RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2010

ilustracja muzyczna filmu o Janinie Lewandowskiej

29 wrz

Dawniej, w trakcie postprodukcji programów telewizyjnych między tzw. "oprawcami" dźwiękowymi używało się wielce znaczącego określenia: "Przykryj to muzyką". W odniesieniu do niezbyt zróżnicowanego obrazu filmowego montażyści słyszeli od dziennikarza "Przykryj to przebitkami". Nowy, historyczny portret filmowy powstaje dla Telewizji Polskiej, ale nie ma mowy o tak powierzchownym stosunku do nakręconego materiału. Odchodzimy od tradycyjnej biografii bohaterki w wypróbowanym stylu: Urodziła się, uczyła, pracowała i umarła w dniu… Jej własny życiorys czyta "zza grobu" Anna Sandowicz, aktorka odtwarzająca rolę Janiny Lewandowskiej, jedynej Polki znalezionej wśród katyńskich ofiar. Idąc śladem tekstu tego intymnego komentarza konstruujemy osobiste sekwencje poświęcone wspomnieniom ze świata, który powraca do uwięzionej wraz z polskimi oficerami, jako psychologiczne antidotum wobec półrocznych cierpień psychicznych i fizycznych. Po wstępnym wyborze ujęć, zarzuciliśmy roboczy tytuł scenariusza decydując się na bardziej metaforyczny: "Z nieba do nieba". Szybowniczka i spadochroniarka z Aeroklubu Poznańskiego na pewni trafiła po śmierci do tej najpiękniejszej krainy dla najlepszych ludzkich istnień. Aby o tym opowiedzieć w niebanalny sposób trzeba odejść od dokumentarnego stylu z wyliczaniem wszystkich najważniejszych faktów. Wiele z nich świadomie pomijamy, bo przecież najbardziej fascynująca historia losów czaszki Janiny Lewandowskiej kłóci się z lirycznym stylem spisywanego przez nią w sowieckim obozie, raptularza. Poświęcamy bardzo dużo uwagi uwiarygodnieniu partii ożywionych fotografii i zrekonstruowanych wyobrażeń o tym, jak mogła się zachowywać młoda dziewczyna, która zdecydowała się pójść wraz ze swoimi kolegami na śmierć, zamiast uciekać szlakiem polskich lotników do Rumunii, Francji i Wielkiej Brytanii. Jej mąż przeżył wojnę i po jej zakończeniu długo szukał swojej żony… Nadaremnie! Janka zginęła pochowana w katyńskim lesie wraz z generałami przedwojennej armii polskiej. Wątpliwy to zaszczyt, podobnie, jak śmierć jej siostry Agnieszki wraz z olimpijczykiem Januszem Kusocińskim. Ich tragiczny los i równie dramatyczne odejście brata Olgierda, śmierć chorej na grużlicę matki a także zasłużonego dla Rzeczpospolitej ich ojca, dowódcy Powstania Wielkopolskiego, prowokuje do poświęcenia każdej z tych osób wyodrębnionego motywu, w każdej z sekwencji filmu. Mam nadzieję, że najlepiej odda to kameralna muzyka Anny Marii Huszczy. Jesteśmy na początku długiej drogi kształtowania się utworu, wspólnego wypracowywania legendy Janiny Lewandowskiej. Film, to ekipa wspólnie uzupełniających się ludzkich talentów. Dzięki nim istnieje szansa na powstanie dzieła, które nie powtarza rewelacji płynących z jednodniowych niews’ ‚w, felietonów, a nawet sążnistych artykułów. One są potrzebne dla szczegółowej orientacji w temacie, ale najważniejszy jest osobisty punkt widzenia bohatera i autora. To właśnie teraz dojrzewa i każdego dnia dzieje się w równie fascynujący sposób, jak podczas dokumentacji, na planie zdjęciowym w rodzinnych włościach Dowbor – Muśnickich… Miało być o muzyce i (wbrew pozorom) … jest, bo to wszystko naprawdę istnieje przede wszystkim poza słowami i obrazem.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

muzyka i poezja

28 wrz

Warszawska Jesień sąsiaduje w tej samej stolicy z jesienią poezji. Na szybach autobusów pojawiały się przylepione kartki z tekstem wiersza Poety, który rzadko ma możliwość samodzielnego wydawania swoich utworów. We wrześniu nadarza się możliwość publikacji wierszy dzięki sponsorom imprezy o coraz mniejszym zasięgu. O ile dawniej ulice i place Warszawy rozbrzmiewały strofami poezji czytanej przez aktorów i autorów, o tyle teraz można mówić o żałosnym kwileniu pomijanych milczeniem literatów. Bezpowrotnie minął czas, gdy człowiek pióra był pieszczochem władzy, podobnie zresztą, jak filmowcy i wszelkiej maści dziennikarze. Teraz żurnaliści prześcigają się w wyszukiwaniu sposobów dotarcia do możnych tego świata. Artyści, jako ludzie z natury delikatni, są w tej konkurencji skazani na przegraną. Pozbawieni dotychczasowych źródeł finansowania ich twórczości imają się rozmaitych zajęć, aby przynajmniej nie stracić kontaktu ze sztuką. Dochodzi do paradoksalnego zjawiska, które zatacza coraz szersze kręgi… Otóż, sami autorzy recenzują filmy, książki i wszelkiego rodzaju spektakle, łącznie z wykonywaną w filharmonii muzyką mistrzów. W zamian za bilet, na który ich już najzwyczajniej w świecie nie stać, piszą relacje z tego, na czym znają się zresztą wyśmienicie. Sami przecież od lat piszą, kręcą filmy, grają i śpiewają. Inna sprawa, czy można zawierzyć tak subiektywnej opinii, jaką prezentuje sam artysta wobec innego wykonawcy… Przecież w tej zawiłej sytuacji rynkowej, nikt nie jest wystarczająco obiektywny na tym targowisku próżności. Może najbardziej zdrowa jest praktyka redakcji Polskiego Radia, które rozdaje bilety słuchaczom nie wymagając w zamian żadnych serwitutów. Natomiast tzw. prasa obywatelska żeruje na niesamowitym popycie spragnionych kontaktu z kulturą kandydatów na recenzenta. W rezultacie pojawiają się setki przypadkowych opinii obok naprawdę rzetelnych opracowań na temat tego samego wydarzenia. Trudno przewidzieć konsekwencje zaistniałego procederu, bo muszę z pokorą przyznać, że zdarza mi się korzystać z okazji darmowych wizyt na spektaklach operowych, baletowych, przedstawieniach teatralnych i muzycznych eventach. Nie mogę nawet przyznać, żem smutny i sam pełen winy, bo wiem, jak niewiele ode mnie zależy. Muszę tym uczestniczyć, nie mogę odstawić książek i zająć się zarabianiem na jedzenie. W życiu trzeba mieć wyraźny powód, aby jeść.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

dopalacze kultury narodowej

25 wrz

Może to zabrzmi nazbyt oficalnie, ale termin kultury i instytucji państwowej skompromitował się w minonym okresie tak bardzo, że równie wątpliwy przymiotnik NARODOWY powrócił do łask, przynajmniej przez krótki czas… Po prostu nie wymyślono do tej pory lepiej oddającego sens słowa. Z pewnością twórcy i uczestnicy życia kulturalnego dobrze wiedzą o co chodzi. Ja nie staram się wymyślać. Obserwuję i nie mogę zgodzić się z postępującą pauperyzacją autorów dzieł wszelakich. Nie wiem, czy można to nazwać przyjaźnią, ale znam wystarczająco blisko poetów zajmujących się zgoła odmiennym sposobem zarabiania na życie. Ernest Bryll powiada, że nie da się pogodzić działalności giełdowej z aktywnością literacką, chociaż przykład Julka Słowackiego, może zaprzeczać jego racji… Sądzę jednak, iiż jest to wyjątek potwierdzający wypowiedzianą przez Poetę regułę. Mamy reżyserów i aktorów, których nie stać na regularne wizyty w kinach i teatrze, co w czasach moich studiów było najważniejszą częścią programu nauczania. Pisarze i poeci rezygnujący z kupowania książek są skazani na wyławianie darmowych egzemplarzy podczas targów książek. Filmowcy zresztą również w taki sposób oglądają część festiwalowych filmów, ale wszystko to dzieje się wbrew zdrowym procedurom. Jeżeli twórcy kultury nie są w stanie uczestniczyć czynnie w życiu artystycznym kraju,( nie mówiąc o wyjazdach zagranicznych i konfrontacji z kolegami w innych krajach), to należy stwierdzić głęboką zapaść w tej dziedzinie. Autorzy uznanych dzieł od lat powtarzają mecenasowi państwowemu, (bo prywatny ma to w niewielkim poważaniu), że kultura jest najskuteczniejszą formą promocji kraju. Wszyscy dotychczasowi urzędnicy, łącznie z aktualnym, wolą wydawać pieniądze na wielkie przedsięwzięcia, w których udział polskich artystów jest ograniczony do roli podwykonawcy. Polityka kulturalna, to równie ważna dziedzina działalności, jak obrona narodowa i finanse państwa. Mam oczywiście poczucie towarzyszące autorowi listu pisanego na Berdyczów, ale wcale nie jestem odosobniony w swoich wnioskach z obserwowanego tzw. życia kulturalnego. Spsiało, zmarniało wraz z koryfeuszami sceny publicznej, a w wielu przypadkach wstyd sie pokazać podczas współczesnego benefisu, czy premiery… cokolwiek by to nie było. Malo wybrednym odbiorcom kultury pozostaje telewizja, ale tam króluje serial i publicystyka.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

brak energii w sprawie energii

24 wrz

Włodzimierz Ilijcz Lenin wyznaczył dwa najważniejsze cele w nowej, rewolucyjnej polityce gospodarczej: KINO I ELEKTRYFIKACJA. Kino, wiadomo, zawsze było najważniejszą ze sztuk.  Elektryfikacja miała wyzwolić lud z ciemności, które przez wieki okrywały ich rodzinną ziemię. Minęły lata, kino zżarła telewizja a reszty dzieła dokonuje Internet. Inna rzecz – elektryfikacja. To nadal jest palący problem ludzkości, bez względu na ustrój państwa i jego położenie w świecie. Ostatnio miałem okazję spędzić kilka niesamowicie fascynujących dni w najbardziej nowoczesnych zakładach Europy. Trudno uwierzyć, ale ogromna fabryka ogniw fotoelektrycznych zatrudnia niespełna półtorej setki pracowników. Obowiązkowa czystość i ściśle przestrzegane procedury są tak surowe, jak na linii produkcyjne w największej hali Boeinga w Seattle. Porównując dyscyplinę i jakość produktów przemysłowych wytwarzanych tu i tam, podziwiam niemiecką rzetelność. Z tego znany jest ten kraj na całym świecie. Jednak bracia Czesi także zdolni są do podobnych osiągnięć. Celowo nie podaję nazw zakładów, bo wchodząc w posiadanie informacji pragnę być lojalny wobec tych, którzy wpuścili nas na teren, gdzie przeciętny zjadacz chleba nie ma łatwego dostępu… chyba, że jest pracownikiem elektrowni. Nie mogłem wyjść z podziwu nad sposobem prezentacji schematu systemów działających w poszczególnych instalacjach i blokach energetycznych. Obejrzeliśmy zarówno trójwymiarową symulację komputerowego modelu elektrowni, jak też film w trójwymiarze pokazujący dzieje eksploatacji przez człowieka wszystkich kopalin wykorzystywanych we współczesnej energetyce. Ambicją zakładów szczycących się nowoczesnością, jest prezentowanie swojej historii i tradycji wytwarzania energii na terenie istniejącego kombinatu. Sprawa dostępu do zasilania wszystkich najważniejszych systemów we współczesnym państwie, jest dzisiaj najbardziej istotnym tematem w rozważaniach o przyszłości. Dla świadomego swojej roli polityka nie ma bardziej palącego problemu, jak zapewnienie krajowi dostępu do bezpiecznych i tanich źródeł energii. Wszystkie pozostałe sprawy na świecie są pochodną tego podstawowego procesu. Im szybciej zrozumieją to ubiegający się o mandat posła, czy senatora, tym bym będziemy spokojniejsi o przyszłość rzeczpospolitej. Jak bardzo palący jest to problem, świadczą głośne protesty ekologów i obywateli byłej NRD nie pozwalających na bezkarne pompowanie dwutlenku węgla do podziemnych jaskiń. Przemysłowcy nie mówią o innych szkodliwych substancjach lotnych, jakie powstają w procesie wytwarzania energii. Jakikolwiek wstrząs sejsmiczny może uwolnić gaz do atmosfery powodując nawet śmierć mieszkańców okolicznych miast i wsi. Niebawem to groźne memento stanie się również polską sprawą, bo na razie nie dotarło do naszej świadomości to, co w cywilizowanym świecie jest już oczywiste. Wystarczy przeczytać wywiad w czasopiśmie FOCUS

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Syndrom dawno minionej wojny

23 wrz

Na wszystkich dworcach świata panuje ten sam, dojmujący spleen… Ludzi ogarnia dziwny nastrój podniecenia przed oczekującą ich podróżą. Jednych to obezwładnia, inni to uwielbiają. W języku naszych sąsiadów istnieje nawet popularne określenie tego stanu, magiczne słowo Reisefieber. Pojawia się ono zawsze i wszędzie tam, gdzie w jednej przestrzeni tłoczą się miejscowi i przyjezdni. Stoją w kolejce po bilety i na wszelki wypadek przeszukują bagaże sprawdzając, czy nie zapomnieli wziąć wszystkich potrzebnych rzeczy. Każdy z nas dzieli ten nieznośny a zarazem niezwykły stan uniesienia i niepewności. Pierwsze wywołuje nadzieja człowieka na upragnioną odmianę codziennego trybu życia. Drugie spowodowane jest lękiem przed naruszeniem ustalonej zwyczajem procedury, która weszła już nam w krwiobieg. Jazda pociągiem uspokaja i powoli wygasza wszystkie te ludzkie niepokoje. Jednocześnie pozwala na pogłębioną refleksję przez wiele godzin wsłuchiwania się w rytm monotonnego stukania kół o złącza kolejowych  szyn. Przychodzą wówczas sny i przypomina się nam całe duchowe dziedzictwo dawno minionych czasów, umarłych ludzi, którym nie było dane przeżyć wojny. Pomimo upływu wielu lat po straszliwej hekatombie ludzkich ofiar, wspomnienie tej epoki prześladuje pogrobowców zamordowanych nieszczęśników. Odwiedzają miejsca ich męki, cierpienia i śmierci. Tętniące życiem dworce Zjednoczonej Europy naznaczone są pamięcią człowieka przymusowo pracującego kiedyś na tym torowisku, jak niewolnik, uciekającego przed bombami i wiezionego w zamkniętym wagonie do obozu koncentracyjnego. Bez końca ciągną się reminiscencje dawnych koszmarów i smutne opowieści świadków tej historii. Mam obowiązek pamiętać, a jednocześnie wiem, że muszę zapomnieć o tym, żeby po prostu żyć. Nie da się przecież iść naprzód z głową odwróconą do tyłu. Dlatego tylko w czasie podróży koleją powraca trudny do zniesienia, ale niezależny od ludzkiej woli stan… Właśnie z tego powodu odwiedzam dworce tylko wtedy, kiedy muszę i wtedy przeszłość daje o sobie znać. Tak się zaczyna mój dworcowy tryptyk. Pisałem go siedząc w warszawskim Dworcu Zachodnim, czekając na pociąg w dalekim Dortmundzie i tuż nad granicą we Frankfurcie nad Odrą. Te miejsca wydają się symboliczne dla przeżywanej wciąż traumy, a przede wszystkim trudnego przezwyciężania przejętego od naszych bliskich dziedzictwa.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

CREDO Janki Lewandowskiej

21 wrz

Na jawie i we śnie powracają do mnie pytania z „Katechizmu Małej Polki”… Wydaje mi się, że wciąż odpowiadam na pytania Ojca: „Kto ty jesteś?…”, „Gdzie ty mieszkasz?…, a przede wszystkim najważniejsze: „W co Ty wierzysz?„… – Zawsze wierzyłam w niego i ufałam mu bez granic… Sobie trochę mniej, ale głęboko wierzyłam w przemianę słabej dziewczyny w doskonałą piękność. Ta wiara góry przenosi, wzmacnia i daje nadzieję. Dlatego ufając Bogu, wierzę, że wszystko kiedyś się odmieni… Odejdzie to potworne zło, a w jego miejsce pojawi się na Ziemi dobro. To nic, że nas dawno już nie będzie, ale na pewno nasza ofiara nie będzie daremna. Ufam ludziom wielkiego serca i ducha! Dzięki nim wierzę w przeistoczenie gnębicieli i oprawców, nie w Aniołów… wystarczy aby stali się ludźmi czującymi to, co powinien przeżywać dobry człowiek. Naprawdę w to wierzę i pragnę przemiany kata w uzdrowiciela, a nas w wolnych ludzi. Z przeszłości, do której już należę, ośmielam stawić to śmiałe wyzwanie wszystkim ludziom dobrej woli… Uwierzcie, jak ja w moc przeznaczenia. Mój los, nasz wspólny los człowieka nie skazuje go na wieczne potępienie. Choćbyś uczynił wiele zła, zawsze odnajdziesz w sobie iskierkę szlachetnej intencji i siłę do czynu. Dlatego nie winię nikogo za to, co mnie spotkało… Wierzę w dobro i odkupienie grzechów, choćby były tak niewyobrażalnie wielkie, jak potwornych zbrodni dopuścili się nasi oprawcy!… Wierzę w ludzkie nawrócenie i żal za wyrządzone zło. Wybaczam wszystkim zbrodniarzom, a przede wszystkim naszym ciemiężycielom. Oni jeszcze nie wiedzą, co naprawdę uczynili… Wierzę, że kiedyś to zrozumieją i zaczną błagać o przebaczenie. Na to nigdy nie jest za późno. Moja misja dobiega końca, ale nigdy nie czułam się osamotniona w marzeniach o wspaniałym życiu i w moim cierpieniu… To właśnie daje wiara w drugiego człowieka. Nie jesteśmy skazani tylko na wrogość obcych ludzi. Zawsze możemy wybrać bliźniego swego, który jest nam przychylny. Kochałam wszystkich, którzy mnie kochali, a nawet tych, którzy nienawidzili mnie tylko za to, że jestem Polką. Będę prosiła o ich zbawienie… Teraz mam w sercu dużo miłości, wolę przebaczenia i ogromną wiarę. Jeśli nie teraz, to kiedyś na pewno wszystko się odmieni, a w tym lepszym świecie zapanuje wspaniała harmonia. Mam jeszcze w sobie siłę do wiary, że racja jest po mojej stronie. Być może tak jest… na pewno.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Mężczyźni w krótkim życiu Janki Lewandowskiej

19 wrz

Wszystkich mężczyzn nie pamiętam. Jak przez mgłę jawi mi się przed oczami postać Gedymina. O najstarszym bracie krążyły opowieści, jakim to on nie był zdolnym dzieckiem. Wiadomo, pierworodny zawsze jest oczkiem w głowie rodziców. Tymczasem ukochany syn tatusia był bywalcem zagranicznych tawern zarabiając na chleb i wino zdawaniem egzaminów za bardziej majętnych kolegów. Sam chyba nie dokończył studiów, chociaż to grzech zmarnować taki matematyczny talent.  Ojciec, generał nie mógł się pochwalić, że jego pierworodny został szewcem. On, Józef Dowbor Muśnicki, zwycięski wódz Powstania w Wielkopolsce musiał teraz polegać na młodszym, Olgierdzie. We mnie, córce generała, nie widział kontynuatorki jego wspaniałej kariery wojskowej. Braciszek starał się, jak potrafił, żebym nie czuła się przez papę odtrącona. To on mnie zaprowadził na lotnisko poznańskiego aeroklubu na Ławicy. Z nim po raz pierwszy wzniosłam się w powietrze i zobaczyłam Poznań z góry. Przypominało mi to krótki, zachwycający, ale dramatyczny lot Ikara. Wówczas lądowaliśmy bezpiecznie, ale nie minęło wiele czasu, kiedy tatusia przywieźli do domu po premierze w Teatrze Wielkim. Kiedy słuchał arii umierającego Hermana w „Damie Pikowej„, dopadł go zawał serca. Tragiczny zbieg okoliczności miał niestety swoją kontynuację. Porywczy, romantyczny Olgierd kochał się na zabój w damie, która była już zaślubiona z innym… Tańczył z nią w poznańskich lokalach, pił i bawił się wraz nią do białego rana. Gdy dowiedział się prawdy od życzliwych ludzi, natychmiast strzelił sobie w głowę. Cały świat zawalił się nam w tej jednej chwili. Całe szczęście, że papa nie mógł już tego przeżywać. Po śmierci rodziców i młodszego brata, ja i Gusia, mieliśmy już tylko siebie. Zawsze na pogrzebie, wśród najbliższych nam osób, był obecny Rafał Adolf Bniński, były wojewoda poznański. Przyjaciel naszej rodziny wspomagał nas nie tylko dobrym słowem. Usiłowałam zapomnieć wtedy o bólu rzucając się w wir nieustannych zajęć na lotnisku, szkoleń i pracy w Zarządzie Aeroklubu. W takich chwilach człowiek potrzebuje serdecznego wsparcia i dobry Bóg wysłuchał moich modlitw. Pilot Mieczysław Lewandowski, mój pierwszy instruktor i pierwsza wielka miłość… Mój pierwszy mężczyzna wyznał, że pokochał mnie od pierwszego wejrzenia. Czyż można oprzeć się tak wspaniałemu uczuciu? Był szczery, opiekuńczy i naprawdę męski. Szybowaliśmy ponad górami i lasami przelatując nad świątynią, w której potem wzięliśmy kościelny ślub. Cywilny odbył się w Urzędzie na Starym Rynku w Poznaniu. Z wybuchem wojny nagle wszystko legło w gruzach. Rozpadło się na moich oczach to, co wydawało się trwałą opoką na całe życie. Byliśmy małżeństwem ledwie przez 50 dni… Na szczęście miałam jeszcze koleżanki i  kolegów w poznańskim aeroklubie i 3 pułku lotniczym. Właśnie z nimi ruszyłam na wojnę w kierunku Łucka, gdzie znajdował się mój zbiorczy punkt mobilizacyjny. Kiedy koło Husiatyna okrążyli nas sowieci, poszłam wraz z nimi do niewoli. Tam spotkałam się z porucznikiem lekarzem Michałem Kulikowskim, lekarzem pułku lotniczego z Wileńskiego i kapitanem, lekarzem Wacławem Mucho. Chcąc nie chcąc znaleźliśmy się w prawdziwie dowborowym towarzystwie. Nasz smutny los dzieli generał SMORAWIŃSKI i kontradmirał CZERNICKI. Pociesza ich, jak wszystkich uwięzionych w starym klasztorze oficerów, niezmordowany ksiądz kapelan. Pomagam mu, jak tylko potrafię. Nauczyłam się wypiekać komunikanty. Trzeba bardzo uważać, żeby nie wzbudzać podejrzeń wartowników. Dla nich Bóg nie istnieje, dla nas jest jedyną nadzieją i duchowym wsparciem…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Koniec kolejnego Tour de Deutch…

18 wrz

Po powrocie z kolejnego zawsze targają mną jakieś niepokoje i przynajmniej częściowe poczucie spełnienia. Tymczasem szczerze mówiąc i pisząc, ogarnia mnie ogromne znużenie i zmęczenie. Jest to zapewne rezultat wielu podobnie zorganizowanych przyjęć ekipy dziennikarskiej z kawą, herbatą, soczkami, wodą mineralną i ciasteczkami na dodatek stadartowej prezentacji ekologicznego zagadnienia, lub zgoła przeciwnego postulatom ekologów, przedsiębiorstwa. Zawsze korci mnie, aby naruszyć ten ustalony przebieg rozmów i dyskusji, ale byłem jednym z gości, więc nie miałem wpływu na tok wymiany myśli między młodymi dziennikarzami z wielu krajów, a politykami, działaczami, menagerami i naukowcami. Ci ostatni przebierają się w piórka ekspertów i potrafią zaprezentować nam dowolne uzasadnienie tez aktualnego pracodawcy. We współczesnej i przyszłej energetyce wszystko zależy od zawartych umów, biznes planu, a w ostatniej kolejności od opinii mieszkańców terenu, na którym planowana jest kolejna, wielka inwestycja. Byliśmy świadkami protestów przedstawicieli wspólnoty lokalnej w Niemczech i w Polsce. Wysłuchiwaliśmy również zdania tak znanych osób, jak byłego premiera Czech Mirka Topolanka. Przyznał on, że nie ma lepszego interesu, nad ekologiczny terror, chociaż nie nazwał on go wprost, bo w końcu nadal jest osobą publicczną i zależy mu na stanowisku doradcy koncernu ENEA. Z kolei ekolodzy bardzo dobrze zapamiętali znamienne zdanie przedstawicielki urzędu marszałkowskiego wypowiedziane na spotkaniu w Gubinie. Stwierdziła ona wprost, że budowa odkrywkowej kopalni węgla brunatnego jest zbyt poważną sprawą, aby miało o niej decydować referendum, czyli opinia miejcowej ludności. Owszem, zobaczyliśmy budujący przykład dialogu władzy z mieszkańcami widząc przeniesioną wieś wraz ze wszystkimi rodzinami na nowe miejsce z nowoczesnymi domami i pełną infrastrukturą na miarę XXI wieku. Równocześnie trwa protest w tych samych Niemczech, gdzie ludzie protestują przeciwko wtłaczaniu do podziemnych grot skalnych dwutlenku węgla oraz pozostałych związków chemicznych, jakie powstają w procesie wytwarzania energii. Coś za coś, to prawda, ale koszt może ocenić ktoś dopiero po kilkudziesięciu latach… A tak długo dorośli ludzie nie żyją, szczególnie siedząc na bombie ekologicznej.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

kobiety w oczach Janki Lewandowskiej

12 wrz

Mama, matka, mamusia… Nigdy nie była prawdziwą damą, a przecież pochodziła ze znanej, zamożnej rodziny. Jej ukochany mąż pochodził z litewskiech Dowborów i nosił nazwisko od rodowych dóbr w Muśnicach. Agnieszka Korsuńska, to brzmiało równie dumnie i szlachetnie. Była naszą niestrudzoną opiekunką. Nie pozwalała nikomu innemu nas doglądać. Chyba dlatego zasypiała ze zmęczenia, a we śnie wyglądała, jak mała, bezbronna dziewczynka… Zupełnie inaczej, niż za dnia, kiedy dwoiła się i troiła za wciąż nieobecnego ojca, najstarszego Gedymina, którego nosiło gdzieś po świecie, a potem młodszego Olgierda i Gusię. Mama nie była Aniołem. Nieraz dostało mi się od niej w skórę, ale i mnie gdzieś zawsze niosło… Kobiety zawsze na coś, albo na kogoś czekają. Każda dziewczyna tęskni i marzy o szczęściu… I ja, i Gusia chciałyśmy się wreszcie wyrwać w szeroki, nieznany świat, nawet z takiego uroczyska, jakim było Batorowo. Obie zaznałyśmy przedsmaku dalekich wojaży jadąc co tydzień furką do szkół w Poznaniu. Najpierw do gimnazjum Róży Zamoyskiej, później do mojego konserwatorium i Akademii Rolniczej Agnieszki. To może nie był Paryż, ale miasto tętniło życiem… Tam było zupełnie inaczej, niż w Lusowie, gdzie wydawało się, że czas się zatrzymał. O tym, że to nieprawda, było widać na matczynej twarzy. Rozorana zmarszczkami wydawała się niczym oblicze cierpiącej Matki Boskiej na obrazie w świątyni, chociaż mamusia nigdy nie wypowiedziała słowa skargi. Nie wiem, czy byłam dla niej wystarczająco dobrą córką. Mam tylko nadzieję, że wraz z Gusią nie byłyśmy takie złe. Mamusia gasła w oczach, a my wszyscy w domu bezradnie obserwowaliśmy postępy toczącej ją choroby. Śmierć jest okrutna, ale dla niej musiała być prawdziwą ulgą. Ksiądz ją pożegnał dobrym słowem, a my w pogodny, letni dzień, wspólnie odprowadziliśmy najukochańszą dla nas istotę i pochowaliśmy w święconej ziemi. Myślę, że ona też kiedyś marzyła, jak jej narwane córki, o pięknym, szlachetnym mężu, bajecznym ślubie i weselu, a przede wszystkim o spełnieniu swoich dziewczęcych snów. Mówiłam jej, że ma powody do zadowolenia, bo przecież ja i Gusia dałyśmy sobie w życiu radę i nie zginiemy. Dzisiejsze czasy sprzyjają tak śmiałym, wyzwolonym damom, jak córki generała Dowbor – Muśnickiego. Wciąż się uczę, dużo gram i latam, ile dusza zapragnie i zawsze miękko ląduję.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Przychodzimy, odchodzimy… przemieszczamy się.

12 wrz

Jeszcze przez ten świąteczny, niedzielny dzień, pozostanę w kręgu cmentarnych klimatów. Zdałem się na los decydując się wsiąść do pierwszego autobusu, jaki wjedzie na przystanek. Jeden z nich miał mnie zawieźć na dworzec kolejowy, abym mógl tam kupić bilet do Frankfurtu. Drugi zatrzymywał się przed miejscem spoczynku mojego teścia i zmarłej przed pięcioma laty żony. Zawsze odwiedzam ich przed wyruszeniem w daleką podróż. Nie proszę o błogosławieństwo i opiekę, ale czuję się bezpieczniej po samotnym milczeniu przy mogile z zapalonymi lampkami na płycie nagrobnej. Nawet się nie zdziwiłem, gdy nadjechał autobus zdążający wprost na cmentarz. Karawaniarz czy kierowca otworzył pusty w środku pojazd. Kilka przystanków po drodze do nekropolii bezkarnie ominął, bo nie czekał tam nikt z żywych. Przystanął dopiero w przestrzeni pełnej umarłych. Grób moich bliskich znajduje się tuż pod rozłożystym dębem. Nieopodal jest także mogiła Stanisława Janeczko, o którym wspominał Ludwik Flaszen, współpracownik Jerzego Grotowskiego, twórcy Teatru Laboratorium. Przed laty kierownik literacki słynnej wrocławskiej grupy teatralnej ciepło wspominał pochowanego w Tarchominie aktora, jako swojego pierwszego, licealnego idola. Ojciec mojej żony odszedł cichy i zapomniany, podobnie, jak jego najstarsza córka, kierująca w znanym wydawnictwie redakcją ekonomii. Urodziła troje dzieci, pracowała w filmie, firmie i wytwórni leków. Nie doceniono jej talentów za życia, a mowy pożegnalne nie zrównoważą goryczy osobistej klęski. Dobrze jest wspominać wszystkie jej dokonania i słowa wypowiedziane w dobrej wierze. Kiedy nie wiem, jak postąpić, co zrobić i wybrać, zawsze pojawia się powidok z rozmowy przypominającej podobny problem sprzed wielu lat. Sytuacje powtarzają się, tylko my zapominamy, że kiedyś już popełniliśmy ten sam błąd, a czasem udawało się nam wybrnąć z najcięższych tarapatów. Chociaż minęło sporo czasu, oni nas nie opuszczają w potrzebie. Niekiedy bywają smutni, zatroskani, ale to wszystko z powodu losu, jaki nas czeka i tylko oni znają czyhające zewsząd niebezpieczeństwo. Samotność przebywania z umarłymi wcale mnie dzisiaj nie przeraża. Trudno się zdecydować na kolejną wizytę w miejscu ich spoczynku, ale kiedy już stoję blisko ich skruszonych ciał, milczę, a to milczenie wzmacnia i powoli, harmonijnie dojrzewa we mnie wiara w świat pełen ludzi.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS