RSS
 

Archiwum - Marzec, 2012

kino polskie jest zdrowe od środka

31 mar

Pamiętam,
jak tuż po otrzymaniu pocztą pantoflową informacji o otrzymanej nagrodzie, mój
wielki przyjaciel i reżyser filmów dokumentalnych rozpoczął intensywną
medytację. Działo się to w pokoju hotelu Garnizonowego, gdzie na czas
krakowskiego festiwalu filmowego wraz z nim zamieszkałem przed dawno zapomnianą
uroczystością rozdania laurów dla uhonorowanych twórców. Mimowolnie
obserwowałem, jak jeden z docenionych autorów przeżywa coś, o czym nie miałem bladego
pojęcia. Dopiero podczas uroczystej gali w kinie KIJÓW okazało się, że wówczas
zbierał siły do oryginalnego wystąpienia, które swoim dramatyzmem i szczerością
wstrząśnie do głębi festiwalową publicznością wprawiając w zakłopotanie
członków Jury. On po prostu odmówił przyjęcia tak banalnej nagrody pocieszenia,
jaką jest według niego dyplom za reżyserię jego filmu. Mówiąc  to przyznał, że liczył się naprawdę z
otrzymaniem najwyższego lauru, bo współzawodniczące z jego dziełem dokumenty
nie umywają się klasą i tematem… Można by tę argumentację rozszerzać i
szczegółowo uzasadniać, ale każdy uczestnik festiwalu doskonale wie, jakie
reguły rządzą przyznawaniem nagród, nie mówiąc już o wstępnej selekcji  kandydatów. Sztuka jest niewymierna, jednak
ten autorski protest zapamiętałem jako próbę przełamania bariery niemożliwej do
pokonania. Sądziłem, że to coś znaczy i może zmieni się wreszcie cokolwiek po
tak wyrazistej manifestacji niezadowolenia. Jakże się myliłem… Dzisiaj już nikt
nawet o tym krakowskim epizodzie zupełnie nie pamięta. Od tego czasu mnie
osobiście nie udało się nawet zakwalifikować do udziału w krakowskim festiwalu,
a cóż dopiero mówić o zdobyciu jakiejś nagrody… Ja już nie narzekam, tylko
konstatuję, a jeśli miałem jeszcze co do tego jakieś wątpliwości, to z nich
wyprowadził mnie onegdaj Paweł Woldan. Spojrzawszy na listę uczestników
konkursu spytał mnie po prostu, dlaczego się ścigam… Czyżbym czuł się
niedowartościowany? Zaczerwieniłem się, jak przedszkolak i odpowiedziałem mu
coś na odczepnego, ale zapamiętałem tę jego uszczypliwość jako memento.
Rzeczywiście, cały ten festiwalowy cyrk toczy się niezależnie od codziennej
działalności programowej. Powiem więcej, że tak być powinno, ale niestety, u
nas jeszcze nikt nie zdecydował się na jakich zasadach cała produkcja filmowa
jest oparta. Jeśli w składanych projektach 
i wnioskach producentów o dofinansowanie trzeba podawać otrzymane
nagrody, to jest to dowód dyskryminacji twórców nie posiadających zaplecza w
postaci ustosunkowanych znajomych. Natomiast ekonomiczne kryteria są o wiele
bardziej sprawiedliwe, bo ktoś, kto po czterech latach studiów ukończył szkołę
filmową powinien mieć przynajmniej gwarancję minimalnego zatrudnienia aby
utrzymać się przy życiu. Niestety, w praktyce mamy do czynienia z feudalnym
folwarkiem filmowych baronów, którzy kontrolują wszystko począwszy od
festiwalowych nagród, poprzez przyjmowanie kandydatur do ról filmowych i
projektów do realizacji. Stworzono pewne quasi demokratyczne mechanizmy, ale są
to raczej fasadowe prezentacje dla zamaskowania rzeczywistego jedynowładztwa.
Kazimierz Kutz powiedział kiedyś z przekąsem w jednym z wywiadów, że kino
polskie jest zdrowe od środka. Prawda wypowiedziana przed laty z nadzieją, że coś
się wreszcie zmieni spowodowała, że jeden z lepszych reżyserów uciekł w
politykę, a ja jego śladem znalazłem pocieszenie w literaturze… chociaż nie
jestem pewny, czy ona mnie zechce przygarnąć. 
Mam jednak nadzieję i jeszcze ona trzyma mnie przy życiu.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

młodość nie radość, starość nie grzech

31 mar

Ze smutkiem i pokorą obserwują cierpienia, jakie przeżywają moi przyjaciele. Oni z godnością znoszą choroby i wszelkie dolegliwości, jakie narastają z wiekiem. Przypominają mi się proste i dosadne słowa młodszej o wieloletni kwadrans koleżanki, która uświadomiła mi, że nie wyglądamy już jak nastolatkowie a zmieniamy się na gorsze, czujemy się gorzej, bo nieuchronnie starzejemy się. Ot, zwykła biologia. Ja też coraz bardziej ślepnę i głuchnę. Czy w takim stanie mam jeszcze powody aby dziwić się innym, że nie wzbudzam wśród nich zachwytu? Mógłbym próbować ich omamić stylem i urokiem, ale dotyczy to raczej materii słowa i wiersza, ale nie ciała. Pamiętam, kiedy Anka wyrzucała mi beztroskę wobec medycyny i swoisty indyferentyzm wróżąc, że z takim światopoglądem i praktyką nie przeżyję dłużej niż dziesięć lat. Nie wiem, czy ten czas minął, bo i jej już nie ma od ponad siedmiu lat. Odchodziła ode mnie stopniowo, aby w końcu zniknąć naprawdę z naszego życia. Kąpię się w tej samej wannie, myjąc grzeszne ciało mam przed oczami jej obraz zanurzonej w wodzie. Nie nalewała jej sobie aż po brzegi. Tyle, żeby móc się swobodnie czuć w kąpieli i opłukiwała się strumieniem wody z prysznica. Leżę tam na emaliowej, białej polewie i w tym samym świetle spoglądam na koniuszki palców. Najpierw u rąk, potem u nóg. Zupełnie, jak nowo narodzone niemowlę, które w naturalny sposób jest zaciekawione każdą kończyną swojego ciała i po przebudzeniu dopiero je poznaje. Tak i ja spoglądam na zgrubiałe, powykrzywiane z czasem paluchy i palce serdeczne, wskazujące, bez najmniejszych, autoerotycznych fascynacji. Przyglądam się wilgotnej skórze, badam jej miękkość próbując się domyślić wrażenia, jakie ten naskórek i te opuszki palców mogą wzbudzać w bezpośrednim kontakcie z innymi dłońmi, drugą osobą Ale to tylko łaziebne spekulacje. Jest dokładnie tak, jak powiedziała mądrzejsza ode mnie kobieta, że w tej materii nie możemy mieć najmniejszych złudzeń. Nikt z nas nie staje się piękniejszy, młodszy… chyba tylko bardziej interesujący, ale inaczej jak chorzy i niepełnosprawni. Dlatego znoszę te wątpliwe uroki wieku dojrzałego przyzwyczajając się do roli starego pierdziela. Kiedy przechodząc przez jezdnię podbiegałem na przystanek albo do świateł słyszałem od młodszej koleżanki, że muszę poruszać się z godnością odpowiednią dla mojego wieku. Zapytałem więc naiwnie, na ile według niej wyglądam i usłyszałem, że co najmniej na osiemdziesiąt. Wtedy nie potrafiłem sobie odpowiedzieć na pytanie, czy ona żartuje, czy naprawdę tak sądzi. Przecież nie mam nawet sześćdziesiątki.Teraz już dobrze wiem, że mówiła śmiertelnie poważnie. Rozmawiałem niedawno z sąsiadką, której nie mogę posądzać o brak życzliwości. A właśnie od niej przypadkowo dowiedziałem się, co młodzież naprawdę sądzi o potrzebach starszych ludzi. W swobodnej wymianie zdań, dla zabicia czasu w autobusie padło gorzkie stwierdzenie, że w młodości, kiedy pieniądze człowiekowi są najbardziej potrzebne brak ich doskwiera najbardziej. Po pięćdziesiątce, gdy się już człowiek całkiem zestarzeje nie są już one nam tak niezbędne, jak teraz. Przeżyłem szok, ale nie pierwszy, zapewne nie ostatni raz. Choćby patrząc na ogłoszenia moich serdecznych przyjaciół ogłaszających się w serwisach randkowych. Staram się być obiektywny i jestem, bo nie korzystam z takich platform, a Badoo jest widoczne na Facebooku nawet dla osób nie zarejestrowanych. Widzę tam deklaracje niewiele młodszych ode mnie kolegów i tych sporo starszych. Większość z nich pragnie poznać dwudziestoparoletnią kobietę, no najwyżej do „czterdziestki”. Zadziwiające marzenia… No i naprawdę imponująca odwaga mężczyzny absolutnie przekonanego o tym, że jeszcze drzemią w nim ogromne możliwości a wygląda niczym Hanuszkiewicz w swoim najlepszym okresie. Potem przyszedł jednak czas choroby i niedostatku, a wraz z kryzysem ekonomicznym dawny idol pogrążał się w otchłani niebytu. Był niewątpliwie jednym z pierwszych celebrytów nowej epoki, gdzie liczą się tylko piękni, inteligentni, młodzi i bogaci. Pozostali obywatele Rzeczpospolitej w budowie, muszą sobie szukać miejsca gdzie indziej. Więc szukam tu i tam, na razie bez powodzenia, ale nie upadam jeszcze zupełnie na duchu. Nadzieja jest naszą matką.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

ktoś, kto jest mną

31 mar

Zmiana stylu życia nastąpiła niespodziewanie i niezupełnie z własnej woli. Skutki okazują się jednakże nadzwyczaj pozytywne. Zdałem sobie sprawę, że o pewnych rzeczach już nie myślę albo traktuję już je zupełnie inaczej. Nie przypuszczałem, że będzie możliwe spędzanie wielu godzin w samotności bez
włączonego radia. Wcześniej postanowiłem wziąć kompletny rozbrat z telewizją w każdym wymiarze i kanale. Nie oglądam nawet meczów, prognozy pogody, ani wiadomości. To, co przeczytam w necie najzupełniej mi wystarcza. Tam kłótni i wymiany opinii jest o wiele więcej niż w niejednym programie radiowym. Dlatego i ten aparat został martwym sprzętem w mojej elektronicznej rekwizytorni. Chudnę z dnia na dzień coraz bardziej, ale to dobrze. Kiedy biegnę do autobusu, czy tramwaju wcale nie sprawia mi to kłopotu. Jeszcze niedawno łapała mnie zadyszka i musiałem sporo odczekać, zanim znowu do siebie doszedłem. Wiem, że zbyt późno zdecydowałem się na tak drastyczną kurację, ale cóż z tego… Domyślam się, że niewiele ode mnie zależy,
chociaż jakiś wątły płomyk nadziei jeszcze tli się we mnie i właśnie tego odmienionego człowieka można obdarzyć przychylnym spojrzeniem, może serdecznym uśmiechem?
Poniosła mnie fantazja, zawsze mnie ponosi, kiedy wspomnę króciutkie przebłyski,
które chwilami ośmielam się przyrównywać do szczęścia a nawet miłości. Gasnę od
razu, kiedy stojąc w zatłoczonym autobusie słyszę pytanie ze strony młodszej
osoby, czy chciałbym usiąść. Oczywiście zaprzeczam i pozwalam jej usiąść,
jednak to przykre, że inni widzą w mojej twarzy to, czego sam starałem się nie
widzieć. Z kimś takim trudno pokazywać się w gronie zadowolonych z życia i
kariery celebrytów. Ktoś w tym wieku i z takim wyglądem na pewno nie przydaje partnerowi czy partnerce blasku. Dlatego cieszyłem się z każdego zgubionego kilograma i kolejnej fałdy tłuszczu
zapominając o najważniejszym, wyrazie smutku na twarzy. Tego nie da się
zniwelować goląc zarost, wklepując krem, wstrzykując botoks, naświetlając skórę, czy
też masując mięśnie policzkowe. Gniew a nawet dawno zapomniany ból pozostawia trwały
ślad w postaci nie kontrolowanych min, grymasów i nerwowych ticków. Pomimo tej
przywary moje ciało jest pełne energii, żeby nie powiedzieć wprost, radosne
Potrafię cieszyć się porannym słońcem, śpiewem ptaków i było by mi żal, gdyby
bezlitosna deprecha wtrąciła mnie z powrotem w bezdenną, ciemną otchłań. Na razie
jeszcze jest dzień a nawet gdy będzie noc, to na ogół (z wyjątkiem nowiu) na pogodnym
niebie świeci srebrny miesiąc . Boję się samotności, chociaż sądziłem, że
jestem urodzonym samotnikiem. Dlatego wybrałem właśnie film, gdzie niczego nie da się właściwie zrobić w pojedynkę. Do wszystkiego musisz zaprosić i przekonać do siebie ludzi. Powoli odchodzę od
kina w stronę literatury. Tam jest możliwe skupienie i kontemplacja. Literatura
niczego nie obiecuje, za to wymaga autentycznego poświęcenia wszystkich sił i
oddania jej całej wiedzy, jaką udało ci się zgromadzić w tym życiu. Nie uznaje
półśrodków i technik zastępczych. Film pozwala na pewne ustępstwa, bo z
definicji jest sztuką fikcji. Tymczasem każde słowo przelane na papier coś
znaczy i nie można ot tak sobie budować zdań, jak się układa mozaikę z puzzli.
Musisz dokładnie czuć swoją opowieść i doskonale znać swoich bohaterów i główne
postaci dramatu, nawet te, które pojawią się niespodziewanie, jako postaci
epizodyczne. Przebywam z nimi w dzień i w nocy. Czasami budzę się o
najdziwniejszych porach, włączam komputer, odnajduję w archiwum tekst. Potem czytam
uważnie wyszukując miejsce, w którym powinienem usunąć zbyt obszerny fragment
albo przenieść go do innego rozdziału. Podobnie dzieje się ze wstawianymi
cytatami, które wydają się świetnie korespondować z tym, co już zostało
napisane. Większość z nich jest dostępna w sieci, ale od czasu do czasu
koryguję tekst uważając, żeby nie naruszyć struktury i zachować pierwotny
klimat tej opowieści o ludziach, o których usłyszałem przed laty siedząc z kimś
przy kuflu piwa. Oczywiście ten ktoś ma imię i nazwisko, ale skoro ja dziś dla
kogoś jestem zaledwie kimś, to nie mam najmniejszego powodu szermować personaliami
znanych i żyjących osób. One z pewnością powinny się rozpoznać, chociaż
dokładam wszelkich starań, żeby dla czytelnika pozostały fikcyjnymi postaciami
zrodzonymi w wyobraźni autora. Myślę, że tak jest w porządku i zgodnie z rzeczywistością. My przychodzimy i odchodzimy, zmieniamy się, ale sprawy, którymi żyjemy pozostają wciąż te same.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

w hołdzie Violettcie Villas

30 mar

Jeszcze nie ukończyłem monodramu o Violetcie Villas
alias Gabriella, kiedy doszły mnie wieści o sztuce teatralnej, której głównym
wątkiem konstruującym opowieść jest pięć spotkań z Kaliną Jędrusik. W ciasnym
warszawskim światku teatralnym wieści rozchodzą się lotem błyskawicy i nim mój
bardziej zorientowany w nowościach syn zaproponował mi do roli Violetty
zaangażowanie Ewy Kasprzyk, w Klubie Krytyki Politycznej dowiedziałem się, że
właśnie ona będzie kreować Gwiazdę w sztuce, której premiera przewidziana jest
na maj. Krzysztof Gospodarek wspominał mi, co prawda o takim projekcie, ale
mając na względzie dobro powstającego monodramu zastanawialiśmy się, czy to
bogactwo nie spowoduje jednak zbyt wielkiego zamieszania. Szkoda by było tak
wielkiej pracy włożonej w pozyskanie wielu dokumentów z IPN i rozproszenia
istoty biografii wielkiej piosenkarki, która wpisywała jako zawód inne słowo: pieśniarka.
Dla niej ważniejsza była pieśń, nie piosenka. To bardzo ważna różnica… mniej więcej
taka, jaka jest pomiędzy klasyczną Operą a operetką, primabaleriną a
fordancerką, etc, etc… Trudno się mówi, nie na wszystko mamy wpływ i będzie, co
ma być.  Violetta już tu nie mieszka
jest na razie roboczym tytułem monodramu, który ułożył się już nam wszystkim w
głowach i powinniśmy do niego powstawiać jedynie brakujące elementy wzięte
prosto z jej prywatnego życia. Widz powinien namacalnie czuć to, co ona
polubiła i nieomal smakować te same zapachy, bukiety, potrawy, odcienie barw,
miękkość materii, jaka spowijała jej ciało, oraz medykamenty i napoje, którymi
się raczyła.  Jej behawioralny opis działania
i myślenia pozwoli widzowi zrozumieć, dlaczego wobec swoich partnerów i obcych
ludzi w taki właśnie sposób. Ogromnie wiele dowiedziałem się od syna Violetty i
dzięki temu razem z jego żoną, Małgorzatą mogliśmy po kilkumiesięcznej pracy przekroczyć
półmetek pracy nad tą niełatwą sztuką o jej rosnącym strachu i stopniowym osaczeniu
przez agentów Służby Wywiadowczej PRL. Nie należy tej nazwy mylić ze Służbami
Specjalnymi, o których nieustannie czytam tu i ówdzie. One i SB to harcerzyki
wobec wspomnianego przeze mnie organu mającego w swoim dorobku tak haniebne
karty kryminalnych afer jak osławiona akcja pod kryptonimem „ŻELAZO”. Właśnie tego
typu terminologiczne „omyłki” i niedomówienia prelegenci wieczoru z Violettą
Villas, rzucali między zebranych na Sali widzów pokazując im fotografie z
różnych okresów kariery Gwiazdy. Zastanawiałem się, czy protestować, kiedy oni
chwalili książkę wydaną tuż przed jej śmiercią i wyjaśniać publiczności, że
istnieje niemal pewność, że cytowane dokumenty świadczące przeciw piosenkarce
były sfabrykowane przez odpowiednich fachowców ze wspomnianej Służby. Jesteśmy
w posiadaniu większości z nich, więc mamy czas uważnie spojrzeć na charakter
pisma, prześledzić styl i zauważyć rażący brak konsekwencji i logiki w ich
chronologicznej prezentacji. Większość z tych refleksji jest częścią monologu
bohaterki monodramu, której dajemy (niestety pośmiertną), szansę obrony.
Przymykając oczy na niefortunne miejsce prezentacji sylwetki Violetty zjawiłem
się tam incognito ciekawy rewelacji, które być może przydały by mi się, jako
uzupełnienie pisanej sztuki, ale zorientowałem się, że w większości prelegenci
powielali krążące wokół stereotypy na temat żywego symbolu seksu, wiecznie rozmodlonej
chrześcijanki i zaćpanej alkoholiczki. Kto tylko zechce, może sobie wybrać
odpowiedni portret Violetty i Villas i zapewniam go, że żaden z tych wizerunków
nie odpowiada rzeczywistości. Prowadzący ów ( dość atrakcyjny, bo ilustrowany
fragmentami filmu i anegdotami), ciekawy wykład na temat typowej gwiazdy epoki
PRL nie spotkali się jednak z żywą reakcją zebranych na sali słuchaczy. Ta
obserwacja jest niesamowicie ważna dla nas, jako autorów pod tym względem, że
nie możemy być pewni tłumów walących drzwiami i oknami tak, jak to bywało w
przypadków koncertów Violetty Villas. Coraz słabszy jest też oddźwięk po moim nieśmiałym
apelu w kwestii skromnej kwesty na pokrycie kosztów budowy pomnika na mogile
piosenkarki. Był to mój taki mały test na wrażliwość i ludzką pamięć. Wszyscy
zdajemy sobie sprawę z tego, jak bardzo ona jest nietrwała, ale pomimo wszystko
mamy nadzieję, że może właśnie Violetta Villas jest wyjątkiem od tej reguły.
Reasumując powiem, że dobrze się stało i nieważne jak, czy gdzie lecz odbył się
kolejny wieczór pamięci tej niezwykłej, wielobarwnej postaci, którą trudno
opisać za jednym razem, w jednym utworze, niezależnie, czy będzie to dokumentalny,
czy fabularny film, monodram albo pełnospektaklowa sztuka teatralna. Cieszy ten
oddolny nurt kolejnych wyzwań, jakie stawiają sobie coraz młodsi fani Violetty.
Kiedy przystępowałem do realizacji mojego kinowego debiutu z jej udziałem w
roli głównej, nie miałem jeszcze wtedy zielonego pojęcia, jak zajmująca i wielowątkowa
jest to opowieść. Szkoda, że wówczas, gdy jeszcze istniało materialne zaplecze
i możliwości nie udało się zrealizować prawdziwego filmu na podstawie jej osobistych
zapisków, bo przecież trudno to nazwać scenariuszem. Dziś, w trudniejszych
czasach to zadanie jest nie tylko ambitnym wyzwaniem, ale chyba nie przesadzę
pisząc w tym wypadku o moralnym zobowiązaniu wobec tak wspaniałej artystki.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Edukacja ludzi chorych na cukrzycę

28 mar

Nie sądziłem, że mój
krótki pobyt na konferencji lekarskiej pozostawi we mnie tyle twórczego
niepokoju i zaczynu prowokującego do działania. Mojej mamie to już niepotrzebne,
bo przez około ćwierć wieku sama bohatersko zmaga się z cierpieniem i może
uczyć wielu młodszych, jak się posługiwać narzędziami albo jaki lek jest
potrzebny do uzyskania konkretnego efektu wyrównania poziomu cukru we krwi.
Jeszcze tego dokładnie nie zbadałem, ale trafiłem w sieci na wzruszające blogi prowadzone
przez cukrzyków godzących codzienną pracę z koniecznością nieustannej kontroli
równowagi wszystkich ważnych czynników wpływających na funkcjonowanie
organizmu. NFZ nie
dofinansowuje tak ważnego składnika kuracji ludzi chorych na cukrzycę, jak ich
kompleksowa edukacja. Od tego zależy ich zdrowie i życie. Chcąc nie chcąc, ta
jedyna w kraju instytucja, powołana do ochrony pacjentów wytworzyła na rynku
usług medycznych swoistą niszę, którą trzeba jak najszybciej zapełnić
wypuszczając setki, a być może i tysiące płyt DVD z nagranymi instrukcjami,
zarówno dla początkujących chorych, jak też znajdujących się w zaawansowanym
stadium hipoglikemii. Edukator wykształcony na zachodnich wzorcach przywołuje
szkolenie gondoliera, jako przykład stopniowego pojmowania przez chorego, skomplikowanej
sztuki balansowania pomiędzy kolejnymi etapami podróży z cukrzycą przez życie.
Oglądaliśmy materiał poglądowy na ekranie i w podobny, jeśli nawet nie  w identyczny sposób powinniśmy przekazywać
praktyczną wiedzę tym, którzy cierpią na dolegliwości związane z cukrzycą. Film
powinien powstać wespół z gronem ludzi zaangażowanych w proces wspierania
kuracji pacjentów, którzy mogą go później wspólnie oglądać i objaśniać
poszczególne sekwencje tematycznie związane ze sposobami testowania poziomu
cukru, dawkowania i wyboru leków oraz zapobieganiu powikłaniom zdrowotnym. Są
to oczywiście trzy z trzystu, a może i trzech tysięcy zagadnień wybranych z
oceanu problemów, jakie towarzyszą większości ludzi chorych na cukrzycę. Wraz z
praktykującymi już od lat w tej dziedzinie medycyny lekarzami jest możliwe
zrealizowanie cyklu praktycznych pokazów, które po starannym przećwiczeniu
przez pacjenta pozwolą mu zorientować się w zupełnie nowej dla niego sytuacji
życiowej. Człowiek zdrowy nie jest w stanie wyobrazić sobie, jak diametralnie
różne jest jego życie od rówieśnika chorującego na cukrzycę. Obejrzenie
instruktażowego filmu na krążku  DVD uświadomi
też członkom rodziny cukrzyka wymagania, jakie życie razem z nim pod jednym
dachem stawia wobec nich wszystkich a także każdego z osobna. Zarówno rodzice i
rodzeństwo chorego muszą być bardzo mocno wyczuleni na wszelkie zmiany w jego
zachowaniu, aby we właściwej chwili przyjść mu z pomocą, a nawet ratunkiem
wzywając do cierpiącej osoby karetkę pogotowia, podając właściwe lekarstwo, a
czasem zwykły cukier. Multimedialny EDUKATOR ZDROWIA przeznaczony jest dla
zdrowych i dla chorych osób. Musimy szczegółowo opracować konkretne założenia
merytoryczne i nakreślić scenariusze podstawowych czynności, jakie powinny
opanować oglądające je na filmie osoby. W miarę powstawania kolejnych partii
instrukcji, możemy je sukcesywnie zamieszczać w sieci na podanym kanale
tematycznym, a niezależnie kopiować w wyższej jakości na nośniku DVD z
przeznaczeniem do masowego rozpowszechniania. Wymieniłem się tymi uwagami i
pomysłami z profesorem Leszkiem Czupryniakiem z Polskiego Towarzystwa
Diabetologicznego. Według niego naprawdę nie jest dobrze, a po mojemu znaczy
to, że może być już tylko lepiej.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Mistrz, Małgorzata i polska cukrzyca

27 mar

Moja
ukochana, stara mama cierpi na cukrzycę. Niby nic nadzwyczajnego, bo przecież w
tym kraju jest to zjawisko tak powszechne, że można by powiedzieć… banalne. Ale
właśnie dlatego ten prozaiczny fakt wymaga nagłośnienia, bo przecież ani rząd
Najjaśniejszej Rzeczpospolitej, ani Narodowy Fundusz Zdrowia nie dotrzymuje
zobowiązań, jakich się podjął na etapie rozmów z lekarzami, od których zależy
przeżycie pacjentów chorych na cukrzycę. Rzecz tkwi w banalnie prostych
decyzjach o refundowaniu kwot  złotych polskich
przeznaczonych na badania testowe z użyciem pasków diagnostycznych i używanie prawdziwie
skutecznej insuliny „ludzkiej” w odróżnieniu od „zwierzęcej” i tzw. syntetycznej.
Celowo używam tutaj uproszczonej  terminologii zrozumiałej dla pacjentów, którzy
wstrzykują sobie konieczne medykamenty między godziną ósmą rano, czternastą po
południu dwudziestą którąś przed północą i przed nastaniem świtu. Znam dobrze
ten strach i horror pacjenta, który wylicza sobie dawki insuliny, jakie musi
aplikować codziennie, żeby mieć prawo spożyć jakikolwiek posiłek. To zresztą
również implikuje konieczność nowej dawki insuliny w postaci zastrzyku, który
nie należy do przyjemności.  Na sesji
poświęconej tej nieznanej cywilizacyjnej chorobie usłyszałem, że dosięga ona
coraz młodszych roczników.  Do tej pory
sądzono, że jest to przypadłość emerytów i rencistów. Tymczasem najnowsze badania
statystyczne jawnie wskazują, że przedział wieku wstępujących w cukrzycę to zakres
28 – 36 lat.  Oznacza to, że muszą oni
brać insulinę jako czterdziestolatkowie. Czy mamy do czynienia ze schorowanym społeczeństwem
cukrzyków?… Tak, rzeczywiście tak to jest. Demokratycznie wybrany przez
społeczeństwo rząd nie docenia jednak wagi olbrzymiego problemu, jaki w czasie
narasta. Dla porównania podaję przykład sekretarza stanu USA Dicka Chenney’a,
pozornie z innej bajki, bo on musiał mieć przeszczep serca, ale przecież po
wielu innych badaniach, eksperymentach i zabiegach, które wymusiły ostateczna operację
z wymianą organu… Dodam przy okazji, że jest to bardzo bogaty i ustosunkowany  polityk w bardzo bogatym państwie. U mas mamy około
kilkunastu  tysięcy pacjentów w stokroć
biedniejszym kraju bez żadnych możliwości udzielenia pomocy każdemu cierpiącemu
na powikłania związane z cukrzycą. Zapomniane przez Centrum władz lekarskich Najjaśniejszej
Rzeczpospolitej województwo opolskie, w którym przyszło mieszkać, żyć i leczyć
się z cukrzycy mojej biednej mamusi, zapomniało widocznie o zasadzie
sprawiedliwości społecznej i nie pomyślało, żeby stawka dopłat na jednego
pacjenta w Stolicy i na polskiej prowincji była identyczna. Do tej pory nie
byłem na tyle zorientowany w skomplikowanej materii leczenia cukrzycy i właśnie
z tego powodu wybrałem się ba pozornie nudną sesję naukową. Nie zawiodłem się,
bo okazała się ona świetną lekcją poglądową i fascynującym wykładem. Dla mnie
osobiście najważniejszą obserwacją jest absolutny brak edukatorów, którzy by
mogli prowadzić za rękę tych, którzy dopiero odkryli w sobie symptomy owej
śmiertelnej w skutkach choroby. Ponieważ NFZ nie dofinansowuje szkolenia
pacjentów, a jest to dla nich kwestia życia i śmierci… musi się zająć tym ktoś,
komu na tym zależy. Spróbuję, chociaż nie wiem, czy mi się powiedzie. W każdym dziś
na pewno już dobrze wiem, że jest to moja obywatelska powinność, żeby nie
powiedzieć wprost – psi obowiązek. Co z tego wyniknie…. zobaczymy. Mam
nadzieję, że skoro intencje są szczere, wyniki również powinny być
zadowalające. Ale to nie koniec wrażeń, jakie przyniósł mi dzień dla polskiego
teatru najważniejszy.  Właśnie dokładnie w
międzynarodowym dniu teatru i w przededniu Wigilii Świąt Wielkanocnych mieliśmy
niepowtarzalną okazję obejrzeć niepowtarzalne misterium, które mimowolnie
zaistniało na niezapomnianych kartach „Mistrza
i Małgorzaty
” Bułhakowa. Autor zapłacił swoim życiem rozstrzelany przez przykład
pluton egzekucyjny stalinowskiego reżimu, który kontrolował w sowieckim Imperium
wszystkich i wszystko. Obejrzeliśmy razem z miłośniczką rosyjskiej literatury premierowy
spektakl w Teatrze Rampa i zgodziliśmy się, że nie ma w tej sztuce silniejszego
wątku od miłości Małgorzaty z Mistrzem, albo po prostu najważniejszym mężczyzną
jej krótkiego życia.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

moralne dylematy autora

25 mar

Ci, którzy nie z
własnej woli muszą mieć do czynienia z ludźmi pióra, muszą przeżywać straszne
katusze czytając i biorą do siebie wszystko, co pojawia się w druku, czy choćby
na ich prywatnym blogu. Artyści czy dokumentaliści żyją z tego, co zobaczą i
przetworzą a potem ubiorą we właściwą formę. Tworzywem sztuki zawsze jest konkretny,
nie wyobrażony człowiek i on jest żywą materią, z której powstaje, mniej czy
bardziej doskonałe, dzieło. Każdy utwór wymaga poświęcenia się bezgranicznego i
oddania mu sporej części osobistych przeżyć, nawet kosztem własnej depresji,
która też bywa czasami smakowitą pożywką… Nic przecież nie wzrusza tak mocno,
jak ludzkie nieszczęście… Szczęście o wiele gorzej się sprzedaje. Przyzwoity
gość na scenie wcale nie jest bardziej atrakcyjny od łajdaka, jakim czuje się
autor opartego na autentycznych ludziach i zdarzeniach, tekstu. To wieczny proceder
wymagający tolerancji z jednej i pokory z drugiej strony.  Jednakże zdaję sobie sprawę, że naprawdę nie
ma tutaj możliwości zrozumienia racji autora i pisze on ze świadomością, że
wszystko, co powstaje w jego umyśle pozostaje bez przebaczenia. Jakżebym chciał
usprawiedliwić się przed wszystkimi wyimaginowanymi postaciami przewijającymi
się w moim życiu i powiedzieć do nich wprost, że przepisanie ich myśli i
zachowań do powieści, czy opowiadania, to tylko ćwiczenie stylistyczne… Czy
miałbym za każdym razem pytać tych wspaniałych ludzi o pozwolenie? Przecież
chcąc uzyskać właściwy efekt musimy obserwować, pytać, a nawet prowokować!
Inaczej autor nie uzyska właściwego wyrazu i efektu, bo zawsze pracuje na
uczuciach. Naprawdę nie da się oddzielić najbardziej intymnej sfery własnych przeżyć
i refleksji osób, które ( choćby przez chwilę) są naszymi partnerami. Wchodząc
w relacje z kimś takim, jak ludzie pióra, teatru czy filmu ci ludzie narażają
się i naprawdę nie mogą się czuć bezpiecznie. Scenarzysta musi być bezwzględny
wobec żywego pierwowzoru postaci ludzkiej komedii czy dramatu.  To właśnie ten problem pojawiał się w pracy
nad monodramem o Violetcie Villas. Ileż to razy powtarzaliśmy między sobą, że
dopiero po śmierci bohatera można w pełni swobodnie o nim pisać i kręcić filmy.
Nic bardziej mylnego. Nawet po ich bezpowrotnym odejściu pozostają jeszcze ich krewni
dbający o ich wizerunek nawet bardziej, niż zmarły człowiek, który nas
interesuje jako literacki bohater.  Miałem z tym do czynienia w przypadku Bronka
Pekosińskiego, Aleksandry Kochan – Wojasińskiej i wielu bohaterów moich filmów
biograficznych. Tak też było z Violettą Villas… Na szczęście najbliższe jej osoby
pojęły w lot moje argumenty i zrozumiały naturę oraz strukturę dzieła sztuki i
coraz bardziej elastycznie podchodziły do kwestii traktowania prywatności, jako
tworzywa żywej materii utworu przeznaczonego na scenę. Teatr i film żywi się
najdrobniejszymi szczegółami z życia, bo właśnie one decydują o prawdziwości
doznać widza, który rozpoznaje w tych autentycznych opisach własne odruchy,
smak i gust. W inny sposób go się nie pozyska. Nasi bliźni to dobrze pojmują…
przynajmniej mamy taką nadzieję, że jeśli nas kochają, to choćby trochę, ale
oni nas jednak rozumieją. Wiem, żeby się z tym rzeczywiście pogodzić, trzeba
nas naprawdę bardzo kochać. O wiele częściej doświadczamy z ich strony
nienawiści i to jest koszt wkalkulowany w powstawanie każdego utworu… nawet
tego prywatnego wpisu, który jest zwykłą, codzienną, stylistyczną palcówką.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

kolejna zmarnowana szansa

25 mar

Miałem zamiar napisać o zwiastowaniu i Męce Pańskiej, bo Droga Krzyżowa i misterium wystawiono w samym centrum Stolicy, ale to nie to wydarzenie zdominowało wszystko, co działo się w tym świątecznym dniu. Warszawiacy tłumnie wylegli na ulice, bo słońce świeciło wyjątkowo gorąco, a ja nawet nosa nie wyściubiłem za próg. Rano odebrałem telefon, że ona ma przyjść by wrzucić fotki do komputera. Powinienem się cieszyć, że wreszcie zdecydowała się mnie odwiedzić, ale nawet się nie zdobyłem na to, żeby porządnie wyszorować umywalkę i pozamiatać podłogi. O odkurzaniu nawet nie było mowy. Mieszkanie zapuszczone wygląda na pewno strasznie, a i ja nie prezentuję się najlepiej. Ostry dzwonek u drzwi zwiastował jej przyjście. Minęło sporo czasu, nim dotarła na ostatnie piętro bez windy. Wiedziałem, że byle co jej nie przerazi, jednak półroczny nieład i bałagan w każdym pokoju, kuchni i łazience nie zachwyciłby żadnego gościa, a już na pewno na kobiecie robi to wrażenie. Pomimo wszystko ona nie dała nic po sobie poznać. Z kamienną twarzą poprosiła tylko o uchylenie okien, aby wpuścić do środka trochę świeżego powietrza. Była zbyt delikatna, żeby
powiedzieć wprost, jaki w tym nie sprzątanym mieszkaniu panuje zaduch. Długo siedziała przed komputerowym monitorem wydając z siebie tylko niezbędne słowa, a ja zająłem się czynnościami, do których przez tyle czasu Ne miałem serca i głowy. Zamiast siedzieć obok niej, chłonąć obecność tej cudownej istoty, która zdecydowała się wreszcie przyjść do mnie, uciekałem pod pretekstem konieczności wyjęcia z suszarki i układania na miejsce dawno wyschniętych słoików, noży, zakrętek, naczyń, pokrywek, sztućców i talerzy. Od czasu do czasu wołała mnie, kiedy system operacyjny Vista, nie pozwalał jej swobodnie działać przy obróbce zdjęć zrobionych podczas uroczystego otwarcia Mostu Północnego. Poklikałem, sprawdziłem, czy wszystko gra i znowu wracałem do zbierania porozrzucanych po
całym domu papierków i wyrzucania do obu koszy wynajdywanych odpadków. Gdybym codziennie
tak starannie postępował mieszkanie lśniło by czystością, jak było zresztą na początku naszej znajomości. Wtedy na pewno musiałem być w jej oczach kimś dobrze zorganizowanym, a przynajmniej wewnętrznie poukładanym człowiekiem. Musiałem wówczas wzbudzać zaufanie swoim spokojem i widoczną na każdym kroku solidnością w działaniu i jego efektach. Nie to, co teraz. Wystarczył pobieżny rzut oka na kuchnię, wnętrze lodówki i porozrzucane po kątach statki, żeby wyrobić sobie opinię na temat gospodarza, a raczej lokatora zdemolowanego mieszkania. Bez przesady, luksusów w nim nie uświadczysz, ale leżąca w najdziwniejszych miejscach garderoba nie świadczy jeszcze o kompletnym upadku mężczyzny zajmującego przestrzeń kilku pokoi na powierzchni kilkudziesięciu metrów kwadratowych. Można by rzec wprost, że tak naprawdę, brak w tym mieszkaniu kobiecej ręki. Jakby na potwierdzenie tej „oczywistej oczywistości” krzesło pod nią zaczęło niespodziewanie trzeszczeć, aż w końcu po prostu się połamało, chociaż ona była lekką i bardzo szczupłą osobą… Oczywiście, nie poczuwała się do winy, ale musiała czuć się w tym miejscu bardzo nieswojo i zapewne z ulgą opuszczała to mieszkanie, gdy już zrobiła to, czego nie mogła dokonać na swoim domowym komputerze. Stara, uszkodzona aparatura oczekiwała na konserwację w zakamarkach wypełnionej gratami pracowni. Dopóki jej sprzęt nie działał prawidłowo, ona jest zmuszona korzystać z mojej pomocy, jaką ja jestem w stanie udzielić. Niewiele mogę zdziałać bez włożenia minimalnego choćby kapitału w nowe części i
podzespoły. Wszystko wymaga czasu, ale zdaję sobie sprawę, że mój czas już minął i drugiej szansy od losu nie dostanę. Byłem zbyt niespokojny i nieszczęśliwy, żeby powrócić do harmonii, jaką pamiętałem z dawno minionego okresu, gdy jeszcze żyliśmy razem z Anką… Bałagan w sercu i niepewność w skołatanej duszy widać było w każdym calu zajętej mnóstwem przypadkowych przedmiotów, łachów i drobiazgów, przestrzeni. Być może niespodziewanie otrzymałem ją ( tę szansę) ponad całkowicie wykorzystany limit, ale już nie byłem w stanie jej wyzyskać i zdobyć się na szczerą rozmowę, której być może ona też by nie chciała. Wiem jednak, że popełniłem śmiertelny grzech zaniechania. Coś tam próbowałem nieudolnie sklecić w paru nieskładnych zdania. Wyartykułowałem nawet jakieś propozycje dalekich podróży, aż za Ocean jednak nie miałem już sił i energii przekonać jej, skoro sam nie byłem do końca przekonany o swojej racji. Podeszła do drzwi. Były zamknięte na zasuwkę. Nie chciała się niepotrzebnie denerwować i mocować z zamkiem. Obróciła się ku mnie i poprosiła, żebym sam jej otworzył. Obróciłem pokrętło i wyszedłem na korytarz, żeby jej zrobić miejsce do wyjścia. Schodząc w dół oddalała się. W nozdrzach poczuła zapach gotowanego gdzieś obiadu. Uśmiechnęła się i z pogodą powiedziała: „jedzenie”. Wyglądała na zadowoloną, chociaż czy ja wiem… Kto z nas, mężczyzn może z czystym przekonaniem powiedzieć, że naprawdę rozumie kobiety?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

MOST DLA DWOJGA

24 mar

Otwarcie Mostu Północnego jest nie lada świętem dla
mieszkańców oddalonego od centrum stolicy  Osiedla zwanego Tarchominem, Białołęką, a
kojarzonego z pobliskim Piekiełkiem z racji miejsca, w którym diabeł mówił
dobranoc. Pamiętam, że w tej pustynnej przestrzeni bez kościoła i porządnej sieci
handlowej,  pierwsi właściciele mieszkań czuli
się, jak wygnańcy, żeby nie rzec – skazańcy. Msze święte odbywały się na
świeżym powietrzu. Potem dopiero sprowadzono z Anina drewniany kościółek
ocalony tam od zniszczenia tylko dzięki matce premiera Piotra Jaroszewicza. Ta
głęboko wierząca kobieta wymogła na swoim synu decyzję pozostawienia w spokoju
zabytkowej świątyni, która po zbudowaniu murowanego gmachu, powędrowała z
Tarchomina w inne miejsce, na kolejne osiedle w budowie. I tak już, po wielu
latach powstawały w tej przestrzeni kolejne bloki, ulice i gmachy użyteczności
publicznej. Przyszła pora na most. Most, który miał połączyć dwa oddalone od
siebie brzegi po obu stronach rzeki. Wydawało mi się, że dzień jego uroczystego
otwarcia będzie symbolicznym dniem połączenia z kimś, komu wydawało się to
odległe i prawie niemożliwe, żeby pożenić własne pragnienia z naturalną obawą
osobistej porażki. Złączenie swoich przyszłych losów z drugim człowiekiem jest
jakimś ryzykiem, ale ufamy przecież swojej intuicji i zapewnieniom płynącym z tej
drugiej strony. Wydaje się to oczywistą, naturalna koleją rzeczy i dzisiaj nie
ma już nic dziwnego w tym, że nawet starszy partner żeni się z o wiele młodszą
kobietą oraz na odwrót… Nie znajdując prostych słów na opisanie własnego stanu
ducha uciekamy się do metafor i jedną z nich jest właśnie most… ów naturalny pomost
między dwojga lgnącymi do siebie momentami istotami. To oczywiste, że pragniemy
siebie nawzajem, a że nie wszyscy jednakowo, to też jest wpisane w naszą zawiłą
codzienność i świetlaną przyszłość. Tak sobie ją wyobrażamy nie dopuszczając
nawet myśli o innym rozwoju wypadków. Kiedy okaże się, że wszystkie nasze metafory
nie mają nic wspólnego z rzeczywistością sytuacja nie zmienia się ani na jotę…
Cóż z tego, że stoimy na przeciwległych krańcach, po obu stronach rzeki ? Jesteśmy
na tej samej kładce oddaleni, ale jednak na naszym moście, po którym chodziliśmy
już wcześniej wspólnie doglądając budowy i fotografując postępy w kolejnych
porach roku. Cokolwiek teraz zdarzy się między nami, to jednak jest to nasz
most i nasze wspomnienia. Dla mnie mógłby się nazywać jakkolwiek go ochrzczą,
ale w myśl tego, co zapisałem w sercu i na papierze, pozostanie on
najważniejszą budowlą w moim życiu. Nie zbudowałem domu, nie zasadziłem drzewa
i książki, o jakiej marzę też jeszcze nie napisałem. Mam za to Most Północny przemianowany
na patrona, który odpowiadał gustom decydujących urzędników. Tłum wkroczył na
obydwa pasy jezdni i cieszył się pogodnym dniem. Wszędzie słychać gwar uradowanych
piechurów, którzy już następnego dnia przemierzą ten sam dystans niespełna w parę
minut własnymi autami. Przybywają na to miejsce mieszkańcy z sąsiednich
dzielnic i z samego centrum Warszawy. To przecież, bądź co bądź, warszawski
most nazwany imieniem światowej sławy Warszawianki, Marii Curie – Skłodowskiej.
Bogu dzięki, jego budowa nie pochłonęła zbyt wiele ofiar. Na pewno mniej, niż
Stadion Narodowy.  Ale gdzie stadionowi
do mostu, który jest tak genialną metafora, że od biedy, mógłby zastąpić takiemu
biednemu człowiekowi, jak ktoś beznadziejnie zakochany… zastąpić i wynagrodzić,
brak miłości. Jak? Mniejsza z tym. Tu nie chodzi o konkrety i rzeczywistość.
Ten most przez długie lata też był tylko ideą i marzeniem projektantów, a wreszcie
stał się materialną cząstką rzeczywistości. Mam dzisiaj wielką nadzieję, że niebawem
wszystko inne także zmieni się, nie tylko zgodnie z moim życzeniem. Głęboko wierzę
w to, że nie tylko ja tego usilnie pragnę, tylko, że oboje tego jeszcze naprawdę
w pełni nie pojmujemy.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

ładne kwiatki

23 mar

W drodze do
Biblioteki Rolniczej na Krakowskim Przedmieściu stałem w autobusie 503 w
ogromnym tłoku. Pora była dość wczesna, chociaż jechałem już po tych, którzy
musieli dotrzeć do pracy w ustawowych godzinach. Tłok był niesamowity, a na
siedzeniu obok dziewczyny najspokojniej w świecie leżały sobie świeże wiązanki
kwiatów. Wiozła je widocznie komuś na imieniny, urodziny, czy z innej okazji…
Nieważne. Niesamowity jest w tej ciężkiej dla ludzi sytuacji fakt, że żaden ze
stojących pasażerów nie ośmielił się podejść do czytającej notatki z wykładów
studentki i poprosić o zwolnienie miejsca. W końcu jest ono przeznaczone dla
ludzi a nie na bagaże. Nikt tego nie zrobił i to mnie najbardziej zadziwiło.
Kwiaty rzeczywiście były piękne, kolorowe i pachniały świeżością ściętych
niedawno łodyg. W przezierającym przez gałęzie mijanych drzew, słońcu mieniły
się barwami żółci, kremowej bieli i czerwieni, a pasażerom widocznie podobał
się ten widok, jak czasami wszyscy uśmiechają się na widok uroczego malca.
Chociaż autobus wlókł się niemiłosiernie stojąc w korku i doskwierającym nam upale,
to właśnie te leżące obok zaczytanej dziewczyny, wiązki kwiatów pomagały nam
bohatersko znosić wszelkie niedogodności podróży autobusem ZTM z Osiedla
Tarchomin do centrum stolicy. Na szczęście po trzech kwadransach wysiadłem w
dobrej formie, chociaż byłem objuczony kamerą i torba na dokumenty programowe,
które spodziewałem się otrzymać na sesji poświęconej wydobyciu gazu łupkowego w
Polsce. Tam właśnie dowiedziałem się, że to pojęcie wprowadza ludzi w błąd, bo
jest jedynie gaz ziemny, a wspomniany termin jest niefortunnym tłumaczeniem
amerykańskiego terminu „shell gas”.
Równie dobrze mógłby to być gaz muszelkowy i każda dosłowna translacja oznacza
bzdurny, nic nie mówiący termin brzmiący może dobrze w mediach, ale wprowadzający
olbrzymie zamieszanie. Cieszę się, że tam poszedłem i to nie tylko z powodu
bardzo smakowitych potraw serwowanych przez catering LOT-u. Przy okazji
pomyślałem sobie, że gdyby Polskie Linie Lotnicze wydzierżawiły samoloty,
pilotów, stewardessy, słowem wszystko, co związane z ruchem pasażerskim, a
poprzestały na tej dobrej kuchni to by na pewno zrobiły o wiele większy
interes, niż ten, który usiłuje z takim trudem rozkręcić. Wracając do wystąpień
prelegentów podczas sesji, to zapamiętałem pretensje przewodniczącego stowarzyszenia
polskich pracodawców, który zauważył, że rząd już obecnie planuje, jakie będzie
nakładać podatki, a nie troszczy się zupełnie o koszty pozyskania gazu  z odkrytych złóż. Wiele uwagi poświęcono
psychologii tłumu mieszkańców okolic, w których mają się odbyć poszukiwania. On
często bywa podatny na manipulacje miejscowych albo importowanych liderów
działających na zlecenie określonej konkurencji, której nie w smak powodzenie
dotychczasowego importera paliwa, za które płacił o wiele drożej, niż reszta uprzywilejowanych
krajów Zjednoczonej Europy. Młody socjolog z Torunia zauważył nawet, że czasami
byłoby lepiej, żeby spotkania z przedstawicielami przedsiębiorstw wydobywczych
nie organizowano, bo ich efekty bywają zupełnie odwrotne od zamierzonych.
Przyczyna niepowodzenia i powstawania tłumu przeciwników tkwi po pierwsze w
arogancji przekonanych o swoich racjach inwestorów, a po drugie w zjawisku
możliwości policzenia się tych, którzy do tej pory nie mieli zdania i nie byli
przekonani do swoich racji. Mając do wyboru między wyrazistym prowodyrem i
pyszałkiem z Centrali oczywiście szli jak w dym za szermującym modnymi hasłami
obrońców natury człowiekiem, który doskonale zna się na psychologii tłumu. Ogromną
nieufność, którą już zdążyły powielić media próbowano rozwiewać serwując
zebranym na sali Biblioteki Rolniczej uczestnikom sesji prezentacje wzorowych
pól eksploatacji gazu w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Czy to się mogło
udać?… Przecież nie od razu Kraków zbudowano. Przede wszystkim organizatorzy
sesji nie zauważyli, że wśród nich kręcą się kamerzyści, filmowcy,
fotografowie, redaktorzy, którzy na pewno by się chętnie zajęli propagowaniem
ich stanowiska i prezentowaniem go poprzez doskonale opanowane medium filmu,
audycji radiowej, czy też sążnistego artykułu drukowanego przez autora w papierowej
prasie albo emitowanego w sieci. Nie wspominam już o sponsorowanych pracach
naukowych właśnie tak, jak powinno się zainwestować w twórców, którzy za
godziwą cenę gotowi są podjąć się tego zadania i solidnie wykonać tę
odpowiedzialną robotę. Wystarczy poprosić i zaprosić ich na rozmowę… Ich, nas,
mnie… Czemu nie?

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS