RSS
 

Archiwum - Luty, 2012

obywatelska krytyka kultury

25 lut

Zastanawia mnie prowadzony od dłuższego czasu proceder z
wymianą biletów za recenzje. Piszę tu o procederze, bo dyrektorzy kin, teatrów i wydawcy
książek dając zaproszenia i egzemplarze recenzenckie mogą być w zasadzie pewni,
że w zamian otrzymają laurkę na temat premiery filmu,  wystawianej sztuki  czy przeczytanej książki. Od razu muszę się
zastrzec, że absolutnie tej formy współpracy nie potępiam…

Gdzież bym śmiał
odmawiać ludziom prawa uczestnictwa w życiu kulturalnym kiedy bilety i książki
są coraz droższe, a bezrobocie coraz większe. Niestety, ludzie kultury w Polsce
coraz rzadziej czytają i coraz mniej oglądają. Nie ma już darmowych kuponów dla
zatrudnionych w kinematografii pracowników, aktorskich wejściówek za friko i egzemplarzy
autorskich jako gift dla przyjaciół.

Jest więc spore grono ochotników gotowych
pisać wypracowania na zadany temat z tezą, że autor wielkim twórcą był… co
niekoniecznie musi być prawdziwe. Ale ponieważ sztuka jest niewymierna i bardzo
subiektywna w odbiorze, trudno czynić recenzentowi zarzut, że wszystko mu się
podoba. Problem polega na tym, że tzw. papierowa prasa pozbywa się swoich
fotoreporterów i etatowych recenzentów mając do dyspozycji tabun chętnych do
współpracy wolontariuszy, którym wystarczy rzucić ochłap w postaci biletu, czy marny
gift. Z ekonomicznego punktu widzenia jest to rozsądne, usprawiedliwione kryzysem
na rynku mediów, postępowanie. Powstaje jednak pytanie, czy nie jest to psucie
obowiązującej od lat tradycji. Nie ma już autorytetów, bo zastąpiła je masa krytyków
z witryn obywatelskich.

Są oczywiście wykształceni, ale nie tak obyci i
zaznajomieni z materią, jak byli penetrujący swój dział recenzenci periodyków
kulturalnych. Z natury rzeczy żaden z początkujących autorów nie może równać
się w swej dodatkowej pracy, (traktowanej jako hobby), z dyplomowanym polonistą,
absolwentem filmoznawstwa, czy teatrologii. Oni jednak muszą ustąpić amatorom
nie tylko na polu krytyki kulturalnej. Tak dzieje się powoli również w
dziedzinie twórczości, gdzie popularyzuje się filmy wykonane za pomocą aparatów
telefonii komórkowej. Sugeruje się w ten sposób, że śpiewać każdy może i wielu
zwykłych śmiertelników potrafi zrobić film a że przy okazji zepsuje reguły obowiązujące
do tej pory w życiu kulturalnym, nikogo to już nie obchodzi. Moim skromnym
zdaniem każdy powinien zajmować się tym, co najlepiej potrafi robić i nie
odbierać innym chleba.

Teraz już doszło do sytuacji, w których zawodowy aktor
jest za drogi dla producenta serialu i angażuje braci Mroczek kończących
Politechnikę. Oni akurat spodobali się publiczności, ale pozostali statyści bez
dykcji i aparycji występujący na wizji powodują wśród oglądających odcinki i
reklamy w przerwach między programami, odruch wymiotny. Zdarzyło mi się kilka
razy rzygnąć i próbuję czasami przekonywać swoich znajomych, żeby włączyli
myślenie. Z oporami, ale daje się to zrobić. Dlatego proponuję nie rezygnować  nawet z tak nieśmiałych prób edukacyjnych… dla
własnego dobra i zachowania harmonii w naszym wspólnym świecie. Innego na razie
nie mamy.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Eviva l’ Arte!

25 lut
W stanie najwyższego upojenia,
uświęcającej wszystko i wszystkich,
Łański Pańskiej,
ujeżdżamy pstrego konika,
pielęgnujemy boskie szaleństwo,
aby nie obudzić się głodnymi
zjadaczami chleba powszedniego

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Si enim credimus

25 lut
A utraciwszy miłość
nie masz już nic,
o co warto kruszyć kopię.

Nie masz siły…
nie mścij się więc,
pozostań w pokorze
świadomy szczęścia,
co ulotne
Przedwiecznego,
strzeż się, goryczy -
ona jest niszczycielką
wiary i nadziei.
Pozostań przy nich
w milczeniu,
oszczędź sobie
ostrych słów buntu.

One powrócą do ciebie
jeszcze boleśniej,
zranioną duszę skaleczą…
Nie bluźnij w nieszczęściu,
mój bracie,
a dostąpisz jeszcze
łaski dopełnienia.
Nie miej żalu
do wszystkich obojętnych…
to nie są święci,
aby miast nienawiści
siać ziarno zgody,
roztaczać podziw i uwielbienie
wszem i wobec
pragniemy siebie…
czasem wzajemnie.

Wszędy i zawsze
uczucie kochających
jest najwyższym darem.
Bądź więc szczęśliwy,
bo otrzymałeś go,
nie utrzymałeś.

Znieś to, jak inni,
wciąż niedoskonali,
niegodni świętości,
ale wszyscy razem…
bez wyjątku
jesteśmy powołani
do miłości.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Z inspiracji Apolinaire’a

25 lut

Pod mostem Mirabeau, nad
niejedną rzeką Warszawy i Paryża spali głodni i zziębnięci ludzie. Nie po
raz pierwszy śnili o suto zastawionych stołach, tańcach i miłości,
niekoniecznie do końca spełnionej. Wielu z nędzarzy było już raczej w
wieku gawędziarzy seksualnych. niemniej pomarzyć – dobra rzecz. Zdychać w
takim stanie, z pewnością się nie godziło, ale cóż robić. "Ludzkie rzeczy
ludzkie noś
." Pamięć filologa była dla niego przekleństwem. Podczas, gdy
myśli tych, z którym dzielił swój parszywy los, krążyły wokół sposobu
zdobycia alkoholu i napełnienia kałduna, jego wciąż nie opuszczały wyrzuty
sumienia. Zaryzykował wszystko opuszczając swój dotychczasowy świat paląc
za sobą wszystkie mosty. Nie przypuszczał, że odchodząc w proteście
przeciwko innym, pozostanie rzeczywiście sam. Miał przynajmniej nadzieję,
że jego desperacja poruszy sumienia mniej odważnych lecz uczciwych
współpracowników. Troska o własny byt sprawia, że idealiści nie mogą
liczyć w takich sytuacjach na poparcie maluczkich, słabych i mimo
wszystko, we własnych sprawach, niezwykle zapobiegliwych bliźnich. Wykupił
bilet w jedną stronę.

Wydawało się mu i słusznie, że nie wyjeżdżał
z pustymi rękami. Znalazł się na terra incognita z resztką własnego
dobytku i tylko z tego dobra mógł co nieco wyprzedawać, za bezcen.
Potencjalne możliwości przybysza z obszaru poddanego władzy Imperium Zła
nikogo już nie interesowały. Wyzbywając się wszystkiego, co mógł zamienić
na jadło i napitek próbował zaciekawić swoimi umiejętnościami
poszukujących fachowców, pracodawców. Humanista, intelektualista zza
Żelaznej Kurtyny wzbudzał wśród paryskich elit i w decydujących kręgach
urzędniczych, co najwyżej uczucia litości i współczucia, niż chęć
długotrwałego partnerstwa. Nie należało do dobrego tonu zadawanie się z
kimś takim, choćbym najbardziej w państwie bezprawia, pokrzywdzonym. Byłby
to dowód braku profesjonalizmu i osobistej rozwagi. Dystans w stosunku do
potrzebujących wsparcia uciekinierów był uzasadniony kłopotami, jakie
sprawiali już zasymilowani obywatele zjeżdżający do Paryża ze wszystkich
niemal kontynentów. Biedny Polaczek mógł posłużyć co najwyżej, jako żywy
dowód i świetny materiał poglądowy do reportaży o tak egzotycznym i
odległym kraju, jakim była Polska.

Wcale nie zamierzał się
tłumaczyć i broń Boże, kogokolwiek uświadamiać Wyprowadzanie fanów Polish
Jokes z błędnych stereotypów myślenia o mieszkańcach kraju nad Wisłą,
miało tyle sensu, co zawracanie kijem Sekwany. Siedząc na betonowych
stopniach jej umocnionego brzegu spoglądał na mijające go stateczki
stołecznej żeglugi wypełnione po brzegi sytymi, zadowolonymi z siebie
turystami. Na przeciwległym brzegu przedsiębiorczy Arab usiłował szybko,
niepostrzeżenie sprzedać skórzane kurtki spacerowiczom. Zazdrościł mu
niesłychanej wiary i energii, której nie szczędził mając nadzieję pozbyć
się towaru, zanim zostanie nakryty przez patrolujące bulwary miejskie
służby porządkowe. Nigdy nie zdobył się na najmniejszą prośbę we własnej
sprawie naiwnie spodziewając się naturalnej odmiany losu na lepsze. Nawet
nie próbował szczęścia w loterii, jak zwyczajowo czyni to tysiące
imigrantów. Wkrótce zasoby chowanej w kieszeniach gotówki nie pozwalały mu
nawet na wykupienie losu od Fortuny. Zwątpił w swoją szczęśliwą gwiazdę,
jaką widzieli wróżący mu z linii dłoni chiromanci. Przepowiadano mu
wspaniałą przyszłość, ale widocznie w tych nowych realiach na obcym
gruncie, nie miało to już żadnego zastosowania. Pamiętając o tych
rokowaniach gorzko zapłakał nad umierającymi bezpowrotnie marzeniami i
powoli oddalającą się nadzieją.

Zawitał do Stolicy Światła w dzień
przemierzając paryskie bulwary, nocą dokując się pod przęsłami licznych
mostów na Sekwanie. Zaznajomił się tu z mnóstwem niesamowitych typów,
równie, jak on wewnętrznie niepozbieranych i odpornych na dobre rady.
Gdyby zastosować je z pewnością po jakimś czasie zostałby z powrotem
przyjęty na łono wielkiej rodziny zupełnie obojętnych wobec siebie ludzi.
Wolał otwartą wrogość clochardów i ich dzikie zacietrzewienie w codziennej
walce o przetrwanie. Maksyma Omnia mea mecum porte oraz równie praktyczne
zasady, stosowane był wśród bezdomnych niezależnie od stażu, wieku i
stopnia znajomości języków klasycznych. Do kanonu przetrwania w miejskiej
dżungli należało ubieranie się "w cebulkę". W zależności od panującej
temperatury można było zdjąć kilka podkoszulków, swetrów czy gaci. Jednym
z warunków przystosowania się do życia w nowej rzeczywistości była
absolutna konieczność wyrzeczenia się pisania. To było nie fair w stosunku
do towarzyszy niedoli. Nie do pomyślenia było notowanie rozmów z
biedakami, którzy otwierali duszę przed każdym, kto ich zechciał
wysłuchać. A takich życzliwych frajerów było niewielu. Jeśli tylko taki
nieszczęśliwy człowiek wyczuł zainteresowanie już niełatwo było się go
natychmiast pozbyć. Należało okazać miłosierdzie i cierpliwie słuchać
opowieści od narodzin, poprzez meandry dojrzewania, aż po wydarzenia
poprzedzające jego powolne staczanie się na samo dno egzystencji. Kiedy
wyznawali mu swoje winy ogarniał go wstyd, bo wobec tej szczerości był
bezradny i całkowicie bezsilny. Mimowolny spowiednik nędzników sam był
pozbawiony możliwości zawierzenia komukolwiek tajników swojego życia. Któż
z nich by zrozumiał targające nim sprzeczności. Nie oczekiwał z ich strony
żadnych rad czy rewelacji, to byłaby naiwność i głupota. Każdy, jak Troll
z Ibsenowskiego "Peer Gynta" miał poprzestawać na sobie i czynił to z
gorliwością neofity, na miarę ich sobaczej egzystencji. On sam musiał
jedynie zadośćuczynić postawionej sobie obietnicy, że nie upodobni się
zupełnie do nich. "Jak się wejdzie między wrony trzeba krakać, jak i
ony."


Mądrość ludowych powiedzeń nie miała jednak zastosowania
zarówno w świecie, z którego został wypchnięty, jak i tym, gdzie wcale nie
czuł się osobą szczególnie pożądaną. Umiejętność istnienia w osobności, na
uboczu samorzutnie utworzonych grup żebraczych, band i podziemnych klanów,
instynkt niezamarłej jeszcze chęci życia, przedłużały szanse trwania w tym
układzie, jak długo pozwolą mu na to nadwątlone siły załamanego człowieka.
Poznawał tysiączne reguły gry na śmierć i życie zapisane w dramatycznych
bluźnierstwach wymalowanych na ścianach metra, kanałów i wszystkich
przęseł mostów nad Sekwaną.

Czegóż tam nie było. Urywki poematów,
ilustracje do dzieł klasyków literatury wysokiego lotu i niżej mierzących
twórców. Zdarzyło mu się trafić nawet na Dekalog. Pewnej niedzieli znalazł
też na murze oddychający jeszcze świeżą farbą tekst listu pisanego z
wiarą, że ktoś poda jego słowa właściwej osobie, skoro wstyd nie pozwala
autorowi bezpośrednio wysłać go pod znany przecież sobie adres. Jeżeli
uległ on zmianie list nie wróciłby do wyznającego żal poety, żarliwego
kochanka lecz dumnego po wielu upokorzeniach mężczyzny. Zapamiętywał te
strzępy ludzkich spraw nie siląc się nawet na dodanie własnej, która w
porównaniu z tym nieziemskim oceanem nieszczęść, stopniowo traciła na
znaczeniu. Jego pojedynczy ból był niczym w zderzeniu z cierpieniami tych,
których płacz i żałosny skowyt słyszał co noc przez sen we wspólnych
legowiskach. Coraz rzadziej odzywała się w nim nagła chęć wyrwania się z
tego spodlonego środowiska do opuszczonego z własnej woli miasta,
mieszkania, bliźnich.

Tu, gdzie już od tygodni przebywał czas
mijał mu niepostrzeżenie i powoli zapominał o chęci powrotu. Poświęcił się
studiowaniu swoistej księgi ludzkiego losu spisywanej czym popadło w ręce
natchnionych autorów, wyrytej w cegle, betonie, malowanej na każdym, nie
zawsze szlachetnym podłożu. Bywało, że zdesperowany do wyrażenia swoich
myśli i emocji twórca wymazał świeżo zamalowaną, przez miejskie ekipy
porządkowe ścianę, własnymi odchodami wspomagając się w potrzebie,
zastygłymi już kupkami gówna towarzyszy niedoli. Mimowolny świadek tych
Aktów Strzelistych tworzenia zasypiał mając przed oczami schnące dzieło, w
którym zastygały strzępki tasiemców, zamierały powoli uwięzione w
stwardniałym tworzywie robaki. Czuł pewną duchową więź z tymi Bogu ducha
winnymi stworzeniami. Sam został wydalony na nieznany sobie świat i
rozpaczliwie próbował się w nim odnaleźć. Miałby podzielić los tych
ginących pasożytów? Instynktownie cofał się przed kolejnymi próbami
osiągania nowego statusu w innym społeczeństwie. Zaistniało już kilku
przybyszów na paryskim bruku. Wydobyło się z bagna na powierzchnię, z
otchłani "polskiego piekła" anonimowości na widok publiczny. Obsypywani
zaszczytami brali rozbrat z dotychczasowym środowiskiem skłaniając się ku
silniejszej i łaskawszej dla nich władzy. Płynęli tak na fali kolejno
zmieniających się rządów, a nawet ustrojów politycznych. Cynicznie
wykorzystywali uśmiech losu zapominając o szlachetnej przeszłości i
moralnych zobowiązaniach. Czuł wstręt do takich pieszczochów Fortuny. To
nie zawiść, raczej pogarda dla praktycznych lawirantów uchodzących w kraju
za wielkie autorytety. Konkurowanie z takimi kreaturami prowadziło krętymi
drogami do labiryntu, z którego wyjścia nie ma. Lękał się całkowitej
zatraty i uznał, że musi pozostać w gronie anonimowych twórców tak
ulotnych dzieł, jakie widywał rano otwierając oczy z koszmarnego snu o
opuszczonym kraju i pozostałej w nim rodzinie.

W tym niesamowitym
miejscu, z własnej woli pędził żywot zakonnika równie surowej reguły, jak
w zamkniętych dormitoriach. Z ciężkim brzemieniem winy dzień po dniu
starał się oddać sprawiedliwość wszystkim, związanym z nim osobom i
odkupić winy, jakich się dopuścił zarówno wobec tych, których kochał, jak
też po latach wspólnej, bezsensownej pracy serdecznie znienawidził. Po
wycofaniu się, z dala od nich wszystkich wystygły w nim wrzące z bezsilnej
wściekłości emocje. Nikomu nie przebaczył, ale nie miał też na nie żadnej
nadziei
.

Osamotnieni w skrytych przed niepowołanym okiem świadków
aktu tworzenia, prawdziwi artyści i autorzy szokujących wyznań nie
pragnęli nawet konfrontacji z uznawanym w Stolicy mistrzem uprawianej w
podziemiu dziedziny sztuki. Ponad głowami anonimowych geniuszy przetaczały
się po stalowych szynach, ciężkie jak sen, koła nocnych tramwajów. Znosił
to, bo nie mógł stuknąć miotłą w sufit krzycząc do hałaśliwego
mieszkających piętro wyżej ludzi z żądaniem zachowania ciszy i spokoju. Po
pierwsze był zaledwie dzikim lokatorem a sufit był zbyt wysoko, nawet
gdyby porwał się na tak absurdalny krok. Utkwił w nim pełne smutku
spojrzenie i nagle ujrzał odsłonięte w oka mgnieniu gwiazdy. Nie, to nie
było złudzenie.

Krążek nieba zaświecił blaskiem księżyca w pełni.
Ekipy remontowe zdjęły przykrywającą właz do kanału, ciężką, żeliwną
klapę. Potoczyła się z wielokrotnym echem nocnego odgłosu padającej na
ziemię przykrywki od garnka. W niesamowity huk wdarł się szef remontowej
ekipy ze słowami: " Nu dawajtie riebiata, zmieniamy lokal – awaria!!!"
Rzeczywiście, trzeba ustąpić przed przemocą. Siła wyższa. Clochardzi nigdy
zresztą nie silili się na czynny opór. Dzięki temu właśnie ich tolerowano,
jako nieszkodliwych dla nikogo, szaleńców Bożych.

Gdyby ludzie
zdawali sobie sprawę z gotujących się w ich wnętrzu myśli, z pewnością
mniej litości , a więcej obawy rodziłoby się nawet w pośrednim kontakcie
między osobami z dwóch, jakże różnych od siebie, światów. Zamożniejsi i
zadufani w mylącym mniemaniu, że nie grozi im podobny los, poczuliby
respekt wobec tej nieuzbrojonej armii skrzywdzonych, znoszących swoją dolę
w pokorze bez manifestacji chęci odwetu na tych, którym lepiej. Clochardzi
sądzą, że co najwyżej jest inaczej, ale zło i przypadkowe nawet
niepowodzenie ma tak wiele odmian, że nie omija nikogo. Podobnie dzieje
się z sukcesami i zaszczytami, jakich doznają wybrańcy.

To, że
jest ci teraz dobrze zwiastuje, że za chwilę będzie gorzej. Trzeba być na
to gotowym bez żalu znieść klęskę i nie wygrażać na próżno niebu
pięściami. To bardzo głupie i niegodne wierzącego człowieka. Mądrość
dyktuje potrzebę pokory, więc na polecenie brygadzisty wszyscy, jak jeden
mąż zwinęli swój dobytek i pojedynczo wychodzili na powierzchnię.

Nawet nie było jeszcze tak zimno, choć wiatr zdmuchiwał z
pobliskich drzew na asfalt alei okalających Pola Marsowe, pierwsze
jesienne liście. Noc, to bardzo niebezpieczna pora, szczególnie dla
pozbawionych jakiegokolwiek dokumentu tożsamości wyrzutków. To nic, że
wielu z nocujących w warunkach urągających podstawowym zasadom higieny,
mogłoby dać świadectwo swoim talentom i w sprzyjających warunkach z
powodzeniem współzawodniczyć z wykładowcami Uniwersytetów całej
Zjednoczonej Europy. Rozdzieleni na jednostki byli pojedynczymi ziarenkami
w wielkiej piaskownicy, do której też osobno sikały psy i koty.

Zmoczeni taką breją bywali razem do czasu obeschnięcia z niej i
tych krótkich chwil starali się nie przetrzymywać dłużej w swojej pamięci.
Woleli gromadzić bardziej użyteczne fakty, informacje o miejscach
noclegowych i darmowych kuchniach. Należało znać niebezpieczne miejsca,
które trzeba omijać z daleka ze względu na patrole policji i bezlitosne
dla nich gangi młodzieżowe. O ile spotkanie z umundurowanymi
funkcjonariuszami policji i tajnymi jej współpracownikami kończyło się
czasowym zatrzymaniem w areszcie, to kontakt z młodzieżą zazwyczaj
oznaczał konieczność długiej rehabilitacji, jeśli delikwent miał szczęście
znaleźć się potem w szpitalu. O wiele częściej taki pechowiec trafiał na
cmentarz do zbiorowej mogiły dla znalezionych na ulicy martwych włóczęgów.
Pochowano już niemałą armię tych nieznanych nikomu ludzi. Był wśród nich
geniusz tej miary, co Wolfgang Amadeusz Mozart.

Kto wie, czy
przyszłe pokolenia nie uznają za stosowne wystawić im należny pomnik zwany
Grobem Nieznanego Włóczęgi. Padły w drodze wieczny poszukiwacz prawdy,
godny pamięci pokoleń jest równocześnie ostrzegawczym znakiem możliwości
wstąpienia na nią każdego, bez wyjątku. Składając wiązanki kwiatów pod tym
Grobem dopuścimy wreszcie do siebie tę prawdę, że nie jesteśmy godni aby
oceniać innych według szczęścia, które nie jest udziałem zbyt wielu z nas.
Zazwyczaj odbijamy się pomiędzy skrajnościami znajdując niekiedy cichą
przystań w bezpiecznym centrum przeciętności. Wielu z nas nie wychodzi z
niego w obawie zejścia na drogę bez powrotu. Nielicznych prześladuje
jednak myśl o konieczności przejścia osobistej próby charakteru w tych
skrajnych warunkach bytu i istnienia. W jedynym życiu, jakie nam zostało
darowane grzechem byłoby zaprzepaszczenie tej szansy poznania własnej
natury, możliwości i tajemnic. Największym sekretem dla człowieka jest on
sam. Nie istnieje większe wyzwanie pod to, żeby umiejętnie przeżyć swój
własny czas na Ziemi – planecie ludzi. Ludzi złych i dobrych,
przeciętnych, genialnych i często nieznośnych w obcowaniu. Wszystko trzeba
przyjąć w darze jako dopust Boży i z pokorą brnąć w codzienną udrękę, orkę
z nadzieją uzyskania plonu.

Takie i podobne myśli krążyły w jego
rozpłomienionej głowie po spożyciu sfermentowanego wina z otwartej butelki
pozostawionej pionowo i miłosiernie w koszu na śmieci. Domyślny
ofiarodawca musiał znać szlaki clochardów, czuć ich tęsknoty, znać ich
potrzeby. Napoczęta zaledwie butelka krążyła z rąk do rąk. Wino tańczyło w
jej wnętrzu wylewając się niekiedy na siwe brody przyjmujących je niczym
komunię pijaków. Wreszcie wysączona do dna butelka wylądowała z powrotem w
oddalonym od pierwotnego miejsca spoczynku, pustym koszu przy opuszczonej
ławeczce w parku. Nie można było zbyt długo kontemplować resztek
ujawniającej się o świcie, zieleni drzew i krzewów. Światło dnia odkrywało
również ich ciała. Chociaż dawno przestali się wstydzić swojego
wyglądu starali się nie rzucać w oczy osobom pilnującym ładu i porządku w
Stolicy. On sam zdążył już opracować sobie plan codziennej wędrówki po
ulicach i placach miasta aby zagospodarować czas od świtu do zmierzchu.

Najmniejszym problemem było zdobycie kęsa dla ciała, gorzej
przychodziło zaspokoić duszę błądzącą po meandrach miasta. Osamotniony w
swoich poczynaniach chętnie odezwałby się do przechodnia, którego wzrok
przez chwilę spoczął na jego wynędzniałej postaci. Oczekiwał z nadzieją
rozmowy na pierwsze słowo skierowane do siebie, ale nigdy ono nie padło.
Dobrze wiedział, że to niemożliwe, a jednak nie tracił nadziei. Trwał w
tym cuchnącym brudem mieście wypełnionym po brzegi ludzkim potokiem,
niczym pogryzający wyrzucone z jego koryta odpadki, płochliwy szczur.
Zastanawiał się czy nie lepiej udać się na pustynię wolną od tych
żałosnych istot. Nie znalazł jednak w sobie tej siły i przekonania,
pozwalających mu wyruszyć na spotkanie sam na sam z wielką, nieznaną mu
przestrzenią. Chociaż czuł się zagubiony w Stolicy Światła, jego
wyobraźnia ogarniała jeszcze chory przestwór Oceanu miejskiej brei. Brnął
więc dzień w dzień od dworca do dworca, poprzez kolejne ulice, skwery,
place i kwartały Paryża pieszo, bo w zasadzie nigdzie mu się nie
spieszyło. Mijały go auta, samoloty, tramwaje, karawany i pociągi. Z
wagonów spoglądali na niego przelotnie ludzie zdążający do pracy, z pracy
do domów, z domów do magicznych miejsc, w których chowali się przed
spojrzeniami postronnych, tak jak on sam już od miesięcy ukrywał się na
terenie zabytkowego metra, na dworcach, kanałach i zakamarkach starych hal
fabrycznych. Wstawał wcześniej, niż pojawiali się w nich pierwsi goście.
Umykał przed ich spojrzeniami w stronę pulsującego wciąż tym samym rytmem,
miasta. Obcując z jego przestrzeniami, mieszkańcami i odwiedzającymi Paryż
turystami stawał się stopniowo żywotną cząstką tego organizmu.

Znał na pamięć wydarzenia i utwory związane z wszystkimi
historycznymi obiektami Paryża. Mógł bez końca opowiadać o nich łamaną
francuszczyzną, z której przyswoił sobie więcej przekleństw i złorzeczeń,
niż słownikowych idiomów i zwrotów. Codzienne przebywanie w gronie zbiegów
i wyrzutków zrobiło swoje. Przybyszom z oddali nawet to odpowiadało,
ubarwiało bowiem lokalnym kolorytem zwyczajowo podawane informacje, które
słuchano bez większych emocji. Niekonwencjonalny przewodnik musiał zwrócić
uwagę turystów, ale także konkurencji, która bezlitośnie dała mu do
zrozumienia, że nie należy do ich grupy.

Mało brakowało, żeby w
miejscu egzekucji rodziny królewskiej dokonał się jego los.

Nieprzejednani oprawcy nie zamierzali ustawiać dla niego jednego
gilotyny. Zasłużył sobie na równie surową karę, ale nie żywili do niego
tak wielkiej atencji, chociaż można było mówić o równie silnej pogardzie i
nienawiści. Przygotowani do ostatecznych porachunków mieli na podorędziu
przygotowany ostry, jak brzytwa nóż, którym wydłubano już niejedno oko i
język wpadającego w ich łapy delikwenta. Szczęściem dla świeżo upieczonego
Cicerone niespodziewanie pojawiły się na horyzoncie ludzkie sylwetki.
Żaden z egzekutorów nie chciał ryzykować kontaktu z policją, więc nie
sprawdzając, kto im przeszkodził w dintojrze umknęli czym prędzej
pozostawiając na placu swoją niedoszłą ofiarę, jak niedorżniętą
owieczkę.

Pobity do nieprzytomności długo wylizywał się z
rozlicznych ran zniesiony do podziemi przez bratnie dłonie litościwych
towarzyszy w nadziei, która równie gwałtownie zgasła, jak efektowny był
jej krótki rozkwit. Zauważyli to a nawet potrafili docenić w nim tę siłę,
która w nich dawno już przytłumiona niepowodzeniami, gasła i na moment
odżyła. Teraz znikła znów pokonana, może już na zawsze. Dochodzący do
siebie niedoszły przewodnik słyszał uporczywie powtarzające się dudnienia
kół o szyny. Przez cienką warstewkę betonu, kamienia i asfaltu docierały
do niego odgłosy startujących ze starego lotniska w Orly samolotów.
Zasmakował w odgadywaniu źródeł dochodzących zewsząd hałasów.

Kierowcy zagłuszali nieustanny szum włączając radiomagnetofony z
wyjściem na głośniki wielkiej mocy. Kolorowi mieszkańcy i przybysze
szpanowali spacerując z ryczącymi pudłami na ramionach. Postawiony na
ziemi, blisko klapy nieopodal włazu do kanału radioodbiornik niesiony
przez zmęczonego tym ciężarem murzyna wyrzucał z siebie tony "Żółtej łodzi
podwodnej" śpiewanej od lat przez Beatlesów. Znał ten przebój, ale nigdy
do tej pory nie przejmowały go w tym stopniu, jego słowa. Bywa tak, że
przez całe lata słuchamy tekstu po wielokroć i dociera on do nas w różnym
stopniu. Dopiero niezwykły splot okoliczności sprawia, że nagle treść tych
samych słów odżywa i z niezwykłą siłą jawi się nam ich nowe, czasami
zupełnie odmienne, znaczenie.

Każde z osobna przeszywały go do
głębi i na wskroś jak celne strzały : "We all live in a yellow submarine."
Żółte kartki w dowodzie niepełnosprawnego umysłowo były niczym w
porównaniu z całym światem opanowanym przez szaleństwo. Wszyscy żyjemy na
żółtej łodzi podwodnej. Na jej pokładzie nie znajdziesz jednego trzeźwego
członka załogi. Statek pijany bez przerwy płynie w nieznanym kierunku.
Rejs niepowstrzymanie trwa pomimo stanu pasażerów, kapitana oraz
nieświadomości konsekwencji zaistniałej sytuacji. Proza nie oddaje grozy,
jaka otacza wszystkich zdecydowanych na udział w podobnych wyprawach.
Jedyną reakcją poturbowanego przewodnika był równie szalony śmiech, który
natychmiast gasł wraz z bólem, gdy krwawymi plwocinami dawały o sobie znać
spękane żebra.

Ozdrowieniec przypominał wyrzuconego na brzeg
jednego z pasażerów takiego rejsu. Wcale nie zamierzał jednak wrócić na
spokojny, trwały grunt pod nogami. Stojąc już nieco pewniej na nich,
przemierzał z powrotem te same przestrzenie, nie narzucając jednak nikomu
swojej obecności, nie proponując turystom swoich opowieści. Nawet, gdy
ktoś z nich rozpytywał go o drogę, przezornie udawał, że nie rozumie
języka, w którym zwracano się do niego o pomoc.

Niezauważalnie dla
czujnych obserwatorów a nawet ku własnemu zdziwieniu, stopniowo wtapiał
się w przewalający się codziennie przez miasto anonimowy tłum ludzkich
istnień.

W końcu ucichł, zupełnie zamilkł i wreszcie zniknął nam z
pola widzenia. Mówią o nim, że pojawia się czasami w tunelach londyńskiego
metra, widziano go też w Delhi, Nowym Jorku, Moskwie i Warszawie. Niewiele
tam magicznych miejsc do zasiedlenia, więc na razie gości wśród bywalców
przejść podziemnych. W oczekiwaniu na rozbudowę kolejnych stacji metra
przymierza się do egzystencji na całej trasie wydrążonego już tunelu.
Niektórzy posądzają go o inspirowanie młodych do tworzenia kolejnych dzieł
graffity na wysprayowanym już do cna ciągu służewieckim. Pozostały jeszcze
do wymalowania śmietniki osiedlowe, nagie ściany wysokich, smutnych jak
życie i śmierć mrówkowców oraz bliźniaczo podobne do siebie auta.

Anonimowi twórcy, ich mistrz, sponsor, inspirator daremnie usiłują
się wyróżniać. Mogą dać wyraźny znak istnienia, manifestować swoją
odmienność i trwać w niemym, bezsensownym proteście przeciwko nic z tego
nie rozumiejącym masom. Od upadku cesarskiego Rzymu hasło: "Chleba i
igrzysk" nadal święci tryumfy pozwalając współczesnym władcom świata
karmić tłumy ogłupiającą papką bylejakości i pozoru. Zaczął żałować
swojego odejścia, ale powrót marnotrawnego byłby tryumfem jego ciemiężców.
Nie mógł im dać tej satysfakcji.

Nie chciał nadaremnie walczyć z
niegodziwcami, których autorytet topniał z dnia na dzień w zastraszającym
dla nich tempie. Trudno w takich okolicznościach cieszyć się z upadku
nawet najgorszych wrogów, jeżeli pozostawiają oni za sobą spaloną ziemię,
bo nie udało im się niczego zbudować. Ten niewesoły fakt w Polsce nie
należy do rzadkości, ale nie ma sensu przeżywać wciąż tych samych
rozczarowań. Kolejny raz z własnej woli, usunął się w cień.

Wybrał
samotność i pozostawał w niej, chcąc nie chcąc, już od kilku lat. W kraju
zdarzyło się całe mnóstwo afer. Europą wstrząsnęły wydarzenia na Zachodzie
i Dalekim do tej pory, Wschodzie. Upadek (jakże wielobarwnego) Muru
Berlińskiego spowodował, że misternie układane przez całe lata klocki
domina rozsypywały się w oczach dzierżących mocno ster rządów oddanych
władzy serc, dusz i zniewolonych umysłów. Tym razem przyjaciele sami
przypomnieli sobie o wygnańcu mimo woli. Za późno. Nawet, gdyby zechciał
się zgodzić na powrót, to musiałby przyznać, że zapomniał, o co chodziło w
dziesiątkach sporów, które wypaliły go wewnętrznie niszcząc w nim
skrzętnie zachowane marzenia z młodości chmurnej i górnej. Nie chciał
zarażać swoim pesymizmem i ostrożnością, która byłaby hamulcem dla
nieokiełznanej wyobraźni jego ewentualnych współpracowników. Zdawał sobie
sprawę, że sam stanowi zagrożenie dla nich, równie silne, jak ci, przez
których został dawniej pokonany.

Doskonale wiedział, że póki
jeszcze się nie przyzwyczaił do nowej sytuacji musi pięknie podziękować za
wyrazy współczucia i uznania, ale stanowczo odmówić przyjęcia intratnych
przecież propozycji. Nie chciał nikogo urazić, dlatego długo nie mógł
zdecydować co począć. Trudno prowadzić za sobą najbardziej wierzących w
realizowany program ludzi, startując z pozycji wiecznego outsidera.
Dwuznaczność tak nieznośnej dla niego sytuacji nie mogła trwać w
nieskończoność. Dotrwał do chwili, którą mógł poświęcić zrekompensowaniu
okresu tułaczki i wreszcie spisać swoje przemyślenia. Nareszcie wolny od
prześladującego strachu, cierpienia i podejrzeń o matactwa, wygrzebywał z
otchłani pamięci zasłyszane na dworcach, ulicach i w podziemiach wielu
miast, te same dialogi. W różnych językach tłumaczyły się one na
zapamiętane wyznanie Witkacego sprzed kilkudziesięciu lat:

"… tak
głupio się układa całe życie -
tyle rzeczy ginie -
tylu szkoda i
wychodzi bolesny nonsens,
a po drodze jak kupki gówienek nikomu
niepotrzebne dziełka.
"

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

z wiersza ku prozie

25 lut

Życie, to nie teatr
Tak niebiański STED nasz ukochany i niezapomniany, pisał. Czas więc z wiersza
przejść do świata prozy. Tutaj można i należy rezygnować z metafor. Liczy się wymierny
konkret i solidność ludzi, z którymi codziennie mamy do czynienia. Na większość
z nich jesteśmy skazani. Pojawiają się wokół nas i znikają. Są nam obojętni i
tak naturalni, jak powietrze, którym oddychamy. Co jednak począć z tymi, którzy
przy pierwszym spotkaniu działają, jak niespodziewana błyskawica. Przeszywa nas
ten ktoś na wskroś spojrzeniem i nie jesteśmy w stanie… I po co ta stylizacja
na liczbę mnogą?… Diabła tam! Żadne tam pluralis
majestaticus!
Nie ukrywam, że to przecież właśnie mnie spotkało… Szczęście,
czy nieszczęście? Nie wiem. Trudno mi nawet powiedzieć, czy jestem po tej duchowej
przygodzie bogatszy, mądrzejszy, czy też dopiero muszę się pozbierać i odnaleźć
na nowo w tym samym świecie, z którego mój rozum wyemigrował.  Z pewnością jestem odmieniony i sądzę, że
chociaż moja wiedza o ludziach i świecie jest nadal pełna pytań i wątpliwości,
to wiem o sobie coś, czego nawet nie podejrzewałem, że we mnie istnieje. Wcale
ni chodzi o odkrycie wewnątrz siebie szlachetnych pokładów nieznanych mi dotąd
wartości, ani też nie chodzi o podłą naturę człowieka, jakim niewątpliwie jestem.
Nie interesuje mnie zanadto, kim właściwie jestem. Immanentnie czuję to i mnie
na razie wystarcza taka podświadoma wiedza. Ważna jest prawdziwie rzetelna i
szczera odpowiedź na pytanie o to, w jakiej sytuacji się znajduję, w jakim
punkcie Wszechświata, na jakim etapie duchowego rozwoju i co właściwie dla mnie
znaczy to kolejne, ciężkie doświadczenie… Czy Bóg ze mnie sobie zadrwił,
zostawiając aż tak bezradnego na rozdrożu? A może tak bardzo mnie ukochał, że doświadcza,
jak wypróbowywał cierpliwego Hioba? Z jednej strony mam pełną świadomość
istnienia najdoskonalszego tworu we Wszechświecie. A na przeciwległym krańcu górą idziesz Ty, Stachuro… Biedny STED
wciąż wątpił i zagubił się na Ziemi. Musiał iść do Nieba. Chociaż jestem już od
niego sporo starszy, jeszcze chyba mam coś tutaj do zrobienia, więc na razie nie
pójdę w jego ślady. Zrobił to mój Mistrz Andrzej Brzozowski, który mógł się
przejąć jego zaraźliwą manierą 
życiopisania.  Dla mnie jest to
podstawowa definicja wszelkiej formy twórczości. Oczywiście, że znam inne,
przecież jestem polonistą… nie do końca wyedukowanym, ale jednak zdążyłem
zaczerpnąć życiodajnej wiedzy z jaskini filozofów i głębokiego źródła w Almae
Mater Jagielloniensis. Na długo przed moim biednym Nauczycielem odeszli w tym
samym kierunku Andrzej Bursa, RafałWojaczek, Wojtek Belon, Kazik Ratoń, Zygmunt
Trziszka… Oj, długo musiałbym ich wymieniać – kaskaderów literatury,
śmiertelnie groźnego w skutkach procederu, kiepsko płatnego zajęcia. Dlatego
to, co prawdziwie szczere jest tu, na blogu, a w książkach nie powinno być
żadnej trucizny, tylko optymizm i piękno… Bo
my , Sławianie wszak lubim sielanki…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

spaprany wiersz i nie tylko…

23 lut

Tak, jak Goethe zepsuł swe młodzieńcze wiersze, tak i ja spaprałem pointę mojej ukochanej myszy. W oryginale brzmi to o wiele lepiej i nie tak bardzo wprost, chociaż metrum niezupełnie zgadza się, co do akcentu i sylaby:

wierna mysz zdrzemnie się pod miotłą
przestanie drżeć, pocić się i milczeć
ożyje dom siostrami myszy
która straszliwie we śnie dyszy…

Czy to mnie martwi?… Nie, gdybyśmy tylko psuli własne wiersze to byłoby pół biedy. Problem polega na tym, że spapraliśmy sobie własne życie, a przy okazji krzywdzimy partnerów. Na dodatek piszę to w liczbie mnogiej a powinienem przyznać się przed samym sobą do winy. Ale nie mogę być sędzią we własnej sprawie i nie powiem sobie, że wybaczam… Nikt nie ma takiego prawa, oprócz Pana Boga. Trzeba mieć jednak niczym nie zachwianą wiarę, a mnie ta łaska,niestety, ominęła. Nie czuję się z tym dobrze w tym świecie, gdzie coraz mniej powietrza do swobodnego oddychania:

Duszno

Dzień w dzień,
deszcz czy słota
gdziekolwiek zaniesie mnie
zły los…
wyprowadzam na spacer
śmiertelnie smutne Bestie.

Po latach już rozróżniam je
po próżnych złorzeczeniach.
Znam dobrze każdą z nich
jak zły szeląg.
Nikt inny nie poradzi im
A co mi tam, jak mus, to…
wezmę nawet psy sąsiadów.

W drodze
natychmiast spuszczam je ze smyczy.
NERON, artysta ze spalonego teatru
nie dowierzając mi wietrzy podstęp.
Oddala się dopiero
za posłanym mu uśmiechem.

ATYLLA wie, że to niewinny podstęp.
W lustrze podpatrzył ten sam grymas,
Teraz doświadczony sam czeka na ofiarę,
ale wokoło tylko dzięcioł doktor
drzewa leczy.
w pobliżu nawet jelenia
nie uświadczysz…
Chyba, że się zaczaisz
stojąc pod wiatr.

Z wiatrem
WOJACZEK ziemię zrasza…
On nie z tych, co czynią to wprost
banalnie…

Nieprzejednany STED
do rozedrganej szyny
przykłada czułe ucho.
Biała lokomotywa
znów zbliża się ku niemu
niespiesznie…

Sypią się iskry z zatrzymanych kół,
dymią hamulce zza ciśniętych szczęk
Para z komina -
biała mgła
przesłania ich na moment,
wszystkich razem obejmuje.
Niech zginą wszystkie mary!

Dla mnie to uśmiech losu,
szansa jedyna.
Chwilo trwaj…
jak najdłużej!!!

Pozwól mi się oddalić,
niepostrzeżenie zniknąć
na zawsze!
Na próżno…

Zdradzone Bestie
boleśnie tknięte na honorze
mściwie na wskroś
przeszyły słabe, ludzkie ciało

Zdążyły je poznać
jeszcze za życia

Najskrytsze myśli, sekrety duszy
nagle odżyły w ich pamięci

I wszystkie razem powróciły,
do upiornego kłębowiska snów,
do postradanych złudzeń,
do siebie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Strach na myszy

22 lut
Mysz, moja mysz cicha
kuchenna jest i skryta
łaska jej się nie ima
ona drapie rzeczowo

mysz w cichej norze chrupie
poci się w mej chałupie
szara śni kolorowo
z czasem wychyli głowę

na świat wyjść się ośmieli
przy święcie lub przy niedzieli
gdy w domu są gospodarze
z nimi chce się zestarzeć

Mysz zdrzemnie sie pod miotłą
ustaje drżenie myszy
oddaje dom swym siostrom
strachliwie we śnie dysząc

Sen nawet nie ukoi
mysiego przerażenia
cóż z tego, że się boi
to los jej pokolenia

tysięcy szarych myszek
wiecznie uciekających
potem nastąpi cisza
ze śmiercią strach się skończy

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

stary wiersz, prawie jak ja

22 lut

Słońcu się wydaje


Słońcu się wydaje,
że może sobie zajść
gdzie
chce,
jak chce…
do woli
mienić się barwami
złota i
czerwieni
roztaczać wokół siebie tęczę
strzelać promieniami

prosto w chmury
zachwycać i rozbudzać
powracających do chałupy

chłopów i baby
starców i dzieci
A nam zostaje tylko patrzeć

i nie odrywać wzroku
aż po wschód księżyca…

Dość!

Trzeba w końcu zasnąć,
spokojnie…
jak po burzliwym życiu

musi wreszcie nastąpić
spokój, cisza… i ciemność.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Tylko prawda jest ciekawa…?

21 lut

Jakkolwiek bym nie cierpiał i jak nisko bym nie
upadł, zawsze podnoszę się z klęczek dzięki wspomnieniu Anny. Z jej odejściem
przestałem pisać wiersze mówiąc sobie, że wrzuciłem jej własną poezję do grobu…
Naprawdę tak było. Ostatni wiersz był przepisany odręcznie dwa razy na zwykłym
pakowym papierze i owinięty w lniany rulon zrobiony z przykrycia do słoika z
miodem. Wyglądało na to, że wszystko było zrobione na surowcach wtórnych i sam
wiersz był zbędnym odpadem. On rzeczywiście powstaje tak, jak pot na ludzkiej
skórze, czy wszelkie substancje, jakie wydziela z siebie człowiek. Wraz ze
słowami zapisanymi w różnej postaci pozbywamy się toksyn i likwidujemy wszelkiego
rodzaju psychiczne odleżyny. Rulon z wyrzuconymi z siebie słowami powędrował do
ziemi, został przykryty warstwą piasku i wraz z pierwszym deszczem zmieszał się
z warstwą błota. Zgnił, albo go zeżarły myszy i szczury. Mija kolejny rok od
pogrzebu, który się odbył w przeddzień śmierci Jana Pawła II. Na stypie najstarsza
córka zażartowała, że mama wybrała sobie ten dzień, żeby oszukać nas na Prima
Aprilis, bo tak naprawdę wcale nie umarła… W przeddzień wyjazdu do szpitala na
oddział dla beznadziejnych przypadków lekarz z hospicjum wykreślał ją z listy
pacjentów sądząc, że jest ona zdrowa. Naprawdę tak było… Ale jednak to się
dokonało i stał się smutek następnego dnia, bo w całej Polsce zapłonęły znicze,
a myśmy byli przekonani, że one nie płoną dla zmarłego papieża, a dla naszej
Anki. Nie wiem, jakbym wytrzymał , czy w ogóle bym wytrzymał widok beztroskich
ludzi na ulicach miasta, podczas gdy my cierpieliśmy ból nie do opisania. Ale
próbowałem go opisać i powstała wtedy „Święta Anna Samotrzecia”. Po niej dołączyłem
kronikę rodzinną autorstwa mojej nieodżałowanej ciotki Heleny i w ślad za nią
zostałem kronikarzem losów kobiet, jakie zaważyły na moim własnym życiu.
Weronika jest wiodącą postacią zbioru nowel poświęconych nie tylko literackim
fascynacjom. Przecież gdyby nie miłość do dziewczyny, nigdy nie zdecydowałbym
się na tak radykalne zmiany w moim życiu, jak przejście ze świata techniki w
przestrzeń sztuk wyzwolonych. Najpierw byłem szalony i po otrzymaniu listu
jechałem bez grosza przy duszy nad morze, gdzie pracowała na koloniach z
dziećmi moja pierwsza wielka miłość… To nic, że nieodwzajemniona. Od niej przejąłem
odwagę, wiarę i desperację w dążeniu do celu. Od kobiet nauczyłem się  wszystkiego, co najważniejsze. Dlatego nie potrafiłem
przestać o nich pisać tworząc zbiór nowel: „Weronka, czyli serce… i nic więcej”.
Jest tam rozdział o Violetcie, mógłbym osobny poświęcić Marylin Monroe, która
także miała na mnie boski wpływ, ale wtedy tom byłby zbyt opasły… I tak jest
obszerny, ale inaczej być nie mogło. Wstawiam go teraz na półkę wraz z
pozostałymi wypocinami i wystawiam na targowisko próżności, jak licytuje się i
wychwala towar pierwszej jakości. Przecież nie powiem, że to powstało ot tak
sobie, przy okazji. Musiałem to napisać, podobnie jak pisałem o Niemcach,
których więcej nie pamiętam, jak nie pamiętam większości swoich grzechów.
Siadam więc do „Zmyślonej historii”, która powstała na bazie autentycznych
dziejów naszej Ojczyzny. Los moich bohaterów wpisany jest w rzeź na Woli
podczas Powstania Warszawskiego, kolejne przełomy polityczne w PRL, wybuch
Solidarności, aż po Stan Wojenny. Na razie powstał szkic, bryk, zapis intencji
na paru stronach. Przyszedł czas na „piłowanie laubzegą”… rzemieślniczą
codzienność, w której nie ma już miejsca na twórcze natchnienie. Należy po
prostu przelać na papier zachowania i dialogi, jakie toczą się pomiędzy
bohaterami opowieści a drugoplanowymi postaciami. Pomiędzy nimi znajduje się
autor, który spisuje to z pamięci… albo zmyśla. Ale wtedy musi naprawdę pięknie,
sugestywnie kłamać. Żeby to do złudzenia przypominało prawdę… Bo przecież tylko
ona jest ciekawa.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Smutna rocznica

21 lut

Niebawem mija siódma rocznica odejścia Anny. Zawsze tak mówię,
kiedy mnie o nią pytają. Myślą, że mnie po prostu opuściła. A ja potwierdzam,
że umierając porzuciła mnie na zawsze. Wiedziałem, że tak się musi stać, ale
sam nie zdobyłem się na to, żeby usilnie prosić Pana Boga o zamianę ról.
Zapytałem go tylko o taką możliwość. A on milczał, więc napisałem do niej wiersz.
Spóźniłem się z jego odczytaniem, więc ten list wrzuciłem do ciemnej czeluści, wraz
z pierwszymi kwiatami, na wieko trumny. Powie ktoś, że to irracjonalne i pozbawione sensu… A co teraz jest rozumne i sensowne na tym zwariowanym łez padole?

Rozchodzimy się lecz w nową podróż nie ruszamy
brak nam woli, brak odwagi… szczęścia brak.
Tak – to prawda – do wszystkiego się przyzwyczajamy
znosząc los z pokorą, póki nie zostanie z nas sam wrak.
Pokłócimy się, wrócimy, pożenimy
nasze zdrowe ciała z chorobami,
smutki, niepokoje z nadziejami…
Roztrwonimy te nadzieje, rozmienimy
wielkie zamierzenia na drobnostki.
Pozostaną nam jedynie ból i troski,
ale nigdy nie poddamy się rozpaczy
przecież potrafimy sobie wzajemnie wybaczyć
dalej iść pogodnie ku jesieni
chociaż żaden bliźni by się z Tobą nie zamienił
na ten los kulawy i przeklęty…
Dla mnie jednak jesteś Sakramentem
Świętym z Najwyższych łask zrządzeniem
Darem, niespełnionym wciąż Istnieniem

 

Warszawa 1 stycznia 2003 rok

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS