiero mówić o finansowaniu
jakiegoś projektu. W Trójmieście i pod Wawelem spotkali się utracjusze i
nędzarze robiący dobrą minę do złej gry. Wszechwładni do niedawna redaktorzy z
bankrutującej telewizji publicznej trzymali wysoko gardę, ale nie byli już tak
oblegani przez tłum interesantów, jak parę lat temu. Dumni autorzy zadowolili
się tym razem synekurami w postaci dobrze płatnego uczestnictwa w charakterze
jurorów filmowego konkursu, krajowego i międzynarodowego. Skład komisji
oceniających zakwalifikowane do konkursu dzieła nie wywołał entuzjazmu
uczestników festiwalu, ani też członków Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Nie
byli tymi osobami zachwyceni, zarówno wybrani do zarządów sekcji działacze, jak
i szarzy członkowie, którym zafundowano karnety na wszystkie seanse, darmowy hotel,
diety i zwrot kosztów podróży. Ponadto każdy wieczór po projekcji filmów konkursowych
urozmaicony był przyjęciem z obfitym menu, urządzanym przez organizatora w
atrakcyjnych miejscach Krakowa. Dla biedaków pokroju Stanisława Manturzewskiego,
skazanych na codzienną egzystencję bez możliwości artystycznej realizacji kilka
festiwalowych dni nad Wisłą musiało być naprawdę wielkim przeżyciem. Przyznam
się, że więcej rozmów odbyłem właśnie z tak bardzo zgorzkniałymi twórcami, a dodam,
że nie są to zupełnie anonimowe nazwiska. Każdy z nich, nawet Stanisław Manturzewski,
miał w swej przeszłości przysłowiowe pięć minut sławy i chwały. Porównując
dzisiejszy brak perspektyw, kompletną zapaść finansową i strukturalną, nawet ci
najbardziej wycofani i przegrani widzą, jak w czasach kryzysu funkcjonują ci,
którzy jeszcze niedawno nie dosięgali im do pięt. Żal, naprawdę żal patrzeć na
mądrych i utalentowanych ludzi, którzy już nie mają szans zaistnieć w czasach,
które sprzyjają bezwzględnym, pozbawionym moralnych skrupułów ludziom zorientowanym
przede wszystkim na sukces, o silnych łokciach, szerokich plecach. Usadowieni
wygodnie w fotelach nauczyli się udzielać takich odpowiedzi, które nie
zawierają nawet słowa konkretu. Zadałem szefowi jednej z takich instytucji
pytanie z sugestią, żeby komunikacja między użytkownikami portalu była dwustronna,
żeby to nie była tylko i jedynie prezentacja osiągnięć zespołu pod jego
kierownictwem. Spoglądał na mnie z politowaniem pewny, że cokolwiek do niego
mówię odbije się, jak od ściany z pancernego szkła. Niestety, w tym zamkniętym,
wąskim kręgu uprawnionych do sukcesu osób panują reguły, które już
rozpoznaliśmy, ale i tak nie mamy wpływu na jakiekolwiek zmiany w tym systemie.
Forum Stowarzyszenia Filmowców Polskich obradowało bez udziału partnerów z
telewizji polskiej, bo cóż by oni mogli teraz powiedzieć twórcom po tylu nie
zrealizowanych obietnicach?.. Redaktorzy podkulili więc chwosty i znikali z
pola widzenia autorów kryjąc się z własnym wstydem i niemocą. Pewną iskierką
nadziei była kolejna już sesja Dragon Forum, gdzie przyjechali z całej Europy
szefowie odpowiedzialni za produkcje i dystrybucję filmową. Obserwowałem
prezentacje i wysiłki grup produkcyjnych, które usiłowały zainteresować swoimi
projektami kierowników redakcji, dyrektorów artystycznych i promotorów filmu.
Przyjechałem po naukę, bo przez całe życie musimy się edukować i doskonalić.
Kształci nas każda porażka, bo niepowodzenie zmusza do wyciągania wniosków i poszukiwania
nowych rozwiązań. W Cesarsko – Królewskim Stołecznym Mieście Krakowie napatrzyłem
się, ile tylko dusza zapragnie i usłyszałem to com chciał. Przecież festiwal
nie trwa 24 godziny na dobę, a grzech spać, kiedy się zawita w tak cudowne i
niepowtarzalne miejsce. Ale to temat na zupełnie inną porę… może kiedyś wrócę
do tych, mniej już gorzkich, wspomnień.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS