RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2012

nieudana promocja

29 sty

Naprawdę chciałem bardzo, a wyszło… jak zawsze. Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Byłem i jestem przekonany o wielkim talencie i pracowitości osoby, która pozostaje w cieniu sprytniejszych i lepiej ustawionych dziennikarzy. Ta niezwykle utalentowana osoba powinna zostać według mnie przynajmniej uhonorowana tytułem dziennikarza obywatelskiego roku. Ja na pewno będę na nią głosować, ale ponieważ nie jestem pewny czy byłaby zadowoloba z ujawnienia jej personaliów pozostanie to na razie moją słodka tajemnicą. Nie powinienem właściwie użyć tego przymiotnika, a zamiast niego przywołać smak goryczy, a nie słodycz tryumfu i sukcesu. Pokusiłem się bowiem o laudację na zaprzyjaźnionej witrynie w internecie wypisując wszystkie zalety dziennikarza obywatelskiego, jakie przyszły mi na myśl, kiedy czytałem jego artykuły i oglądałem autorskie galerie fotografii. To rzeczywiście kawał solidnej, porządnej roboty okupionej ponadto straconym czasem na redagowanie, za co nikt free lancerowi nie zapłaci złamanego grosza. Co prawda, od czasu do czasu w obywatelskich serwisach można otrzymać książkę, albo bilet na koncert, do kina i teatru w zamian za napisanie recenzji… To żadna łaska, ale zawsze jakiś posmak uznania w tym jest. Mnie się wydawało, że warto zaanonsować obecność w tym sieciowo obywatelskim krajobrazie nowej żurnalistyki kogoś, kto zasługuje niewątpliwie na dostrzeżenie i uznanie. Dość powiedzieć, że jego artykuły oglądano ponad 4 miliony razy. Jest to wynik, którego by mu pozazdrościł niejeden rasowy pismak z profesjonalnej, tradycyjnej prasy papierowej a na pewno rówieśnicy i współpracownicy z macierzystego serwisu prasy obywatelskiej. Jest zwyczaj wyławiania takich rodzynków czy też lepiej mówiąc – "prawdziwków" przez tzw. "łowców głów" i zatrudniania ich na etat w redakcji tej witryny. Sądziłem, że przynajmniej dam do pretekst myślenia tym, którzy nie zauważyli do tej pory tej rewelacyjnie spisującej się osoby. Trudno mi było pisać o tym wprost, ale w końcu się zdecydowałem… i zrobiłem błąd. Nie tylko nie zrealizowałem swojego zamiaru, ale nie miałem szans obserwować reakcji na zamieszczoną przeze mnie opinie o dziennikarskim fenomenie. Musiałem sam poprosić o zdjęcie laudacji z witryny i przeprosić osobę. której mimo najlepszych chęci, mogłem wyrządzić krzywdę. Tak bardzo trzeba uważać, żeby nie wylać dziecka z kąpielą.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

raptularz pełen skarg

24 sty
. MOTTO: niemoc układa z nas
papierowe samoloty,
obojętne na wiatr.         
                                                                                                
Nie ja je wyszukałem i to nie mój cytat, ale nie tylko z powodu lotniczych proweniencji je sobie tutaj przypominam. Próbuję scalić i ogarnąć wątłą korespondencję między kilkoma przypadokwymi czytelnikami bloga a moją skromną osobą. Jestem im niezmiernie wdzięczny ze ich uwagę poświęconą moim zapisanym w kilkudziesięciu zdaniach refleksjom. To prowokuje do kolejnych wyznań, które bez fałszywego wstydu dedykuję wszystki wrażliwym duszom, pokrewnym mojej… Tyle słów wstępu i przystepuję do rzeczy.



   

Otóż, pierwszą, uzasadnioną  pretensją, jaką od czasu do czasu kierujemy w stronę Pana Boga, jest osobista skarga, że niedostatecznie nas kocha, bo gdyby było inaczej , to wierzyciele omijali by nasz dom z daleka i regularnie płacilibysmy co miesiąc rachunki na czynsz i media. Nasze pensje na pewno by pozwalały rozpieszczać prezentami pociechy, a ukochane przez osoby wtały by nas pocałunkami i radosnym uśmiechem na twarzy. Czy to jest tylko idealistyczna mrzonka? Skądże… ja mam mnóstwo pretensji, ale jeszcze więcej mrzeń, o których nawet Panu Bogu w modlitwie nie wspominam. Jedyny problem z marzeniami polega na tym, że nie wszyscy nasi bliźni chcą, by się ziściły. Stąd tak wiele nieporozumień po drodze do wyśnionego ideału. Otrzymałem od czytajacych moje wpisy kilka komentarzy, które warto przytoczyć i na nie odpowiedzieć. Jeden z ostatnnich brzmi tak oto:
- umiałeś ” tak po prostu” odejść? nie bojąc się konsekwencji swoich czynów ? tego co będzie jak ochłoniesz?

Po pierwsze, to nie ja odszedłem, tylko życie mnie zmusiło do wyboru najmniej bolesnej i honorowej drogi odwrotu. Bywa tak, że daremne przedłużanie w czasie wypalonych dawno już związków degeneruje obie strony prowdząc też do agresji. Wszakże istnieje też druga strona medalu i równie bolesna prawda, o której przeczytałem we wpisie innej czytelniczki:


 

 


     

- Życie,
pozbawione tak ważnego elementu jakim jest miłość, jest wegetacją!
To nieprawda, że tylko młodość daje nam prawo do tego pięknego uczucia.
Pragniemy kochać i być kochanymi, przeżywać miłosne uniesienia nawet
wtedy, gdy okres młodości już poza nami.
Nie bójmy się marzyć! Bądźmy odważni! Porzućmy wątpliwości i otwórzmy
się na miłość, bo tylko wtedy przyjdzie upragnione szczęście!

Jakże bym chciał się zastosować do tej wspaniałej rady… Zrobiłbym to natychmiast, albo tak szybko, jak to możliwe. Problem polega na tym, że jest to niemozliwe. Ile bym dał, żeby to wszystko dało się zrealizować w rzeczywistości. Niemniej jednak dziękuję wszystkim za dobre rady, mądrości i napomnienia, bo one chronią człowieka przed skutkami nadmiernej pychy, która jest rezultatem przekonania, że to my i tylko my mamy rację… Mam rację?

 
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jak to jest?

23 sty

No dobrze jest!…Chociaż właściwie niezupełnie. Wszystko się wali i nic się nie układa. Do d… albo jeszcze gorzej. Więc, jak to w końcu jest? Ni tak, ni siak! Ale będzie dobrze, naprawdę. Możecie mi wierzyć, że gorzej już nie będzie… Sam bym chciał w to uwierzyć, tak tylko sobie to powtarzam, jak mantrę, aby przeniknęło mnie na wskroś i stało się integralną częścią mojej psyche. Oczywiście, że musi być lepiej, dużo lepiej. Im silniej w to uwierzymy, tym większe są nasze szanse na odmianę złego losu. Więc bądźmy dobrej myśli, módlmy się żarliwie o spełnienie marzeń i nie bójmy się kolejnych wyzwań. Odwagi!… Nie ma we mnie dość siły i odwagi, żeby podjąć to wyzwanie. Mówię to szczerze zasmucony, bo nie ma się czym chwalić. Może innym będzie lepiej, ale nie mnie. Być może inni zdobędą się na odwagę i zdołają z siebie wykrzesać jeszcze energię do wielkiego skoku nad przepaścią. Ja stoję na krawędzi i zastanawiam się, czy skoczyć w dół?… "To be or not to be?" Oto jest pytanie! Nie ma obawy, nie skoczę, bo na to także potrzeba odwagi i desperacji. Silę się na optymizm, bo tylko on nas ratuje z wszelkich opresji i choroby duszy, jaką jest depresja. Wydaje Ci się, że ktoś się do Ciebie uśmiecha… Kusi Cię spojrzeniem, przywołuje gestem… Zbliżasz się do tej zjawiskowej istoty i nagle odkrywasz, że to najwierniejsza Czarna Mańka – depresja, która ślubuje Ci, że nie opuści Cię aż do śmierci. Starasz się od niej uciec, ale biegniesz, jak w upiornym śnie, w zwolnionym tempie i tak nieudolnie, że w końcu ustajesz i pozwalasz dojść do siebie Damie nie odstępującej Cię ani na krok. Jak jej powiedzieć, żeby się odczepiła?… Język staje się suchy, przykleja się do podniebienia i z ust wydobywa sie tylko gardłujące rzężenie. Gdyby to tylko ona sama była ze mną tete a tete… Może bym potrafił ją przekonać do odstąpienia ode mnie. Jest wszakże jej bliźniaczka, która wszystkiego Ci odmawia, o cokolwiek prosisz… Nic nie wybłagasz, do niczego nie przekonasz. Pozostaje Ci jedynie gorzko nad sobą zapłakać… I płaczesz, jak bóbr, mimo że wokoło wszyscy bawią się i tańczą, a zachwycona publiczność śmieje się i klaszcze w dłonie. To jeszcze bardziej Cię rozstraja i stajesz się już całkowicie bezbronny… żałosny, opuszczony i nie zrozumiany masz tylko jedno wyjście. Samounicestwienie jest tym, co opanowało wszystkie Twoje myśli. Niech Bóg Cię przed tym uchroni.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

wybór między dżumą a cholerą

23 sty

Gdybym mógł wybierać jeszcze raz z pewnością nadal bym się wahał, czy dobrze uczynię idąc za głosem serca, czy też powinienem posłuchać rodziców. Byłem posłusznym dzieckiem, chociaż jako niepełnoletnia osoba wyruszyłem za głosem serca podążając do Karlina w ślad za koleżanką, która pracowała na koloniach z dziećmi. W szkole także nie narażałem się swoim nauczycielom i przebrnąłem dalej mimo nie nazbyt silnego pociągu do nauk ścisłych. Wybierając technikum lotnicze, a potem studia filologiczne poruszałem się po sinusoidzie od jednego ekstremum do kolejnego, czyli od ściany do ściany. Dziś widzę, że straciłem mnóstwo czasu na przystosowanie się do wciąż nowych warunków egzystencji i nowych środowisk. Nigdy nie czułem się dobrze na prywatnej stancji, ani też w akademiku. Chciałem wyjechać z małego miasteczka, gdzie dusiłem się lecz tam, w wielkich miastach czułem się, jak śnieta ryba wyrzucona przez wezbrane fale na brzeg morza. Żadna z uczelni, ani szkół nie pozostawiła w moim sercu jakiegokolwiek sladu. Po prostu uczyłem się, studiowałem, a wszystko, co istotne w moim życiu zdarzyło się daleko poza nimi. Poza codzienną nudą zapamiętałem kilku profesorów i wykłady monograficzne w Vieux Colombier przy ulicy Gołębiej 24. To właśnie na jednym z nich postanowiłem zdawać do łódzkiej szkoły filmowej, gdzie wszyscy szczęśliwcy myśleli, że złapali Pana Boga za nogi. Mnie też udzieliła się ta euforia, ale szybko ogarnął mnie łódzki spleen… tak samo dojmujący, jak w CKM St. Krakowie, z tą różnicą, że brzydota tego miasta tkaczy i tkaczek naprawdę była nieporównywalna z żadnym innym miejscem w Polsce Ludowej. Gdy bladym świtem wysiadałem z pociągu na dwocu Łódź Fabryczna zobaczyłem wielką blaszaną cysternę z napisem KWAS CHLEBOWY. Przez moment myslałem, że jestem w świętej pamięci Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Tam też w Leningradzie nie mogłem spać przez białe noce, które nie miały dla mnie nic z piękna opiewanego przez socjalistycznych poetów. Mógłbym oczywiście ubarwiać wspomnienia z tych moich peregrynacji po kraju i świecie, ale zapamietałem głównie zaplute, zimne poczekalnie dworcowe, spóźniające się autobusy i pociągi, do których wsiadałem przez pomyłkę. Wysiadałem w szczerym polu drałując na piechotę do punktu wyjścia i teraz mam też takie wrażenie, jakbym rozpoczynał od nowa podróż w nieznane. Pozostaje tylko kwestia wyboru stacji docelowej… Mam nieodparte wrażenie, że jestem teraz na dworcu o wymownej nazwie DŻUMA, a gdziekolwiek nie dotrę, tam wszędzie panuje CHOLERA. Tak pojmuję obecną kondycję psychiczną, duchową, materialną i perspektywy na świetlaną przyszłość. Dziś mogę się mylić… Chciałbym się mylić, bo gdy się obudzę znowu popatrzę w lustro i powtórzę sobie, że jutro będzie lepiej.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

dziewczęce wiersze

22 sty

Kiedy moja córka Małgosia dorastała wychodziły spod jej pióra takie oto perełki:

Mały błękitny skowronek
zapukał do mego serca
zaświergotał pod jego okienkiem
i pomachał skrzydełkami
Z radości
pospiesznie nakryłam stół
by nakarmić ptaszka
kiedy wejdzie w moje progi

Wyjrzałam przez okienko
skowronek wciąż śpiewał
Otworzyłam drzwi
lecz on spłoszony odleciał
Z radości
zbyt mocno szarpnęłam za klamkę

A proza w jej wydaniu dotyczyła wszechobecnych kotów w naszym domu: "Koty oszalały! Dzika z Małą charczą ciągle na Kicię i na odwrót. Kicia boi się wyjść do przedpokoju, bo zaraz tamte napuszają ogony i cały czas przebywa u mnie. Jesień już na dobre zagościła w Warszawie, lecz nie jest to "złota polska jesień", chociaż maluje ona różnobarwnymi farbami liście spadające z drzew. Parę razy nawet deszcz ze śniegiem, a nawet sam śnieg poprószył. To chyba znak, że idzie zima". Tamta zima dawno minęła i przyszła kolejna. Ile jeszcze pozostało?…
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

klient poczty elektronicznej

22 sty

Zainspirowany eksperymentem NASA wysyłam od siebie w kosmos mnóstwo sygnałów… Internet jest taka kosmiczną przestrzenią, a ja jedną z cząstek krążącego po Wszechświecie pyłu. Biorąc pod uwagę prawdopodobieństwo zauważenie mojego komunikatu przez inną drobinkę, jest to równie żałosne i komiczne przedsięwzięcie… Ale coś we mnie zmusza człowieka do nieustanego i konsekwentnego uprawiania procederu, który trwa od chwili opanowania podstaw skomplikowanych sieciowych procedur. Mimo, że jestem humanistą z wykształcenia budowa komputera nie jest dla mnie już czarną magią, a w internecie surfuję z równą swobodą, jak ci młodzi, sprawni, wspaniali mężczyźni na deskach gdzieś w Australii, zanim ich nie dopadni rekin i skonsumuje na drugie śniadanie. Z zasady staram się unikać rozgłaszania własnych spraw, chyba, że to, co akurat robię ma szerszy sens i wydźwięk. Najtrudniejsze do rozwiązania problemy ślę pod konkretny adres nie licząc zupełnie na odpowiedź. Sygnalizuję ludziom najpilniejsze do osobistej interwencji przypadki losowe, jakie dotknęły wspólnych znajomych, a w których oni mogą tym ludziom pomóc. Najczęściej nie mam żadnego odzewu, ale obserwując zmiany na lepsze w życiu wspomnianych osób wiem, że moja poczta dotarła pod właściwy adres. Rano przeczytałem jednak intrygującą odpowiedź adresata mieszkającego aż za Wielką Wodą, który odpisał mi, że mnie może do mnie wysłać listu, który do mnie napisał. Takie ma zasady i nie może ich złamać, bo odpowiada tylko tym osobom, które zna. Od razu przypomniał mi się dowcip z "Misia", gdzie bohater mówi, że "lubimy słuchać tylko takich piosenek, które dobrze znamy". Kontynuując tę myśl mogę dopowiedzieć, że lubię oglądać filmy, które juz widziałem i spotykać ludzi, których dobrze znam. Nadawca wiadomości usprawiedliwia się, że taki już jest dziś nasz świat i on woli być ostrożny w stosunku do nieznajomych ludzi. Ja go doskonale rozumiem i nawet usprawiedliwiam to stanowisko. Zastanawia mnie jednak do jakiego muru doszliśmy i jak bardzo stalismy się nieufni… Od najbliższej osoby usłyszałem nawet kiedyś: "Boję się, że ty możesz mnie oszukać"… Tak powiedział ktoś, komu bez wahania oferowałem swoje serce i wszystko, co posiadam. Dałbym o wiele więcej za tę iskierkę życzliwości i spojrzenie prosto w oczy, uśmiech rozjaśniający je smutną twarz. Ale to marzenie

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

śmierć pięknych saren

22 sty

Był kiedyś film, z którego zapamiętałem tylko tytuł, bo wiedziałbym po prostu, o czym on jest. "Śmierć pięknych saren" to metafora odejścia Ireny Jarockiej, mojej nieodżałowanej Anny i wymuszonego pożegnania z osobą, która zawładnęła mną wcale nie czyniąc nic, żeby mnie przy sobie zatrzymać. Słysząc od niej, że "nie ma nas" zrozumiałem, że nas już nie ma i naprawdę nie ma już nic, co mogło by przyczynić się do cudownego zrośnięcia się rozprzestrzenionych po Wszechświecie cząstek dobra, jakiego wspólnie zdążyliśmy jednak zaznać. Z tym nieuchronnym w czasie odejściem, umiera we mnie wiara w człowieka. Patrząc na moją fotografię ludzie kojarzą moją osobę, jako wesołka, a przynajmniej osobę pogodnie nastawioną na uroki życia. To również powoli dogorywa, chociaż naturalnie czuję nieustanną potrzebę powtarzania sobie, że jutro wszystko się odmieni i po prostu będzie dobrze… Będzie dobrze. W chwilach wielkiego uniesienia pragnąłem, jak Faust, aby one trwały wiecznie… Tuż potem ogarnialo mnie zwątpienie i strach o to, czy to się nie skończy… Zanim do tego doszło, a musiało się tak stać, usłyszałem cichą prośbę, żeby razem Cieszyć się tym, co mamy tu i teraz, póki możemy i jeszcze umiemy się razem sobą zachwycać. To było równie głębokie, mądre, jak spokojne i zrównoważone w ustach kobiety, która nie miała przecież lekkiego życia. Wiem, że przede mną droga stoi otworem, ale nie mam już tyle sił i odwagi, żeby od początku przecierać nieznany szlak. Być może umarły już we mnie resztki kołaczącej się w zalamarkach duszy nadziei. Jeśli umarły, to bezpowrotnie. Mówi się często, że realistom pozbawionych złudzeń łatwiej pokonywać przeszkody i realizować trudne projekty. Myślę, że bez tych złudzeń i marzeń właściwie nie da się nic zrobić, a przynajmniej praca pozbawiona tej odrobiny romantycznego wyzwania może być drogą przez mękę. O ile do tej pory pokonywanie barier stanowiło dla mnie rodzaj sportu, to dzisiaj już mnie to nie bawi tak, jak przed laty. Lubiłem mawiać do swej pierwszej i jedynej żony, że idę w zawody z krysysem i przeciwnościami losu ciekawy, jak też długo uda się nam wytrwać w tak ekstremalnych warunkach egzystencji. To było dobre na realia Stanu Wojennego, ale dziś już nie bawi nikogo… Ania nie żyje, więc mi nie powie, czy miałem rację stawiając życiu wyzwanie za wyzwaniem. Ukochane osoby opuszczają nas, więc dlaczego mnie taka śmierć pięknych saren miała by ominąć?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

wyjątki z dziecięcego raptularza

13 sty

Nigdy nie jesteśmy sami w chwilach największego smutku, a nawet rozpaczy. Dla mnie osobiście wielkie pocieszenie przyniosły zapamiętane słowa Violetty Villas. Ona wszędzie, przy każdej okazji nieustannie powtarzała, jak wielkim dobrodziejstwem dla człowieka jest cierpienie. Niespodziewanie dla siebie znalazłem zaskakujący wpis w dzienniku mojej córki z czasów, kiedy jeszcze nawet nie chodziła do liceum. Przeczytałem, że: "Czasami zdarzają się rzeczy, na które nie mamy wpływu, ale nie jest to powód, by oduwać się od świata. Rzeczy dobre i złe mają swój cel". Dopiero po latach, gdy dzieci dawno opuściły rodzinny dom odnajduję w tym, co zapisały gdzieś na luźnych kartkach myśli, pod którymi sam mógłbym się podpisać. No choćby takie wyznanie: " Poza tym życie nie ma sensu jeszcze dlatego, że nie ma w nim przyjaciela, ani uczuć. To okropne. Staję się pusta. Czasami w ogóle nie wiem, co ja czuję. Życie zaczyna mnie nudzić. Bóg nie powinien oddawać każdemu na własność życia, by sam nadał mu sens, bo niektórzy mogą sobie nie poradzić, jak ja." Mam nadzieję, że także potrafię sobie w końcu poradzić, jak o wiele młodsza ode mnie latorośl… Odnajduję w tych zapiskach jakąś cząstkę siebie i zapamiętanych rozmów, ale darmo na kartach dziecięcego raptularza szukać wzmianki o mnie i żonie… Tak, jakby nigdy nas nie było. A może naprawdę tak jest, że pojawiamy się tylko po to, aby dać życie, wychować dzieci i wypuścić je z rodzinnego gniazda do swobodnego lotu?… Tylko ciągle towarzyszy nam niepokój i niepewność, czy aby nie za wcześnie pozwoliliśmy się im oddalić. Ale dzisiaj już nikt nie pyta rodziców o zdanie. Może to dobrze, że młodzież jest bardziej samodzielna, niż my i o woele odważniejsza. Inaczej świat by stanął w miejscu i nie byłoby mowy o żadnym rozwoju. Z jednej strony cieszę się, że czytam tak dojrzałe myśli, ktore zrodziły się w głowie mojego dziecka, a jednak martwię się, że od najmłodszych lat drążył ją nieustannie ból istnienia. Niepewność, ta hydra niepokoju i strach przed wejściem w dojrzałość, była jej osobistą tajemnicą, z której nigdy się nam nie zwierzyła. Nie wiadomo, czy wynikało to ze wstydu, czy obawy, że nie zostanie właściwie zrozumiana… a może nawet zlekceważona?… Dokładnie ten sam niepokój i poczucie osamotnienia towarzyszył mi w dzieciństwie. Kiedy to przeżywałem solennie przyrzekłem sobie, że oszczędzę swoim dzieciom takiego stresu i pomogę im przejść ten bolesny etap… Tylko, że przegapiłem moment, w którym należało to zrobić. A teraz jest już za późno na przeprosiny.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

…. i kilka dopowiedzeń zamiast poczty

13 sty

Wsłuchuję się we własny, wewnętrzny rytm a nawet pustkę jakiej nic nie jest w stanie wypełnić. Nieodżałowany Grechutka przed laty podśpiewywał sobie i nam, jego młodym fanom jak trudno z miłości się podnieść. Odchodzenie jest jak umieranie. Dla zdecydowanych bywa to grom z jasnego nieba, a dla nieszczęsnych memłaczy męka zakończona tym, co nieuchrone i bezlitosne niczym śmierć. Gdybym sądził, że dotknęło mnie największe nieszczęście ze wszystkich moich bliźnich, wykazałbym pychę tym, którzy potrafia jeszcze większy ból i cierpienie znosić w pokornym milczeniu. Nie chcę tego okazywać, ale naprawdę odczuwam ten rodzaj bólu, który mi nie pozwala normalnie myśleć i pracować. Nie chodzi tu broń Boże o ból głowy. Człowiekowi w takiej sytuacji trudno po prostu myśleć o czymkolwiek innym. Uciekam do gotowych i opracowanych scen z udziałem bohaterów literackich. Ludzie zakochani nieszczęśliwie, czy zdradzeni przez swoich partnerów nie śpią… Zgadza się, ja nie śpię. Chudną… z tym jest nieco gorzej, bo opycham się bez powodu nie czując żadnej przyjemności ani smaku potraw. Na pewno dobrym prognostykiem ( nie wiadomo czy skutecznym)  jest świadoma rezygnacja z codziennego oglądania telewizji i słuchania radia… Nie wiem, jak tu na blogu funkcjonuje poczta, ale skoro pojawił się ostatnio wpis muszę na niego odpowiedzieć… Wielkie, serdeczne dzięki za komentarz… a właściwie pytanie. Ten tekst
wypływa z serii poprzednich i chyba to jest tak, że wszystkiego
doświadczamy zaledwie przez chwilę. Zachwycony Faust wołał w uniesieniu:
"Chwilo, trwaj wiecznie!!!". Ale szczęście wymyka się nam z rąk i
nie mamy na to żadnego wpływu. To nie jest wcale kapitulacja, a raczej
pokora. Jasne, że chciałbym przywrócić to, co było. Wiele bym za to dał,
jeśli nie wszystko… Cała nadzieja w Panu Bogu, że być może nastąpi
cudowna odmiana. Ja nie straciłem jeszcze wiary, chociaż teraz chodzę na
rzęsach. Jestem wdzięczny za lekturę tego wpisu, bo redaguję ten blog z
poczuciem, jakbym pisał na Berdyczów. Wiem, że gdybym dodawał obrazki i
sensacje, miałbym o wiele więcej czytelników, ale nie ilość się liczy,
tylko doborowa jakość towarzystwa. Jeżeli w pobliżu nas są życzliwi ludzie, nie wszystko, prócz złudzeń, jest stracone. Na pożegnanie ślę szczere pozdrowienia,
życzenia szczęścia i zdrowia,
Zbyszek

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Słowa, jak bomba atomowa

12 sty

Od znanego reportera usłyszałem kiedyś, że w słowach tkwi potęga… One działają z siłą bomby atomowej. Przekonałem się o tym
słysząc od ukochanej osoby skierowane wprost do mnie wyrzuty. Nie ma znaczenia, jak one brzmiały. Zostały wypowiedziane głośno, wyraźnie, w złości i uniesieniu. Ja zamarłem i oniemiałem. Wszystko, co dotychczas czułem do tej kobiety zagotowało się we mnie i wrząc umarło. Natychmiast poczułem się w obowiązku oddalić się z tego miejsca i zniknąć na zawsze z życia najbliższej mi osoby. Emocjonalna pamięć przechowuje mnóstwo złych i dobrych chwil z minionych lat… Przeżyliśmy razem rok. Zaledwie rok wspólnych wzruszeń, pięknych momentów, ale też ognistych spięć i kłótni zamknął się po wypowiedzeniu jednego słowa za dużo. Owszem, wcześniej słyszałem z jej ust nieżyczliwe zdania i epitety. Puszczałem je mimo uszu doskonale zdając sobie sprawę, że właściwie każda kobieta musi sobie ulżyć mówiąc, co jej ślina na język przyniesie. Gadatliwość płci odmiennej bywa jednym z jej największych uroków, ale z czasem staje się przekleństwem, które potrafi zniszczyć najpiękniejsze wspomnienia.Gdybym chciał odwrócić fatalny bieg wydarzeń mógłbym przywołać Szekspira, który wkład w usta Hamleta słynny szlagwort: "słowa, słowa, słowa…". Miało by to oznaczać tylko pozorne ich znaczenie i dewaluację w miarę ilości wypowiadanych słów. No, jest to pewne pocieszenie i usprawiedliwienie…Ale czy da się tak po prostu rzec: "To nic…" ?… "Nic to…" ?… W rzeczywistości, człowiek jest bezsilny wobec takich dylematów i nie sam rozsądzi, jak naprawdę ma w tej sytuacji postąpić. Święty Augustyn napisał i często powtarzał taką oto maksymę: "Cokolwiek zrobisz, będziesz żałował… więc nie martw się". To bardzo mądra konsolacja. Spróbuję raz jeszcze przemyśleć, co się dokonało i z pokorą zastosować się do mądrej rady. Paradoks tej sytuacji polega na jednoczesnej próbie niwelacji rezultatu wypowiedzianych słów z zarazem ich wypisywaniu na ekranie z badzieją, że ktoś, na kim zależy ci równie mocno, jak na własnym życiu, zrozumie twój ból i cierpienie. Prośba o litość jest najmniej skutecznym apelem. Odwoływanie się do wspólnych przeżyć też jest wątpliwe, bo każdy czuje inaczej, często wręcz przeciwnie. Dobrze wiem, że miłości nie da się wybłagać, a serca zmusić do uczucia… I co z tego?… Cała ta mądrość zda się chyba psu na budę.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS