RSS
 

Archiwum - Maj, 2012

w ostateczności o sobie i nie tylko

27 maj

Mama leżąc w wannie słyszała, że ktoś dzwoni, ale nie mogła zerwać się i podejść do
aparatu. Tata zwlókł się z łoża boleści i przekazał mu ostatnie wieści. W Dniu
Matki napuścił jej do wanny ciepłej wody, żeby mogła zrelaksować się i odpocząć
po wyrównywaniu poziomu cukru w organizmie. To straszna choroba, a jeszcze
gorzej się ją znosi, kiedy człowiekowi brak wiary i nadziei. Na samą myśl o
tym, że kończy się ona nieuchronną śmiercią drżę i nie mam pojęcia, jak sobie z
tym wszystkim poradzę. Już teraz jest mi ciężko znieść każdą wiadomość o
pogorszeniu się stanu, który w tej chwili może być co najwyżej stabilny, ale tak
nie jest i na pewno już nie będzie. W tej sytuacji jedyną możliwą pociechą jest
duchowa podróż w głąb samego siebie i być może to jest jedyny, dobroczynny
skutek hipochondrii starszego człowieka. Jest skupiony wyłącznie na swojej
chorobie wsłuchując się w swój organizm, uważny, czuły i gotowy jak nigdy przedtem,
na natychmiastową reakcję. W takiej chwili życie przebiega przed oczami, niczym
szereg ujęć filmowych i zatrzymanych w kadrze fotografii w rozpędzonym kalejdoskopie.
Myśląc o tych sprawach jesteśmy przekonani, że ktoś powoli odchodzi z pola
naszego widzenia. Najpierw opuszczamy terytorium matecznika, w którym
spędziliśmy dzieciństwo. Potem już rzeczywiście oddalamy się w stronę własnych
spraw rodzinnych i zajmujemy się pracą oraz wiązaniem końca z końcem. Uciekamy
zapominając w ten sposób o nieuchronności losu, który i tak nas w końcu
dopadnie. Stojąc u progu magicznej granicy wieku sześćdziesięciu lat nie
powinienem właściwie myśleć o chorobie i śmierci swoich bliźnich, a wreszcie zająć
się własnym życiem. Gdyby ono było poukładane i harmonijne nie próbowałbym go
składać tak mozolnie w zdania ze słów,  jak klocki lego. Ale próbuję to, ( przyznam,
że z różnym skutkiem),  robić w literaturze i w rzeczywistości… Spisuję wszystkie dobre myśli, ale i obawy, które dzięki temu zapisowi mam na stałe przed oczami. Wczytuję się w zapiski poszukując
w tej swoistej, emocjonalnej buchalterii fałszywego tonu i w żadnym wypadki nie
ingeruję nawet, jeśli zauważę literówki i błędy stylistyczne. Z gramatyką jeszcze
jakoś sobie radzę, gorzej z życiem, ale nie jestem jedynym Glogerem na tym ziemskim
łez padole, który może o sobie w ten sposób napisać. Piszę więc i wyznaję
wszystkie swoje winy, spowiadam się Bogu w tej formie, skoro nie stać mnie
jeszcze na rzeczywisty powrót do świątyni i zebrania się na tę odwagę, aby po
prostu podejść do konfesjonału. Być może minie jeszcze sporo czasu, zanim to
się stanie, ale wierzę, że to nastąpi już wkrótce. Noszę w sobie tę myśl i mam
właśnie takie niezłomne przekonanie, dzięki któremu mam w sobie dość sił, żeby
przetrwać kryzys.  W porównaniu z tym, co działo się w moim mikroświecie, panujący na zewnątrz chaos i bałagan jest naprawdę niczym. Wydaje mi się, że pogodziłem się z tym światem, ale pozostaje mi  jeszcze osobista rozmowa z kapłanem, a może przez niego z samym Bogiem? To, co nieuchronne, utrzymuje we  mnie, słabym człowieku dyscyplinę i wymusza sposób
codziennego funkcjonowania w zgodzie z samym sobą. Nie ma tutaj żadnych
ustępstw. Wyczerpałem już limit słabości powodujących stan, z którego próbuję
się wydobyć od jakiegoś czasu. Idzie mi to, jak po grudzie, ale już nie ma z
tej drogi odwrotu. Zainspirowany przez życzliwych, rozumiejących mnie i kochających
ludzi, ruszyłem naprzód i nie zawrócę z raz obranej drogi prąc uparcie, niczym
perszeron z końskimi okularami na oczach. Może zabłądzę, a nawet padnę na tym
nieznanym szlaku, ale z przekonaniem, że podjąłem wyzwanie i próbowałem przejść
poważną próbę wiedzy i charakteru. Wszyscy jesteśmy słabi i marni, a ja nie
jestem żadnym wyjątkową istotą. Podlegam tym samym prawom, co wszystkie
stworzenia na Ziemi. Sprowadza mnie to zawsze z wyżyn intelektualnych dywagacji
i abstrakcji na właściwy poziom. Teraz już dobrze wiem, że ten ostateczny jest około
sześciu stóp pod poziomem gruntu, po którym jeszcze razem i osobno stąpamy.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dzień Kobiet

27 maj

Zawsze mnie uczono,
że choćby nie wiem co się działo, to kobiecie należy koniecznie wręczać kwiaty bez
opakowania , podniesione łodygami do góry i płatkami widocznym na wierzchu
bukietu. Wtedy widać ich barwę, czuć zapach i w ogóle obdarowana kwiatami dama
czuje się doceniona i nie ma wrażenia, że ktoś jej ten przeterminowany wiecheć
podeschłych róż, tulipanów, czy goździków rzuca tylko dlatego, że nie ma z nim
co zrobić. Wyrzucić do kosza na śmieci żal, a skoro już się wydało na coś
pieniądze, to powinno się ten koszt jakoś zamortyzować… Widziałem dziś smutnych
facetów z zapakowanymi w papier i celofan wiązankami. Spieszyli się idąc w
towarzystwie żon, czy bliskich przyjaciółek do domów, w których wypada na
powitanie wręczyć gospodyni coś z kwiaciarni. Moja córka wręczyła kiedyś po koncercie Violetty Villas kwiaty łodygami skierowanymi w dół, ale usprawiedliwia ją ciężar bukietu kilkudziesięciu róż, który dla dziewczynki musiał być spory i sprawiać trudność w niesieniu. To miała być symboliczna scena spotkania dojrzałej artystki z jej dziecięcym wyobrażeniem. Cóż, wyszło, jak zwykle… Urodziny, imieniny, rocznica,
Dzień Kobiet, Dzień Matki, Dzień Babci… jest mnóstwo okazji po temu, żeby
obdarowywać się roślinami, które wzbudzają w nas tak czułe myśli i marzenia.
Wspomniani mężczyźni nieśli swoje wiązanki trzymając je mocno, skierowane ku
ziemi. W ludowych przesądach jest zawarta mądrość pokoleń, a właśnie na wsi
można usłyszeć, że takie wręczenie wróży nieszczęście a nawet śmierć. Nieświadome
tych tradycyjnych przesądów dziewczyny jechały w wagonie metra aż do samego
końca. Mimo tak długiej trasy trzymały otrzymane kwiatki prosto skierowane ku
górze wpatrując się w żółtawy odcień płatków i wczuwając się w ich świeżą woń.
Na pewno nie były jeszcze matkami i chyba nie obchodziły urodzin czy imienin.
Mogły je dostać ot tak, po prostu na ulicy. Widziałem już takie sceny na
ulicach Warszawy. Kwiaty kwiatom nierówne i nawet one nie są bezpieczne, gdy
ktoś położy je na grobie bliskiej osoby. Zapobiegliwi opiekunowie mogił
potrafią wynieść je na inną płytę z nazwiskiem osoby uwiecznianej na
fotografii, która wkrótce trafi do sieci jako dowód wykonanej pracy. Wkrótce
potem ten sam bukiet ozdobi kolejny grób, bo spryciarzom nie przyjdzie do głowy
zapamiętywać pierwotnego miejsca, w którym stały, czy leżały skradzione kwiaty.
Piszę o nich z okazji Dnia Kobiet, ale gdy zadzwoniłem do mamy z życzeniami
dowiedziałem się, że ojciec zdecydował się wreszcie na zabieg koronografii.
Gdyby gwałtowny ból w klatce piersiowej nie zmusił go do wezwania karetki
pogotowia mógłby nie przetrwać do rana o własnych siłach. Brat dzwonił w tej
sprawie usiłując wydobyć więcej szczegółowych informacji, ale tata nie miał
sił, albo ochoty, żeby o tym opowiadać. Już chodzi na działkę i jak dawniej
przekopuje grządki plewiąc je z chwastów. Niespełna parę mórg gliniastej ziemi
wyznacza mu przestrzeń autentycznego życia. W tych granicach czuje się naprawdę
swobodnie. Mam wręcz przeciwnie. Trudno ją namówić na wyjście z mieszkania na
podwórko, bo musi pokonać jedno piętro schodów, a przede wszystkim przebrać się
na spacer. Wiekowa już osoba w wieku Brigitte Bardot spędza więc ( z własnej,
nieprzymuszonej woli) noce i dnie, uwięziona we własnym domu, podczas gdy jej
warszawskie rówieśniczki samodzielnie przemierzają trotuary zatrzymując się przed
wystawami salonów damskiej mody. Nie odezwałem się do jednej z takich pań ani słowem,
ale przez bardzo krótki moment spojrzeliśmy na siebie… Chociaż już
przekroczyłem smugę cienia, byłem sporo młodszy od tej kobiety, która stała
przed ubranymi w modne sukienki i żakiety manekinami. Nawet nie zapamiętałem
tych strojów lecz pod jej powiekami na pewno pozostały kształty i kolory kreacji,
na które nie było jej już stać a nawet gdyby ktoś jej kupił cos z tej kolekcji,
nie mogła by nic z tych rzeczy na siebie włożyć. Działo się to w Dniu Kobiet. Smutne,
ale prawdziwe. Tylko tyle i aż tyle…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Requiem dla Opery Kameralnej i nie tylko

26 maj

Ostatnimi czasy czytam w sieci coraz bardziej dramatyczne wpisy poświęcone sytuacji ludzi
kultury i tryumfalny komunikat pani uczestniczącej w strajku artystów. Oto sam
minister zaprosił ją wraz z przyjaciółmi na obiad. Mało tego, zaprosił ich aby
siedzieli blisko przy nim i pochylili się nad projektem, który on przedłoży na
obradach premierowi i członkom rządu. Co prawda obecny klimat nie sprzyja, więc
cokolwiek zrobi będzie miał usprawiedliwienie, że w obecnej sytuacji nie dało
się nic załatwić… a i tak twórcy będą go kochali bo rozumie… Rozumie? Więc
dlaczego nie pojawił się na tłumnie obleganej prezentacji dorobku Opery
Kameralnej, której grozi zagłada? Aktorzy i dyrekcja zapraszając warszawiaków
do siedziby przy Alejach Solidarności zbierali podpisy pod apelem o ratunek dla
tej zasłużonej instytucji. Podobnie dramatyczne wpisy i apele czytam na
witrynach w sieci co i raz: Sytuacja Telewizji
Kraków jest dramatyczna. Ten profil ma za zadanie zebrać grono ludzi którym nie
obojętny jest los Telewizji Kraków a co za tym idzie i innych ośrodków
regionalnych. Brak środków finansowych może tłumaczyć wiele ale nie wszystko.
Można by powtórzyć za szakspirowskim Hamletem: Słowa, słowa, słowa… Jakoś nie jestem w stanie przejąć się
argumentami tych, którzy spędzają cały swój profesjonalny żywot na korytarzach
ośrodków telewizyjnych w całym kraju. Pracowałem z nimi, można by powiedzieć,
żyłem i cierpiałem, ale są to jednak dla mnie obcy duchowo ludzie z zupełnie
innego świata. Nie są twórcami, żerują na tym, co zarejestrują i na dziedzińcu
przed Operą Kameralną także kręciły się ekipy robiące wywiady i rejestrujące
opinie ludzi czekających w kolejce na darmowe wejście do wnętrza teatru. Nie
każdego warszawiaka stać na bilet, a tego wieczoru mogli obcować ze sztuką
Wolfganga Amadeusza Mozarta i rozmawiać z artystami Opery, którzy z uśmiechem na
twarzy przechadzali się pomiędzy nimi, urozmaicając czas oczekiwania na
upragnioną wejściówkę. Człowiek pracujący w centrali TVP czy w regionie jest
zupełnie innym typem. Zapamiętałem, że ze wszystkich czystek i tzw. reform
ostają się najpokorniejsze cielęta. Dopiero kiedy już nie czują wsparcie piszą
znowu dla odmiany tak: Telewizja Polska i jej
struktury regionalne osiąga szczyty pełnej polityzacji. Z zarządu na zarząd
jest coraz gorzej, coraz bardziej jest nasza Telewizja Polska umoczona w
układzie politycznym. Każda władza, każdy rząd robi wiele, by mieć jak
największy na Telewizję Polską wpływ. Swój wpływ. Jedyny i słuszny. Polityczny.
Telewizja umiera z braku fachowego zarządzania nią, umiera w ciągłym boju o
nią. Zapomina sie przy tym o prawdziwym celu istnienia TVP. Zapomina się o
misji, a przypomina się o emisji odpowiednich partyjnych programów i układów.
…..Można by tak pisać jeszcze długo. Zmienimy to? Pomożesz? 
Ani myślę!… Nic takiego się nie stanie
z bogoojczyźnianą kulturą narodową i partyjną, jeśli najjaśniejsza Telewizja poważnie
powalczy z decydentami o swoją rację bytu i w boju poobija sobie kostki zamiast
dopominać się abonamentu za nieustające pasmo reklam i nieznośnego potoku
nowomowy. Może z czasem będzie można tam usłyszeć i zobaczyć kogoś rozsądnego,
ale dziś nikt poważny nie pojawi się na ekranie tocząc intelektualny spór z Lechem
Wałęsą, czy Stefanem won Niesiołowskim. Żadną sztuką nie jest opłacenie
kilkunastu błaznów, żeby po otrzymaniu horrendalnie wysokiego  honorarium piali z zachwytu nad zaletami
swoich dobroczyńców. Tasiemcowe „Kocham
Cię Polsko
” zagłusza swoim wyciem odgłos protestu ludzi teatru, którym
odebrano dotacje na rzecz budowanych w Stolicy Stref Kibica. Dominacja
troglodytów poubieranych w najdziwniejsze stroje trefnisiów doskonale ilustruje
polityczny cyrk i zakłamanie tuszując przy okazji mnóstwo finansowych afer
zaistniałych w trakcie realizacji programu EURO 2012. Nie mam obawy, że po
uderzeniu w stół nożyce się odezwą. Aferzyści są spokojni, bo prawdziwego kibica
interesuje tylko wynik meczu, a jak mu się wręczy jeszcze darmowe piwo, to
będzie wdzięczny aż do końcowego gwizdka. Teraz chodzi tylko o to, żeby grać na
remis i dogrywkę, a potem dotrwać do rzutów karnych. Niech ten mecz trwa jak
najdłużej, to wszyscy będą szczęśliwi… Oczywiście oprócz tych, którym wyłączono
prąd i zabrano telewizor, bo nie mogli spłacić swoich długów. Ale kto by się dziś
przejmował wyrzucanymi na bruk biedakami. Przecież u nas jest EURO,  trzeba się teraz razem cieszyć i używać dnia.
Zawołajmy więc: CARPE DIEM! Póki jeszcze można… Ale artyści Opery Kameralnej są
w zgoła innym nastroju. Zaśpiewali już pod pomnikiem Mikołaja Kopernika na
Krakowskim Przedmieściu, a niebawem przejdą pod gmach ministra kultury i
dziedzictwa narodowego, cokolwiek by ta nazwa urzędu znaczyła. Tam właśnie
zaśpiewają „Requiem” Mozarta. Wybór tego arcydzieła jest tyleż doniosły, co
znaczący. Nic już do tego nie dodam, bo reszta jest milczeniem

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

nieskończone możliwości tworzenia

23 maj

Pokój między chrześcijanami, braćmi i siostrami
wszelkiej wiary zaproponowali politycy, więc i ja się ochoczo dostosuję do
powszechnie obowiązującego trendu. Do finałowego meczu Mistrzostw Europy w
Piłce Nożnej zapomnę o tym, co mnie denerwuje i przestanę bronić oczywistej prawdy,
tak oczywistej, jak oczywista oczywistość. Nie chcę też za wszelką cenę walczyć
o swoje prawa, bo to najważniejsze i tak jest głęboko w nas. Zajmuję się za to nudnymi
rozliczeniami i wypełnianiem formularzy ewaluacyjnych po powrocie z cudownego
Schwerina. Dokładniej rzecz ujmując zajmę się tym niebawem, ale muszę zdążyć
przed wyjazdem do Krakowa, żeby nie odkładać na później spraw, o których z
czasem zapomina się z tragicznym skutkiem. To tak, jakby poniechać wywiązywania
się z obowiązku opłat za sieć internetową, czynsz i prąd. Natychmiast byśmy
zostali odcięci od kontaktu ze światem, a to przecież dzisiaj jest nasze życie.
Dochodzę do przekonania, że via net wszyscy znaleźliśmy się nagle w stokroć
ciekawszej krainie czarów, niż zwiedzana przez małą Alicję przestrzeń po
drugiej stronie lustra. Prawdę mówiąc w naszych rękach jest narzędzie
umożliwiające kontakt i oddziaływanie na olbrzymie masy ludzi. Już nie jesteśmy
tak samotni we Wszechświecie, jak pisali o tym przed laty rozczarowani intelektualiści,
pozbawieni tych nowych możliwości, jakie otworzyła przed nami rewolucja
technologiczna. Jeżeli tylko chcemy, mamy szansę dać znać o sobie i swoich
potrzebach całemu światu. Nie musimy kołatać w drzwi urzędów aby zarejestrować
partię czy stowarzyszenie. W jednej chwili można taką społeczność zbudować na
portalu Google Plus czy na Facebooku. Ogromne możliwości, jakie wyzwala w nas
sieć, fascynują, a zarazem przerażają… Dziś wyobrażam już sobie, że w dającej się
przewidzieć przyszłości autorytety moralne i wszelkiej maści idole nie będą
kreowane przez nadawców telewizyjnych, ale właśnie w necie. Zastanawiam się nad
tym, (czysto teoretycznie) jakie dziś miałby szanse Adolf Hitler, który
zaistniał dzięki nowemu medium, jakie było w jego czasach powszechnie dostępne radio,
a wkrótce potem telewizja, która transmitowała ważniejsze konkurencje Olimpiady
1936 roku w Berlinie. Zabranianie używania radia podczas okupacji miało swoje
uzasadnienie w obawach i świadomości, jak potężne jest jego oddziaływanie na
ludzką świadomość. Właśnie tak wielki jest dzisiaj wpływ Internetu i spontanicznych
ruchów obywatelskich, jakie się dzięki niemu zrodziły i uaktywniają z dnia na
dzień. To wielka rzecz, potężne narzędzie umożliwiające ludziom autokreację i
ujawnienie swoich poglądów na świat a przy okazji dostaje się naszym bliźnim. W
sieci każdy może tworzyć i rozpowszechniać swe utwory spełniając marzenia o
tym, żeby stać się artystą. Może nie każdy nim naprawdę jest, (nawet na pewno) ale
śmiało można stwierdzić, że wszyscy jesteśmy autorami. Chodzi tylko o to, żeby
odpowiadać za to, co się pisze i maluje, emituje w sieci i jakimi treściami dzielimy
się z internautami. To dziwne pojęcie ukuto naśladując słowo określające przemierzającego
Kosmos astronautę. W przeciwieństwie do pustki panującej między planetami, otacza
nas morze niezwykle atrakcyjnych treści. W tej nieskończonej przestrzeni i chaosie
wrażeń  jesteśmy poszukiwaczami prawdy o
otaczającym nas Wszechświecie. Dopiero porównanie swojej nikłości z tym ogromem
musi wzbudzić pokorę, jaką Immanuel Kant wyraził słowami: „Niebo gwiaździste nade mną, a
cała pokora we mnie
”. Cóż z tego, że jesteśmy tak potężni i mamy dzisiaj
tak wiele możliwości, skoro w skali wiecznego Wszechświata znaczy to tak
niewiele… a może nawet nic nie znaczy ? Ot, kolejna zabawka i smakowite jabłko
w rękach Ewy. A co było dalej… wszyscy już dobrze znają tę historię.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

czy na forum będzie quorum?

22 maj

Niebawem odbędzie się podczas Festiwalu Filmu
Krótkometrażowego w Krakowie kolejne forum dokumentalistów i twórców filmów
krótkometrażowych wszelkiego gatunku i rodzaju. Do tej pory uważałem to za oczywistą
stratę czasu, bowiem wielokrotnie uczestniczyłem w podobnych spędach
sfrustrowanych artystów. Nikt nie wychodził z nich zadowolony, bo nawet nie
pozwolono mu porządnie ponarzekać. W tym roku w porządku obrad znalazł się
referat o sukcesach polskiego dokumentu i animacji. Jeżeli mamy przez pół
Polski jechać, żeby słuchać przechwałek urzędników od kultury i dyrektorów
instytucji filmowych to jest to marnotrawienie cennego czasu, który można
poświęcić rozmowie na temat rozwiązania stanu zapaści. Prawda jest przecież
zupełnie odmienna od wizji, jakie usiłują malować pięknoduchy i urzędowi
kłamcy. W następnym punkcie obrad ma być właśnie mowa o przebiegu prywatyzacji
instytucji kinematograficznych w Polsce. Jeżeli ma to przebiegać tak, jak w
moim macierzystym Studio KRONIKA, to uzdrowienie sytuacji polegające na
zwolnieniu twórców jest reformą funta kłaków nie wartą. Taka prywatyzacja dawno
już na Zachodzie została rozpoznana jako markowanie rzeczywistych działań i
dowód bezsilności likwidatora. Może powinniśmy od razu nazwać to likwidacją
przedsiębiorstw filmowych zamiast kłamstw o prywatyzacji. Dziwnym trafem
urzędnicy z takich opresji wychodzą zawsze obronną ręką. Wiadomo, co zawsze na
wierzch wypływa… nie oliwa. Dla przeciętnego twórcy, a do takich ja się
zaliczam, nie są jasne prawne zawiłości uchwał i projektowanych ustaw.
Wykorzystują ten fakt twórcy ustawy medialnej, po ustanowieniu której już
pozbawieni zostaniemy resztek należnych nam tantiem nie mając żadnych podstaw
do prywatnych roszczeń wobec naszego producenta i nadawcy. Nie oszukujmy się,
jeżeli nawet wydelegujemy swoich przedstawicieli do prac nad tą ustawą, to drużyna
rządowych prawników i tak przeprowadzi to, co im każą zapisać w każdym
paragrafie Ustawy medialnej. Akurat w tym punkcie nie wystosowuję żadnych żądań
i pretensji nieśmiało optując za zachowaniem status quo. Wiem jednak, że świat
pędzi w oszałamiającym tempie pomimo moich zastrzeżeń i wbrew moim postulatom.
Nie obrażam się więc na rzeczywistość i z pokorą przechodzę do kolejnego punktu
porządku dziennego. Pochylam się nad tematem notacji dziedzictwa narodowego. No
cóż, to kolejna działka zastrzeżona dla kręgu wtajemniczonych i zaufanych
ludzi, którzy nie pozwolą robić tego, co jest dla nich źródłem stałego dochodu.
Chciałbym się w tej materii mylić, ale nigdy mi się nie udało ( a próbowałem)
doszlusować do programów firmowanych przez instytucje europejskich funduszy
medialnych, Narodowy Instytut Audiowizualny czy działający w Warszawie Instytut
im. Adama Mickiewicza. Jeżeli ogłaszane są jakieś publiczne przetargi czy konkursy,
to właściwie pro forma. Czy to jest naganne? Skoro działają tak, jak większość
innych fasadowych instytucji to potępianie tego procederu jest walką z
wiatrakami. Pisałem projekty, wysyłałem je (jak się okazało, na Berdyczów) i
nie otrzymywałem od organizatora żadnej (nawet negatywnej) odpowiedzi. Rozsądni
znajomi przestrzegali mnie i zniechęcali, ale ja uparcie postępowałem tak choćby
po to, żeby mi nie zarzucano brak aktywnej wiary i osobistego zaangażowania. To
samo dotyczy planowanej informacji o dokumencie w TVP. Jak można ufać w słowa i
deklaracje redaktorów odpowiedzialnych za film dokumentalny, jeśli wykazali się
oni do tej pory skrajną nieodpowiedzialnością za wygłaszane wcześniej
zapewnienia o tym, że czekają na nasze scenariusze i projekty?… Nic dodać,
nic ująć. Zasuńmy nad tą wstydliwą kwestią kotarę milczenia. Na koniec porządku
obrad zapisano Apel Dokumentalistów, ale mam nadzieję, że przybyłym z kraju i zza
granicy twórcom, nie wystarczy już czasu ani cierpliwości na to bicie piany.
Tym bardziej, że w tej profesji pojawia się coraz więcej przedstawicielek płci
przeciwnej i nie było by to tak przyzwoite, jak nudnie lecz oficjalnie brzmiące
wstępne zagajenie pod tytułem: „Na początku był dokument”. Ja wiem,
że na początku był chaos, więc po co mijać się z oczywistą prawdą ?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

między kołami Fortuny

20 maj

Dwie kwestie wryły mi się w pamięć po obejrzeniu w Kinotece
filmów z festiwalu Planete Doc. Samozwańczy guru porywa za sobą grupę wyznawców
powtarzając im, jak mantrę, że nie mówi im prawdy, a w rzeczywistości źródło
siły jest w nich samych. Każdy może być dla siebie guru. Potrzeba tylko wiary i
przekonania o własnej wartości. Drugie, równie ważne zdanko jest rzucone ot tak
sobie, mimochodem, a przecież uchwyciłem się go, jak pijany płotu. Słyszałem go
w różnych okolicznościach już nie raz, ale w tym momencie rada, żeby przed
wszystkim trzymać się blisko tych ludzi, którzy cię kochają zastanawia. Musi
być przecież, gdzieś w przeszłości, jakaś przyczyna mojej dotychczasowej
głuchoty, głupoty i ślepoty na tak jasno sformułowane, proste i oczywiste
stwierdzenia. Teraz wiem, że muszę wrócić na Śląsk aby być jak najbliżej
rodziców. Nie można całej opieki powierzać dobroci tylko jednej czy paru osób.
Starszy człowiek musi czuć, że jego istnienie nie jest obojętne bliźnim, a oni
powinni mieć w sobie zapas dobrej energii i pozytywnego myślenia o świecie.
Tylko wtedy nas nie przerażą trudności, niezależnie od tego czy są to sprawy
finansowe, zdrowotne, czy też sercowe. A propos serca, to teraz już uspokoiło
się po ryzykownym zabiegu i tata może znów pomagać chorej mamie odmierzając jej
codzienną porcję leków. Do tej pory musiał sam się często kłaść, bo wszystko
tak go bolało. Mając dwoje chorych na cukrzycę i serce rodziców zbadałem się,
ale na szczęście moje wyniki mieszczą się w normie. Czasami jednak serce
podchodzi do gardła, kiedy przyjdzie wiadomość o skuciu z płyty nagrobnej
teścia i żony części metalowych liter. Mamy dylemat, czy zrekonstruować
brutalnie zdemolowany napis, czy też pozwolić złodziejowi zabrać resztę mosiężnych
kawałków, które sprzeda w skupie złomu i kupi za to alkohol?… Chyba się
zdecydujemy na wyrycie w kamiennej płycie nazwisk i imion zmarłego ojca i
córki, bo wtedy przetrwa on przynajmniej do czasu, kiedy nas już nie będzie.
Nie mogę pomstować, ani życzyć źle człowiekowi, który tak zbezcześcił grób
naszych bliskich.  Wiem jednak, że taki
czyn nie pozostanie bez kary, bo wyrządzone komuś zło powraca do człowieka
dopadając go ze zwielokrotnioną siłą. Śmierć i obrzędy pogrzebowe przybierają
najprzeróżniejsze formy na całym świecie. Oglądałem to w chińskim filmie o
umieraniu i pożegnaniu obłożnie chorej kobiety. Kiedy umiera dziecko, wszyscy
płaczą z powodu ogromnej straty, ale gdy odchodzi stary człowiek pogrzeb jest
okazją do radosnej uczty, bo jest to prawdziwe uwolnienie z ziemskich trosk.
Zmarłego nic już nie boli i nie martwi się on, że jest ciężarem dla rodziny.
Tych filmów jest ponad sto. Niemożliwe, żeby zobaczyć je w komplecie, ale cieszę
się, że udało mi się je oglądać (z krótką przerwą na wyjazd do Schwerina na
Medientage) i trafić na prawdziwe perełki dokumentu. Zdziwił mnie tylko brak
reżyserów z mojego pokolenia na seansach i warsztatach. Być może młodsi
filmowcy tam byli, ale ja ich za bardzo nie znam i oni mnie nie znają. Dlatego
między innymi poszedłem na sobotni pokaz filmowy do Domu Sztuki na Ursynowie,
gdzie prezentowali się debiutanci. Zostałem niespodziewanie poproszony o
zabranie głosu w dyskusji, ale w tym gronie wolałem nie mówić rzeczy, które by
mogły zostać poczytane jako złośliwość. Pierwsze próby rzadko bywają genialne i
trudno je rozpatrywać jako profesjonalne filmy dokumentalne. Szczerość nie
zawsze jest na miejscu, więc w ślad za Bogdanem Kozyrą bezwiednie powtórzyłem słowa
uznania dla twórców i złożyłem im naprawdę szczere życzenia powodzenia na
przyszłość. Wszyscy uczestnicy seansu filmowego myśleli już o czekającym na
piętrze słodkim poczęstunku i wybornym winie. My też spieszyliśmy się na finał
Ligi Mistrzów, ale zdążyliśmy jeszcze uszczknąć tego i owego z mniej
obleganego, niż zazwyczaj stołu. Po prostu dobra pogoda nie sprzyja frekwencji
i tym samym dla upartych fanów kina zostało dość sporo łakoci do skosztowania.
Dzień po dniu zapamiętujemy nie tylko czyste fakty i obrazy, ale także powidoki,
smaki i zapachy, czuły dotyk i pierwsze wrażenie w kontakcie z kimś, kogo do
tej pory nie znaliśmy. Czasami (często) jest to rozczarowanie, ale niekiedy ten
ktoś okazuje się kimś niezwykłym, jak smaki egzotycznych serów, którymi
częstuje swoich przyjaciół i znajomych. Imponuje znajomością zasad gry i
trafnością ocen w typowaniu wyników totalizatora sportowego. Zazdroszcząc mu
powodzenia nie mamy jednak podstaw do zawiści, bo wszystko, co do tej pory
udało mu się wygrać stało się dzięki jego niezwykłym umiejętnościom. My, zwykli
śmiertelnicy nie mamy w sobie tego daru. Dlatego on jest królem życia, a my korzystamy
z owoców jego powodzenia. Fortuna kołem się toczy. Mamy nadzieję, że odmieni
się wreszcie na naszą korzyść. Cóż tego, że teraz jest źle i nie jesteśmy tak
kochani, jak byśmy tego chcieli … Jeszcze będziemy szczęśliwi, przez chwilę, to
prawda, ale na pewno tak się stanie. Trzeba w to wierzyć i nieustannie być
dobrej myśli nawet, jeśli w tej chwili nic nie wskazuje na to, że nastąpi cudowna
przemiana zła w dobro i nędzy w bogactwo. Skoro innym szczęście sprzyja, kiedyś
musi przyjść wreszcie nasza kolej. Z tym przekonaniem ruszam do Krakowa
przekonany, że członkowie Apelu Dokumentalistów nie skrócą mnie o głowę za to,
co pod ich adresem tu i tam wypisywałem.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

eine kleine Peterman

17 maj

Jakże dziwne i niespodziewane są tak przypadkowe związki,
jak bohaterowie legend i znajomi z naszej codzienności. Tym razem, na kolejnym Medientage nie śledziłem już z tak
wielką uwagą przebiegu obrad na Sali plenarnej. Bardziej zajmowała mnie uroda
zamku, w którego salach odbywały się panele dyskusyjne i konferencja o
perspektywach polsko – niemieckiej współpracy. Rysują się one wcale dobrze,
więc uspokojony poświęciłem swój wolny i część teoretycznie zajętego czasu na
pieszą podróż po uliczkach Schwerina. Później zafundowano nam zwiedzanie miasta
z przewodnikiem, ale cóż znaczy dwugodzinna gonitwa pomiędzy zabytkami, kiedy
jest ich w siedzibie Landtagu na każdym kroku co niemiara. Koleżanka, która z
wykształcenia jest historykiem sztuki prowadziła mnie śladami swojej pierwszej
studyjnej podróży dziennikarskiej i zwróciła mi uwagę na jeden z
najciemniejszych, niepozornych portretów zdobiących pałacowe komnaty. Była to
figura królewskiego pazia zwanego przez współczesnych Piotrusiem -
Człowieczkiem. Nie było w tym przydomku nic ujmującego. Wręcz przeciwnie,
bowiem chociaż ulubieniec króla i królowej Pomorza Przedniego nie mógł się
pochwalić wzrostem, to jednak wyróżniał się błyskotliwym intelektem i dowcipem.
Mądry karzełek wzbudzał wśród swoich rówieśników i przełożonych prawdziwą
sympatię, której ślad w Schwerinie jest dzisiaj widoczny na każdym kroku. Imię
Piotrusia noszą statki flotylli rzecznej i tramwaje turystyczne. Portret
Piotrusia zdobi wejścia do sklepów i miejskich instytucji. Plakaty z jego
wizerunkiem są na wszystkich trzech dworcach kolejowych i w hotelach.
Zastanawiające, że my nie wpadliśmy na tak wspaniały  pomysł mając przecież w historycznej pamięci
równie sympatyczną postać Stańczyka. Odpowiedź tkwi chyba w naszej skłonności
do krytyki, niż poszukiwaniu autorytetu i pozytywnego wzorca. Trend
odbrązawiania legend sprawił, że często odbijamy się od ściany do ściany: od skrajnego
uwielbienia do bezpodstawnego oczerniania. Czasami doświadczamy tego na własnej
skórze i przyzwyczajamy się do złych opinii na swój temat. Wcześniej obrażałem
się i nawet próbowałem tłumaczyć się, że to fałsz i kalumnie, dopóki ktoś mi nie
uświadomił, jak odbierane są usprawiedliwienia obwinionych. Jeżeli czujesz się
winny, wtedy się bronisz… Niewinni nie potrzebują obrony. To jest tak samo
prawdziwa teza, jak powiedzenie o tym, że gdy trzech ludzi mówi Ci, że jesteś
pijany idź do domu wytrzeźwieć. Próżno w tej sytuacji opowiadać, że czujesz się
zdrowy i sprawny. Kiedy więc niedawno przeczytałem post od utytułowanych „tfurcuf”
 filmowych zwątpiłem, ale na prośbę
jednego z nich przeprosiłem za czyny, których się nie dopuściłem. Zrobiłem to
dla świętego spokoju, żeby nie powtarzano, jakim to ja jestem niewykształconym
gburem. Najciekawszy w całej tej historii bez szczegółów, jest fakt zatajenia
moich przeprosin i pominięcia ich milczeniem w długiej liście głosów w dyskusji
autorów na temat ciężkiego stanu polskiej sztuki filmowej. Widocznie moderator
uznał, że nie mam prawa do moralnej ablucji i powinienem w oczach uczestników
sporu pozostać tym, który bezpardonowo wali na odlew rozdając ciosy Bogu ducha
winnym członkom grupy inicjatywnej Apelu Dokumentalistów. Tymczasem ja nikomu
nie dawałem upoważnienia do reprezentowania moich interesów jako
dokumentalisty. Równie dobrze mógłbym wystosować do jakiegoś ważnego urzędu,
czy nawet rządu, Apel Blogerów, bo przecież jestem blogerem. Ponieważ nie jestem
blagierem nigdy by mi to nawet nie przeszło przez myśl, żeby tak uczynić nie
pytając nikogo z blogerów o zdanie. Nie spytano mnie, więc mam prawo krytykować
tych, którzy po roku działalności Apelu Dokumentalistów czują się już zmęczeni
i składają broń bo właśnie mają sposobność pracy nad skierowanym do produkcji
filmem. Podzieliłem się na forum wątpliwością na temat związku pomiędzy otrzymanym
skierowaniem do produkcji filmu, a faktem istnienia w strukturach grupy
roboczej Apelu Dokumentalistów. Wywołało to burzę wśród poruszonych tym
członków i kolejny apel o wycięcie mnie z listy dyskutantów poprzez
zablokowanie możliwości udziały w wymianie poglądów.  Śmieszne, żałosne, ale prawdziwe… Dlatego tak
bardzo wzrusza mnie historia Piotrusia – człowieczka, który nikomu z dostojnych
mieszczan w pomorskim Schwerinie nie przeszkadzał, chociaż w swoim krótkim życiu
nie szczędził im słów prawdy i krytyki.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

urwany dyskurs o sztuce filmowej

14 maj

HISTORIA JEDNEJ DYSKUSJI

Maria Zmarz-Koczanowicz Marcin przypominam Ci, że
to Ty nie mogłeś się spotkać w długi weekend. Ja niestety od 5 maja jestem
zajęta,ale będę na festiwalu Planete Doc jurorem / od 13 maja przez tydzień/ i
chyba będzie trochę czasu, żeby sie spotkać. Jestem za, bo sytuacja się
zagęszcza…

Dariusz
Kowalski
myślę, że Artur przyjmie nas z radością na Planete+ Doc
Film Festival. To dobra okazja do spotkania. A potem pamiętajcie o Forum
dokumentalistów [i animatorów] SFP w Krakowie – 2 czerwca o godz. 12 w
Międzynarodowym Centrum Kultury, Rynek Główny 25
http://www.mck.krakow.pl/contact

Działalność
Międzynarodowego Centrum Kultury skupia się na wielowymiarowym podejściu do
dziedzictwa kulturowego. Nasze zainteresowania obejmują: dorobek cywilizacji
europejskiej, wielokulturowość Europy Środkowej, tożsamość i pamięć, dialog
kultur i społeczeństw, ochronę zabytków, politykę kulturaln…Zobacz więcej

Marcin Latałło
marysiu mylisz się odsyłam cię do naszej korespondencji mailowej. Wiec co
robimy podczas PDF? Artur Liebhart co proponujesz?

Marcin Latałło
myślę, że najważniejsze jest zadziałać na politików – nowa ustawa medialna,
nowe polskie centrum kinematografii, telewizja… to są tematy, o które musimy
walczyć.

Andrzej
Mańkowski
Ustawa, ustawa i jeszcze raz ustawa – nic innego w tej
chwili nie ma większego znaczenia dla przyszłości produkcji zwłaszcza filmów
dokumentalnych, jak nowa ustawa medialna.

Marcin Latałło
no to bierzmy sie za to – musimy dzialac z innymi srodowiskami tworczymi

Andrzej
Mańkowski
tak! każdym możliwym kanałem! pilne listy wysyłane do
Tuska i Boniego z SFP, z PISF, z KIPA, od władz naszych uczelni filmowych (ale
też np. od samorządów studenckich z tych uczelni); sądzę że również np. od
szefów festiwali filmowych dedykowanych dokumentowi (Kraków, Planete) i
prywatnie od dokumentalistów – mistrzów z rozpoznawalnym nazwiskiem; tudzież
nawet indywidualne zgłaszanie sprawy zaprzyjaźnionym biurom poselskim i
senatorskim – jeśli ktoś ma takowe w swoim notesie – działajmy jak tylko bądź,
bo czasu na zwłokę i kręcenie nosem – czy warto, czy nie? czy ktoś posłucha czy
nie? czy przeczyta czy nie? – no naprawdę już nie ma… A tutaj na forum warto
by dzielić się tym, co się robi w tym zakresie, co i gdzie się zgłosiło – to
jest też idealne miejsce do koordynacji tych działań…

Maria Zmarz-Koczanowicz Ja od 13 wieczorem jestem
na festiwalu / z wyjątkiem środy/ , warto byłoby się spotkać w szerszym gronie,
warto, żeby ktoś zreferował prace nad ustawą. Festiwal to dobre miejsce .

Dariusz
Kowalski
‎@AM Właśnie SFP wysyła zaproszenia do ministrów Boniego i
Zdrojewskiego na Forum w Krakowie przy KFF.

Maria Zmarz-Koczanowicz A czy ktoś może
spowodować żeby byli? Mnie się to wydaje nierealne

Andrzej
Mańkowski
min. Zdrojewski powinien być po prostu adwokatem twórców
filmowych w gabinetowych negocjacjach rządowych nt. nowej ustawy medialnej.
Ciekawe tylko, czy zechciały podjąć się takiej roli… Czy jest wśród nas ktoś,
kto mając z nim osobisty kontakt po prostu zechciałby poprosić go o tego
rodzaju wsparcie? Mejlem, telefonem, w rozmowie – wszytko jedno jak. Z kolei
min. Boni może być tak zajęty, że z zaproszenia najzwyczajniej nie skorzysta. A
jeśli dostanie z SFP i innych filmowych instytucji konkretny list / zapytanie o
postęp prac w sprawie (wraz z argumentacją, że tok prac nad ustawą medialną
jest w obecnej chwili języczkiem u wagi całego środowiska filmowego w kraju) -
no tu już jest ślad w papierach i wymóg urzędowej odpowiedzi.

Zbigniew
Kowalewski
Z przykrością stwierdzam, że skasowanie długiej dyskusji
o Apelu Dokumentalistów jest cenzuralnym zabiegiem w stylu przypominającym
moderację z serwisów partyjnych. Moderatorowi widocznie zależy, aby większość
użytkowników nie przeczytała, o czym tam dokładnie napisaliśmy. Ktoś kto nie ma
czasu znalazł jednak czas na uważną lekturę i znalazł tam prawdę, która wydała
mu się zbyt trudna do zaakceptowania. A ona potwierdza przyczyny rozpadu grupy
roboczej i iluzoryczność istnienia Apelu Dokumentalistów. Kierownictwo TVP
wiedziało, że jeśli da się prowodyrom protestu robotę, to oni się uciszą, a
wraz z nimi ucichnie cała grupa. Wiem, że brzmi to bardzo prosto, wręcz
prostacko, ale taki jest stan rzeczy na dzień dzisiejszy. Jeśli grupa robocza
walczy, to tylko z tymi, którzy zadają niewygodne dla nich pytania. Członkowie
tej grupy nie mają nawet czasu poinformować o zakończeniu działalności Apelu
Dokumentalistów i przeprosić za wywołanie fałszywego alarmu. Następnego już nie
będzie… gratuluję!

Marcin Latałło
nie zbyszku skasowalem ten post bo byla wyrazna prosba, zeby nie tworzyc
dyskusji pod watkiem dragon forum. A wyraznie nikt nie chcial tego slyszec.
posty sie raczej czyta na biezaco, potem znikaja i tak… akurat podzielam twoj
niepokoj w sprawie braku dzialania naszej samozwanczej grupy roboczej i widze
okazje, zeby troche nadrobic, zmotywowac sie, i zebrac sily zamiast sie
rozdzielac.

Zbigniew
Kowalewski
ja się nie obrażam na rzeczywistochę i jakby co to sam
wiesz

Dariusz
Kowalski
Zbyszku, obiecywałem sobie, że nie będę reagować na Twoje
"walenie na odlew" i jak sam to mniej więcej określasz: "wręcz
prostackie" uwagi. Chyba każdy głupio się czuje, kiedy musi udawadniać, że
nie jest wielbłądem. Chciałem jednak podkreślić, że moje zaangażowanie w Apel
nie polega na tym, żebym ja i np. Zbyszek Kowalewski robili filmy dokumentalne,
ale żeby stworzyć i/lub podtrzymać takie warunki, żebym ja i Zbyszek Kowalewski
mieli równe szanse na starcie o pieniądze na produkcję. To taka mała różnica
albo – jak kto woli – "kwestia smaku" w podejściu do pojmowania tego
świata, który – o czym dobrze Zbyszku wiesz – rajem nie jest. A na koniec
poinformuję, że Apel Dokumentalistów nie zakończył swoje działalności, a
pogłoska o śmierci "grupy roboczej" była przesadzona (was an
exaggeration). A na koniec, chociaż obawiam się konkurencji, podzielę się taką
informacją (przy okazji jak podobne deadline’y będą ogłaszane, to chętnie będę
Ciebie o tym informować, bo szkoda przecież Twojej energii na walkę z
wiatrakami):
http://www.pisf.pl/pl/dotacje/programy-operacyjne/po-2012/po-produkcja-filmowa

Maria Zmarz-Koczanowicz Nie mam już uważności dla
ZK.Nieprzypadkowo używa słownictwa z poprzedniej epok :i
"prowodyrzy"… Po raz kolejny powtarzam, że "prowodyrzy"
Apelu zawsze mieli "robotę" / jak ZK nazywa realizację filmów/ i nie
o "robotę" a o sztukę nam chodziło i chodzi.

Zbigniew
Kowalewski
tak myślałem. Nie dziwię się już niczemu

Zbigniew
Kowalewski
Jeszcze dodaj, że ten kto ma pretensje jest komuchem, a
pokorne cielę dwie matki ssie

Jakub
Cuman
Marcin Latałło, jako moderatorowi grupy,
proponuję zablokować pana ZK na forum Apelu, za nie pierwsze już z Jego strony
obrażanie ludzi i sprowadzanie dyskusji do żenującego poziomu inwektyw
personalnych.

Marcin Latałło
męczy mnie ta odpowiedzialność. chcesz być adminem, kuba?

Andrzej
Mańkowski
Ludzie, ludzie, dajcie pokój – po co znowu ta batalia
między Wami? Pana Zbyszka rozpiera – i cóż, zdarza się. Wszelako o ile lepiej
by było tę jego energię wykorzystać konstruktywnie i przesunąć do jakiejś
sensownej sekcji gimnastycznej Apelu, a nie wywalać i to na oczach – Kuba,
jeśli dobrze pamiętam, nie pierwszy raz już apeluje tu o karę śmierci, gdy tylko
ktoś mu nie spasuje. Nie tędy droga wiedzie, nie tędy… Bo tymczasem, pod
niezbyt świeżego śledzia tej dyskusji, gdzieś w gabinetach piją właśnie
zmrożoną wódeczkę osobnicy tworzący tekst nowej ustawy medialnej. Co oni piszą?
Z kim to konsultują? Ktoś coś wie? Podzieli się? Amba… Ale jednakowoż jak
ustawa ta wejdzie w życie – każdemu będzie łatwiej o pieniądze na nowe filmy z
TVP, gdyż owych pieniędzy będzie po prostu – i to z dnia na dzień – 10 razy
więcej. Niech myśl ta zapala każdego po stokroć bardziej niż myśli sporne kto?
kogo? i przez czyje ucho? Uszanowania z miasta mojego nadmorskiego przesyłam;-)

Maria Zmarz-Koczanowicz Andrzeju nie chce mi się
dyskutować jeśli ktoś któryś raz mnie bezpardonowo napada , na odlew, na chama.
Nawet jako kobieta – reżyser lubię dobre maniery i nie wybaczam ludziom ich
braku. Dlatego z ZK już nie dyskutuję nawet w kwestiach gimnastycznych.

Zbigniew
Kowalewski
‎… teraz ma głos towarzysz mauser!

Zbigniew
Kowalewski
To cytat z Majakowskiego… A na poważnie nikt by się nie
obrażał, gdyby czytał to, co napisałem ze zrozumieniem. A jest tego wiele i nie
ma tam żadnych inwektyw. Maria jest nadwrażliwa na swoim punkcie i nic na to
nie poradzę. Nie piszę o swoich wyobrażeniach, ale przedstawiam fakty, a na nie
trudno się obrażać. Na mnie tak, bardzo proszę!

Andrzej E. Falber ‎…po skasowaniu "bardzo
dlugiej dyskusji pod postem doroty" dyskusja zamarla ! Czy o to chodzilo
?! AEF.

Zbigniew
Kowalewski
niebawem forum dokumentalistów w Krakowie

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

mam wszystko w tyle

09 maj

Dzisiaj
przez ponad godzinę wysyłałem jeden tekstowy mail i to utwierdziło mnie w
przekonaniu, że rezygnacja z usług najdroższego operatora sieci była ze wszech
miar słuszna. Właściwie wszyscy są siebie warci, ale już nie chcę tracić czasu
ani nerwów na analizowanie kłamstw rozpowszechnianych w ich promocjach i
reklamach.  Aby poprawić mi humor
przyjaciel kusił mnie wieczornym meczem przy paru kuflach piwa w dobrym
towarzystwie. Odpowiedziałem, że mam już dość tej jarmarcznej atmosfery przed
mistrzostwami, które tylko pogrążają nas w nowych długach a nabijają kabzę
kilkudziesięciu „znajomym Królika”. Już mnie nie wzruszają odpustowe maskotki i
niczym nie zachwycają wybory przebojowej wersji hymnu. Wszystko jest jakieś
siermiężne, miałkie i nijakie. Być może wszystko jest konsekwencją kontynuacji
afer i atmosfery nieustannych podejrzeń o korupcję uczestniczących w tym
przedsięwzięciu osób. Jak kiedyś celnie ujął to w swojej piosence mój ulubiony
wykonawca, Kuba Sienkiewicz „… Ja mam to
w tyle
…”. Natomiast poważnie zastanawiam się nad tym, co nas czeka. Nie
tylko mnie, choć nie mam złudzeń, że przede mną bardzo ciężki okres próby.
Zawaliły się wszystkie moje dalekosiężne plany i projekty z prostego powodu. Żeby
jeść z diabłem, trzeba mieć drugą łyżkę… Ostatecznie mógłbym próbować palcami,
ale w eleganckim towarzystwie nie wypada. No to obejdę się smakiem i pooglądam
wszystko, co mnie ominęło przez pancerną szybę. Docierało to do mnie powoli i z
oporami, a przecież powinienem to z pokorą przyjąć jako jedną z najbardziej
oczywistych prawd, że teraz z dnia na dzień będzie coraz więcej takich rzeczy,
które przyjdzie mi obserwować  przez taką
szybę. Poza mną został wiek męski, przede mną zaś okres klęski. Piszę to z
przekąsem krzywiąc się na tak oczywiste stwierdzenie faktu, ale w końcu trzeba
to jakoś znieść i ostatecznie przyjąć do wiadomości, że już nie wszystko można swobodnie
w życiu robić i nie wszędzie uczestniczyć. Po lewej stronie pozostawiam młodzieńczą
tęsknotę, mniej czy bardziej spełnioną miłość i niezrealizowane plany, a po
prawej jest tylko coraz smutniejsza starość i śmierć. Wbrew logice wcale się
tym nie zamartwiam. Być może moja wyobraźnia jeszcze nie ogarnia tego wielkiego
strachu, jaki przeraża człowieka przed przejściem na drugą stronę Rubikonu. Będziemy
tam kiedyś wszyscy razem, ale przecież nikomu się nie spieszy… Gdy mamy wiele
czasu, jak w ostatni długi weekend, dopada nas ta ciemna seria najczarniejszych
myśli i trudno się wydostać z tych meandrów z powrotem do światła. Dlatego
każda praca i zajęcie, które nie pozwala nam na takie rozważania są dla nas
wybawieniem. Bezczynność sprawia, że błyskawicznie pogrążamy się w przepastnej
czeluści bez żadnych perspektyw na ocalenie. Mam tylko nadzieję, że skoro
jeszcze odróżniam słoneczny dzień od ciemnej nocy, a każdy świt mnie cieszy
niepomiernie, to jeszcze mam przed sobą wiele wschodów i zachodów księżyca.
Wiem, że coraz bardziej upodabniam się do niego pokazując się już tylko z
jednej strony i świecąc coraz bledszym odcieniem odbitego blasku. Zdaję sobie
sprawę, że nie przypominam już pocisku wielkiej mocy, którego nie ma kto
wystrzelić… może jestem, niczym nabój dużo mniejszego kalibru. A tak naprawdę,
czuję się jak kostka lodu w szklance rozcieńczonego wodą alkoholu. Co prawda, sam
już nie piję, lecz daję pić, pozwalam się skonsumować przynosząc ulgę i
orzeźwienie tym, którzy mają prawo czerpać z życia pełnymi garściami. Roztapiam
się w wybornym trunku i ginę, jak mała syrenka z baśni Andersena stopniowo
rozpłynęła się w powietrzu. Właśnie tak to widziałem i nawet napisałem o tym w
liście do najbliższej mi osoby, ale nie przekonałem jej, że to konieczne i
nieuniknione. Tylko ją rozgniewałem. Właściwie każda prawda jest trudna do
zniesienia, a prawda o sobie, być może zupełnie niemożliwa…  Usiłując się ratować iluzjami, tworzymy
najbardziej fantastyczne wyobrażenia na własny temat. Fantazja podpowiada nam
najpiękniejsze kłamstwa, aby jak najdłużej utrzymywać nas w przekonaniu, że
wcale nie jest tak źle. Wiemy oczywiście, że nie ma żadnej nadziei i jest
fatalnie, ale póki się da, to uparcie trwamy w fałszywym poczuciu
rzeczywistości, nierzeczywistości, o której z taką goryczą pisał Kazimierz
Brandys. On nie miał najmniejszych złudzeń i ja też nie mam prawa karmić nimi swoich
partnerów. Siebie już nie oszukam, ale czy to naprawdę ma sens, żeby tak
wszystko odsłaniać aż do końca?… Nie okłamując nikogo powinniśmy przynajmniej
zostawić jakiś cień tajemnicy i zagadki… Choćby po to, żeby przy końcu tej męczącej
drogi nie było nam tak śmiertelnie nudno.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

dobrze… ale nie beznadziejnie

08 maj

Opustoszała
ulica Świętokrzyska tuż przed dziewiętnastą zaroiła się bywalcami. Chociaż zamknięto
już sąsiadującą z kawiarnią księgarnię, to jej klienci wpadli do sąsiedniego
lokalu na wino, kawę i kawałek ciasta. Wbrew pozorom o wiele częściej nabywcami
słodyczy byli mężczyźni. Kobiety wolały wino, ale na czas zebrania wstrzymano
jego sprzedaż, jakby się obawiano burd i zamieszek, bo cel był wybitnie
polityczny. Rafał Ziemkiewicz w towarzystwie znanego katolickiego publicysty
podzielił się z obecnymi na sali sympatykami prawicy oceną sytuacji w kraju po
wyborach we Francji, Grecji i reszcie Europy. Ja wytrwałem tylko chwilę i z
nudów zacząłem wertować o wiele bardziej zajmujące ilustrowane tygodniki  ze zdjęciami modelek. Wśród nich także Carli
Bruni, która być może z powrotem dołączy do ich szpaleru. Przecież już nie jest
Pierwszą Damą. Zaprosił mnie na tę wieczornicę znany, warszawski poeta chcąc
zorganizować mi powtórny pokaz filmu o porucznik pilot Janinie Lewandowskiej. W
tym celu musiałem poznać kilku znaczących gości mających autorytet wśród
zebranych gości, a to jest potencjalna widownia przyszłego seansu filmowego. Tym
razem dla zebranych w klubie prezentował fragment swojego przyszłego dzieła
reżyser Krzysztof Wojciechowski. Poświęcił je pamięci marszałka Chrzanowskiego.
 Niestety, było to ostatnie spotkanie w
lokalu przy Świętokrzyskiej, bo wokół szalały już masywne urządzenia budowlane
i wiercące dziury w ziemi, ogromne świdry sprowadzone przez inwestora gdzieś ze
śląskich kopalni. Intensywne roboty górnicze przy budowie drugiej linii metra
spowodowały, że warszawska prawica przenosi się tymczasowo do klubu w Hybrydach
. Podobno to właśnie tam odbędzie się pokaz mojego filmu: „Z nieba do nieba”.
Niech się dzieje, co chce. Skoro nikt nie chce emitować go na wizji w
telewizji, zgadzam się na każdy seans z każdą publicznością, gdzie tylko zechcą
oglądać rezultat całorocznych zmagań z biurokracją i materią. Pięćdziesiąt osób
zaszczyciło swoją obecnością pokaz zorganizowany w centrum prasowym SDP przy
ulicy Foksal. Wiem, że nie powinienem się odzywać słowem po jego zakończeniu i
już tego błędu nie powtórzę. Potrzebny jest inteligentny komentator, który
wprowadzi widzów w temat i pozwoli zorientować się im w skali zbrodni, jakiej
dokonano przed kilkudziesięciu laty na naszych przedwojennych elitach. Po co
się o tym rozgadywać… przecież wszystko, co najważniejsze, zostało już opisane
i wypowiedziane. Tuż przed zakończeniem montażu dyskutowaliśmy w macierzystym
Studio Filmowym o zasadności tego tytułu, ale po ostatecznym rozwiązaniu umowy
o pracę w „KRONICE” przestałem już się tym zajmować. Zastanawiałem się tylko,
dlaczego żaden członek, ani jeden producent, czy nawet kolega ze studia nie
pojawił się w ten kwietniowy wieczór na sali projekcyjnej w centrum prasowym
SDP. Nie miałem powodu podejrzewać i wówczas jeszcze nie przypuszczałem nawet,
że jest to dopiero ponure memento do tak beznadziejnego rozstania. Dyrektor i
kierownik artystyczny nie odezwał się nawet słowem, zanim sekretarka nie
wspomniała o konieczności zwolnienia z KRONIKI wszystkich twórców. Być może jemu
było ciężko o tym mówić, ale w tej sytuacji ja nie zamierzałem nikomu z nich ułatwiać
spełnienia przykrej powinności.  Realizowali
nakaz likwidatora. Jego obecność przypomina dawnych komisarzy wojskowych w
telewizji i ponure czasy Stanu Wojennego. Ale nie na tym przecież polega
realizacja planu naprawczego przedsiębiorstwa, żeby zwalniać twórczych pracowników
pozostawiając tylko urzędników i członków ścisłego kierownictwa. Zupełnie
pozbawiony złudzeń i oparcia poczułem się oszukany i zdradzony, jak przez
członków grupy roboczej Apelu Dokumentalistów, którzy wystąpili między innymi, w
moim imieniu, a de facto załatwiali swoje prywatne interesy na szczytach władzy
tam,  gdzie bez naszego moralnego wsparcia
nigdy by się nie dostali. Samozwańcy zostali wysłuchani jako nasi reprezentanci
i dla świętego spokoju dano im zajęcie nad skierowanymi do produkcji ich
własnymi projektami. W ten sposób przekupiono ich, spacyfikowano Apel, ubezwłasnowolniono
prowodyrów buntu, odebrano im całą charyzmę i wiarygodność. Tak to się robi nad
Wisłą, bo tu jest łatwo z tak podzielonym środowiskiem małych, próżnych
egoistów z wielkimi słowami na ustach i nic już nie znaczącymi hasłami, jakie
wypisywali w swoich manifestach.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS