RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2011

kreatywność i konsekwencja

20 sty

Pojawiła się pewna trudność z pogodzeniem własnych spraw z terminowym wywiązywaniem się ze zobowiązań artystycznych. Z jednej strony wiadomo, że siłę do wszelkiej twórczości zapewnia życiowy optymizm i energia życiowa. Skąd je czerpać?… To także wiadomo, że zależą one od indywidualnego powodzenia. Gdybym nie zachwycił się jedną z wyjątkowo zjawiskowych postaci, być może zrealizowałbym kolejny film, z którego praktycznie dla mnie bardzo niewiele wynika. Ot, następny tytuł w kolekcji i jego setna czy dwusetna pozycja w katalogu ukończonych pozycji programowych. Solidność i szacunek dla partnerów nie pozwalają zaniedbywać montażu materiałów 304 Dywizjonu Bombowego Ziemi Śląskiej, ale równie ważne są nowe obowiązki opiekuna i partnera. Artystą się bywa, ale najpierw należy sobie udowodnić, że jako człowiek spełniamy wszystkie kryteria, jakie są konieczne do poważnego traktowania nas przez bliźnich. Póki sił wystarcza, staram się utrzymywać obie sfery aktywności we właściwych proporcjach. Z całą pewnością nie poświęcam już tak wiele czasu i uwagi montażowej pracy nad zarejestrowanym materiałem. Nawet blog przestałem regularnie uzupełniać, choć napisanie tych kilkudziesięciu słów utrzymuje mnie w przeświadzeniu, że w literaturze także nie wychodzę z wprawy. Ogromnie ważne są te ćwiczenia, równie istotne, jak codzienna lektura książek i artykułów. Dość przypadkowo odnalazłem dziewczynę, która podobnie traktuje sztukę, kulturę i życie codzienne. Wydaje mi się, że nie tylko w tych obszarach aktywności twórczej, wciąż wzajemnie się inspirujemy. Wymiana książek, wspólnie redagowane artykuły, galerie fotografii i newsy, to kontynuacja rozmów, jakie nieustannie prowadziliśmy po wspólnych wizytach na spektaklach teatralnych. Wzajemna inspiracja i psychiczne wzmacnianie daje mi nadzieję, że wyniknie z tego coś o wiele bardziej istotnego, niż tymczasowy, artystyczny duet. Pozwalam sobie na marzenia wbrew rzeczywistości. Nie biorę pod uwagę swojego podeszłego wieku, kondycji fizycznej i finansowych możliwości. Z czasem będę musiał to poważnie rozważyć. Na razie jednak trwam ufając w swoją szczęśliwą gwiazdę. Dawno nie miałem tak wiele optymizmu i wiary, że w końcu wszystko będzie dobrze. Nie jestem pewny, czy pójdzie po mojej myśli, ale ktoś czuwa nad moim losem dając mi kolejną szansę.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

remembrance

15 sty

Nie pamiętam, jak dawno nie uśmiałem się tak serdecznie. Graliśmy rzucając kostką w jedną z wielu prostych planszówek, ale wcale nie zależało nam na rywalizacji. Gratulowaliśmy wygrywającemu bez cienia zawiści pokonanego zawodnika. Za oknami padał deszcz, ale we wnętrzu małego mieszkania na drugim piętrze rozlegał się perlisty śmiech dziecka. Wtórował mu wieczorny gość i mama rezolutnego chłopca. Ubawiliśmy się setnie, choć wszystko to działo się przy zgaszonym radioodbiorniku i telewizorze. W pokoju panował półmrok. Sprzyjał romantycznemu zbliżeniu myśli, serc, ciał i dusz. Właśnie dlatego postanowiłem się oddalić z tego rajskiej przestrzeni. Smutne wspomnienia przegrywały z każdą minutą spędzoną w pozycji siedzącej na dywanie we wnętrzu tego niezwykle przytulnego mieszkania. Pamiętałem, jak długo po śmierci Anny powtarzałem sobie, że nię mam już prawa do osobistego szczęścia. To miała być moja pokuta. Nie sądziłem, że będę miał siłę tak długo po jej odejściu egzystować tu, na Ziemi. Byłem równie bezradny i oddalony od rzeczywistości. Dobry Bóg zlitował się jednak nade mną. Trudno przypomnieć sobie jak, ale z nastaniem Nowego Roku poczułem przypływ nowych sił. Niespodziewanie wstąpiła we mnie wiara, nadzieja i miłość. Każdy z nas chciałby wiedzieć, że kochając naprawdę jest kochany. Jakkolwiek jest, czuję że to, co się dzieje nie jest złe… Przeciwnie, wszystko mi mówi, że prowadzi nas ku czemuś zupełnie innemu, niż codzienność, której beleśnie do tej pory doświadczyliśmy. Postanowiłem zaufać intuicji i wbrew rozsądkowi, rzucić się na głęboką wodę. Cokolwiek się zdarzy, będzie lepsze, niż dotychczasowe trwanie w smutku i zadumie. To bardzo ważne, aby szanować pamięć naszych bliźnich i pielęgnować wspomnienia. Pojawiło się we mnie pytanie, czy Anna by mnie za te myśli potępiła… Chyba nie…? Ona bardzo poważnie angażowała się w miłosnym uniesieniu i nikt, jak ona, nie pojmowała wprost, że życie bez miłości nie ma sensu. Podążam za nią wciąż bezwiednie, a przecież wszystko, czego doświadczam, stało się samoistnie. Czyżby?… Dociera do mnie przekonanie, że jest jednak w tej cudownej odmianie losu sprzyjająca mi osoba i (za jej sprawą), jakaś iskierka Boskiej Opatrzności. Zaufałem tym znakom pojednania z losem i ruszam w nieznane za głosem serca. Życzę sobie i bliźnim spokoju i szczęścia w miłości.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

same dobre myśli

14 sty

Nie pamiętam autora, ale tytuł książki: "Natychmiast szczęście"… dał mi wiele do myślenia. Chociaż obiekt moich westchnień buszuje w sieci ze swobodą pilota myśliwca, to raczej nie poświęca wiele czasu takim rozważaniom. Chyba jest to właściwość brzydszej części ludzkiej populacji. Na jednym biegunie jest niecierpliwość spełnienia, dojmujące nienasycenie i pragnienie zaspokojenia męskiej żądzy. Po przeciwnej stronie rozlega się Ocean spokoju, cierpliwości i wewnętrznej harmonii. Literatura zadrukowała analizą tej antynomii setki stron kiepskich powieści, dramatów i tomików poezji, a o naukowych rozprawach zupełnie już nie wspomnę. Interesuje mnie, jaki to ma wymiar indywidualny… Jak to przetłumaczyć na własne istnienie i ewentualnie wykorzystać w praktyce. Problem polega na tym, że nawet po dogłębnej analizie tego fenomenu, nie jest to zjawisko powtarzalne. A więc w żadnym razie indywidualne doświadczenie człowieka nie może wspomóc innego przez naśladownictwo zachowań osobnika, który odniósł sukces. Szczęście z sukcesem nie jest zresztą tożsame. Im dłużej żyję i obserwuję poczynania moich dawniejszych wcieleń, tym bardziej jestem przekonany o bezsensie wszelkich próśb, jakie są kierowane do ukochanych osób. Zazwyczaj mają one tę właściwość, że wywołują obawę i przestrach, bo my tak wiele spodziewamy się po bliźnim. On nie jest w stanie spełnić naszych marzeń. Dobrze o tym wie i rychło wycofuje się, a my pozostajemy sami, nieszczęśliwi pewni swojej ogromnej klęski. Coraz ostrożniej, z mniejszą wiarą i nadzieją podchodzimy do miłości. Oczywiście, że ten proces dotyczy nikłej części zdobywców, bo większość nie ma z tym problemów. Być może tajemnica powodzenia zdobywcy tkwi w absolutnym braku rozterek moralnych. Tacy stosują rządową taktykę obietnic bez pokrycia i zamiaru ich spełnienia. Postępują, jak politycy w myśl zasady, że jak się dobrze obieca, to nawet dotrzymywać nie trzeba. Cóż, można i tak, chociaż to wielki grzech i brzemię, które może później ciążyć sumieniu… Nie miałem odwagi wziąć go na swoje barki, ale tytuł wspomnianej na początku książki, pozostał we mnie do dziś, jak osobiste memento. Wiem, że natychmiast nic na pewno nie da się osiągnąć i to, że o nic nie wypada prosić… Trzeba to konsekwentnie zdobywać własnym sposobem. A jak?… tego już nikt nam nie zdradzi.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Prawda w krainie fikcji

13 sty

To dziwny stan, bo do tej pory bezczynność przyprawiała mnie o lęk. To było tak przemożne, że w przypadku przedłużających się przerw pomiędzy kolejnymi filmami wpadałem w panikę. Wywołana ona była obawą o śmierć głodową, ale przede wszystkim strachem o zanik odruchów i nawyków, jakie nabyłem przez kilkadziesiąt lat spędzonych na planie filmowym. Mam bardzo napiętą sytuację terminową, powinienem jak naszybciej oddać gotowy utwór producentowi, a nieustannie odwlekam moment zmierzenia się w mojej przytulnej nyży, ( a zarazem montażowni video) z materią i tworzywem. Zastanawiam się nad sensem realizowania kilkudziesięciu, a dokładnie licząc, dzisiaj już kilkuset różnych filmów, klipów, reportaży, widowisk i programów. Jeśli bowiem większą radość sprawia mi oddanie nagrania, jakie przypadkowo zarejestrowałem na muzycznym festiwalu, niż wyróżnienie i nagroda publiczności w Dęblinie na międzynarodowym festiwalu filmów lotniczych, to wyraźny sygnał, że coś autentycznego już gdzieś się ulotniło. Nieustannie wpatrzony w monitor komputera obserwowałem rozmaite fragmenty ludzkiego życia. Można je cofnąć, co jest prawdziwym cudem, chociaż wiadomo, że dzieje się to tylko na niby. Co ciekawe, nigdy nie zadbałem o to, aby samemu zaistnieć w tych ulotnych kadrach. Wolałem stać za kamerą. Właściwie dlatego nie zostałem aktorem, koryfeuszem, a raczej statystą w kolejnym szeregu obserwatorów wydarzeń. Z tym skomplikowanym aparatem pojęciowym i narzędziami do analizy ruchu, obrazu i tonu, można szczegółowo rozpatrywać wszystko, co udało się nagrać na taśmę filmową, video, czy podręczną pamięć w kamerze. Trzeba tylko mieć moralny imperatyw, który uzasadnia taką wiwisekcję. Wiele widzę i rozumiem, ale gdy dotyczy to postronnych (najlepiej przypadkowych, nieznajomych) osób. W stosunku do siebie i najbliższych osób pozostaję ostrożniejszy, a prawdę mówiąc, kompletnie bezradny. O wiele ważniejszym, (niż ta zewnętrzna obserwacja) pytaniem jest to, czy znajdę w sobie wystarczająco wiele odwagi, aby walczyć o swoje szczęście. Czuję i wiem, że w dążeniu do spełnienia swoich marzeń, powinienem być równie śmiały i nieprzejednany, jak niegdyś w zauroczeniu osobą, której już nie ma wśród nas. Na szczęście odnalazłem podobnie silne uczucie, lecz ono samo się nie ziści. Dobrze o tym wiem, że tym razem to nie jest kolejny film.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Noworoczne porządki

12 sty

Wydaje się to jasne i proste, ale wlaśnie najbardziej oczywiste fakty trudno przekuć w konkret. Z nastaniem Nowego Roku zostałem poinformowany o książkach, które muszę zwrócić do biblioteki. Z niemałym trudem odnalazłem je wśród innych woluminów na półkach i schowanych gdzieś w zakamarkach zabałaganionego mieszkania. Tak zwany artystyczny nieład wcale nie sprzyja twórczej pracy. Muszę wziąć się za sprzątanie, prasowanie, bo przynajmniej pranie już zostało zrobione. Jestem gotow wziąć się za każdą, nawet ciężką pracę, byle nie wracać do poprawiania filmu o bombowcach. Kto wie, może odwlekam moment konfrontacji z pierwowzorem, czekając na moment sprzyjający najbardziej brutalnym i prostym cięciom. To coś, jak rozwiązanie węzła gordyjskiego. Trudno nieustannie wahać się bo w ten sposób zamęczamy siebie i innych. Stąd pelne nadziei oczekiwanie na chwilę olśnienia. Wierzę, że konsekwentne skupienie sie na istocie rzeczy musi w końcu przynieść rozwiązanie i odwagę do zmierzenia się z tak skomplikowaną materią, jaką jest mnóstwo filmowych ujęć, plików audio oraz ikonografii. W tej patowej sytuacji ogromną ulgą są rozmowy ze współpracującymi osobami, ale też ludźmi pozostającymi na uboczu tej filmowej produkcji. Odwiedziłem wlaśnie z taką wyjątkową istotą pierwszy, inauguracyjny seans filmowy w sali kina KULTURA. Wykorzystując niezwykłą dla niej sytuację zrobiła ona reportaż z tego wydarzenia zamieszczając go w sieci Internet. To wspaniała postać, której o mało co nie pominąłem w pośpiesznej pracy nad wypełnianiem starych zobowiązań. Na szczęście jej wyrozumiałość i empatia sprawiły, że w porę zorientowałem, że mam do czynienia z cudowną istotą… Usłyszałem od niej, że zwykle uczestników wystawnych imprez ogląda z bezpiecznego oddalenia i nie umie tańczyć. Tymczasem przypomniała mi ona cytat z Wieszcza piszącego niegdyś: "Przez Ciebie przepływa strumień piękności, ale Ty nie jesteś pięknością."… Chętnie bym dzisiaj odwrócił głęboki sens ukryty w tej efektownej kwestii. Nie trzeba emanować zewnętrznym blaskiem, aby zachwycać autentyzmem, szczerością i świeżością spojrzenia na świat. Ktoś taki na pewno nas, przyzwyczajonych do gry i autokreacji, naprawdę ujmuje, inspiruje i wzmacnia. Spotkanie takiej osoby pozwala wierzyć, że jeszcze wszystko jest przed nami. Nie wolno tylko zwątpić i utracić tej wiary.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

między racjonalizmem, a szaleństwem

11 sty

Rozpatrując wszystkie zastrzeżenia, jakie pojawiły się po projekcji pierwszej, finałowej wersji filmu o bombowcach z 304 Dywizjonu zauważyłem, jak wiele zaślepienia jest w racjonalistycznej interpretacji jakiegokolwiek utworu. W tym przypadku ja przerobiłem to osobiście, ale zadziwiające zarzuty są równie subiektywne, jak idee fix ludzi szalonych. Jeżeli bowiem słyszę, że wizytówki pod nazwiskami muszą być pisane małą czcionką, a pochyłe litery w tytułach podrozdziałów wprowadzają chaos i niepokój, włosy stają mi dębem na głowie. Opinodawca nie musi wszystkiego zauważać i słyszeć, ale gdy on czegoś nie odbiera, to wcale nie znaczy, że tego nie ma. Może to po prostu tylko dla niego nie istnieje. To on nie jest wrażliwy na wysyłane do niego sygnały, tropy stylistyczne i metafory przeznaczone dla myślących ludzi. Montując w pocie czoła autorski film musimy się w końcu liczyć właśnie z tak powierzchownym i mało życzliwym odbiorem. Zdaję już sobie z tego doskonale sprawę, a po rozmowie i analizie każdej ze scen dociera to do mnie z całą jaskrawością. Mimo wszystko potrzebne jest takie katharsis, aby nie popadać w zachwyt i samozadowolenie. Teraz z dużo większym dystansem podchodzę do materiału i nie mam już tak wielkiego kłopotu z eliminacją zbędnego materiału. Początkowo wydawało mi się, że mam materiał co najmniej na dwa równorzędne filmy dokumentalne, a teraz chyba już będę w stanie skrócić swoje lotnicze dzieło do wymaganych 40 minut. Nie stanie się to jednak tylko i jedynie dzięki racjonalistycznej analizie oceniającego kolaudanta, a przede wszystkim tego, co Henri Bergson nazywał w ubiegłym wieku intuicją i polotem twórczym. Nie waham się nawet szybowania w kierunku najbardziej szalonych seansów, indywidualnych metod interpretacji i projekcji artystycznych. Ciągnie mnie do tego typu ludzi, chociaż sam nie uważam się za osobę zdolną do szalonych działań. Zbyt wiele we mnie zahamowań i autokrytycyzmu… nawet autocenzury. Niemniej jednak, gdybym miał wybierać pomiędzy racjonalistą, a szaleńcem, to nie wybierając żadnego z nich skłaniałbym się w stronę nieznanych, obcych logice istnień i przestrzeni. Jestem w stanie zaprzyjaźnić się z tym światem i jego mieszkańcami. Podobnie, jak młodość jest bardziej atrakcyjna od starości, tak intuicja i polot twórczy są o wiele bardziej obiecujące, niż mędrca szkiełko i oko.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

swoboda ukarana

09 sty

"Cokolwiek zrobisz, to będziesz żałować" – święty Antoni mial rację, ale wbrew jego radzie, aby wobec tego nie martwić się, jak mam kłopot, bo wykonałem sporą pracę na misternie skomponowanym ekranie multimedialnym. Musiałem tak zrobić, żeby zamaskować uporczywe migotanie telewizyjnego obrazu z internetowej sesji SKYPE’a podczas której rejestrowałem rozmowy z weteranami 304 Dywizjonu Bombowego Ziemi Śląskiej. Ponadto statyczne zdjęcia nie są tak atrakcyjne, jak ruchome kroniki filmowe. Musiałem więc dać je w tle mówiących postaci. Oczywiście trzeba to było tematycznie dopasować i zsynchronizować. Jakość kronik frontowych nie jest na tyle dobra, żeby prezentować je na obszarze całego kadru. Dlatego powstał pomysł podzielenia przesztrzeni ekranu na cztery części, w ramach których pojawiają się plansze, wykresy, napisy informacyjne, wizytówki występujących interlokutorów, sylwetki świadków historii a ostatnia zarezerwowana jest na archiwalny materiał filmowy. Cała ta chronologiczna prezentacja historii śląskich bombowców, jest okraszona wokalizą Anny Mikulskiej, zrekonstruowaną pieśnią 304 Dywizjonu Bombowego RAF a także licznymi fragmentami przetworzonego "Marsza Lotników" w interpretacji Anny Marii Huszczy. W rezultacie profesjonaliści po obejrzeniu pierwszej, filnalnej wersji filmu orzekli porażkę takiego sposobu potraktowania materiału zdjęciowego. Co dziwne, bombowcy zza Oceanu byli zupełnie innego zdania, chociaż dla nich za krótkie były sekwencje zdjęć fotograficznych. Każdy miał swoje argumenty i zarzuty nie pokrywały się ze sobą. Płynie z tego prosta nauka, że ile widzów, tyle filmów. Każdy ma swój ogląd i własną interpretację. Moja rola, żeby pożenić wszystkie pojawiające się opinie, uwzględnić je i tak długo pracować nad dziełem, jak długo jest to możliwe. Chociaż nie stać mnie już na świeże spojrzenie, to jednak wiem, że można z dystansem potraktować to, co do tej pory powstawało. Nie przywiązuję się zanadto do tego kształtu utworu, jaki przedstawiłem do oceny. Możemy sobie z tym poradzić godząc subiektywne odczucia jednych widzów i racjonalnymi wskazówkami profesjonalnych dokumentalistów. Mam do nich pełne zaufanie i dlatego traktuję każdą rozmowę, jak szansę na uniknięcie porażki. One kształcą, ale w tym wieku wolę ich jednak unikać, chociaż na tryumf już nieco za późno.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

noworoczne kolędowanie

09 sty

Z początkiem Nowego Roku staramy się czynić mocne postanowienie poprawy, jeśli nie siebie samego, to przynajmniej sytuacji, w jakiej sie znajdujemy. Mam przyjaciół utyskujących na swoją kondycję psychofizyczną, niepowodzenia, jakie ich spotkały i ludzi, którzy ich nie rozumieją. Ponieważ jestem swoim przyjacielem, także nie jestem wolny od tego typu pretensji, czy uzasadnionych?… A , to już zupełnie inna sprawa. Z kontemplacji tych moralnych i mentalnych meandrów wyrwał mnie niespodziewany gong do drzwi. Rzadko otwieram nie zapowiedzianym gościom, bo ostatnio namnożyło się komiwojażerów i wszelkiego rodzaju namawiaczy. Tym razem coś mi podszepnęło, abym jednak pozwolił gościowi wejść w moje progi. Okazał się nim kapłan chodzący samotnie po kolędzie. Ja na pewno nie zamawiałem tej wizyty, ale widocznie moje milczenie wzięto w parafii jako osobistą zgodę i oto stanął przede mną w całej okazałości i majestacie, ksiądz w sutannie, z Biblią w ręku. Przyniosłem krucyfiks, aby nie wyglądało to na wizytę u poganina i pomodliliśmy się. Pomyślałem, że przy okazji mógłbym poprosić duchowną osobę o modlitwę, ale było mi wstyd zapytać, czy Pana Boga można prosić o miłość. Poprzestałem na wyznaniu mojej otwartości na to uczucie. Usłyszałem zdawkowy komplement, coś w rodzaju młodego wyglądu, czy jeszcze podobnych zalet. To są jednak zewnętrzne opisy. W środku pozostaje niewygasły wulkan energii i sprzeczności, których sam człowiek nie jest w stanie ugasić. Nie wiem, czy mogę nawet żałować, że nie poprosiłem o wspólną modlitwę w intencji miłości, na którą każdy człowiek jest gotowy. Może jest we mnie zbyt mało wiary… A jeśli to sam dobry Bóg sprawił, że doświadczam tego uczucia i mam w sobie siłę, żeby mu sprostać…? Grzechem byłoby zaniechać trudu spełnienia zadania, jakie stanęło przede mną, jak przed wielu wybrańcami. Naprawdę, czuję się wyróżniony tym wspaniałym stanem, a zarazem przerażony ogromem wysiłku, jaki jest przede mną i nikt mnie od tego nie uwolni. Zresztą, któż by chciał odstąpić tak wielkie szczęście, zachwyt i zauroczenie komuś innemu. To daje mi nadzieję, że czeka mnie jednak dobry rok, na pewno lepszy, niż te ostatnie lata. Nie chciałbym go spędzić w smutku i samotności uciekając w pracę, jak dotychczas. Widząc przyjaciół, którzy w ten sposób postępują wiem, że powinienem to zmienić. W końcu nasz los jest w naszych rękach.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rekonstrukcja pieśni 304 Dywizjonu Ziemi Śląskiej

02 sty

Zaistniała możliwość odtworzenia piosenki, która do tej pory istniała jedynie w słowach. Zaśpiewał ją pisarz, lotnik i kronikarz Dywizjonu w czasie sesji Skype’a – Bohdan Ejbich. Dzięki niemu poznaliśmy dzieje lotniczej formacji od strony anegdot, emocji i autentycznych przeżyć, jakie były udziałem śpiewających dywizjonową piosenkę, towarzyszy broni. Jej melodia wydała się tak inspirująca, że Anna Maria Huszcza pracowicie odtworzyła pieśń, nuta po nucie, takt po takcie. Anna Mikulska wykonała wokalizę do "Marsza Lotników" przetworzonego na rytm walca. Te dwie melodie stały się podstawą do muzycznej ilustracji historii, która nie jest tylko relacją z faktów dotyczących walk powietrznych i misji bojowych śląskich lotników w okresie drugiej wojny światowej. Wydaje mi się, że zbliżam się do finału długotrwałych zmagań z oporną materią i trudnym tematem. Nie ma już przecież wielu żyjących lotników i ta filmowa monografia powstała właściwie w ostatniej chwili. Żywię nadzieję, że dzięki wpadającej w ucho muzyce, uda mi się pozyskać zainteresowanie widzów "Ślązaków z bombowców". Do ostatniej chwili nie będę miał pewności, czy po obraz podłożyłem najbardziej odpowiedni ton, a kolejność sekwencji stwarza wrażenie kontynuacji pojawiających się wątków dramatu, jakie ułożyło śląskim lotnikom samo życie. Ten film, to hołd, ale też część przeszłego widowiska, z jakim noszę się od lat. Wydaje mi się grzechem zaniechania, jeżeli pozwolimy zapomnieć o tych anonimowych i bardziej oficjalnie istniejących marszach, piosenkach i przyśpiewkach, jakie rozbrzmiewały na aerodromach w polskich bazach lotniczych na terenie Wielkiej Brytanii. Krok po kroku dochodzimy do konkretu, bowiem część już zrekonstruowaliśmy. Formacji było kilkanaście, a w każdym z dywizjonów grano i śpiewano co najmniej kilka pieśni i obowiązkowy marsz lotników. Dlatego materiału jest co niemiara i wystarczy go z pewnością na kilka widowisk poetycko – muzycznych. Wyobrażam sobie, że w przyszłości zaistnieje właśnie taki sierpniowy, plenerowy spektakl w scenerii Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie. We wnętrzu należy stworzyć scenografię i wymyślić uzupełniające efekty audiowizualne, a w alei pełnej samolotów, naturalne tło idealnie współgra z treścią spektaklu. Warto się nad tym dziełem sumiennie pochylić i wreszcie zrealizować to, co jest wciąż w stadium artystycznego projektu.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

w poczuciu winy

02 sty

Nie można wchodzić w Nowy Rok z poczuciem winy, raczej z nadzieją i otwartym umysłem… A jednak mam pewność, że sprawy nie idą tak, jak sobie zaplanowałem. Nie przypuszczałem, że film z gatunku uprawianego przeze mnie od wielu lat nastręczy niespodziewanie tak wielu kłopotów. Pół biedy z ilością godzin montażu, które już nie idą dziesiątki czy setki, ale idą miesiącami. Po prostu nieustanne poszukiwania materiałów archiwalnych i pilnowanie jakości technicznej wymaga czasu. Nie da się seryjnie zaprogramować ujęć pod taki sam rodzaj efektu. Każdy obraz wymaga osobnej, wielowarstwowej obróbki montażowej, wypróbowania i po skomplikowanych  testach, ostatecznego wstawienia do projektu. On też jest nieustannie zmieniającą się kompozycją złożoną z niezwyke atrakcyjnych opowieści. Przypomina to nieco żmudne układanie mozaiki, albo zabawę z klockami lego z tą różnicą, że w trakcie tej układanki wciąż ścigamy się z czasem przekraczają wszystkie możliwe terminy. Wydaje mi się, że wreszcie dochodzę do ostatecznego kształtu dzieła wyrzucając większość ciekawych anegdot, dygresji, zachowując je na na przyszła, chyba nigdy nie napisaną książkę. Poszukując trafnego tytułu do historycznej sagi o śląskich lotnikach bombowych przywołuję znany już tytuł: "Chłopcy z biombowców". Zamiast filmowej monografii 304 Dywizjonu Bombowego Ziemi Śląskiej im. Księcia Józefa Poniatowskiego zatytułowałem ją po prostu "Ślązacy z bombowców". Ślązacy są tu umowni, bo niewielu tam było mechaników, nawigatowrów, strzelców i pilotów z mojego rodzinnego Śląska. Niemniej jednak czuję obowiązek przekazania ludziom wizji o dokonaniach bohaterów, jakich poznałem przed laty z książki o tym niezwykłym Dywizjonie. Świat zresztą do dzisiejszego dnia dziwi się, gdy Polak wspomina, że w czasie drugiej wojny światowej pod brytyjskim niebem, a także nad okupowaną Francją i Niemcami latały polskie bomowce.Zaskakująca kulturalny Zahód informacja nie będzie pełna, jeśli zapomnimy o tym, że wszystkie samoloty myśliwskie ibombowe były finansowane z tzw. "Złotego FON-u" złożonego z woli Rządu RP na Uchodźctwie w brytyjskim depozycie Rządu Jej Króleskiej Mości. To wyjaśnia, dlaczego ludzie w Polsce mogli tuż po wojnie oglądać na aerodromach stojące Spitfire’y. Niebawem te owiane legendarną sławą, plujące ogniem maszyny latające, zniszczono na polecenie nowych władz.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS