RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2011

dowolna zmiana czasu

31 gru

Na Nowy Rok, przybywa dnia o barani skok. Dzieje się tak zgodnie z ludowym porzekadłem i prawami astrofizyki. Ilekroć poruszano ten temat w prasie odnawiałem swoją niedoskonałą i szczątkową wiedzę o naturze zjawisk w Kosmosie. Być może i w tym roku ktoś zechce przypomnieć nam, dlaczego tak się właśnie dzieje. Podczas, gdy na świecie robi się nagle jaśniej, a nocy jest coraz mniej, wewnętrznie czuję, że przynajmniej w moim przypadku jest zupełnie inaczej. Co prawda incydentalne przypadki braterskiego wsparcia i konkretnej pomocy, pozwalają mi jeszcze nie utracić nadziei zupełnie… Coraz trudniej z utrzymaniem słonecznego optymizmu i uśmiechu zgodnie z żelazną zasadą mistrzów świata w dziedzinie osiągania sukcesów, Amerykanów. Coraz bardziej gęsta chmura mroku przesłania jasne obłoki, przez które prześwitują złociste promienie zachodzącego słońca. Już nie mamy szczęścia grzać się w jego blasku, a nasze blade twarze oświetla tylko odbite światło księżyca. Piszę te słowa po zapoznaniu się z cyklem optymistycznych w swojej wymowie reportaży na blogu zatytułowanym:"Operuję w Peru". Autor stara się, jak umie, aby bardziej majętni od biedaków ludzie wspomagali ich finansowo i umożliwiali  leczenie tych, którzy pozbawieni pomocy niechybnie by zginęli, jak mrą muchy. W rozmowie z fotografem, który pochodzi z Polski, a mieszka w Ameryce Południowej usłyszałem, że bieda w Peru sąsiaduje z zamożnością. To bardzo wzruszający temat do bloga lecz brakuje mi dla równowagi relacji z drugiej strony. Chodzi mianowicie o ofiary tych którzy nie są przyjaźnie nastawieni do przybyszów z Europy. Praca na rzecz biednych Indian nie zawsze spotyka się ze zrozumieniem. Księża, misjonarze Werbiści szerzą tam oświatę, ale to nie podoba się miejscowym czarownikom i szmanom, bo odbierają im w ten sposób naturalny rząd dusz. Niemało ofiar spowodowały akcje "Świetlistego szlaku". Dowiedziałem się niedawno o śmierci kapłana, który z nadzieją sukcesu wyjechał w te rejony mając zaledwie dwadzieścia siedem lat. Cóż można dokonać mając tak mało doświadczenia w tym wieku?… Nic, albo prawie nic. Przejęty misją, naiwny i niedoświadczony ksiądz poległ na swoim posterunku szerząc wśród Indian wiedzę o świecie, w którym żaden z nich jeszcze nie był. Teraz zamordowany kapłan przebywa w dużo lepszym świecie, a  jego trup jest dowodem na to, jak niepełną prawdę o tym, ponoć najpiękniejszym ze światów, przekazują nam podróżnicy i odkrywcy.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

nie będzie filmu o gen.pil. Tadeuszu Sawiczu?

30 gru

Po złożeniu projektu filmowego do Mazowieckiego Funduszu Filmowego próbowałem skonkretyzować rozmowy wstępne i uzyskać jakąś deklarację współpracy z Programem 2 TVP… na próżno:
Dnia 29-12-2011 o godz. 20:18 Paciorkowska, Barbara napisał(a):Witam- gotowa do odpowiedzi bylam juz przed swietami, ale
pilne prace troszke mi przeszkodzily. Panie Zbigniewie ani ukladka , ktora obejrzalam zgodnie z Pana prośbą, ani scenariusz
niestety nie przekonaly mnie do filmu. Zamysl jaki Pan ma czyni bardziej z tego projektu dość ciężką, częsciowo okazjonalną
historyczną "monografię", biografię postaci jeśli można użyć takiego porównania.Nie chcę wdawać się w szczegóły – moim
zdaniem ten projekt jest zbyt mało filmowy, zbyt publicystyczny, okazjonalny, z elementami relacji i oficjalnych
uroczystości, zbyt mało emocjonalny . Bohater oczywiście ważny, godny i dobrze,że ma Pan zarejestrowany z nim wywiad –
natomiast Pana wizja filmu całkowicie rozmija się z naszą. Myślę,że powinien Pan tym filmem zainteresować kanał Historia-
niestety u nas nie będzie raczej szans na realizację tego projektu.Dziękuję za przesłanie materiałów i pozdrawiam
BP

Szanowna Pani Barbaro,
Skoro decyzję znała Pani już wcześniej, wystarczyło napisać "nie" i już. Myślałem, że przez tak długi czas sporządzi Pani coś
w rodzaju analizy tego ważnego tematu, nad którym moglibyśmy wspólnie się pochylić.
"…Pana wizja filmu całkowicie rozmija się z naszą…" Gdybym poznał tę wizję, może z tego materiału mógłbym zrobić dokument
zgodny z profilem "dwójki". Ja nie jestem przywiązany do swoich pomysłów. Sądzę, że na tym właśnie polega nowoczesna,
partnerska współpraca producenta i autora. Tak to zrozumiałem wsłuchując się w deklaracje i zapowiedzi na spotkaniu. Kanał
Historia jest bez grosza, chyba, że dostaje personalne dyspozycje tak, jak ostatnio było z zagraniczną produkcją red.
Maldisa. Proszę mnie nie odsyłać, abym chodził od Annasza do Kajfasza, tylko wspomóc ten projekt nawet na miarę Waszych
skromnych możliwości. Czekam teraz na decyzję Mazowieckiego Funduszu Filmowego, więc jest jakiś cień nadziei na koprodukcję.
Inaczej cały ten wysiłek będzie daremny, a lotnictwo, które Panią przecież interesuje nadal pozostanie zupełnie nieznaną
historią bez bohaterów. W końcu jakiś dziennikarz brytyjski albo reżyser zza Oceanu zrobi film o Tadeuszu Sawiczu i wtedy
będzie to sensacja a ludzie zapytają, dlaczego nie my to robimy?… Przekonuję Panią do zmiany stanowiska nie ze względu na
swoje twórcze ambicje, ale widzę w tym temacie głębszy sens niż rocznicową, okazjonalną produkcję. Przedstawiłem Pani
brudnopis, a nie film, dla zorientowania Pani w tym, czym dysponuję. Jeżeli po tych moich wyjaśnieniach zechce Pani ze mną
przedyskutować ewentualne możliwości podjęcia tej produkcji pozostaję do Pani dyspozycji i gotów jestem stawić się na rozmowę
o każdej porze. Proszę tylko podać termin. Z wyrazami szacunku i lotniczym pozdrowieniem,

Zbigniew Wacław Kowalewski

Panie Zbigniewie
- ja chętnie podyskutuję, ale nie może nam Pan odmówić prawa do decydowania czy raczej do podejmowania trudnych decyzji dot.
wyboru tematow i projektow z setek nadesłanych, a możliwościami jakie mamy.Stawia mnie Pan w sytuacji,ze czuje się
odpowiedzialna za cala telewizje – bo wiem,ze bohater wazny, godny, tylko niekoniecznie wyłącznie Dwojka musi brac na siebie
odpowiedzialność za cala produkcje filmowa. W dodatku,ze akurat u nas jest troszke filmow związanych z lotnictwem, czesciowo
dzieki Panu, ale tez ostatnio to my nadaliśmy (kupiliśmy licencje) na film Co cholerni cudzoziemcy o pilotach walczacych w
Anglii – nie można nam wiec zarzucic,ze te tematyke pomijamy czy nie dajemy widzowi szans. Nie możemy jednak wyłącznie mieć
takich filmow i na taki temat bowiem nasze pasma sa tez troszke inaczej skonstruowane i historyczne filmy sa w nich obecne,
mamy ich troche ale nie wyłącznie, realizujemy- taka jest polityka anteny- również inne kino. Ja wiem,ze każdy autor, reżyser
uwaza,ze wszystkie inne sprawy oprocz jego tematow na film sa mniej wazne,tu jeszcze dochodzi aspekt bohatera narodowego,
świetlanej postaci historycznej- zgoda- to normalne ale my patrzymy inaczej a poza tym realizujemy tez pewna wizje programu,
anteny,która ma za zadanie poruszanie się w bardzo roznych sferach zycia- kulturalnych i społecznych również – mniej w
historii, choc tego typu filmow akurat mamy teraz sporo . Pan bardzo starannie przygotowal oferte, projekt i trafil on do
redacji – projekt tez nie bardzo nam się podoba zatem te wszystkie argumenty, powyżej i ten ostatni wpłynęły na decyzje – ze
jednak dziękujemy, nie zajmiemy się tym tematem. Przykro mi ale taka jest rzeczywistość a ja musze Pana o niej poinformowac a
nie udawac,ze nie podjęliśmy już decyzji. Jeśli nie potwierdzamy zainteresowania filmem, tematem to nie widzę bardzo
uzasadnienia do analizowania szczegółowego Pana autorskiej wizji bo być może gdzie indziej znajdzie ona uznanie w tej formie
i tym kształcie.Jest mi przykro bo wolałabym przekazywac inne wiadomości – nie odsyłam Pana nigdzie – ledwie sugeruję
podjęcie proby w innych antenach ale jeśli Pan nie chce to Pana decyzja, ja nie wiem czy z tym tematem był Pan już gdzies
oprocz nas bo skąd mam to wiedziec?. Dlatego proszę tej odpowiedzi nie traktowac w sposób personalny – ona dotyczy projektu a
nie Pana- jak zawsze zresztą. Mój ogromny szacunek za upor w dokumentowaniu tej sfery zycia – przykro mi,ze nie możemy tym
razem włączyć się w prace nad tym projektem. Z wyrazami szacunku.BP

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Co się stanie z garderobą Violetty?

30 gru

Na scenie Teatru Narodowego widziałem kiedyś sztukę Jerzego
Grzegorzewskiego – "Powolne ciemnienie malowideł". Po zejściu ze
sceny życia Violetty, trwa nieustanne ściemnianie faktów… To, co wydawało się
jasne jest przedmiotem sporów. W domu Violetty Villaswciąż mieszka obwiniona o
niedopełnienie obowiązków jej jedyna opiekunka. Celowo nie wymieniam jej
imienia i nazwiska, bo choć na razie jest to oskarżenie publiczne, nie
instytucjonalne, to niebawem może się okazać, że stanie się to wreszcie faktem.
Z początkiem nowego roku rozpocznie się pierwsze przesłuchanie tej osoby, która
zabraniała synowi Violetty Villas wstępu do jego rodzinnego domu. Krzysztof
Gospodarek ma prawo być obecnym podczas przesłuchania i sformułować własne
pytania, na które opiekunka musi udzielić konkretnej odpowiedzi. Do tej pory, z
pomocą równie sprytnych osób, bezkarnie manipulowała ona faktami wywołując raz
po raz sensację oskarżeniami rzucanymi pod adresem wydziedziczonych przez
artystkę członków rodziny. Z tej strony pretensji do tej bezwzględnej w swoim
postępowaniu osoby jest bez liku. Są już one powszechnie znane, tym bardziej,
że pani Małgorzata żona Krzysztofa, mówi o tych sprawach szczerze, otwarcie,
bez ogródek. Zapraszana przez dziennikarzy na wywiady do studia radiowego i
gmachów telewizji wykazuje kłamstwa i nieścisłości w plotkach, jakie drukuje
brukowa prasa na temat czekającego ich procesu o spuściznę po Violetcie Villas.
Była już w ZaiKS- ie, aby uprzedzić zakusy chciwej opiekunki na tantiemy.
Trzeba sprawdzić wpływy i wypełnić formularze kilku instytucji zarządzających
prawami autorskimi. Każda z nich chroni interesy twórców i artystów estrady w
innym zakresie. Wbrew pozorom mogą to być wcale niemałe sumy, przynajmniej
jeśli weźmie się pod uwagę możliwości wykorzystania nagranych już utworów tej
niezwykle popularnej piosenkarki. W powstającym monodramie o zmarłej artystce z
pewnością zostaną wykorzystane filmy z jej udziałem i fragmenty
najgłośniejszych przebojów gwiazdy. Będzie to rzecz o inwigilacji i stopniowym
osaczaniu powracającej zza Oceanu Violetty, przez służby specjalne PRL. Jest to
bardzo osobisty przekaz spisany z relacji bezpośredniego świadka tych zabiegów
operacyjnych, Krzysztofa GospodarkaOn właśnie zwraca uwagę na możliwość
manipulacji wynikami śledztwa i dokonywanej autopsji zwłok. Nie można przecież
pominąć milczeniem oczywistych zaniechań policji i prokuratury oraz błędów
proceduralnych, jakich rezultatem jest oddanie kosztowności zdjętych z ciała
martwej Violetty w ręce obcej osoby. W spisie nie zaznaczono nawet, jak to jest
biżuteria. Kobieta jest teraz w stanie swobodnie dysponować strojami artystki.
Synowa zmarłej gwiazdy mówi, że Violetta miała męczeńską śmierć. Ciało artystki
było tak bardzo zmaltretowane, że trumna ze zwłokami musiała być zamknięta.
Gdyby tłumy żałobników zobaczyły ją, to wielu z nich przeżyło by kolejny szok.
Tuż ponad stopą był siniak wielkości pięści nasuwający podejrzenie silnego
kopnięcia w to miejsce. Nie trzeba dużej wyobraźni, żeby domyśleć się, kto mógł
dopuścić się takiej przemocy. Można przewidzieć natychmiastowy upadek
osłabionej kobiety po takim ciosie. Wtedy mogło dojść do złamania nogi.
Czerwoną pręgę na czole, aż do ucha nie musiał spowodować żaden cios, Po prostu
Violetta lubiła chodzić w kapeluszu. Dostęp do odzieży został jednak zamknięty,
podobnie do innych przedmiotów, które zawsze zabezpiecza się, jako potencjalne
dowody w prowadzonym śledztwie. Małgorzata Gospodarek, musiała kupić do trumny
zupełnie nowe ubrania. Syn złożył w tej sprawie stosowne pismo adresowane do
policji w Kłodzku. Zgłasza w nim swoje zastrzeżenia dotyczące faktu nie zabezpieczenia
przez powołane do tego organy, masy spadkowej będącej przedmiotem sądowego
sporu. Jednocześnie w osobnym piśmie skierowanym przez syna Violetty Villas do
Urzędu Gminy domaga się on natychmiastowego usunięcia opiekunki z rodzinnego
domu matki. Krzysztof Gospodarek nie może nieustannie kursować między Lewinem
Kłodzkim a Warszawą, więc trudno mu na bieżąco kontrolować przebieg prac. Z
rozmowy z nim można wyczuć wyraźne rozczarowanie, a nawet podejrzenie o
obstrukcję w prowadzonym śledztwie. Potwierdzeniem jego opinii może być
chociażby oficjalny dokument po wydanym świadectwie zgonu. Próżno szukać
przyczyny zgonu Violetty Villas. Na karcie statystycznej nie ma też tak
podstawowej informacji, jak godzina śmierci. Jak to rokuje na przyszłość
prowadzonego dochodzenia?… Można się domyślać, że sytuacja jest bardzo
nieciekawa, żeby nie powiedzieć wprost, podejrzana… Na pewno było by wielką
przesadą, gdyby na podstawie przedstawionych faktów sądzić, że nadal wokół
Violetty działają jakieś ciemne siły, ale trudno milczeć w sytuacji
faworyzowania osoby, która wydaje się stać ponad prawem i kpić w żywe oczy z
tragedii pogrążonej w smutku rodziny. Interwencja w tej nie cierpiącej zwłoki
sprawie jest nakazem chwili. Tym bardziej, że monity odnośnie złego traktowania
Violetty przez jej opiekunkę były słane do władz Gminy już od trzech lat. Są
one w archiwach urzędu i w osobistym posiadaniu Krzysztofa Gospodarka.
Zaniechanie urzędników ignorujących te sygnały mogło być pośrednim skutkiem
tragicznego zbiegu okoliczności, jakie doprowadziły do śmierci artystki
wieczorem 5 grudnia 2011 roku. W dodatku jest możliwe, że bezpowrotnie znikną
gdzieś bezcenne eksponaty po artystce. Wówczas szlachetna idea urządzenia w
domu rodzinnym Violetty Villas muzeum jej imienia, może po prostu spalić na
panewce. Może przynajmniej z ofiarowanych przez jej publiczność datków
powstanie pomnik na jej grobie. Jeśli pieniędzy będzie dość, to figura będzie
równie wielka i wspaniała, na miarę jej talentu i miłości widzów. Jeżeli suma
będzie skromna, będzie to skromniejsza figura, oddająca wymiar pamięci, jaka
trwa, albo zanika po śmierci artystki. Pożyjemy, zobaczymy…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

noworoczna deprecha

29 gru

Teraz mogę pisać tylko o niej… i o niczym innym myśleć nie potrafię. Tuż przed sylwestrowym szaleństwem mas mój stan ducha nie pozwala mi cieszyć się i oczekiwać w najbliższej przyszłości poprawy. Kiedy ukochana osoba oddala się od Ciebie z szybkością światła to idealny moment do ataku Czarnej Mańki – depresji, najwierniejszej z kochanek. Prędzej, czy później musi Cię Ona dopaść, a pocałunek tej istoty jest równie namiętny i niezapomniany, jak śmietelny. Po tym fatalnym w skutkach styku ust, wymianie pieszczot, dociera do człowieka przekonania, że już samodzielnie nie postąpi nawet kroku. Ani się spodziejesz, kiedy zaborcza i bezwzględna dama w czerni, ogarnie wszystkie twoje myśli, a cokolwiek zrobicz, to czynisz zupełnie nieświadomie. Starasz się oczywiście zapanować nad chaosem własnych poczynań, ale jest to równie skuteczna próba, jak zrobienie porządku w damskiej torebce. Żeby coś w niej znaleźć trzeba wysypać zawartość na stół. Przyglądam się tym swoim dusznym śmieciom, które wyrzucone z ludzkie wnętrza walają się na powierzchni, jak przedwcześnie wydobyty z łona matki płód… Kompletna załamka i przerażenie, wobec tego, co jeszcze mnie w tym życiu czeka. Najgorsze, gdy ktoś Ci mówi, że nic… że naprawdę nic Cię już w życiu dobrego nie spotka. To prawda, że nikt nam nie obiecywał, że będziemy szczęśliwi. Każdy jest kowalem swego losu i orze, jak może. Ja już nie potrafię marzyć, ufać w swą szczęśliwą gwiazdę i wedle szlachetnych słów Poety, śnić o potędze. Stopniowo ulegam i poddaję się sugestiom mądrzejszych ode mnie partnerów, którzy radzą mi, abym najzwyczajniej w świecie, poprzestał na sobie. Tak, jak nie da się wybłagać u ukochanej osoby miłości z jej strony, tak pewnie równie trudno odsunąć od siebie niechcianą istotę, która przynosi z sobą same czarne myśli. Dzisiaj jest to, przynajmniej dla mnie, absolutnie niemożliwe… Sted pociesza mnie i nakazuje nie poddawać się, ale już mi nie podpowie, jak to zrobić. On sam przed laty poległ w bezpośrednim starciu z Czarną Mańką – depresją i demonami, które niszczą pewność siebie i zasiewają w nas zwątpienie. Czuję w sobie obumierającą nadzieję, która zawsze do tej pory ocalała mnie przed skutkami obecności w moim życiu mrocznej zjawy. Ta wirtualna postać jest jak najbardziej realna w skutkach. Mam jej dość, ale ona jest nienasycona i chce ode mnie coraz więcej… A ja już nie mam jej nic do zaoferowania, prócz siebie. Tylko, że mnie już po prostu nie ma.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

po mszy w intencji Violetty

21 gru

Nie dostałem zaproszenia na doroczny bankiet, czytaj: łamanie się opłatkiem w salach na parterze hotelu Sofitel Victoria. Otrzymałem za to świąteczną kartkę z życzeniami od prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Zadzwonił do mnie producent Grzegorz Kasperek zaskakując mnie wieścią o trwającej imprezie, ale w tym samym dniu zakończył się dopiero pogrzeb nieodżałowanej Violetty Villas. Nie miałem nastroju, ale myśl o spotkaniu przyjaciół nie widzianych przez cały rok przeważyła. Zebrałem się w sobie i pojechałem prosto do centrum Warszawy, na Plac imienia Józefa Piłsudskiego. Już  przed wejściem stało kilku znajomych, którzy musieli wyjść z bankietu na pociągnięcie dymka. W szatni większość już odbierała ubrania, więc pan odbierający moją torbę i kurtkę z niechętną miną wspomniał, że jak zabaluję dłużej, to mogę te rzeczy odebrać w szatni Teatru Wielkiego po drugiej stronie Placu. Dobre sobie, jak tam gnać bez odzienia w chłodną, grudniową noc?… Ale dobra, oddałem katanę i ruszyłem pomiędzy znajomych, którym nie śniło się opuszczać gościnnych pomieszczeń, w dodatku jedzenia i picia było jeszcze w bród. Łasuchy zeżarły tylko wszystkie słodycze i wypiły barszcz, lecz większość sałatek, ryb, pierogów, klusek i wszelakich mięs jeszcze była stosunkowo ciepła i świeża. Zaprawiłem się dwiema szybkimi wódeczkami i zamierzałem właśnie przystąpić do konsumpcji, gdy doszlusowali do mnie starzy znajomi z ubiegłego roku. Siłą rzeczy gadaliśmy o Violi i dokumentalnym filmie, który z wielkim bólem powstawał w dawnej Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych. Pomimo wszystko udało się doprowadzić do wykonania kopii wzorcowej i od czasu do czasu odbywają się seanse z udziałem wspaniałej artystki. Kiedy montowałem poszczególne sekwencje z ostatniego koncertu przed wyjazdem Violi do Chicago na głośny ślub z Tedem Kowalczykiem, wytwórniane korytarze rozbrzmiewały jej najświetniejszymi przebojami. Jednych to zachwycało, ale inni mogli mieć dość. Nie wszystkim podobało się codzienne powtarzanie tych samych piosenek, ale profesjonalny montaż wymaga wielokrotnych przeglądów, korekt i powtórek każdej ze scen filmu. Grała w nim moja ośmioletnia córeczka, Justyna, która jest już dzisiaj dorosłą kobietą. Szybko minął czas od powstania tego filmu i dobrze, że przynajmniej w nim jest zatrzymana chwila Violetty z wielką nadzieją na przyszłość.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Na pogrzebie Violi były tłumy

21 gru

Pogrzeb, jak pogrzeb… Nekrolog Violetty Villas znajdował się na centralnym punkcie tablicy otoczony kilkunastoma innymi nazwiskami zmarłych. Co godzinę przy kościele pod wezwaniem Św. Karola Boromeusza zatrzymywała się czarna limuzyna z trumną w środku. 45 minut mszy i po obrzędzie wymarsz na cmentarz do świeżo wykopanego dołu. Pokropienie trumny, wypowiedzenie mów nad mogiłą i modlitwy dopełniają z pieśniami całej ceremonii. Czy tak samo miało wyglądać pożegnanie Czesławy Gospodarek z domu Cieślak? Skądże! Zjawili się jej zagorzali fani i czatowali na wolne miejsce w ławach świątyni zajmując je jeszcze uczestnicząc w poprzedzającej właściwą mszę, ceremonii ku czci poprzedniej zmarłej osoby. Z szacunku dla niej pomijam personalia, aby nie urazić uczuć bliźnich. Nie wiem, nie spawdziłem, czy po pogrzebie Violetty Villas odbyła się jeszcze kolejna msza, ale chyba po tak doniosłym wydarzeniu żaden kapłan nie znalazłby w sobie dość energii, żeby ją poprowadzić i celebrować. Na żadnym ze swoich koncertów ta jedyna w swoim rodzaju artystka nie miała takich nadkompletów, jak w poniedziałek 19 grudnia 2011 roku. Skłóceni zazwyczaj w tłoku, podenerwowani ludzie, tym razem powstrzymywali się od słownych utarczek, chociaż od czasu dało się słyszeć krótką, przerywaną męskimi określeniami, wymianę skrajnie odmiennych zdań i opinii. Zapomniałem o tym, natychmiast wyrzucając z pamięci te, nie pasujące do powagi chwili, żenujące epizody. Natomiast zapamiętałem urokliwe pieśni z repertuaru klasycznego i rzęsiste oklaski, jakimi obdarzyły odnoszoną trumnę zgromadzeni w świątyni żałobnicy. Violetta nie została pośmiertnie odznaczona orderem, czy choćby medalem, ale minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego przysłał piękny list z podziękowaniem za tak wspaniałą karierę i dokonania Violetty Villas. Kapłani przywoływali pasujące do jej losu i korespondujące z dniem pochówku ustępy Pisma Świętego. Tak ogromnych tłumów, jakie słuchały cygańskich pieśni, przemówień i nie opuszczały cmentarza nawet po zmierzchu, dawno warszawskie Powązki nie gościły. Tylko bardzo nieliczna garstka szczęśliwców mogła osobiście dorzucić do nagrobnych wieńców przyniesioną przez siebie wiązankę kwiatów. Wędrowały one z rąk do rąk, aby ktoś z pierwszego rzędu  mógł ją położyć w imieniu zafascynowanej Violettą osoby… a do nich i ja się zaliczam.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

przed i po warszawskim pogrzebie Gwiazdy

18 gru

Zanim pojadę na warszawskie Powązki muszę odwiedzić siedzibę IPN na Placu Krasińskich. Tam w katalogu znajdę interesujące mnie sygnatury teczek Violetty Villas alias Gabriella. Powstający monodram powinien mieć solidne źródło w autentycznych dokumentach. Nikt wtedy nie może mi zarzucić bajdurzenia, chociaż mógłbym sam opisać narastający stan osaczenia bohaterki demonami z przeszłości. Tych rzeczywistych też w jej życiu nie brakowało. Nie zamierzam wzorem tych typów spod ciemnej gwiazdy dołączyć do szeregu krytyków Violetty Villas, bo od prześladowców uwolniła ją śmierć. Zastanawiam się, jak mam zachować się w kościele świętego Boromeusza, żeby mieć operatorski dystans do wydarzeń, a zarazem spełnić naturalną powinność, jaką mam w stosunku do osoby, z którą przez prawie rok łączyła nas nie tylko sprawa realizacji filmu. Cokolwiek w tej sprawie będę myślał, dobrze wiem, że los za mnie zdecyduje lepiej. Poddaję się więc fali zdarzeń, epizodów i przypadków, które złożą się na ostateczny wymiar niecodziennego przecież pożegnania divy i artystki. której nie powinniśmy zapomnieć. Chcę to wszystko zarejestrować w pamięci i na taśmie, zgodnie zresztą z procedurą i zasadą jaka określa nasz firmowy status dokumentalisty. To właśnie różni nas od zwykłych, dziennikarskich hien, zwykłych sensatów i upartych poszukiwaczy news’ów. Pisanie monodramu również jest sui generis intymną spowiedzią syna przed chorą matką, która chcąc nie chcąc, pozbawiała go za swego życia możliwości wytłumaczena się przed nią i uzyskania wyjaśnień od niej samej. Mój serdeczny przyjaciel, Bogdan Kozyra zwykł śpiewać żartując: "Wesoło będzie na moim pogrzebie...", ale gdyby śpiew Violetty rozległ się odtworzony z taśmy, to wcale by nie naruszyło powagi ceremonii… Tak sądzę, ale czy ma to jakieś znaczenie? Rozważamy jedynie szczegóły obrzędu, który i tak ma ustalony przebieg i właściwą dramaturgię. Za bramą wielkiej ciszy pędzą ulicą wypasione auta a siedzące na chodniku babcie handlują zniczami i kwiatami, jakie żałobnicy składają na grobie. W grudniowy poniedziałek z pewnością nie zabraknie ich Violetcie. Otrzyma więcej wiązanek kwiatów, niż na jakimkolwiek ze swoich koncertów. O czym ten zewnętrzny objaw świadczy…? Czy jest to tylko naturalny odruch współczucia, życzliwości i szacunku, czy też chęć pokazania się i zaistnienia wśród żałobników na tym niecodziennym targowisku próżności?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

same dobre myśli

18 gru

Czas mija bieubłaganie i po uroczystościach pogrzebowych powracamy do swoich ziemskich spraw. Nie unikam ich, bo one naprawdę wzbogacają nas wewnętrznie utrzymując w zdrowiu i harmonii ducha. W najtrudniejszych chwilach pojawia się nagle zbawcza myśl o konieczności naprawienia wylatujących z parkietu klepek, założenia suszarki łazienkowej, domalowania ściany, o której nieopacznie zapomnieliśmy… i te niezbędne, prozaiczne czynności ratują nas od koszmarnych myśli pachających człowieka do samobójstwa. Wracamy więc do szarej, pełnej rozczarowań codzienności, ubarwionej tylko rytmem corocznych imienin i urodzin. Rocznice ślubu są obchodzone o wiele rzadziej, bo przecież plaga rozwodów spowodowała, że coraz więcej jest wśród nas smutnych, porzuconych ludzi.
Minęły już urodziny najpiękniejszej osoby w gronie moich znajomych, których obdarzam niekłamanym podziwem, a nawet miłością. Jej należy się moja wdzięczność za chwile bez kłamstw i próżnej wymiany złośliwości, żeby tylko racja przeciwnej strony nie zwyciężyła. Ona znosiła z godnością swoją chorobę i niedostatek, a przede wszystkim mądrze korzystała ze wszystkich uroków życia. Robi to zawsze w swoim stylu, który zauroczył mnie do tego stopnia, że ją pokochałem. Nie przypuszczałem, jak trudna i niedobra będzie miłość w wieku właściwym raczej do podsumowań decyzji życiowych, niż podejmowania nowych. To jednak nie tkwi we mnie, a dzieje się z płynącego z góry podszeptu, gdzieś daleko i wysoko ponad mną. Może z samego nieba… tam, gdzie na pewno moja Anka znalazła swoje miejsce.  Zgodnie z daną jej obietnicą wszystkie dobre myśli wysyłam w przestrzeń, choćby te słowa poszły na Berdyczów. A niech tam, ważne, że nie wiedzieć jak, poznała mój skryty plan… tak śmiały i bezczelny, że nikomu go nie zdradzając nosiłem w sobie dłużej, niż trwa ciąża nie narodzonego dziecka. Po prostu sam przed sobą nie byłem absolutnie pewny, że dojrzewający miesiącami zamiar poproszenia ukochanej osoby o rękę tuż po upływie ostatniej minuty starego roku jest na tyle szalony, że zostanie właściwie odczytany a moje oświadczyny będą przez nią przyjęte. Niektórzy uważają, że lepiej, aby mrzonki starzejącego się mężczyzny pozostały nimi do końca jego ziemskich dni. Takie rozważania potrafią zabić najbardziej szczere myśli i rozwiać to, co najpiękniejsze i warte poświęcenia resztek sił, jakie nam pozostały. Powtarzam za Stedem i innymi mędrcami: Nie daj się pognęcić, masz prawo tu być i walczyć o swoje szczęście, jakkolwiek by ono potem nie wyglądało. Czy to tak wiele, kochać i być kochanym? Tak, to bardzo dużo i jeśli to masz, osiągnąłeś już prawie wszystko, co mogłeś zrobić. Z tak poważnymi rozterkami długo nie mogłem zasnąć, ale sen w końcu mnie nawiedził i ukazała mi się w nim dawno nie widziana Anka, Anulka, Ania, piękniejsza, niż kiedykolwiek. Roześmiana i szczęśliwa chwaliła wybrankę mojego serca. Ona się jej bardzo podobała tak, jak moje dość śmiałe, noworoczne postanowienie. We śnie nic nie powiedziała i ja też nie mówiłem, bo na pewno bym się obudził, a tego nie chciałem. Mimo wszystko tak się właśnie stało i spisuję to o świcie, słowo po słowie, scena po scenie, żeby potem ta ulotna chwila nie pogrążyła mnie wraz z nią w otchłani niepamięci. Już jestem w czarnej dziurze nieustającej depresji, w której tylko cud miłości sprawia, że dalej nie tonę, chociaż trudno się wydostać na powierzchnię. Próbuję jednak i nie poddaję się, chociaż inni mówią mi, że nie mam szans.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ich ciche zanikanie

18 gru

Kiedyś byli na ustach wszystkich telewidzów i bywalców warszawskich salonów. Brylowali w towarzystwie wzbudzając zadrość rówieśników. Każdy by chciał uszczknąć choćby cząstki sławy, jaką miała boska Violetta obdarzona diabelsko genialnymi warunkami głosowymi. Nikt ze zwykłych pasażerów LOT- u nie uniknął drobiazgowej odprawy w tasiemcowej kolejce do samolotu. Po Krzysztofa Szmagiera zawsze podjeżdżał na płytę lotniska milicyjny radiowóz i wiózł go z bagażami, gdzie tylko sobie zażyczył. Królowie życia odeszli bezpowrotnie w przeszłość i żegnać ich będą ci, którzy pamiętają piosenki Violetty Villas i niezwykle popularny serial "07 Zgłoś się". Rozglądam się po ludziach i nie widzę szczególnej zmiany w moim otoczeniu. Zachowują się tak, jakby nic szczególnego się nie wydarzyło. Nieustanna gonitwa za sławą, zaszczytami i pieniędzmi zmieniła ich nie do poznania. Nawet urządzony w Teatrze Kamienica wieczór pamięci ku czci Krzysztofa Kolbergera pośrednio służył promowaniu poezji autora, który zorganizował cały spektakl. Interesy mieszją się z deklaracjami pamięci i współczucia. Zazwyczaj sława przemija a walczą o nią kolejne zastępy młodych, zdolnych artystów, literatów i dziennikarzy. Znam kilka osób, które działając w cieniu wielkich nazwisk potrafią doskonale robić to, co one i mogły by je z powodzeniem zastąpić. Obserwuję ich systematyczną, mrówczą pracę i słyszę, jak bardzo by chciały otrzymać szansę startu w wymarzonej dziedzinie. Widzę ogień w oczach, gdy dzieje się coś zajmującego ich bez reszty. Nieraz długo wpatrywałem się w odwróconą tyłem sylwetkę zaaferowanej tematem osoby poświęcającej mnóstwo czasu i energii na zredagowanie artykułu. To nie była praca zarobkowa, ale tym bardziej cenna, że w prasie obywatelskiej, gdzie publikuje, odzew jest niesamowity. Ta społeczność natchnionych amatorów żurnalistyki, nawzajem się kontroluje i w znacznym stopniu inspiruje. Lektura komentarzy bywa nagrodą za całonocny trud, bo przecież rano trzeba wyjść do pracy, która zapewnia przeżycie od pierwszego do pierwszego. Ocieram się czasami podczas premier o wybitnych przedstawicieli tej niezwykłej zbiorowości. Niewielu z nich znam osobiście, ale cenię sobie ich obecność bardziej, niż kontakty z tzw. profesjonalistami. Oni nie cierpią prasy obywatelskiej widząc w dziennikarzach internetowych witryn zagrożenie dla własnej kariery. Ich już jednak nic nie powstrzyma…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

trzeba mieć nadzieję

16 gru

Ostatni przegląd "Ślązaków z bombowców" zakończył się niespodziewanie bez żadnych uwag i poprawek, jakie zwykle kolaudujący film zalecają autorowi i producentowi. Dokument o 304 Dywizjonie Bombowym Ziemi Śląskiej przeleżał się na półce prawie rok, ale jest on jak stare wino i zawsze pozostanie kroniką bojowych dokonań śląskich lotników bombowych z Coastal Command. Mam nadzieję, że tak samo eksperci ocenią producencki pakiet Grzegorza Kasperka, jaki z Henrykiem Janasem zgłaszamy do Mazowieckiego Funduszu Filmowego z projektem filmowego dokumentu o Tadeuszu Sawiczu walczącym podczas drugiej wojny światowej pod brytyjskim niebem. Zastanawiające, że moich obaw i pretensji oniejasną przyszłość rynku filmowego nie podziela Paweł Kędzierski. Według niego sytuacja jest dobra, ale nie dziwię mu się, bo otrzymał zlecenia zapewniające jakie takie funkcjonowanie Studia Filmowego Kronika. Jednak tej pracy jest za mało i nie wystarczy dla wszystkich. Samemu trzeba wszystko wychodzić i wyprosić. To kwestia podstawowa, decydująca o naszym bycie albo pogrążeniu się w niebyt. Z niecierpliwością czekam na rezultat oceny mojego projektu o historii pięciu starych lotnisk w Warszawie przedstawionego członkom komisji w Biurze Kultury miasta Stołecznego Warszawy. Wydaje mi się, że w odróżnieniu od tras wędrówek turystycznych po Warszawie proponowanych turystom ta marszruta może się okazać na pewno interesująca i inspirująca. Może uda się mi w ten sposób powrócić do projektu ekranizacji historii siódemki polskich bombowców: "Chłopcy z nieba". Miałem nadzieję, że sukces w postaci dwóch nagrodzonych filmów na Pierwszym Międzynarodowym Festiwalu Fimów o Tematyce Lotniczej w Dęblinie przekuje się samoistnie w kolejną realizację programu telewizyjnego. Tym bardziej, że nagrodzono filmy emitowane wielokrotnie na antenie TVP. Mam poczucie, że pomimo pukania do wielu drzwi rezultat tych usiłowań jest mizerny. Starałem się w rozmowach z decydującymi ludźmi uświadomić im wagę i potencjał tkwiący w przedstawianych im propozycjach repertuarowych, ale większość z nich zdawała się słuchać, ale w czasie rozmowy błądziła myślami daleko od sprawy, na której mi zależy. Czy w tej sytuacji opuścić ręce, chociaż one same opadają?… A może podnieść ręce do góry na znak poddania się…? Przypominają mi się słowa Steda: "Nie daj się pognębić". Staram się.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS