RSS
 

Archiwum - Listopad, 2010

MUZYKA… muzyka, tkliwa romantyka

20 lis

Montaż końcowy filmu o Jance Lewandowskiej trwa, a tymczasem paląca kwestia ilustracji muzycznej pozostaje nadal otwarta. Z jednej strony uzasadnione jest dążenie kompozytorki do jednorodności stylistycznej, ale z drugiej strony w dokumencie używam tak wielu cytatów filmowych i teatralnych, że zasadą jest raczej stylistyczny melanż. Najważniejsze, że spór artystyczny toczy się na zasadzie wymiany opinii, wysłuchiwania propozycji i wzajemnego porozumienia. To samo dotyczy komentarza, który Ania Mikulska poprawiła stylistycznie, ale przez cały czas pilnujemy, żeby w imię poprawności gramatycznej nie wylać dziecka z kąpielą. Bardzo łatwo zburzyć delikatną strukturę znaczeń, podtekstów i aluzji, które giną, kiedy dla czytelności tekstu zbyt uprościmy składnię. Czasami nadmiar przymiotników i przydawek jest emocjonalnie uzasadniony. Język jest otwarty na neologizmy i eksperymenty formalne. Należy tylko panować nad nim i wprowadzić autodyscyplinę w trakcie pisania komentarza. Jak rzekł Poeta, strofa winna być taktem, nie wędzidłem. Znając się nieco na poezji i literaturze, trochę mniej swobodnie poruszam się w dziedzinie muzyki. Jednak to, co nagrała mi do tej pory Anna Maria Huszcza daje nadzieję, że nie będzie to jedynie ilustracja akcji, ale bardzo istotna partia powstającego filmu. Doglądam tej potrawy, niczym kucharz, który powierzył jej przyrządzenie ludziom obdarzonym smakiem a nawet szóstym zmysłem. Jestem bardzo niecierpliwy, ale gdybym chciał ponaglać współpracujących ze mną twórców i wykonawców, mógłbym zniszczyć niesłychanie delikatne struny, na których grają prawdziwi artyści. To mnie dziś umacnia w wierze i przekonaniu o tym, że powstanie dobry, a przynajmniej przyzwoity film. Nie wiem, jak będzie jutro i pojutrze… Zapewne znów dopadnie mnie hydra zwątpienia i bezsilności, ale przynajmniej wiem, że nie po raz pierwszy i nie ja jeden przeżyję znany wszystkim twórcom stan ducha. Ratuje mnie płodozmian i możliwość pracy nad równoległym projektem o bombowcach z 304 Dywizjonu Ziemi Śląskiej. Praca wymagająca skupienia pozwala odwrócić destrukcyjne myśli o ewentualnych niepowodzeniach. One są wliczone w proceder uprawiania sztuki, gdzie sukcesy są raczej wyjątkiem, niż regułą. Mając już wiele lat za sobą życzę ich swoim młodszym koleżankom i kolegom, pozostawiając zawiść rówieśnikom i starcom.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

ostatni wywiad z nawigatorem 304 dywizjonu

19 lis

Last but not least… Aby skrócić prawie półtoragodzinny materiał filmowy, musiałem dokręcić analogiczny wywiad via Skype, jaki przeprowadziłem z pilotem Bohdanem Ejbichem. Tym razem rozmówcą był nawigator 304 Dywizjonu Ziemi Śląskiej, pan Witold Modliński. Z przesłanego wcześniej pamiętnika mogłem zdobyć informacje, jakie mój interlokutor mógłby powtórzyć w trakcie rejestrowanego wywiadu. Znalazłem tam też rzadkie fotografie, jakich nie ma w żadnej publikacji książkowej. Znakomity projektant systemów komputerowych i wynalazca pamięci masowych żyje sobie nieomal anonimowo w słonecznej Kaliforni. Uczęszczał tuż przed wojną do gimnazjum dla uzdolnionych chłopców, w tym wypadku były to nauki ścisłe.  Matematyczny talent uniemożliwił Panu Witoldowi karierę myśliwca, bo przekonano go, że w lotnictwie bardziej przyda się, jako nawigator bombowca. W ten sposób niedoszły as trafił do 304 Dywizjonu Ziemi Śląskiej im. Ks. Józefa Poniatowskiego. Historia tego człowieka jest godna osobnego filmu, a na ekranie pojawia się kilka postaci weteranów, z których każdy ma swoją opowieść. Przyglądam się zarejestrowanym wywiadom, wsłuchuję się w treść wypowiedzi i z bólem serca muszę eliminować lwią część wspomnień i osobistych refleksji. A przecież zdaję sobie sprawę, że premiera filmu o 304 Dywizjonie może się odbyć po śmierci jednego z uczestników trwającego już ponad pół roku przedsięwzięcia. Wolałbym zaprosić do kina komplet żyjących weteranó, ale są oni dzisiaj rozsiani po całym świecie, a podróż do Starego Kraju jest zbyt wielkim wysiłkiem dla ich organizmów. To, że dzisiaj jeszcze mogą dać świadectwo jednego, wybranego epizodu ze wspaniałej historii "polskich skrzydeł", jest uśmiechem losu, który staraliśmy się sumiennie wykorzystać. Jeżeli Bóg pozwoli, postaram się wykorzystać sposobność do zarejestrowania dziejów 301 dywizjonu Ziemi Pomorskiej. Żyje bowiem jeszcze syn jego ostatniego dowódcy i dysponuje pamiątkami po ojcu, a także lotnikach bombowych i transportowych. To właśnie tej formacji żołnierze Powstania Warszawskiego zawdzięczają zrzuty broni, żywności, lekarstw i materiałów opatrunkowych. Trzecim dywizjonem bombowym oczekującym na film jest 300 Dywizjon Bombowy Ziemi Mazowieckiej, o którym powstał już scenariusz: "Chłopcy z nieba". Tyle planów, a na razie staram się sprostać rzeczywistości.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Prawie, czyni różnicę

09 lis

Film jest prawie gotowy, więc operator Henryk Janas namawia mnie do pokazywania roboczej wersji wszystkim ludziom ze środowiska filmowego, którzy mogą wnieść swoje uwagi i pomysły koniecznych zmian. Z doświadczenia wiem jednak, że takie projekcje kończą się raczej nieporozumieniami. Panuje obiegowa opinia, że profesjonaliści mogą sobie wyobrazić, co będzie wstawione w miejsca ciszy technicznej i tam, gdzie funkcjonują przypadkowo wrzucone ujęcia bez efektów montażowych przejść. Nic bardziej mylnego. Człowiek może sobie wyobrazić wiele rzeczy, ale jesteśmy tak różni, że jest niemożliwe, aby zaproszony na projekcję kolega z branży czuł to samo, co autor powstającego dzieła. Każdy widz po takim seansie zobaczy swoją własną, osobistą wersję świata, jaki mu przedstawiono. Dlatego też poprzestaję na opiniach doświadczonej montażystki i własnej intuicji. Wspomaga mnie każda sesja muzyczna, jaką mogę przeprowadzić na każdym etapie montażu z kompozytorką i wokalistką. Współczesny operator filmowy praktycznie kończy swoją pracę wraz z ostatnim klapsem na planie i nie wraca do nakręconych przez siebie ujęć do czasu korekcji barwnej. Nie może poprawić swojej ekspozycji, braku ostrości, czy nierównych panoram. Nie nakręci już ujęć, których nie zrobił pomimo przypominania mu o tym na planie. Może nam co najwyżej kibicować wspierając nas dobrą energią podczas mozolnej, wyczerpującej psychicznie pracy nad już nakręconym, wrzuconym do pamięci komputera, materiałem filmowym. Zupełnie inaczej wygląda historia powstającej in statu nascendi ilustracja muzyczna. Właściwie powinienem traktować ją jako osobne dzieło, coś na kształt suity filmowej, tak wiele jest tam różnorodnych partii łącznie z dwiema piosenkami, wokalizami i fragmentami dawniejszych kompozycji Anny Marii Huszczy. Starając się zachować w filmie jednorodność kompozycji użyłem tylko krótkich fragmentów dzieł dwóch klasyków: dedykowanej polskim powstańcom symfonii "Polonia" Ludviga van Beethovena i "Fantazji Polskiej" Ignacego Jana Paderewskiego – "prowodyra" Powstania Wielkopolskiego. Te muzyczne wtręty wspomagają cytaty z monologu Konrada i relacji Stanisława Mackiewicza, członka Komisji Katyńskiej badającej wydobyte z ziemi szczątki ciał polskich oficerów i urzędników zamordowanych przez oprawców z NKWD. Był przy tym kronikarz Deitsche Wochenschau z kamerą filmową. To kolejna partia cytatów, jakie tworzą przedwojenne i wojenne forszpany filmowe. Wszystko to musimy zmieścić w ciasnych ramach filmu dokumentalnego, które nie może trwać za długo, aby widz wytrzymał podczas seansu. Przed nami jeszcze sporo pracy.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

sztuka a technika

07 lis

Oczywistą oczywistością jest już fakt, że reżyser powinien umieć dobrze pisać. Umożliwia mu to rozpoznanie kiepskiej literatury, złego komentarza i wyszukanie wartościowego tekstu scenariusza z wiarygodnymi dialogami i charakterami. Równie istotną umiejętnością dla filmowca jest swobodne poruszanie się w świecie najnowocześniejszych mediów. Przy odrobinie dobrej woli, można się tego wszystkiego z czasem nauczyć, ale problem pojawia się z chwilą nawiązania komunikacji z partnerem, który nie ma tej samej determinacji, jaką my już mamy i nie opanował sposobów transmisji danych w wystarczający sposób. Młodzi ludzie poczytują sobie za punkt honoru, aby być na bioeżąco ze wszystkimi nowinkami technicznymi. Wśród starszych, a nawet intelektualistów średniego pokolenia panuje swoisty styl abnegacji wobec komputerów, internetu i tym podobnych "odmóżdżaczy". Prezentując słuszną pogardę dla bezmyślnych konsumentów programu telewizyjnego mylą przyzwyczajenia z koniecznością. Ponieważ nie mam dzisiaj wystarczających środków na wizytę z kamerą za Oceanem u kombatantów polskiej awiacji wykorzystuję możliwość rozmowy via SKYPE. Rejestruję wywiad wprost z monitora i poprzez łącze audio zapisuję ton na magnetofonie cyfrowym. Ja to przećwiczyłem, ale potrzebuję aby interlokutor z drugiej strony także potrafił  nawiązać ze mną łączność. Wytłumaczenie wszystkich skomplikowanych dla starszego człowieka procedur nie jest najłatwiejszą sprawą. Udało mi się tego dokonać z pomocą Zygmunta Hobota w Kanadzie. Dzięki niemu zarejestrowałem interview z porucznikiem pilotem czasów wojny i pisarzem, Bohdanem Ejbichem, a także córką Stanisława Ujejskiego, Hanną Ujejską, z którą po wojnie ożenił się. Teraz pracujemy nad uruchomieniem takich samych łączy internetowych z Panem Andrzejem Dąbrową i Witoldem Modlińskim. Pierwszy jest synem ostatniego dowódcy 301 Dywizjonu Ziemi Pomorskiej, a drugi był nawigatorem w 304 Dywizjonie Bombowym "Ziemi Śląskiej", który po wielkich stratach bojowych został wciągnięty do pozornie bezpieczniejszej współpracy z Dowództwem Obrony Wybrzeża, Coastal Command. Walka trwa. Staramy się zdążyć przed Panem Bogiem, bo przecież weterani dawno przekroczyli już "dziewięćdziesiątkę" lecz pamięć mają doskonałą. Grzech nie skorzystać z ich wiedzy, której do tej pory nie spisano i nie zarejestrowano. To ostatni dzwonek.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

sztuka cierpliwości i pokory

06 lis

Dokumentalistom wydaje się często, że napisanie komentarza jest już formalnością, jaką można zostawić na sam koniec montażu filmowego. W przypadku filmu o Janinie Lewandowskiej jest odwrotnie. Bez komentarza nie można było w ogóle ruszyć z montażem. Zmienialismy go, i to diametralnie, ale on zawsze był z nami. Ja przynajmniej umiałem go prawie na pamięć. Nieustannie go czytamy na głos i po cichu wprowadzając wciąż nowe korekty. Ania Mikulska nie okazywała tego po sobie, ale podczas jednej z ostatnich sesji nagraniowych wyznała mi, że dostała białej gorączki, kiedy zobaczyła poprzestawiane bloki komentarza, przetasowane, jak rozrzucone karty do gry. Podobnie zdenerwowana była montażystka widząc, że próbuję układać dramaturgię, jak buduje się mozaikę z klocków. Kiedy jednak ustaliło się właściwą kolejność scen mogliśmy przystąpić do czytania komentarza pod kątem stylistyki i słownictwa. Ileż tam było powtórzeń, niepotrzebnie długich zdań i sprzecznych ze sobą informacji… Krok po kroku, cierpliwie studiowaliśmy następstwo znaczeń usuwając wszystko, co zbędne. Cała sztuka polega jednak na zachowaniu pierwotnej poetyki tekstu. Łatwo przy okazji skrótów dokonać kastracji większości wyszukanych metafor i zlikwidować nastrój, jaki osiąga się przez właściwy rytm zdania. Autora tekstu stać na obiektywne spojrzenie dopiero po pewnym czasie, a na etapie rodzenia się koncepcji i montażu filmu, powinien polegać na guście osób równie jak on wtajemniczonych w szczegóły powstającego dzieła. Ania Mikulska przeczytała rejestrując kolejną wersję komentarza na taśmie. Po przesłuchaniu będzie mogła przeprowadzić własną adiustację tekstu, który przesyła mi pocztą elktroniczną. Równolegle identyczną korektę robi montażystka. Trzecią instancją będzie aktorka Anna Sandowicz, która przeczyta finalną wersję quasi raptularza autorstwa bohaterki filmu. Są reżyserzy ufający własnej intuicji. Ja także wierzę, ale wszystkie swoje osobiste przeczucia wolę dokładnie sprawdzić w oczach i uszach członków ekipy filmowej. W końcu film tworzy ekipa, a nie indywidualny twórca, choćby był geniuszem… Mnie wystarczy, że ktoś doceni moje rzemiosło i będzie pracował równie rzetelnie ze starannością, jakiej wymaga powstający utwór. Rzecz o Janinie Lewandowskiej staje się męcząca, ale po roku pracy nad tym filmem, czuję, że warto było podjąć się tej realizacji.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

niedaleko szczęśliwego końca

06 lis

Na horyzoncie pojawia się wyraźna linia wskazująca na granicę między wobrażeniem filmu, a jego konkretną realizacją. Wszakże dobrze znana definicja horyzontu mówi o tym, że to linia, która oddala się od obserwatora w miarę posuwania się go w jej kierunku. Wydaje się jednak, że w kronikalnej montażowni zarysowała się nam obojgu wizja, którą można uznać już za wspólny, bliski ideału, obraz filmowy. Oczywiście, najtrudniejsza była praca nad obrazem. Ona trwa najdłużej. Dużo przyjemniejszą robotą okazało się mozolne, stopniowe komponowanie i przymierzanie fragmentów nagranej w domowym studio muzyki Anny Marii Huszczy. W roboczej wersji insenizowanego paradokumentu trzeba podsynchronizować sekwencję gry Anny Sandowicz na organach w lusowskim kościele. W praktyce oznacza to konieczność napisania utworu dokładnie pod ruch palców na klawiaturze instrumentu. Kompozytorka powierzyła tę operację przyjaciołom z warszawskiej Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina studiującym na wydziale muzyki organowej. Oprócz oryginalnych utworów jej autorstwa pokusiła się o swobodną trawestację "Białych róż", pieśni utożsamianej z okresem wojny polsko – bolszewickiej w 1920 roku. Rzadko mi się to zdarza, ale już na etapie próbnych nagrań zauroczyła mnie robocza wersja piosenki "Aeroplan" do słów współcześnie tworzącej w okresie dojrzewania bohaterki filmu, Marii Pawlikowskiej Jasnorzewskiej. Także wersja a capella wpisanego do sztambucha koleżanki wiersza Mickiewicza jest naprawdę ujmująca prostotą wykonania i skalą głosu, który dodatkowo został elektronicznie nieco przetworzony. Wykonująca wokalizę i pieśni użyte w filmie Anna Mikulska zaoferowała się zadiustować mój tekst komentarza. Autor jest często zbyt przywiązany do zapisanych przez siebie w zdaniach myśli i żal mu zmieniać je nie wspominając już o skreśleniach. Powinna to zrobić osoba spoglądająca z dystansu na to dzieło. Traktowana po macoszemu słowna warstwa filmowa jest równie ważna, jak wyrazy padające bezpośrednio z ust aktorów w kolejnych scenach, ilustrująca obraz muzyka i dopełniające całości wykopiowania archiwalne. Mam komplet tych podstawowych elementów układanki. Wydawać by się mogło, że skoro są już one zmontowane w godzinny seans filmowy, to reszta jest już tylko kwestią czasu… Nic bardziej mylnego. Prawdziwa udręka i piłowanie laubzegą dopiero się zaczyna.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS