RSS
 

Archiwum - Kwiecień, 2012

Stypendium Artystyczne Miasta Stołecznego Warszawy

27 kwi

Ostatni wyczyn kapitana pilota Tadeusza Wrony uświadomił
Polakom a mieszkańcom Stolicy w szczególności, że nawet na tak stosunkowo
niewielkim lotnisku, jak Okęcie mogą zdarzać się lądowania, które przechodzą do
historii. Polscy lotnicy to prawdziwy powód do naszej dumy  ze wspaniałego dziedzictwa. W przeszłości
mieliśmy bowiem wielu mistrzów awiacji. Startowali oni w przestworza na
samolotach hangarowanych aż na pięciu 
aerodromach. Ich nazwy niesłusznie zapomniano i warto odtworzyć tę
historię dla młodych ludzi zwiedzających Stolicę Polski. Można im pokazać te
pola chwały i przestrzeń, w której rodziła się i zaistniała prawdziwa  legenda polskich skrzydeł. Tworzyli je
wspaniali, odważni, utalentowani ludzie. Pisząc o pięciu najbardziej eksponowanych portach lotniczych
Warszawy staram się zwrócić uwagę na historyczne miejsca związane ze sławą i
chwałą Polskich Skrzydeł. Przejąłem ten wielki bagaż wspomnień od najstarszych
pilotów Aeroklubu Warszawskiego. Zrealizowałem na tym warszawskim aerodromie
kilka dokumentalnych filmów o dziejach polskich formacji lotniczych z udziałem
m. in. gen. bryg. pil. Stanisława Skalskiego i jednego z jego biografów, gen.
broni pil. Jerzego Gotowały.  Sam nie zdawałem sobie sprawy, że w europejskiej
stolicy średniej wielkości, funkcjonowało aż pięć lotnisk z całym zapleczem,
eskadrami maszyn, pilotów, zespołami ludzi, sprzętem i pełnym wyposażeniem
technicznym. Po raz pierwszy usłyszałem o tym fakcie od pilota Piotra Szczepańskiego na bemowskim lotnisku
Aeroklubu Warszawskiego nieopodal ulicy Księżycowej. Przy okazji rozmowy o
najstarszym lądowisku na stołecznym Polu
Mokotowskim
wspomniał o zbudowanym tuż przed wybuchem drugiej wojny
światowej, lotnisku na Gocławiu.
Pomimo jego likwidacji w latach siedemdziesiątych do dzisiejszego dnia
zachowały się stojące przy Wale Miedzeszyńskim  lotnicze hangary. Czwartym z kolei, ale pierwszym ze względu na wielkie
znaczenie w międzynarodowym ruchu lotniczym jest Port Lotniczy im. Fryderyka
Chopina na warszawskim Okęciu. Tu
także stacjonowały przed wojną myśliwce broniące Stolicy przez nalotami
Luftwaffe. Piloci słynnej Eskadry
Pościgowej
mimo ogromnej dysproporcji sił we wrześniu 1939 roku podjęli
walkę pod warszawskim niebem i strącili wówczas wiele niemieckich maszyn. Na
przeciwległym krańcu Warszawy odradza się lotnisko w Modlinie. Jeszcze do niedawna ten port lotniczy pełnił rolę
wojskowego aerodromu ( podobnie, jak do końca lat siedemdziesiątych, lotnisko
na Bemowie). Historyczne bazy i
porty lotnicze uległy likwidacji i przeobrażeniu, ale warto przy tej okazji
wspomnieć o olbrzymiej roli, jaką spełniały przez lata swojej działalności na
terenie Warszawy. Oprócz swej normalnej, codziennej pracy, ludzie polskich
skrzydeł umieli wzniecić w społeczeństwie olbrzymi zapał do lotnictwa. Do
Szkoły Orląt w Dęblinie garnęły się tłumy młodzieży pragnącej wznieść się w
powietrze i latać tak doskonale, jak podziwiane przez wszystkich Asy
przestworzy. W Aeroklubie Polskim
znajdują się zdobyte przez nich trofea – statuetki Ikara i liczne dyplomy. W Księdze Chwały Polskich Lotników
zapisane są nazwiska zwycięzców międzynarodowego Challenge’u – Żwirki i Wigury, niezapomnianego tryumfatora kolejnych zawodów Bajana i zdobywców Pucharu Gordon Bennetta – pilotów balonowych: Hynka i Płonczyńskiego.
Lista wymienionych pokrótce, sukcesów i zwycięstw odniesionych przez polskich
lotników jest bardzo długa. Każde z wymienionych wcześniej pięciu lotnisk
Warszawy ma swoich wielkich patronów i bohaterskich pilotów. Popularyzacja tych
sylwetek, integralnie związanych z historią Warszawy może uświadomić tzw. szczurom
lądowym,  skalę zaangażowania i wkład lotników w życie
duchowe Stolicy. Organizowane festyny i pikniki lotnicze na Polu Mokotowskim gromadziły przecież śmietankę
towarzyską Warszawy. Przy wytoczonych z hangarów samolotach fotografowali się
przyjaciele, zwykli ludzie, ale były także uwieczniane kamerami Polskiej
Agencji Telegraficznej PAT gwiazdy
ówczesnych kin i teatrów. Rzetelna dokumentacja zasygnalizowanego tu tematu
pięciu lotnisk Warszawy pozwoli na stworzenie pełnej monografii zjawiska z
pogranicza socjologii, kultury oraz historii najnowszej Odrodzonej
Rzeczpospolitej. Proponuję , aby ta monografia miała formę multimedialnej
prezentacji ze współczesnymi terenami historycznych aerodromów oraz
odpowiadającymi im fotografiami z okresu działalności tych samych lotnisk w
przeszłości. Uzupełnieniem ocalonej po wojnie ikonografii, a właściwie
dopełnieniem całości opisu będą zarejestrowane na taśmie video relacje bezpośrednich
świadków i badaczy historii polskiego lotnictwa. W warstwie dźwiękowej multimedialnej
prezentacji warszawskich aerodromów użyjemy nagrań „Marszu Lotników” i hymny oraz
pieśni każdego z 17 polskich dywizjonów lotniczych stacjonujących w okresie
drugiej wojny światowej w Wielkiej Brytanii. To ogromne bogactwo materiału
dokumentalnego zebrane w jednej monografii może się przysłużyć popularyzacji
dziejów Warszawy w mniej znanej społeczeństwu, dotychczas słabo eksponowanej dziedzinie.
A przecież można tym historycznym szlakiem prowadzić turystów organizując dla
nich wycieczki uzupełnione prezentacją stworzonej przeze mnie monografii.
Zapewniam, że jest to bardzo atrakcyjna, porywająca opowieść o ludziach
obdarzonych rozlicznymi talentami i ujawniającymi je na każdym kroku, gdzie się
tylko pojawiał polski lotnik. Twórcą „Marsza Lotników” jest nie kto inny,
jak lotnik, kpt. pil. Stanisław Latwis. Wśród lotników było wielu artystów i oni tworzyli zespół
„Wesołej Czwórki Lotników” pod wodzą Jasia
Wojewódki
, który po wojnie za Oceanem, jako menedżer, wspomagał tournee
Marii Fołtyn prezentującej „Halkę” Stanisława Moniuszki. Kończąc
na tej dygresji otwieram wielki temat lotniczej Warszawy usytuowanej pomiędzy
pięcioma starymi aerodromami, których pamięć trwa wśród nestorów i badaczy
dziejów awiacji. Warto uprzystępnić młodym tę jakże ciekawą i niezwykle
inspirującą historię Polskich Skrzydeł w samym sercu,
Stolicy. Popularyzacja istniejących jeszcze śladów wspaniałej
przeszłości przyczynia się do integracji ludności z miastem, którego tej karty
dziejów jeszcze nie w pełni odsłonięto. Zamierzam to uczynić tworząc monografię
pięciu legendarnych aerodromów, które mają swoją kontynuację na lotnisku Aeroklubu Warszawskiego i w
modernizowanych portach lotniczych na Okęciu
i w Modlinie. Wciąż aktualne hasło:
Przeszłość – Przyszłości” wyraża
zarówno moje własne, autorskie intencje, jak też marzenia o roztoczeniu szeroko
rozumianej opieki gospodarzy  nad tymi
magicznymi miejscami naszej Stolicy.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Cisza po Apelu Dokumentalistów

26 kwi

Nigdy nie marzyłem o kinie, ani o tym, żeby być
reżyserem. W szkole podstawowej miałem referat o produkcji filmu „Faraon
i wszystkim nam imponował rozmach tego przedsięwzięcia. Ilość wagonów konieczna
do przewiezienia olbrzymiej masy kostiumów, rekwizytów, żywności potrzebnej do
wykarmienia tłumów statystów i przede wszystkim gwiazdy polskiego kina były
tematem naszych ożywionych dyskusji. Wielu chłopcom z mojej klasy podobała się
rola Jerzego Kawalerowicza z megafonem w ręku dyrygującym słowem i gestem ruchem
oddziałów żołnierzy radzieckich w kostiumach armii starożytnego Egiptu. Jak na
moją prowincjonalną wrażliwość był to zbyt wielki szum i galimatias. W owym
czasie zapamiętywałem sążniste fragmenty rodzimych klasyków myśląc nad
interpretacją, która by powaliła na kolana Komisję Egzaminacyjną szkoły
teatralnej. Ale przede wszystkim musiałem popracować przy przezwyciężeniu wad
wymowy. Nie miał mi wtedy kto powiedzieć jak i co mam robić, żeby zadziwić
egzaminatorów. Ostatecznie rezygnując ze snów o potędze na scenie narodowej przypomniałem
sobie przedstawiony referat filmowy o „Faraonie” i z tej inspiracji zdawałem
na Wydział Operatorski Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej Telewizyjnej i
Teatralnej w Łodzi.  Wówczas wydawało mi
się to naturalne, że robota filmowa przede wszystkim polega na fizycznym
kontakcie z kamerą. Dla mnie to było zupełnie oczywiste, że autor zdjęć był tym
artystą, dzięki któremu wzruszamy się i płaczemy razem w kinie.  Oglądaliśmy przecież  wszędobylskiego „Człowieka z kamerą” Dżigi
Wiertowa. Dokładnie takim właśnie chciałem być i zostać przyjętym do słynnej w
całym świecie uczelni. Jasne, że po maturze w Lotniczych Zakładach Naukowych
nie byłem jeszcze gotowy do podjęcia studiów artystycznych i słusznie zostałem
odrzucony już na etapie oceny prac przedstawionych przed egzaminem. Dostałem
się do tej szkoły, bo zauważono mnie w zupełnie inny sposób. Moje aktorskie
predyspozycje przydały się, bowiem dopiero po zagraniu w kilku studenckich
etiudach filmowych przestałem być jednym z wielu absolwentów, którzy w
anonimowej masie kilkuset kandydatów aspirowali do bycia reżyserem. Wtedy już
dobrze wiedziałem na czym polega ten fach, bo na planie wysłuchiwałem uwag i
poleceń przyszłych reżyserów polskiego kina, głównie Krzysztofa Skudzińskiego i
Leszka Wosiewicza. Opowiadanie o początkach tak zwanej kariery ma ten prosty
sens i wymowę, która w prosty sposób nawiązuje do obejrzanego na ekranie kina
szkolnego „Człowieka z kamerą”. Minęło już kilkadziesiąt lat od ukończenia
łódzkiej filmówki, a ta pierwotna fascynacja nadal mi przyświeca, jako ideał
filmu, filmowca i przykład losu artysty. Należy dodać, że to przytłaczający
duchowo, bardzo smutny życiorys znanego w historii kina powszechnie
podziwianego człowieka. A przecież jego codzienna praca była pasmem nieustannej
udręki, żebraniny o skierowanie filmu do realizacji i kręcenie na jakichś
resztach taśm na końcu rolek w nie do końca skręconych kasetach z innych
filmów. Dżiga Wiertow przemontowywał
swoje filmy w nieskończoność pod dyktando wszechwładnych redaktorów, wobec
których był bezradny, bo nie mógł się im sprzeciwić. Jedynym jego protestem
było rzeczywiste odejście z tego świata po zawale serca. Nie wytrzymał on tego
nerwowego napięcia i nieustannych sporów o zachowanie własnej koncepcji
autorskiej filmu. Dzisiaj, w dobie demokracji ten dylemat autora nadal istnieje
i dochodzi poważniejszy – brak zainteresowania tym, co dokumentalista
proponuje. Czy mnie to oburza?… Na pewno nie, bo nikt nie obiecywał nam
Oskara, ani nawet krakowskich lajkoników za to, co z niemałym trudem powstaje
najpierw w głowie autora, a potem nadludzkim wysiłkiem i jakimś cudem udaje się
mu zmontować. Tak się dzieje od kompletowania ekipy, namawiania ludzi do pracy
na kredyt z nadzieją, że kiedyś ten film zdobędzie festiwalowy laur i zostanie
wyemitowany w kilkunastu kanałach telewizyjnych w Europie. O światowej karierze
nie wspominam, bo znam tu o wiele więcej rozczarowań, niż incydentalnych
przypadków uznania talentu polskiego twórcy. Sam nie zabiegałem i nie zabiegam
o uczestniczenie w tych konkursach bo po pierwsze sztuka jest nie wymierna.
Właściwie mógłbym na tym stwierdzeniu poprzestać, gdyby nie znany wszystkim
proceder kupczenia nagrodami między ich fundatorami, społecznymi komitetami, zaangażowanymi
do oceny jurorami i mnóstwem dygnitarzy, szarych eminencji kina mających realny
wpływ na rozdział honorów i zaszczytów. Właśnie przez to swoiste targowisko
próżności wszystko, co związane z festiwalami jest do dziś zupełnie obce i
zawsze wzbudzało we mnie wstręt. Tam często decydują ludzie, którzy nie kochają
i nie rozumieją kina, ale doskonale wiedzą gdzie są konfitury. Dawno przestałem
się dziwić, dlaczego obejrzany film, który zadziwia pięknym, artystycznym
kształtem przechodzi bez echa. Za to doraźnie wykonane propagandowe zlecenie
znajduje uznanie i poparcie wszelkich możliwych czynników. Tak, tak… to, co
dawno temu zarzucano partyjnej propagandzie nadal trwa w nieco zmienionej
formie, ale w istocie jest tym samym łajdactwem. Uczestnicy tego procederu są
zbyt sprytni, żeby dać się przyłapać na gorącym uczynku. Musi to trwać przez
cały rok, kiedy wysłannicy i reprezentanci festiwali odbywają po świecie wojaże
w poszukiwaniu nowych filmów… Jakby zbyt mało propozycji przychodziło pocztą na
krążkach DVD. W cztery oczy można ustalić jednak to, co nie zostawia śladu na
papierze i w żadnych oficjalnych dokumentach nie znajduje potwierdzenia.
Świetnym interesem popularnych festiwali jest ustalenie wpisowego, które naiwni
kandydaci wpłacają wraz z przesłanym do kwalifikacji filmem. Nikt nie zwraca
tej sumy nawet, gdy film nie zostanie przyjęty do konkursu. Przy kilku
tysiącach zgłoszeń można uzbierać nawet całkiem przyzwoitą kwotę. Co prawda,
nie wszyscy organizatorzy wymagają entry fees, ale kilkadziesiąt euro dla
indywidualnego twórcy nie jest obojętną sumą, a i liczący każdy grosz producent
nie czuje się tym zachęcony. Musi przecież wydać jeszcze sporo na opracowanie
wersji językowych i kopie oryginału do emisji na ekranie. Bez instytucjonalnego
wsparcia można zapomnieć o właściwej promocji filmu w kraju i za granicą.
Tymczasem rzadko w budżecie filmu znajduje się promocja bo z braku pieniędzy na
samą produkcję, to na ogół ulega skreśleniu w pierwszej kolejności. Brak
środków na realizację filmów w profesjonalnych warunkach sprowokował powstanie oddolnego
ruchu twórców kina, który przybrał miano Apelu
Dokumentalistów
. Nagłośnili oni tę ogromnie ważną sprawę we wszelkich
dostępnych mediach i uzyskali nawet pewne obietnice. Oczywiście nikt z
układających się z dokumentalistami redaktorów nie myślał, że ich musi
dotrzymywać. Dla świętego spokoju przyjęto do produkcji scenariusze tych
realizatorów, którzy najgłośniej mówili o tym, jaka dzieje im się krzywda, ale
cała reszta koleżanek i kolegów nadal pozostaje bez pracy. Mogą się poczuć
zawiedzeni, a nawet oszukani przez prowadzącego ich stronę internetową bossa
zyskującego na znaczeniu dzięki ich poparciu, ich głosami wykreowanego na
przedstawiciela ich interesów w kontaktach z decydentami. Tymczasem wychodzi na
to, że prowodyrzy tego buntu poprzestali na pierwszym skierowanym do produkcji
filmie i poczuli się zwolnieni od czynnego uczestnictwa w walce o polski film
dokumentalny. Jakież to małostkowe i żałosne… ale trudno się mówi i kręci się
dalej. Kino jest sztuką – przyznawał rektor łódzkiej szkoły filmowej
Henryk Kluba. I zaraz potem dodawał: … ale
kinematografia jest przemysłem
, więc proszę się nie dziwić i nie mieć
złudzeń.  Widocznie byłem złym
słuchaczem, bo te złudzenia nieustannie we mnie tkwią, aż do dzisiejszego dnia.
Jestem tak nieprzejednany i uparty jak Dżiga Wiertow, który wiedział, o co mu
chodzi i na czym polega prawdziwe kino. On, człowiek z kamerą, nie poprzestawał
na skromnej namiastce kina. Robił je z pasją inspirując swoją postawą setki
filmowców na całym świecie. Świat nie jest doskonały i większości ludzi jest
obojętne, czy dokument przetrwa, czy zamieni się na coś bezkształtnego,
oscylującego między formułą telewizyjnego reportażu i felietonu. Już dziś na
ekranach festiwalowych kin pojawiają się skręcone byle jak, półtoragodzinne
newsy, konkurujące o główne nagrody z drobiazgowo dopracowywanymi,
wysmakowanymi formalnie dziełami prawdziwych artystów kina. Oni są bez szans w
konfrontacji z inwazją wszechwładnych biznesmanów, którzy potrafią władować w
film kupę kasy, zainwestować w jego festiwalową promocję i wymusić nagrodę,
która nagłaśnia inicjatywę nie mającą nic wspólnego z kinem, ani sztuką. Jest
to czysto propagandowe działanie mające na celu wykreowanie, sprawy, ideologii
albo człowieka, który ją uosabia. Dlaczego o tym właśnie piszę, a nie o swoim
własnym spojrzeniu na kino?… Ano właśnie po to, żeby wskazać te zjawiska,
które mnie niepokoją i te obszary ludzkiej działalności, w których nie widzę
dla siebie miejsca. Głośno mówię bez ogródek, krzyczę, a jak potrzeba, to
wrzeszczę na całe gardło, że źle się dzieje w państwie duńskim. Jeśli ktoś
kluczy, kłamie i układa się z wrogami sztuki filmowego dokumentu, to trzeba
użyć tak mocnego słowa, jak: zdrada. Chciałbym, jak każdy twórca istnieć na
artystycznej niwie czerpiąc radość i zadowolenie z sukcesów ludzi, z którymi
współpracuję. Jednak dziś nikt nikogo nie wspomaga. Jest tylko bezlitosne i
bezwzględne współzawodnictwo reżyserów, scenarzystów i aktorów tego smutnego
teatru, który odwiedza coraz mniej widzów, a niebawem będą go nawiedzać już
tylko duchy. Aby temu zapobiec powinniśmy dostrzec i zrobić wszystko, żeby kino
i dokument przetrwał. Jeśli większość bezrobotnych ma się przyglądać, jak wyindywidualizowani z rozentuzjazmowanego
tłumu
cwaniacy zawłaszczają wszystkie fundusze i zbierają za to laury, to
po co ja mam prezentować osobiste spojrzenie na kino?… Przecież w tej
sytuacji to nikogo nie obchodzi, bo większość z nas walczy o życie. Większość
wspomnianych przeze mnie procederów uprawia się bez względu na to, czy kogoś to
oburza, czy nie wzrusza. Dla mnie jest niedopuszczalne, gdy decydujący o
finansowaniu filmów urzędnik, jednocześnie jest autorem, dokumentalistą,
członkiem oceniających projekty komisji i jurorem festiwali. Łatwo przy okazji
uszczknąć coś dla siebie i tak się w istocie dzieje. Nie tylko zresztą u nas.
Pół biedy, gdyby przy okazji udało się załatwić budżet, czy system dystrybucji filmów
tej ogromnej rzeszy twórców potrzebujących wsparcia i nadziei. Ale skoro do tej
pory nic takiego się nie stało, mam wrażenie, że w tym bagnie potrzebne jest
solidne trzęsienie ziemi. Inaczej nigdy już nie powrócę do krainy snów, do
kina, które przez długie lata było całym moim światem i zajmę się literaturą.
Sam siebie przecież nie oszukam i nie zdradzę zaszczepionych mi w młodości
ideałów. Jestem to winny moim zmarłym mistrzom, Wojciechowi Hasowi, Henrykowi
Klubie i Dżidze Wiertowowi.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

rozliczenie win

26 kwi

Otrzymałem krótki kurs dla przystępujących do spowiedzi, zarówno dla tych, którzy robiąc
to regularnie chcą być doskonali, jak też dla takich bezbożników, jak ja. Przeglądam
listę złych uczynków, przez które stajemy się grzesznikami i nie z trudem
znajduję takie, których bym nie popełnił. Niewiele, naprawdę bardzo niewiele
jest tych zadrukowanych słowem bożych namiestników,  stroniczek. Wraz z lekturą kolejnych,
narastają we mnie wątpliwości, czy Bóg w swoim nieskończonym miłosierdziu jest
aż tak wyrozumiały, żeby mi wybaczyć złość, pychę, chciwość, lenistwo i
zaniedbanie. A przecież znajomość siedmiu grzechów głównych nie uchroniło mnie
od postępowania wbrew świętym zasadom współżycia między chrześcijanami i nie
tylko… Tak nieodłącznie ludzka, wydawałoby się zawiść, nie umiarkowanie w
jedzeniu i piciu, czy relatywizacja każdego z dziesięciu przykazań jest
wygodnym przystosowaniem praw Dekalogu, które wydają się zbyt surowe, aby
ściśle je stosować we współczesnym życiu. Nic podobnego, należy zrobić
wszystko, żeby ustrzec się od popełnienia grzechu, z tym śmiertelnym przede
wszystkim. To trudne, a dla niektórych moich braci i sióstr wydaje się wręcz
niemożliwe. Obcuję z nimi codziennie i od święta, jakim jest na przykład
festiwal filmów o tematyce żydowskiej. Nic tak nie zbliża, jak wspólny toast i
spożywanie przy wspólnym stole potraw żydowskiej kuchni. Jest masa utarta z
przywiezionych z daleka warzyw i owoców. Popijając białym i czerwonym winem
mięsne kuleczki przegryzamy je kawałkami macy polewanej ostrym, kremowo białym
sosem. Niczym nie przyprawiona sałatka z kawałków pomidorów, drobno krojonych ogórków,
papryki i Bóg wie czego tam jeszcze wprawia w dobry nastrój, przybyłych do kina
Muranów, uczestników przeglądu filmowego. Nikomu z nas nie przychodzi w takiej
chwili spierać się nad zasadniczą dla nas kwestią boskości Syna Człowieczego i odmiennego
pojmowania przez nas obrazu Pana Boga w sercach Żydów i chrześcijan. Na moment
zjawił się nawet wśród nas w towarzystwie wdowy po Kubie Morgensternie, niezmordowany
reżyser,  Andrzej Wajda. Namówiony do
wejścia na wysokie podium sceny, do wszystkich przemówił Józef Hen żartobliwie usprawiedliwiając
się, że to wcale nie my się starzejemy, tylko schody stają się coraz wyższe.
Rzeczywiście naprzeciwko nas stała para starców, których pamiętamy jeszcze,
jako młodych, sprawnych, dziarskich mężczyzn, którzy  z megafonami w dłoniach dyrygują na planie filmowym
tłumami statystów. Co nam zostało z tych lat?… Cóż, nie jestem Żydem, ale też
nie mam prawa nazywać siebie pełnoprawnym członkiem Kościoła, skoro mam kłopot
ze spełnieniem tak podstawowej powinności chrześcijanina, jak spowiedź święta. Marny
los mnie czeka, Jeśli w porę się nie zmobilizuję. Wiem, że muszę to zrobić,
choć nie tak szybko, jak mi nakazuje moja bogobojna sąsiadka. Chciałbym bez
lęku, w naturalny sposób, jak inni wierni,  przyjmować ciało Jezusa w intencji wszystkich
bliźnich, którym jestem to winien. Na pewno mi się uda, tylko kiedy? Grażyna
mówi mi: „Spiesz się, bo nawet nie wiesz, czy jutro nie umrzesz!”… Wtedy nawet
tak utwierdzona w swojej wierze chrześcijanka nic nie będzie w stanie dla mnie
zrobić, a ja zaprzepaszczę szansę na życie wieczne. Nieważne, czy w nie wierzę.
Przecież nie wszyscy dostępują łaski wiary, ale nie można się poddawać. Więc
nie zasypiam gruszek w popiele z uwagą studiując mały, niebieski poradnik
grzesznika. Czytam go wspominając trzy spisane przez błogosławioną Faustynę, a wypowiedziane
przez Boską Violettę nakazy: „Nie skarżyć się, nie tłumaczyć i nie żalić”. Nie
użalam się więc nad własną marnością i polecając duszę Panu Bogu całym sercem
oddaję się myśli o generalnej spowiedzi i uczciwym rachunku sumienia. Jest to
na razie przerastające mnie całkowicie, ale krok po kroku, niebawem na pewno
dojdę do pierwszych stopni konfesjonału. Uklęknę i wypowiem te wstydliwe
słowa:  „Nie pamiętam, jak dawno ostatni
raz spowiadałem się ze swoich grzechów….” Kilka, może kilkanaście lat? Dobrze pamiętam
okoliczności, ale data zatarła mi się w pamięci. Jak wiele codziennych spraw z
okresu życia z Anką, obok niej i razem z nią.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

rachunek sumienia

25 kwi

To,
co mozolnie, słowo po słowie,  odtwarzam
ma się nijak do ognistego wywodu sąsiadki i słuchającego razem ze mną sąsiada.
Grażyna nosi po mężu odpowiednie do jej klasy nazwisko Rozum, ale powinna też
mieć drugie, jeśli nie pierwsze: Serce… No bo kto by teraz zagoniony i zmęczony
po robocie, z większą troską potrafił się pochylić nad duchowymi rozterkami i utyskiwaniami
grzesznika? Każdy ma swoje życie, swoje własne kłopoty, a tu przychodzi do niej
ktoś rozczulający się nad własną niemocą i rozwijający ten ból ponad wszelkie
przyzwoite granice. Z miłością i pełnym zrozumieniem opieprzyła mnie dokładnie
po literkach, jak tylko można to zrobić motywując rozkojarzonego katolika do
wizyty w konfesjonale. Nie w kościele, nie w świątyni, w Domu Bożym, ale od
razu tam, gdzie tak trudno pójść. Kiedy opowiedziałem, jak po mimowolnym
powtórzeniu znaku krzyża przez mijanym właśnie kościołem poczułem ogromny wstyd
za to, że we mnie samym nie pojawił się taki odruch zaczęła mnie sprawdzać, czy
naprawdę zdaję sobie sprawę ze znaczenia wszystkiego, co robię. U katolika musi
to być przecież robione z pełną  wiedzą i
świadomością, a nie z przyzwyczajenia uczestnictwa we mszy świętej, jakby to
był jakiś folklorystyczny obrzęd. Wiem, że usiłuje się ku temu zepchnąć nasze
życie duchowe i uczucia religijne, ale słuchając jej poczułem, jak zastygłe we
mnie i dawno zapomniane odruchy powoli odżywają. Byłem przekonany, że tak
głęboką wiarę musiała wynieść z religijnej rodziny o pokoleniowych tradycjach
przekazywanych niejako z mlekiem matki. Nic podobnego, to życie ją skłoniło do
tak nieprzejednanej postawy i wyboru Boga, Jezusa, jako drogowskazu i jedynego oparcia.
Wszyscy jesteśmy słabi, marni i leniwi. A mamy tylko siebie. Catholicos oznacza
„wspólnotę” wierzących, którzy w codziennym życiu znajdują wsparcie przede
wszystkim w sobie, bo wzajemnie mamy tylko siebie. Usłyszałem, że w żadnym
wypadku nie mogę się obawiać posądzenia o cokolwiek i śmieszności, bo jeśli
muzułmanin na ulicy zastyga w modlitewnej pozie, to dzisiaj każdy to szanuje i
tak samo nikogo nie powinien dziwić wykonywany przez Ciebie znak krzyża.
Wspomniany przez nią ksiądz zobaczył taki zdziwiony wyraz twarzy na stołówce
robotniczej wśród spożywających wraz z nimi posiłek mężczyzn i wyrzekł tylko w
duchu słowa: „Widzisz Panie Jezu… Oni myślą, że Ciebie tu nie ma. A Ty jesteś przy
mnie i dziękuję Ci za to”… Pozazdrościć tak nieprzejednanej postawy i siły wiary.
Ale przekonująca mnie do rzeczywistego, a nie połowicznego powrotu sąsiadka nie
szczędziła mi kąśliwych uwag. No bo, jakim prawem uważasz się za wierzącego
człowieka, jeśli zadajesz mi  pytanie o
regularną wieczorną modlitwę przed snem. Czy jej dochowuję? Jasne, że nie, bo
jestem tylko marnym człowiekiem. Staram się jednak tak postępować, żeby wbrew
własnej słabości zasłużyć w oczach Boga na uznanie i zbawienie. Tak samo i Ty nie
ociągaj się i nie wyżalaj się tutaj z powodu swoich obaw i niepewności. Pędź,
ile sił w nogach do konfesjonału i wyznaj swoje grzechy!… Być może już jutro
umrzesz i co z Twoim życiem wiecznym? Nie śmiej się, nie obracaj w żart
najpoważniejszych w świecie spraw, bo one dotyczą w równym stopniu nas
wszystkich wierzących i niewierzących, dobrych i złych. Nie wolno ich osądzać,
a w żadnym razie potępiać. Trzeba się za nich modlić, skoro oni nie potrafią,
albo nie czują takiej potrzeby. To jest Twój obowiązek. Zrób najpierw uczciwy,
rachunek sumienia i przygotuj się solidnie do wyznania wszystkich swoich win.
Nie możesz tego zrobić byle jak, bo potem przystąpisz do komunii świętej
spożywając ciało Jezusa Chrystusa. To podczas mszy świętej odbywa się po raz
kolejny symboliczne ukrzyżowanie i rzeczywiste przejęcie przez Zbawiciela
wszystkich naszych grzechów. Jak mógłbym zapomnieć te słowa? Spisuję każde z
nich, rozwijam jej myśli tak, żeby zapamiętać głęboki sens rozważań, które wybrzmiewały
w domowym, kuchennym kąciku, jak w konfesjonale, do którego wciąż jeszcze nie
zawitałem. Ale to się na pewno stanie. Wybieram się wraz z moimi sąsiadami na
cykl spotkań z kapłanem, którego osobista ambicją jest krzewienie wśród
wiernych idei pielgrzymującego, żywego Kościoła. Jeśli ktoś się wstydzić, może
zadawać pytania na karteczce. A więc pracowicie je spisuję…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Heroina VV

22 kwi

Pisząc
o historii Violetty, czy TW Gabrielli nie mogłem pominąć sposobności
sprawdzenia swojego tekstu przy okazji wykładu Helen Jacey dla polskich
scenarzystów filmowych. Chociaż kilkudziesięciostronicowy  monodram jest prawie na ukończeniu, to w
ostatniej fazie prac dokonujemy często najwięcej poprawek, a nawet zmian
wywracających wstępne koncepcje na opak. Prześwietliłem jego strukturę
dramaturgiczną na wskroś i usłyszałem ważką, choć rzuconą mimochodem uwagę
prowadzącej wykład konsultantki.  Ona przy
okazji prezentacji trzyaktowej konstrukcji dramaturgicznej opowieści przyznała,
że tzw. akcja wcale nie musi polegać na wprowadzaniu postaci, nadawaniu tempa zdarzeń
i dodawaniu kolejnych epizodów. Może to być wewnętrzna dramaturgia dziejąca się
w rejonie psyche, duszy i osobie bohatera, a w tym konkretnym przypadku -
bohaterki. Powiedziałem sobie, dobrze, że tu przyszedłem, żeby rozważyć jeszcze
moje wątpliwości, zapytać o nie kobietę prowadzącą warsztat twórczy, aby mi się
potwierdziły wysnute wcześniej wnioski. Przede wszystkim jednak zebrałem w
całość chaos domysłów i spostrzeżeń istniejący jako chmura nad rozpłomienioną
głową autora. Siedząc w wygodnym fotelu na sali kinowej notowałem to, co teraz
scalam w systemat wiedzy o kobiecych postaciach pojawiających się na ekranie i
na teatralnej scenie. Interesuje mnie nie tylko Violetta, ale także nowelowa Weronika,
bohaterka opowiadania i scenariusza filmowego Marta Hitler, i sfilmowana już
porucznik pilot Janka Lewandowska. Jest wiele tych postaci wokół mnie a każdej
z nich są przypisane życiowe role: siostry, dziecka, amazonki, matki, ofiary, uzdrowicielki
kochanki, rywalki , kariatydy i żony… Helen Jacey stwierdziła, że panująca
niegdyś moda na filmowe femme fatale
przeminęła i wiele wzorców kobiecych stało się nieaktualnych. Mógłbym z tym
dyskutować i nie zgodzić się, bo przecież Scarlett
O’ Hara
jest nie przemijającą kreacją Vivien Leigh i na pewno współczesne
kobiety wiele czerpią z jej zachowań przystosowując grę aktorską pierwowzoru (żony
Reda Butlera) na swój własny sposób i codzienny użytek w relacjach partnerskich
ze swoimi mężczyznami. Myślę, że indywidualny mit Violetty, także (świadomie
czy nieświadomie) musiał zostać zbudowany na jej własnych wzorcach. Może to
była Bardotka, Sophia Loren, być może zjawiskowa Marylin Monroe, a może nawet pocieszna
Shirley Temple. Odgadywanie tych postaci potrwałoby długo, na pewno bez
ostatecznego rozstrzygnięcia. Dla mnie ważne jest, że główna postać monodramu
nie jest zawieszona między niebem a ziemią, tylko ma konkretne cechy
osobowości, charakter i jest wyraziście przedstawiona w kontekście rzeczywiście
udokumentowanych wydarzeń. W jej wypadku jest to powrót zza Oceanu do
ojczystego kraju. To się całkowicie wpisuje w opublikowaną teorią pisania
opowiadań Campbella, który słusznie uważa, że motorem wszelkich zmian psychicznych
bohatera jest przebyta przez niego podróż. Może to być eskapada przez pięć
kontynentów, ale też może to być podróż w głąb własnej przeszłości i myśli.
Motorem i zaczynem akcji dramaturgicznej jest tzw. zew przygody. W przypadku
Violetty jest to niepohamowana chęć młodej, otwartej na świat i ludzi
dziewczyny, aby wyzwolić się z pęt małżeństwa i ograniczającej ją rodziny.
Celowo to wszystko upraszczam, żeby skrócić tok narracji. Jak mówi prezentująca
kobiecy typ bohaterek opowieści Helen Jacey, wyrusza ona w podróż porzucając
stary świat. Violetta jedzie akurat ze swoim synkiem do siostry mieszkającej w
Szczecinie, żeby tam uczyć się muzyki i śpiewu. Następuje przeciwstawienie
Heroinie (Violetcie) postaci Herosa (dominującego Ojca). Jej ucieczka jest
spowodowana koniecznością samoobrony. Pozostanie w gronie rodziny i bezwolna zgoda
na przyziemną egzystencję oznaczało kompletną rezygnację z uroków życia, które
zdarza się tylko raz. Nie da się wprowadzić do niego poprawek, bo umieramy i
drugiej szansy już nie ma. Wykładająca teorię kobiecego scenariusza
konsultantka twierdzi, że bohaterka filmowej opowieści wchodząc w nowy świat
spotyka w nim wrogów i sprzymierzeńców. Przechodząc kolejne testy, poddawana
jest życiowym próbom. W ten właśnie sposób ona (Violetta) rozwiązywała problemy,
które nie zniknęły wraz z ucieczką, bo istniały w porzuconym przez nią starym
świecie i pozostały w niej jako jego trwałe dziedzictwo. W tym świecie podobnie,
jak przeciwstawiony Heroinie Heros istnieją inne antagonistycznie współżyjące pary
ludzi. Braterstwo i siostrzeństwo może równie dobrze polegać na wspieraniu się
i na rywalizacji. Dwóch braci i siostra Violetty, to bogaty rezerwuar anegdot
ukazujących ich w sytuacjach konfliktowych, ale też odsłaniających tę bardziej
szlachetną stronę najbliższych jej osób. Nie można opisywać tych postaci
jednowymiarowo. Każda z nich jest wszechstronna i wieloznaczna. Na tym polega
ich atrakcyjność, że nie od razu wiemy, co myślą i co zrobią. Są co prawda, przewidywalne,
ale nie do końca tak jednoznaczne. Kochają się, ale lubiąc się rywalizują ze
sobą, czasami wydaje im się, że nawet się nie znoszą i nienawidzą. Violetta
chcąc ocalić to, co w niej najcenniejsze musi opuścić mroczne miejsce, w której
jej wrażliwość na pewno by nie ocalała. To bardzo ryzykowna gra i trudny etap
do przebycia przez główną postać. Idzie ona ku coraz ciemniejszym rejonom
zmierzając do samego jądra ciemności. Analogia z tytułem powieści Josepha
Conrada na koniec wydarzeń Aktu Drugiego wcale nie jest przypadkowa. W tym
momencie autorowi chodzi o doprowadzenie do zderzenia postaci kobiecej z jej
własnym alter ego, a nawet z samą sobą, a nie jej drugą naturą. Przechodząc
przez to piekło poznaje siebie, jaką jest naprawdę, a nie tylko swoje wyobrażenie.
Może w czasie tej osobistej konfrontacji ponieść porażkę i polec, ale jeśli nie
zginie, to ostatecznie wyjdzie oczyszczona i wzmocniona. W życiu Violetty tym
piekłem jest legion agentów służb specjalnych PRL, a jądrem ciemności
zaciskająca się wokół niej obręcz zastawionych na nią sideł. Trudno powiedzieć,
żeby wyszła po tej osobistej konfrontacji zwycięsko. Z pewnością przez chwilę mogła
mieć poczucie tryumfu, zwłaszcza gdy jej udało się wyprowadzić w pole kilku
prześladowców. Pamiętajmy jednak, że ona była jedna, a miała przeciwko sobie
grupę zorganizowanych profesjonalistów. Teoria konstruowania opowieści o
kobietach mówi, że w końcu bohaterka osiąga spełnienie i wyzwala się. W finale lepsza
i odmieniona powraca do starego świata. Rzeczywiście, Violetta powróciła do
Lewina, ale czy była lepsza?… Na pewno odmieniona, ale z oceną pozytywną albo
negatywną zachodzącego procesu przemiany, jeszcze bym się wstrzymał. Zbliżamy
się w tym momencie opowiadania do punktu kulminacyjnego w Akcie Trzecim. W tej
chwili dokonuje się odrodzenie naszej bohaterki. Uzdrowienia musi jednak
dokonać osoba tej samej płci, co sprawca nieszczęścia, czy krzywdziciel. Jest
on jak Chrystus biorący na swoje barki brzemię wszystkich popełnionych na Ziemi
zbrodni. To musi być Odkupiciel.  Wówczas
dopiero uzdrowienie i odrodzenie jest w pełni skuteczne. Cokolwiek ono oznacza
(moralne, fizyczne czy psychiczne) to w sumie jest dobra historia, przypowieść
o jakże trudnej ludzkiej transformacji, przeistoczeniu  w rzeczywistym i metaforycznym sensie. Tak
samo traktowana podróż jest sytuacją pozwalającą opisać wszystkie kobiece role,
jakie pełni bohaterka naszej opowieści. Akurat my nie musieliśmy jej wymyślać,
bo Violetta w istocie była jest i będzie istniała w pamięci pokoleń miłośników
jej talentu. Ale w wykładzie Helen Jacey znalazłem potwierdzenie pewnych
ponadczasowych wątków i wartości. Wśród nich jest stara prawda o tym, że ludzie
potrzebują opieki. Choć bohaterka jest samotna, ale ma potrzebę dbałości o inne
osoby. Reaguje swoim postępowanie na sygnalizowane przez innych potrzeby
ludzkiej opieki i intymności. Tak pojawia się, paradoksalnie, złowieszcza
postać opiekunki zawłaszczającej dla siebie całe jestestwo Violetty. Zależność
od kogoś drugiego, która zaistniała już Akcie Drugim, teraz powtarza się i
ulega wzmocnieniu. Pojawia się przemoc i naruszenie własnej tożsamości.
Bohaterka czuje się w tych warunkach kompletnie nieadekwatną osobą, która nie
powinna tu i teraz być. Wiedząc o tym podejmuje walkę z własnymi
ograniczeniami. W sukurs przychodzi jej własne dziecko. Jest to zapisane w
monodramie w scenie wzajemnie składanych sobie przyrzeczeń. O ile wcześniej
bohaterka czuła potrzebę opiekowania się bliźnimi, to teraz zdaje sobie
stopniowo sprawę, że sama wymaga opieki. Na zakończenie wykładu Helen Jacey
powiedziała, że po trosze wszyscy jesteśmy ofiarami i dlatego chcemy oglądać
tak opowiedziane historie. Nie wszyscy lubimy Violettę, ale jej życie i kariera
dokładnie ilustruje słuszność twierdzeń o doskonałej opowieści o cierpiącym człowieku.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Violetta Villas miała powody aby się bać

19 kwi

Wydawać
by się mogło, że już nic mnie nie zaskoczy i z pewnym znużeniem jechałem do
biblioteki IPN, chyba tylko po to, żeby odbębnić procedury i nie móc sobie
zarzucić, że coś w dokumentacji TW Gabrielli pominąłem. To, że z niej żadna
współpracowniczka, a tym bardziej tajna, było już jasne, ale że kierujący akcją
inwigilacyjną i kaperowaniem jej do służby gość miał taką przeszłość, to już
zaskoczyło mnie do tego stopnia, że zamówiłem skany wielu stron jego
agenturalnego dossier. Z początku dziwiło mnie, że ocalała tylko jego teczka,
ale nawet pobieżna lektura około stu dokumentów na temat Tadeusza Ziółkowskiego
pozwoliło mi na skonstruowanie takiej oto roboczej hipotezy. Otóż przychodzi on
na świat w Polsce 16 lat wcześniej od Czesławy Cieślak również w rodzinie
robotniczej.  Jako młodzieniec nie ma
szczęścia wśród kobiet, ani drygu do roboty. Kilka klas szkoły powszechnej, to
cała jego edukacja. Dopiero wciągnięty do służby dla dobra narodu uzupełni je o
kursy dla funkcjonariuszy Milicji i Służby Bezpieczeństwa. Wcześniej jednak
wojna zmusi go do pracy dla okupanta, a potem zostanie karnie wywieziony na
roboty do Niemiec. Siedzi tam w więzieniu za kupno kradzionej margaryny. Tak
przynajmniej sam o tym pisze w życiorysie dla zwierzchników. Pnie się stopniowo
i uparcie w górę zaliczając po drodze egzamin w Łodzi, gdzie równie silne jest
środowisko artystyczne w słynnej szkole filmowej, jak stacjonująca w jej
siedzibie na Targowej, Służba Bezpieczeństwa. Być może Tadeusz Ziółkowski
zdołał jeszcze otrzeć się o wspaniałą posiadłość Oskara Kona, przekazaną
twórcom nowej, socjalistycznej propagandy. Skoro Lenin powiedział o kinie jako
najważniejszej ze sztuk, filmowcom ofiarowano w PRL wszystko, co najlepsze.
Ziółkowski jest na prowincji rzeczpospolitej i tam zapracowuje na opinię
bezlitosnego służbisty, wiernego psa gotowego kąsać wrogów klasowych i kusić
wszystkich ludzi potrzebnych w służbie bezpieczeństwa PRL. Zasłuży się podczas
słynnej kampanii wyborczej w 1947 roku, kiedy przegrywający Mikołajczyk musiał
salwować się ucieczką za granicę. Violetta jest wówczas jeszcze dzierlatka, ale
jej prześladowcy już powinęła się noga. Zostaje skazany na 5 dni domowego
aresztu, okrojenie o połowę pensji i brak awansu przez cały rok. Nie ma w
papierach żadnych konkretów, tylko opinie i domysły. Nieco później dochodzi do
poważniejszego naruszenia prawa, ale od konsekwencji uchroni go amnestia.
Możemy sobie tylko dopowiedzieć, że zwykłego obywatela pewno by ona nie objęła.
Rodzony brat Violetty, mimo wielu jej interwencji odsiedział prawie cały zasądzony
wyrok. Teraz, kiedy już mamy psychologiczny portret prześladowcy piosenkarki
wiemy, że miała prawo bać się konfrontacji z takim typem. A był to człowiek
nominowany na sam szczyt hierarchii Służb Specjalnych PRL. W pojawiających się
opiniach przełożeni i podwładni piszą o jego kompetencji, inicjatywie i
bezwzględności. Zastanawiająca jest zbieżność fachu jego syna i synowej
pracujących w PLL LOT, z którego usług często korzystała Violetta Villas. Była
nie tylko osaczona przez agentów, ale i ludzi z nimi związanych. Nie wchodząc w
szczegóły docieram do 1977 roku, w którym zatrzymano piosenkarce paszport, a
Ziółkowskiemu podziękowano za ofiarną służbę i zwolniono go. Miał 55 lat, więc
musiał być wściekły na osobę, która stała się przyczyna jego zawodowej klęski.
Współpracująca z nim Gabriella wodziła za nos udając, że cokolwiek robi, a w
istocie skompromitowała jego wieloletnie starania o realizację planu
zaistnienia za Oceanem polskiej Maty Hari. Wszystko, co ją spotkało po
odzyskaniu wstrzymanego paszportu miało związek z Milewskim, który był
przełożonym Ziółkowskiego. Zwolniony ze służby agent miał powody się mścić,
chociaż musiał trzymać się procedur i litery prawa. Pułkownik Służby
Bezpieczeństwa mógł mieć nadzieję na powrót do resortu, gdyby mu się udało
cokolwiek zdziałać i odnieść realny sukces operacyjny w kontaktach z Violettą
Villas. Teraz już nie można mówić, że coś jej się wydawało i miała omamy. Jej
strach jest jawnie udokumentowany w teczce personalnej Tadeusza Ziółkowskiego,
który stworzył siatkę wirtualnych agentów, bo tylko jego teczka jest w
archiwach IPN. Był dwukrotnie liczniejszy, niż sam Bóg, bo istniał w sześciu
osobach. Dopiero to do mnie powoli dociera i muszę to jeszcze przemyśleć, zanim
zapiszę w swoim monodramie. Ale to zmienia, bardzo zmienia kontekst całej
inscenizacji i traktowania bohaterki. Podobnie jest z jej śpiewem. Przecież nie
pozwolimy na to, żeby aktorka poruszała tylko ustami do vocalu Violetty z
playback’u. Wystarczy taniec, który był jej prawdziwym żywiołem i
rozpoznawalnym znakiem. Patrząc na karaibskich tancerzy przypomniałem sobie o
polskiej Ymie Sumac. Tyle razy to powtarzano, że nie można pominąć skojarzenia
naszej rodzimej gwiazdy z gorącymi rytmami Ameryki Południowej i Karaibów.
Sceniczna postać Violetty ewoluuje poprzez pojawiające się rytmy i melodie, a
dziewczyna tańczy rumbę, salsę, cha – cha, ale i walc i kręci się, jak
baletnica śpiewając przeboje naszych wschodnich sąsiadów. To o wiele przyjemniejsze
dla ucha dziedzictwo, niż NKWD i siatka obcej, (choć oficjalnie rzecz ujmując przyjacielskiej)
agentury. Mamy Corpus delicti głównego adwersarza Violetty i jej prawdziwego
prześladowcy. Wszyscy inni są pochodną realizowanego przez Tadeusza Ziółkowskie
planu osaczenie Violetty Villas. Jeśli obiektu nie da się ująć żywcem nie ma
innego wyjścia, jak zniszczenie… Co było do udowodnienia. Ale ja jeszcze w to
nie wierzę.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wieczór poetycko – muzyczny na Ochocie

18 kwi

Skróty szaleństwa – brałem udział
w nagraniu audio-booka

Skróty szaleństwa, Juliusz Erazm Bolek

Z
okazji Światowego Dnia Książki (23 kwietnia) w Ośrodku Kultury Ochoty miało
miejsce ciekawe wydarzenie kulturalne. W niedzielę, 15 kwietnia od godziny
17:00 odbyło się koncertowe nagranie audiobooka „Skróty szaleństwa”,
Juliusza Erazma Bolka
z udziałem publiczności. W projekcie wystąpili
również Aleksandra Mikołajczyk, Wojciech Żołądkowicz oraz zespół heavy-metalowy Scream Maker. Przeważnie
audiobook to tylko naczytywanie przez lektora. Tym razem, realizowane
przedsięwzięcie jest dużo poważniejsze. Kiedy na zorganizowanych przez niego
sesjach pojawiają się dziennikarze, mają okazję usłyszeć takie oto deklaracje:

-
Dla mnie zwyczajne audiobooki wydają się bardzo monotonne, nawet nużące. W
przypadku poezji, która wymaga większego zaangażowania odbiorcy, wydaje się to
jeszcze trudniejsze. Stąd koncepcja realizacji audiobooka, który powinien być
rodzajem słuchowiska. W XXI wieku książki przybierają różne formy. Oprócz
klasycznych papierowych wydań, pojawiły książki elektroniczne (e-book) i
książki dźwiękowe (audio – book). Niektóre tytuły dostępne są we wszystkich
możliwych formach. Tak jest też w przypadku książki „Skróty szaleństwa” Juliusza Erazma Bolka, laureata nagrody
Światowego Dnia Poezji ustanowionego przez UNESCO. Tomik został opublikowany w
1992 roku. Dwa lata temu ukazał się w formie e – booka . Każda nowa forma
opublikowania książki zwiększa zasięg jej dostępności. Tom wierszy: Skróty
szaleństwa
można bezpłatnie pobrać ze strony:


http://www.poecipolscy.pl/wp-content/uploads/2010/12/e-Bolek_poecipolscy.pdf

oraz
w pozostałych miejscach w sieci Internet:

www.poecipolscy.pl/?download=erazmbolek


http://lubimyczytac.pl/ksiazka/131894/skroty-szalenstwa


http://nakanapie.pl/skroty-szalenstwa-juliusz-erazm-bolek-ksiazka,738216

Poeta, prozaik, felietonista, autor utworów scenicznych, debiutował
w 1980 roku. Uprawia poezję miłosną, filozoficzną, refleksyjną, oraz
satyryczną. Autor kilku tomów poezji. Jego wiersze zamieszczane są w różnego
rodzaju almanachach i antologiach. Główne książki w jego dorobku: „Prywatne
zagrożenie”, „Skróty Szaleństwa”, „Serce błyskawicy”, „Ars poetica”, „Sekrety
życia”, „Staccato”, „Sens-or”, „Abracadabra” i album plakatów poetyckich „Och!
Ziemio Ty Moja”. Zasłynął niekonwencjonalnymi sposobami prezentowania poezji,
między innymi: plakaty poetyckie, wiersze na serwetkach, naklejki, pokazy typu
dźwięk i światło, poezja na przystankach komunikacyjnych, wyświetlanie wierszy
przy użyciu laserów. Jednym z wydań książki „Sekrety życia” pobił rekord
Guinnesa na największy tom wierszy. Twórca nowych gatunków literackich: wiersza
dialogowego i EFP – tzw. e-mailowych felietonów poetyckich. Wynalazł nową,
opatentowaną, formę książki „body – book”, która umożliwia zawieszenie książki
na szyi. Interesuje się zarówno poszukiwaniami w treści i znaczeniu słów jak i
rozwiązaniami formalnymi, jak choćby w opowiadaniu „Serpentyna”, napisanym w
drugiej osobie liczby pojedynczej.
Od 1986 roku prowadzi niezależne pismo artystyczne „Enigma. Ludzie * Sztuka *
Myśli”. Jest on twórcą Festiwalu Poetyckiego „Wiersz Tysiąca Nocy”.  Juliusz Erazm Bolek został uznany ( przez
internetowy portal www.miastoliteratow.com ) za „Autora Roku 2010”. Otrzymał
„Złote Pióro Feniksa" – Nagrodę Światowego Dnia Poezji, ustanowionego
przez UNESCO, za oryginalną twórczość i niekonwencjonalne sposoby jej
prezentacji. A oto adresy jego filmowych wersji utworów poetyckich w sieci:


http://pl.netlog.com/go/explore/videos/videoid=pl-1367791

http://pl.netlog.com/go/explore/videos/videoid=pl-1367362

http://pl.netlog.com/go/explore/videos/videoid=pl-1367363





http://www.youtube.com/watch?v=eX57V61DoL0













http://www.youtube.com/watch?v=JPekB_YJ-iE

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Myślę, więc jestem…?

17 kwi

Dlaczego nie oglądam już telewizji… A po mam to robić? Jest tyle uroczych sposobów na
marnowanie czasu, że siedzenie przed głośną skrzynką, z której wydobywają się
tysiączne zachęty do zapewnienia sobie właściwej erekcji uważam za dowód na
brak wyobraźni. Nie wiadomo dlaczego, ale chyba tylko jeszcze zacofani politycy
wierzą w siłę oddziaływania tego stetryczałego medium, w którym tylko sport i
pogoda mają jeszcze rację bytu. Aktualności ze świata i podziwianie bohaterów
naszych czasów zapewnia nam Internet. Ma tę przewagę nad radiem i telewizją, że
z wyjątkiem natrętnych grafik nie burczy nam nad uchem i da się natychmiast przełączyć
akurat na interesującą treść i formę. Co prawda, dziś nie ma żadnego medium bez
reklam, ale to, co dzieje się w kanałach telewizyjnych jest prawdziwym horrorem. Nie stać mnie na półgodzinne oczekiwanie na film, czy magazyn z najbardziej aktualnymi wiadomościami. Podobnie postępuję z ludźmi, którzy nie dając nic z siebie angażują naszą uwagę zabierając cenny czas, którego sobie z
kolei nie pozwalają odebrać. Mówię im: – Astalavista!.. i spoglądam w inną stronę świata bez radiowego brzęczenia, telewizyjnych namiastek życia na gorąco, oraz problemów, jakie stwarzają zapatrzeni w swój własny los egoiści. Miał rację stary Sartre pisząc, że ” piekło to są inni”… Ale piekło jest również w nas. Powiem to ściślej i wprost, uczciwie: jest w nas dokładnie tyle piekła, ile może być nieba. Właśnie dlatego nigdy mi się w życiu nie zdarzyło, abym odwrócił się na pięcie od kogokolwiek i poszedł swoją drogą bez
najmniejszych wyrzutów sumienia. To raczej mnie porzucano i pozostawiano własnej rozpaczy. Dopiero niedawno usłyszałem z ust dwunastolatka mądrą kwestię, która jak magiczne zaklęcie ma rzeczywistą moc uzdrawiania:”Trudno , przeżyję”… Rozczarowanemu chłopcu zawdzięczam siłę do pogodzenia się z tym, że nie da się miłości wyprosić, wybłagać, zapracować na nią czy nawet wyżebrać. W takich razach istnieje co najwyżej cień szansy na litość i coś w rodzaju wdzięczności. Nikt tego nie chce a przynajmniej prawdziwy mężczyzna chce być po prostu uwielbiany i kochany. Nie ma tu najmniejszych ustępstw, jeśli
chodzi o najbardziej osobiste z marzeń. Nie da się zaakceptować tu żadnych
półśrodków i połowicznych stanów zażyłości. To jest albo tego nie ma, istniejemy razem albo
w ogóle nie ma nas. Dlatego codziennie piszę kilkaset słów na wiatr, żeby w
odpowiednim czasie mając już pewną wprawę, móc wreszcie sformułować wszystkie nie
w pełni jeszcze uświadomione stany ducha. Wypuszczam do sieci wszystkie moje zakończone
i nie dokończone książki, aby zaistniały i popływały sobie w kosmicznej,
bezkresnej przestrzeni. Będzie to cud, jeśli ktoś je wyłowi a jeszcze większa
radość, gdy zechce rzucić na nie okiem i wgłębić się w ich treść. Ale nie po to
je uwalniam, żeby ktoś stawiał je na półkę, jak martwy przedmiot. Pozbawiona
materii książka, reportaże, osobisty blog, czy tom wierszy są najczystszą
formą, bez dotyku, bez zapachu i tego poczucie, że to coś jest tylko moje. Bóg
wypowiedział pierwsze słowo, więc wszystkie pozostałe, zrodzone z niego na
przestrzeni wieków, zdania i wielkie literackie arcydzieła są ich naturalnymi braćmi
i siostrami. Przeczytałem przez kilkadziesiąt lat kilka tysięcy tomów i mam pewną
nadzieję, że to jeszcze nie koniec moich lektur. Czuję, że im więcej taki człowiek,
jak ja przeczytał i strawił rozdziałów opisanego życia, tym mniej o nim wie,
tym więcej w nim wątpliwości. Rośnie we mnie ludzka niepewność, jaką miewa tylko
niemowlę rozpoznające słuchem, dotykiem i smakiem otaczający go świat. Szczerze
mówię, że coraz mniej ufam sobie i wiem, że nic nie wiem. Ale to nic nowego pod
słońcem, bo już ktoś kiedyś tak napisał i powiedział… To ten sam filozof, który
z dumą rzekł: „Cogito ergo sum”. Myślę i wątpię, czy miał rzeczywiście całkowitą rację. Dopóki jeszcze wątpię, to wiem, że oddycham, a gdy oddycham, nie tracę nadziei.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

dygresje na temat Violetty i Gabryelli

15 kwi

W
poniedziałek zadzwonię do IPN, żeby się umówić na przestudiowanie jednej
jedynej teczki agenta, który prowadził sprawę Gabrielli.  Wielokrotnie przekonywałem Krzysztofa
Gospodarka do mojej tezy o prywatnej zemście oficerów SB. On próbował oponować
zadając pytanie o rzeczywiste powody. Zemsta jest wystarczającym powodem, a ośmieszenie
agenta wobec przełożonych jest czymś niewybaczalnym. Sądzę, że wydanie ostatniej
książki o Violetcie Villas rzeczywiście ją dobiło. Nawet, gdyby nie zaistniały
fakty wskazujące na przemoc i dręczenie artystki, to jej koniec musiał przyjść
prędzej, czy później. Była już śmiertelnie zmęczona zmaganiem się z życiem i
ludźmi. Nie mam na to żadnych dowodów, ale nie mogę przejść bez zastanowienia
nad prostą koincydencją wpisów do teczki personalnej piosenkarki. Zajrzałem do
akt Piotra Gospodarka i Gabrielli . Nie uzyskałbym tych pierwszych bez
znajomości imion rodziców męża Violetty, a już dat urodzin i śmierci mógłbym
się tylko domyślać. Bez wskazania przeze mnie tych konkretnych danych,
otrzymanie do wglądu dokumentów ojca Krzysztofa byłoby niemożliwe. Zapewne
znalazły się one na moim biurku tylko dlatego, że niedawno przede mną przestudiował
je autor książki wydanej wraz z kolędami na święta Bożego Narodzenia. Teczka
nie powróciła jeszcze na półki do przepastnego archiwum, skąd już bym jej nie
wydostał. Podobnie cudowne zrządzenie losu sprawiło, że udało mi się dotrzeć do
teczki paszportowej Violetty Villas. Kiedy usiadłem do komputerowego katalogu
IPN myślałem, że to ja nie w pełni opanowałem sztukę researchingu i nie
potrafię znaleźć czegoś, co na pewno istnieje. Okazało się, że sygnatury akt
paszportowych w katalogu nie da się odszukać. Naprawdę, trudno w to uwierzyć,
ale natrafiłem na nią uważnie czytając hasło w Wikipedii, gdzie jakiś sumienny
archiwista umieścił dokładny odnośnik z numerem katalogowym poszukiwanych przez
nas materiałów. Piszę o nas obojgu, a nawet całej trójce, małżeństwa Krzysztofa
i Małgorzaty Gospodarków i mnie, bo przecież razem omawiamy każdą scenę
monodramu i poddajemy ocenie wiarygodność opisywanych sytuacji. Jedne z nich
pojawiają się samoistnie zrodzone z reakcji na otrzymane dokumenty, a inne są
przywoływane z pamięci syna i synowej Violetty. Porzućmy jednak poboczne wątki
sprawy i dygresje aby przedstawić wnioski i podejrzenia wobec przestudiowanych
kopii dokumentów. Przyjrzeliśmy się dość uważnie każdemu z nich i chociaż nie
zgadzamy się w pełni ze swoimi obserwacjami, to jednak nie dam głowy za to,
żeby potwierdzić ich autentyczność. To, że znana piosenkarka podpisuje
zobowiązanie do współpracy swoim pseudonimem artystycznym a nie urzędowo
ważnymi personaliami jest najmniejszym powodem do wstydu Służb Specjalnych PRL.
Nie jest to właściwe słowo, bo ludzkie emocje odgrywały w przypadku tych
oficerów  funkcjonariuszy, najmniejsze
znaczenie. Corpus delicti do moich
osobistych rozterek dokumentalisty stanowią trzy podpisy użytkowników teczki
personalnej. Pierwszy należy do pracownika IPN sprawującego nadzór nad zasobem
archiwalnym. To jest zupełnie oczywiste. Drugą osobą sygnującą dokumenty był
wspomniany wcześniej współautor książki o Violetcie Villa. Ja byłem trzeci i
nikt poza nami do tej pory nie pokusił się o wgląd do tego dossier. Pytanie,
jakie w naturalny sposób rodzi się natychmiast brzmi: „Dlaczego do tej pory
nikt nie sięgnął do tego zasobu, skoro było wiadomo o pogłoskach na temat
ewentualnej współpracy VV Gabrielli , chociażby z listy Wildsteina”. A może specjalnie
wyprodukowano te materiały na użytek powstającej publikacji? Nie mogę niczego twierdzić
z absolutną pewnością, ale też nie wolno mi pominąć żadnej wątpliwości i sposobności
wyjaśnienia każdej zagadki dotyczącej współpracowniczki Służb Specjalnych PRL, „Gabrielli”…
Według mnie ta książka by ją zabiła, gdyby Violetta zdążyła się z nią zapoznać.
Nie wiemy dziś na pewno, czy rzeczywiście mogło do tego dojść. Moja przygoda z
archiwaliami jeszcze się nie skończyła. Prosząc o personalne teczki oficerów
prowadzących Violettę alias Gabriellę uzyskałem oficjalne pismo, a w nim informację,
że tacy ludzie nie figurują w archiwum IPN. Więc… może wcale ich nie było a
cała sprawa Gabrielli była wytworzoną na potrzeby publikacji zasłoną dymną? To
zbyt łatwo przychodzący na myśl wniosek i dlatego od razu trzeba go odrzucić.
Jedno nazwisko jednak pozostało do wglądu i z funkcji sprawowanej przez nią w
strukturach Służb Specjalnym wnoszę, że to za jej sprawą wytworzono teczkę
Gabrielli. Były minister spraw wewnętrznych Krzysztof Kozłowski zażartował
kiedyś w opublikowanym wywiadzie książkowym, że jeśli ktoś chce kopię
dokumentu, może ją mieć od razu. Ale jeśli chce mieć oryginał to jego sporządzenie
zajmie kilka dni. Przy dzisiejszym zaawansowaniu techniki wszystko jest możliwe.
Trudno ufać otrzymanym kopiom, jeszcze trudniej opisywanym faktom i
interpretacjom osób trzecich. Najgorzej jednak jest ze świadkami, którzy mają
tyle wersji prawdy, ilu ich jest. Nie wszyscy łżą lecz mają bardzo subiektywne
spojrzenie na wszystko, co dzisiaj kojarzy się z Violettą i jej życiem. Nie
zakończę tego wpisu żadnym podsumowującym wnioskiem. Po prostu niech się to
urwie i cierpliwie czeka na rozwiązanie, które miejmy nadzieję, że szczęśliwie,
wreszcie nastapi.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

jezda z Tarchomina na Ursynów

14 kwi

Nie
dość, że komunikacja funkcjonuje jak chce, czyli jest kompletnie rozregulowana,
to mój serdeczny kumpel wmawia mi, że umówił się ze mną na inną godzinę. W
dodatku z artystyczną lekkomyślnością postanowił zaufać swojej szczęśliwej
gwieździe i puścić się na żywioł. Problem polegał jednak na tym, że po
przeciwnej stronie znalazł się skrupulant, który strzegł dostępu do sali projekcyjnej
niczym mityczny Cerber u wrót Tartaru. Miałem zarejestrować wypowiedzi
reżysera, który zaprezentował publiczności stare filmy o powstającym przed
kilkudziesięciu laty Ursynowie. O budowie Tarchomina nikt wówczas jeszcze nawet
nie wspominał. Okazało się, że mogliśmy nagrywać tylko napisy czołowe i listę
płac na końcu każdego tytułu. Z wypowiedziami było trudno, bowiem bohater
wieczoru, Pan Józef Gębski, postanowił mówić do zebranej publiczności wprost,
bez mikrofonu. Podszedłem bliżej aby nagrać coś przez mikrofon efektowy,
chociaż to już nie jest to samo, co profesjonalne nagłośnienie sali. Trzeba
było się ewakuować na korytarz aby tam nagrać umówiony wywiad, ale znowu w tym
miejscu kręciło się mnóstwo ludzi oczekujących na rozpoczęcie się kolejnej
imprezy, tym razem kabaretowej. Zza drzwi na półpiętrze dobiegały do nas coraz
głośniejsze tony muzyki tanecznej. Dom Kultury prowadzi przecież także, a
jakże, zajęcia z aerobiku. Mimo wszystko nic nas nie zaskoczyło i poradziliśmy
sobie sadowiąc mówcę na wprost kamery i pozwalając ludziom przechodzić w
trakcie nagrania po schodach w górę i w dół. Inaczej nigdy byśmy tego nie
dokonali. Stary reżyser z rozrzewnieniem mówił o starym, dobrym kinie
wspominając słowa klasyka francuskiego kina: „Nie ma czegoś takiego jak telewizja, jest tylko telewizor”. Świeżo
po obejrzeniu sztuki „Księżyc i magnolia
uznałem to stwierdzenie za równie genialne, jak teksty rzucane mimochodem ze
sceny przez Davida O. Selznicka. Niestety, dotychczas najwierniejsza partnerka w
moich wyprawach do krainy sztuki, nawet w najmniejszym stopniu nie podzielała
mojego entuzjazmu i jak gdyby nigdy nic, ulotniła się podczas antraktu.
Odczytałem to znudzenie personalnie wprost do siebie, jakby to dotyczyło mnie.
Prawdopodobnie wcale się nie mylę i muszę to w duchu głęboko rozważyć, jaką
powinienem podjąć w tej sytuacji decyzję. Nigdy więcej…? Już nigdy z nią?…
Bogać tam!… Jakem Ślązak, jestem dość odporny na afront, bo rodowity mieszkaniec
tych ziem ma w sobie wiele pokory. Pewnie jest to spowodowane wielu
kompleksami, jakie dziedziczymy po naszych przodkach, którzy częściej brali
baty niż batożyli swoich poddanych. Na Śląsku wszyscy byli równie ubodzy i z
konieczności w familokach czy osiedlach robotniczych, spędzali razem, blisko
siebie mnóstwo czasu. To nie to, co w Stolicy, gdzie człek żyje obok ziomala i
przez całe lata nie powiedzą sobie nawet „dzień dobry”, czy „do widzenia”. W
okolicy Świąt nieco się ociepla ta nieludzka atmosfera obcości i bylejakości
wzajemnego traktowania. To jednak trwa krótko i niepostrzeżenie znika na kolejne
pół roku. Przez większość miesięcy odnosimy się do swoich bliźnich w
pożałowania godny sposób. Dziś wieczorem byłem świadkiem, jak do autobusu
wparował gość objuczony tobołami z czerwonym plecakiem na grzbiecie. Nawet nie
przeprosił spokojnie siedzącej pani, która przezornie czym prędzej usunęła mu
się z drogi. On rozłożył na oswobodzonych siedzeniach torby, ale już po kilku
przystankach nagle zorientował się, że musi wysiąść. Porwał je gwałtownie,
przytulił do piersi i pędem wyrwał w kierunku otwartych drzwi. Stała przy nich
grupka powracającej z jakiejś imprezy młodzieży, z uwagą obserwującej jego
zachowanie. Usiłował ich roztrącić na boki wiosłując intensywnie ramionami, ale
oni w jednej odsunęli się i w ten sposób ów agresywny troglodyta, nagle znalazł
się na świeżym powietrzu. Co prawda upadł i długo nie mógł się podnieść z ziemi
leżąc na własnym plecaku. Pasażerowie już jednak tego nie mogli widzieć. Ja też
nie wypatrywałem za nim, bo przede mną troje ludzi zabijało czas grając,
czytając i studiując wskaźniki giełdowe akcji. Matka, córka i mąż byli zajęci
grą, lekturą i namiastką pracy zamiast wykorzystać ten sposobny czas na rozmowę…
chyba, że już dawno ze sobą przestali rozmawiać o czymkolwiek. A przecież taka
osobista rozmowa, to podstawa utrzymywania uczuciowych więzi między sobą. Kiedy
zapada między bliskimi do tej pory ludźmi ciężkie milczenie, to na pewno nie
oznacza nic dobrego. Prawdopodobnie coś się naprawdę kończy. To prawie tak samo,
jak działo się w teatrze. Wraz z odejściem znudzonej spektaklem osoby, bardzo
ważnej osoby… pojąłem, że nie da się tego faktu skwitować wzruszeniem ramion.
Jeżeli nawet zrobiła to nieświadomie, chciałbym w to wierzyć, ale uwierzyć w to
bardzo trudno… Widocznie sam Pan Bóg tak chciał i przyjmuję ten Jego znak z
pokorą, jak ciężko doświadczony tym afrontem, mężczyzna. Na pewno przyjdzie mi
znosić jeszcze wiele kaprysów przyjaciół i wybryków ze strony najbliższych mi
osób. Na pewno, ale wybaczamy tym, których kochamy i którzy z wzajemnością nas
kochają. Jeśli jest tylko chłód i obcość, wszystko traci swój sens.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS