RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2010

Producer a’ la Polonaise

26 lip

Sądziłem, że uda mi się pozostawić za sobą rozczarowujące wrażenie po Script Forum, które z roku na roku traci pierwotny impet. Aula dawnej Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego stała się miejscem popisu ludzi o miernym dorobku, zaproszonych do wykładu o teorii pisania scenariusza filmowego. Z praktyki wiem, że popularne zajęcia z tzw. "creative writing" są obsadzone przede wszystkim przez drugorzędnych pisarzy i dziennikarzy, którzy w ten sposób zarabiają na przeżycie. Z własnej twórczości przychody są nikłe, więc uczą pisać młodszych, chłonnych wiedzy studentów. W murach tej zasłużonej Wszechnicy usłyszałem głos producenta, który wszem i wobec głosił swoje credo w stosunku do scenarzysty, który powinien mu sie podporządkować współpracując z nim, wykonując wszystkie jego wskazówki. Dzisiaj producenci mają tak wielkie ambicje, że nie tylko piszą scenariusze, ale grają, jak Rywin i reżyserują, jak Jabłoński. Skutek tych poczynań jest taki, że zanika szacunek dla specjalizacji ustępując fałszywej wizji człowieka renesansu o wszechstronnych możliwościach. Być może te możliwości są nieograniczone, ale już zdolności twórcze… niekoniecznie. Jeżeli przypomnimy sobie słynną scenę z uliczną szarżą kurdupelskiej odmiany Mercedesa w ekranizacji "Kodu Leonarda da Vinci" mamy prawo obawiać się ingerencji producenta w logicznie ułożone partie scenariusza. Gdy obejrzymy dokręcony finał z reklamą wódki Bols w "Operacji Samum" możemy tylko wzruszyć ramionami na tak prozaiczne rozwiązanie akcji, która przez cały czas trzymała widza w napięciu. Chęć uzyskania forsy za tzw. "product placement" stoi często w sprzeczności z artystycznym kształtem zakmkniętej kompozycji dramaturgicznej. Uprawiany dziś nagminnie w telewizyjnych serialach proceder powinien być o wiele bardziej kontrolowany w kinie. Tymczasem producent żąda zgody autora scenariusza na poprawianie go przez innego scenarzystę w przypadku odmowy na zmianę pierwotnego utworu literackiego. Taka klauzula pozwala producentowi zmieniać do woli przywłaszczone dzieło. Za psi gros kupiona wersja jest zmieniana do woli, stosownie do potrzeb i okoliczności. Hulaj dusza, piekła nie ma!… Nie ma ludzi niezastąpionych, każdy robi, co chce. A ja jednak tęsknię do czasów, w których producent był producentem, scenarzysta scenarzystą, reżyser reżyserem, aurot zdjęć, operatorem, a aktor, aktorem.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Tragedia na drodze

25 lip

Tym razem jest smutno, a w takiej atmosferze nachodzą nas wspomnienia. Przed miesiącem organizatorzy w Essen chwalilili się przed dziennikarzami z Polski planami kulturalnych imprez w ramach świętowania Europejskiej Stolicy Kultury 2010. Zastawienie kilkunastu kilometrów autostrady kramami i stołami z jadłem było żywcem przejętym pomysłem z naszych polskich scenariuszy przygotowujących Festiwal 4 Kultur w Łodzi. Nic to, że przed sąsiadami z Zachodu zdążyli tę ideę zapożyczyć ludzie, którzy zablokowali pomysłodawcom jakąkolwiek formę udziału w imprezie firmowanej przez świętej pamięci Witolda Knychalskiego. Sprawdza się, niestety stara  prawda o tym, że zło wyrządzone powraca ze zwielokrotnioną siłą. Cudem udało się uniknąć nieszczęścia na wielopasmowej autostradzie, która jest przecież o wiele dłuższa, niż ulica Piotrkowska z licznymi kawiarniami, restauracjami i barkami piwnymi usytuowanymi na deptaku. Projekt autorstwa Jerzego Kaliny spoczywa w archiwach praktycznie już zlikwidowanej przez urzędników imprezy. Z dygresji powróćmy jednak do rzeczywistości. Pomysł władz landu polegał na przyznaniu jednego tygodnia w roku każdemu większemu miastu. Duisburg chciał zaimponować wielkim koncertem, który miała poprzedzić Love Parade na niespotykaną skalę. Staram się w tym blogu nie odnosić do bieżących wydarzeń, o których po miesiącu nikt już nie pamięta. Tragedię kilkudziesięciu rannych i 20 zabitych uczestników pochodu zapamiętają nie tylko Niemcy, ale będzie to straszne memento dla większości młodych ludzi. Podobnież każda katastrofa ma swój sens bo w ten sposób Bóg daje ludziom znak. Na usta przerażonych ludzi cisną się pytania o przesłanie, jakie kryje się za tą hekatombą ofiar… znikąd odpowiedzi. Przecież to nie radość została w ten sposób nagle uciszona, a na pewno nie ukarano widocznego rozpasania. Skoro nie ma sprawiedliwej kary za wywoływanie wojen i nieustanny terror, to na tym tle manifestacja homoseksualistów i lesbijek wcale nie powinna nasuwać skojarzeń z zagładą mieszkańców Sodomy i Gomorry. Ciekaw jestem, czy świat przejdzie po tej tragedii do nowych ekscytujących tłumy tematów, czy jednak intelektualiści spróbują wyciągnąć z tej smutnej lekcji pokory, wnioski na przyszłość… Warto się pochylić nad tym tragicznym wydarzeniem, którego z pewnością nie odnotują autorzy podręczników historii Zjednoczonej Europy.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Niepewność desperatów

24 lip

Józef Gębski przytoczył niezwykle trafną definicję dokumentalisty, który według niego musi być człowiekiem niesłychanie cierpliwym. Jednocześnie ten sam autor jest absolutnie niecierpliwym typem, który pali się do twórczej pracy. Problem w tym, że musi ciągle czekać na pieniądze, bo film jest jedną z najdroższych dyscyplin artystycznych. Moje, swojsko brzmiące nazwisko nie otwiera drzwi w domach mediowych, ani u znanych i uznanych producentów. Cieszę się, gdy raz na jakiś czas ktoś wreszcie dostrzeże w moim projekcie szanse powstania interesującego dzieła. Anielska cierpliwość moich współpracowników, koleżanek i kolegów ze Studia Filmowego KRONIKA została ostatnio nagrodzona dotacją ze Śląskiego i Wielkopolskiego Funduszu Filmowego. Nawet to najskromniejsze z możliwych wsparcie jest w tych ciężkich czasach błogosławieństwem, bo to oznacza pracę nie tylko dla reżysera, ale całkiem licznej ekipy. Ci ludzie żyją nadzieją, że ktoś ich będzie potrzebował przy realizacji filmów w kraju, bo zagraniczni twórcy przyjeżdżają z własnymi zespołami. Nic dziwnego, bo każdy reżyser otacza się ludźmi, którym ufa, zna i tymi, którzy go nie zawiodą. Kompletują ten idealny skład przez całe życie wprowadzając do niego tylko drobne korekty. Tajemnica powodzenia filmu jest nieznana, ale warunek sine qua non to niezawodna ekipa. Wszyscy doskonale zdają sobie z tego sprawę, więc stają na głowie, żeby nawet najmniejsza kwota przeznaczona na realizację utworu filmowego pozwoliła na powstanie filmu o Janinie Lewandowskiej i 304 Dywizjonie Bombowym Ziemi Śląskiej. Tuż przed świetną wiadomością z Funduszu Filmowego, zmarł jeden z potencjalnych bohaterów. Oddając Stanisławowi Bochniakowi należną cześć i pamięć zaprzyjaźnieni piloci z czasów wojny i pokoju poszukują innych lotników, którym udało się dożyć do współczesnych czasów. Pozostało pięciu, o których wspominają dostępne źródła. Wielu by się poddało, ale nie moi skrzydlaci przyjaciele. Długie, nacechowane ludzką niepewnością oczekiwanie potrafi twórcę zabić. Szczerze przyznam, że mnie nawet bardzo osłabiło… Do tego stopnia, że sporo czasu potrzeba na regenerację sił i przywrócenie nadziei, że realizacja tych projektów leży w granicach możliwości. Jeśli reżyser zwątpi, wtedy film na pewno się nie uda. Dlatego z uporem maniaka powracam do pierwotnej definicji o niewyrczepanych pokładach cierpliwości autora targanego nieustannymi rozterkami. Daje to nadzieję, że uda się, bo przecież pewności nigdy mieć nie można. Nadzieja umiera ostatnia…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

ARCHIWALIA FILMOWE

22 lip

Nieustanny problem z wykorzystywaniem archiwalnych ujęć filmowych odżywa przy okazji każdej nowej realizacji dokumentalnego projektu z przeznaczeniem na ekran. Działające w sieci serwisy proponują fragmenty kronik frontowych w rozmaitych formatach, rozdzielczości i definicji kadru. Pamiętam wytoczone postępowanie przeciw AW (Archiwum Wawra), a właściwie protest wytwórni filmowych uzurpujących sobie prawo do zdjęć nakręconych przez operatorów na frontach drugiej wojny światowej. Producent wystraszył się znanych firm i ugiął się przed Telewizją, która na wszelki wypadek wstrzymywała się ze współpracą do czasu wyjaśnienia spornej sprawy. Szkoda, że nie odbyła się wówczas rozprawa sądowa, bo wówczas zamiast politycznych i emocjonalnych argumentów przypomniano by pokłosie ustaw denazyfikacyjnych, które zabraniają czerpać jakiekolwiek korzyści z hitlerowskich marszów wojskowych, przemówień przywódców nazistowskich i wszelkich filmów z nagraniami radiowymi, które powstawały w okresie działalności NSDAP i III Rzeszy. Ustanowiony przed kilkudziesięciu laty w Normberdze wyrok jest prawomocny i obejmuje wszystkie cywilizowane państwa na świecie. Jeśli ktoś dzisiaj śmie domagać się tantiem za wyświetlanie "Tryumfu woli" Leni Riefenstahl, kronik "Deutsche Vochenschau", czy fragmentów "Żyda Suss’a" staje po stronie artystów pracujących ku chwale III Rzeszy w służbie Adolfa Hitlera. Denazyfikacja nie zabrania używania tych haniebnych dzieł lecz we fragmentach, jako cytaty, a nie w całości dla propagowania zakazanej treści i totalitarnej ideologii. Byłem niedawno świadkiem wyświetlania promocyjnego filmu podczas polsko – niemieckich spotkań Medientage w Dreźnie. W reklamówce ośrodka nauki tańca artystycznego i baletu pojawiło się wiele ujęć z "Olimpiady 1936" reżyserii Leni Riefenstahl. Zachwycające kadry operatorów tego filmu krążą w sieci Internet, podobnie, jak ujęcia spod Lenino i Monte Cassino. Nikt nie potrafi udowodnić swoich niezbywalnych praw do tych ujęć, a na pewno nie może ich przywłaszczyć, a nawet kupić, bo zarówno autor, jak zleceniodawca dawno już nie żyją. Minęło ustawowe 70 lat, ustroje się zmieniły, rządy nie przyznają się do długów państwowych dawnych ekip, więc nie ma też ciągłości i kontynuacji praw autorskich. Tymczasem coraz więcej firm usiłuje przejąć na własność fotografię, ujęcie, a nawet serię filmów zrobionych na wojnie. Nikt do tej pory nie wygrał sprawy o zawłaszczenie materiałów filmowych, bo żaden prawnik nie podejmie się uczestnictwa w z góry przegranym procesie. Wyobrażam sobie, że jeden precedens mógłby pociągnąć za sobą lawinę. Na razie w środowisku dokumentalistów panuje milczenie wynikające z pełnej nieświadomości zawiłej sytuacji prawnej wokół archiwaliów.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kaprysy Fortuny

20 lip

Ilekroć narzekam na kłopoty z wyprowadzeniem projektu "Chłopców z nieba" na międzynarodową arenę staje mi przed oczami los moich rówieśników, którzy znoszą z godnością o wiele poważniejsze ciosy Fortuny. Oto obsypany nagrodami Krzysztof Krauze zmaga się z chorobą szukając na drugim końcu świata kliniki, która daje szansę i nadzieję wyleczenia. Pamiętam tryumf reżysera słynnego filmu "Szczurołap", który objechał z tym krótkim filmem większość światowych festiwali zbierając laury i podziw ówczesnych członków jury. Andrzej Czarnecki zrobił później kilka filmów, nawet fabularny, ale ostatecznie zajął się bezpieczniejszym ekonomicznie biznesem, niż produkcja filmowa. Z dystansu spogląda na kolegów, którzy miotają się od ściany do ściany w poszukiwaniu sposobu zaistnienia na tym polskim "targowisku próżności". Okazuje się, że działamy w bardzo niebezpiecznej przestrzeni. Słyszałem, że sztuka wymaga ofiar, ale nie przypuszczałem, że śmiertelne strzały dosięgną tak bliskich mi przyjaciół. Nie ma już wśród nas tak cudownej, efemerycznej postaci jaką dla wielu była Natasza Czarmińska. Nie pasuje do niej określenie reżyser, bo przecież była autorką własnych filmów z perspektywą widzenia świata, jaka ujmowała większość widzów jej nielicznych dzieł. Wspaniale śpiewała poezję i zamilkła. Już jej nie usłyszymy. Nie zobaczymy także kolejnych filmów Krzysztofa Nowaka – Tyszowieckiego, który obsadził ją w roli guwernantki w "Grzechach dzieciństwa" według noweli Bolesława Prusa. Dzięki takim koleżeńskim przysługom pozostaniemy gdzieś na filmowej taśmie tak, jak przewinął się przed kamerą nieszczęsny Sted czy Wojtek Wiszniewski znany wśród przyjaciół jako "Szajbus". Sinusoida wyznacza nasze wzloty na wyżyny szczęścia i chwilowego sukcesu. Ukazuje też samo dno upadku w momencie krańcowej depresji autora scenariusza, reżysera, operatora kamery i wielu innych członków filmowej trupy. Zestawienie tych kilku losów uczy pokory, a przecież wokół opisanych przypadków jest cały Ocean ludzkich nieszczęść. To świetna pożywka do wspaniałej powieści. Nic tak nie wzrusza producentów, jak łzy pokrzywdzonego przez los bohatera. Ich też nie omijają kaprysy Fortuny. Przecież nikt nam w życiu nie obiecywał, że będziemy szczęśliwi. A mimo to wciąż jeszcze się dziwimy…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Moi skrzydlaci przyjaciele

17 lip

Tak się złożyło, że przy promocji książki Katarzyny Ochabskiej wyemitowano w sali DWLOT film "Spętany Anioł" o Stanisławie Skalskim. To, że on powstał było możliwe dzięki mobilizacji przyjaciół z nie istniejącego już Studia Filmowego "WIR". To nie jedyny przypadek duchowego i rzeczywistego wsparcia ze strony ludzi kochających film, zafascynowanych historią polskiej awiacji i (wiem, jak to dzisiaj zabrzmi, ale nie znajduję lepszych słów) prawdziwych patriotów. Prezentowany na festiwalu polskich filmów w Los Angeles dokumentalny program "Siedemnastu wspaniałych" nie miałby szans zaistnieć, gdyby nie moderacja Bogdana Kozyry z TVP POLONIA. Lotnicze Zakłady Naukowe we Wrocławiu w latach swojej świetności wypuściły wielu wspaniałych absolwentów, którzy pracowali w zakładach lotniczych całego świata. W stuletnią rocznicę światowej awiacji korzystałem z nieocenionej pomocy absolwentów LZN. Zygmunt Hobot, syn nauczyciela tej wszechnicy, byłego mechanika RAF towarzyszył nam w muzeum lotnictwa w Hamilton. Inżynier Jerzy Michniewicz z Orenda Aerospace Corporation znał historię klęski programu naddźwiękowego myśliwca Avro Arrow. Wraz z Piotrem udaliśmy się do grupy rekonstruującej legendarną maszynę, na której miał pokołować jej pilot – oblatywacz Janusz Żurakowski. Niestety, zmarł, zanim udało się zbudować replikę myśliwca sprzed kilkudziesięciu lat. Wspominam tych wspaniałych ludzi, prawdziwych przyjaciół działających tak, jak reaguje każdy lotnik bez wyjątku. W przeciwieństwie do urzędników państwowych piloci i mechanicy zawsze pytają o to, w czym mogą nam pomóc. Wyprzedzają naszą nieśmiałość, rozwiązują problemy, a nawet sami wymyślają tematy nadające się do powstającego filmu. Dzięki nim, w ten sposób powstał lotniczy tryptyk: LOTNICY, OBLATYWACZE, KONSTRUKTORZY. Mógłbym długo wyliczać konkretne przykłady wsparcia w najmniej oczekiwanych chwilach kryzysu, a przecież po decyzji o rezygnacji z kariery lotniczej i zdawaniu egzaminów w Krakowskim UJ zamierzałem zapomnieć o wszystkim… Nie dało się. Zrealizowałem blisko trzydzieści filmów i zdaje się, że nie będzie końca po otwarciu lotniczej puszki Pandory. Największą zachętą do podążania tą drogą jest akceptacja przyjaciół polskiej awiacji. Reszta wymaga samozaparcia, dyscypliny i szczęścia. Ono czasami się pojawia i za każdym swoim błyskiem pozostawia kolejny film.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Drugie życie książki

16 lip

"STANISŁAW SKALSKI" – z pozoru mało oryginalny tytuł biografii… Jednak jest w tym bardzo wiele pokory autorki wobec zmarłego Asa polskich myśliwców walczących pod brytyjskim niebem w Bitwie o Anglię z hitlerowską Luftwaffe. Wiem, że od razu znajdą się rzetelni historycy uzasadniający bezsens zestawienia ostatniego przymiotnika w ostatnim zdaniu z nazwą sił powietrznych wroga. Upieram się przy tej nazwie, jak upierał się sam generał w stanie spoczynku, pilot Stanisław Skalski. Był nieprzejednany w wielu zasadniczych sprawach dotyczących Ojczyzny, za którą przelewał krew. Nic dziwnego, że Katarzyna Ochabska, która jest autorką jedynej książkowej monografii nie ulegała rozmaitej maści redaktorom, korektorom i wydawcom czyhającym na okazję zbicia fortuny. Pisarka wysłuchiwała uwag wielu recenzentów, ale własnym sumptem wydrukowała pierwszy nakład według własnych wyobrażeń. Perturbacje sprawiły, że książka ukazała się już po śmierci Stanisława Skalskiego. Cierpliwość została jednak nagrodzona gorącym przyjęciem w środowisku weteranów polskiej awiacji. Teraz, po trzech latach od publikacji nigdzie już tej książki się nie kupi. Jeśli pojawi się w sieci na aukcji osiąga dużo większą cenę, niż podczas licznych spotkań z autorką . Dodruk wydaje się naturalną i zyskowną inwestycją, ale pieniądz ma w czasach kryzysu zupełnie inną wartość, niż przed trzema laty. Katarzyna Ochabska wyszła ciężko poraniona i rozczarowana po pierwszym kontakcie z chciwymi właścicielami drukarni i pseudowydawcami. Nie zaryzykuje po raz kolejny tego samego przedsięwzięcia rozważając raczej pobieranie przez czytelnika książki via Internet. Trzeba docenić pisarski trud, długie lata researchingu i rozmów ze świadkami historii życia Stanisława Skalskiego. Za parę lat będziemy obchodzić stulecie urodzin słynnego Asa lotnictwa RAF, absolwenta dęblińskiej Szkoły Orląt. Niewiele jest równie świetnych, polskich nazwisk pamiętanych w świecie z okresu II wojny światowej. Powstaje książka o Skalskim w Muzeum Wojska Poskiego, ale brak jest dziennika lotów, który ktoś skrzętnie ukrywa. Wiadomo, że nie zaginął, bo widziano go na wystawie pamiątek po generale przekazanych Muzeum przez rodzinę. Zginęło parę ważnych naszywek, medali, bojowych odznaczeń i orderów. Słyszę, że przekazana kolekcja topnieje w oczach, ku niezadowoleniu tych, którzy walczyli o muzeum Skalskiego w jego mieszkaniu przy Alei Wyzwolenia. Trudno… stało się i nic na to nie poradzimy. Katarzyna Ochabska zbiera obecnie materiały do następnej książki o polskich zespołach akrobatycznych. Pamiętając wyczyny przedwojennej "Trójki Bajana" możemy się spodziewać fascynującej lektury. Pozostaje tylko uzbroić się w cierpliwość i czekać na ukazanie się tej książki.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Indywidualne Konsultacje Scenariuszowe

13 lip

Dostąpiłem zaszczytu spotkania z Ernestem Bryllem, który pochyli się nad konspektem scenariusza "Chłopców z nieba" i może się przyczynić do powstania tego filmu. Zgodnie z tym, co powiadają starsi i bardziej doświadczeni w piśmie, trzeba dać czas czasowi. Wykazałem się już niebiańską cierpliwością znosząc powierzchowne i niesprawiedliwe komentarze wytypowanych przez PISF ekspertów, ocierając się nawet o zniechęcenie. Na szczęście w tzw. międzyczasie miałem co robić, więc nie upadłem na duchu tak bardzo, żeby pominąć tak ważne wydarzenie, jak Script Forum. Nigdy nie pozwoliłem sobie na pewność, że to ja mam rację w stylu i kompozycji dramaturgicznej scenariusza. Tajemna sztuka ujmowania w słowa i obrazy naszych opowieści należy do najcenniejszych walorów ludzi pióra. Z tego właśnie powodu osobisty kontakt ze świetnym pisarzem i doświadczonym scenarzystą trudno mi przecenić. Spodziewam się przynajmniej rzeczowej rozmowy, takiej samej, jak wykłady podczas trwania Script Forum. Pierwsze z nich uświadamiają dzisiejszym koryfeuszom sztuki pisarskiej nieuchronną konieczność elastycznego dostosowania się do coraz szerzej wchodzących na rynek mediów. Króluje wśród nich Internet, a w nim coraz więcej gier komputerowych i serwisów multimedialnych. Powoli odchodzą w przeszłość czasy panowania świętych zasad dramaturgii Arystotelesa. W grach komputerowych rola scenarzysty polega na nieustannym wprowadzaniu korekt do dialogów i śledzeniu efektów tych zmian. Wielokrotne przepisywanie tekstu, praca w skomplikowanym edytorze gry, zamiast klasycznego Worda, to może zniechęcić przyzwyczajonego do klasycznego sposobu pracy pisarza. Trudno tę pracę wykonywać w zaciszu domowym, bo liczy się natychmiastowa reakcja na sugestie wciąż sprawdzającego rozwój gry zespołu programistów. Podobnie dzieje się w Internecie, gdzie największą oglądalność i pieniądze zdobywają młodzi, otwarci na nowe możliwości medium ludzie bez wykształcenia filmowego i doświadczenia w realizacji programów telewizyjnych. Wystarcza im desperacja, niespożyta energia, pomysłowość i dążenie do pozyskania zainteresowania widza. Od pierwszych prób na przełomie Millenium do czasów współczesnych możliwości tych twórców wzrosły dzięki coraz powszechniejszemu dostępowi do kamer i do sieci. Piszący na wielki ekran kinowy scenarzyści są wykorzystywani jako autorzy małych, krótkich prezentacji z przeznaczeniem na I – phon’a, I – pod’a i dla operatorów sieci telefonów komórkowych. Ideał sięgnął dna?… Skądże! Nie można się obrażać na rzeczywistość. Jeżeli już uznamy ją za wroga, to trzeba z nią sobie poradzić w stary, wypróbowany sposób. Otóż, jeśli nie możesz go pokonać, musisz go polubić… Wtedy łatwiej zrozumiemy rolę scenarzysty we współczesnych czasach i czekającej nas przyszłości. Inaczej, nic już nas nie czeka…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS