RSS
 

Archiwum - Maj, 2010

zawód – dziennikarz

29 maj

Kiedy przed trzydziestu laty brałem udział w pierwszych warsztatach dziennikarskich mistrzowie ówczesnej żurnalistyki przekonywali nas, że najważniejsza jest informacja, nie komentarz. Dziennikarz zawsze musi pozostawać w tle zaproszonego do rozmowy interlokutora. Gwiazdorstwo współczesnych koryfeuszy wszystkich mediów wzbudza podejrzenie o małostkowość zachłannych na sławę i pieniądze ludzi i oskarżenie ich działań o manipulacje. Zdarzają się w tym moralnym bagnie prawdziwi misjonarze prawdy, profesjonaliści pełną gębą. Ponoszą oni ryzyko upartego dochodzenia do istoty spraw, łącznie z zagrożeniem utraty pracy, a nawet życia. Zwolni go tchórzliwy pracodawca, który nie chce ryzykować starcia z silniejszymi przeciwnikami na rynku medialnym. Zabić go może każdy, kto obawia się zdemaskowania. W odrodzonej Rzeczpospolitej dziennikarze starali się ujawnić wiele afer, ale na ogół te usiłowania kończyły się przymusowym postojem w pół drogi. W przeciwieństwie do zabójstw dziennikarzy na Ukrainie, w Rosji i mniej demokratycznych krajach, niż siermiężna Polska, tutaj możni mafiosi i wielcy manipulatorzy doszli do wniosku, że po prostu nie ma takiej potrzeby. Skoro nasi żurnaliści prześcigają się w cytowaniu sensacyjnych news’ów i ustępów z prasy, radia i telewizji, bez potwierdzania prawdziwości zdobytych informacji, tracą wiarygodność. Co więcej, uczestnicząc w sporach na temat wzajemnej manipulacji, politycznego zaangażowania prasy, jaką reprezentują, doprowadzają swoje firmowe tytuły do upadku, bo nikt nie chce czytać kłamstw. Dziennikarze ośmieszają się wobec dotychczasowej klienteli przebierając się w rozmaite kostiumy, ale nawet w najbardziej obszernej garderobie nie znajdziesz ubioru dla błazna, który maskuje głupotę i bezmyślność. Wychodzi to na każdym kroku z postępowania i wyników pracy dziennikarza. Krajowych geniuszy, uwikłanych w meandry polityki, wcale nie trzeba unicestwiać. Co najwyżej wystarczy na nich pohukiwać i pogrozić paluszkiem niesfornemu adeptowi najstarszej profesji świata. Najbardziej ambitni próbują się dowartościować publikując manifesty z wyraźną chęcią uczestnictwa w wyborach po drugiej stronie tłumu decydującego o tym, kto będzie Prezydentem Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. Nadzieja takiego sukcesu przyprawia o ból głowy nie jednego szaraczka, a cóż dopiero obserwatora, który sam zapragnął skosztować zakazanego owocu z drzewa złego i dobrego. Dziennikarze krążą po salonach władzy załapując się na stanowiska rzeczników, przymierzając się do kariery premiera Rakowskiego. On przecież był przez lata dziennikarzem i wydawał najbardziej poczytne pismo wpływające na poglądy obywateli. Romans dziennikarstwa, ( nawet tego, które mieni się dzisiaj obywatelskim), z polityką może być zabójczy dla obu stron. Chociaż polskich żurnalistów nie ma potrzeby zwalczać, ( bo w krajowym piekiełku sami się wyniszczają), wciąż warto o tym pamiętać. Nie bez racji jeden z mędrców stwierdził, że dla Polaków najbardziej niebezpiecznym napojem wcale nie jest wódka lecz woda sodowa.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Spotkanie Bolka z prezydentem Bułgarii

28 maj

Zawsze staram się unikać, jak ognia tzw. bieżączki prasowej. Jednak czasami daje się z tego chaosu wyłowić prawdziwe perełki faktów świadczących o tym, że nie wszystko do końca zwariowało, a gust i kultura ma jeszcze jakieś znaczenie. Podaję ze skrótami news wprawiający w osłupienie czytelników codziennych serwisów prasowych. Brzmi to, niczym sensacja polityczna i wydarzenie na skalę europejską. Tymczasem ten epizod nie ma najmniejszych szans wydostać się ponad obowiązujący kanon wrzasku i wzajemnie rzucanych oskarżeń w stronę przeciwników. Na szczęście w dziedzinie literatury ponad wszystkim rozpościera się zgoda.

Georgi Pyrwanow – Prezydent Bułgarii spotkał się z polskim poetą
Juliuszem Erazmem Bolkiem laureatem Nagrody X Światowego Dnia Poezji,
ustanowionego przez UNESCO (ang.: Award Word Day of Poetry UNESCO), za
oryginalną twórczość i niekonwencjonalne sposoby jej prezentacji. Do
rozmowy doszło podczas IV Festiwalu Poezji Słowiańskiej jaki właśnie
zakończył się w Warnie. Jest to największe w Europie Centralnej wydarzeniem tego typu. O jego
randze świadczy obecność Głowy Państwa Bułgarii, a także wielu przedstawicieli korpusu dyplomatycznego Rosji, Ukrainy i Polski. W
tegorocznym spotkaniu
Polskę reprezentowali Redaktor Naczelny „Poezji Dzisiaj" Aleksander
Nawrocki, redaktor i poeta Juliusz Erazm Bolek, a także poeta oraz
tłumacz literatury Dimitrina Lau Bukowska. Łącznie w trwającym 6 dni
Festiwalu wzięło udział ponad 70 poetów z Rosji, Ukrainy, Słowacji,
Czech, Bułgarii, Serbii, Macedonii, Słowenii, Polski i Chorwacji, a
także muzycy, śpiewacy i malarze.
Podczas spotkania z Georgi Pyrwanowem Juliusz Erazm Bolek wręczył
Prezydentowi Bułgarii swój poemat „Sekrety Życia. Kalendarz Poetycki" w
polsko-bułgarskim dwujęzycznym wydaniu. Ta wersja książki ukazała się w
maju 2010 roku. Poemat należy do najważniejszych pozycji w dorobku
autora. Jest już przetłumaczony na ponad dwadzieścia języków i ukazał
się w łącznym nakładzie 15 tysięcy egzemplarzy. Po spotkaniu z Prezydentem Juliusz Erazm Bolek powiedział: „Do
momentu kiedy uścisnąłem dłoń Panu Prezydentowi Georgi Pyrwanowowi nie
wierzyłem, że takie spotkanie jest możliwe. W całej mojej
kilkudziesięcioletniej karierze pisarskiej nie przypominam sobie aby,
którykolwiek Prezydent Polski był uczestnikiem jakiegokolwiek festiwalu
literackiego. Bardzo się cieszę, że mogłem osobiście przekazać
egzemplarz „Sekretów Życia" Głowie Państwa Bułgarskiego, czuję się tym
faktem wyróżniony. Byłoby niezmiernie miło, gdyby polscy politycy
również interesowali się kulturą."

Nieśmiało wspomnę tu o bolesnym niedostatku w dziedzinie filmu, ale dzisiaj cóż, świętujmy tryumf Poety.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Łódź, katastrofa i zaszłości

22 maj

Co ma wspólnego Łódź z katastrofą w Smoleńsku?… Miałem o tym przecież nie pisać, a przynajmniej nie dołączać słów do kakofonii ekspertyz i opinii biegłych, których przybywa, jak grzybów po deszczu. Otóż poprzez wiadomości o powodzi i nowych trendach w modzie przebiła się rewelacyjna informacja: "Łódź ma supersamolot, na którym można trenować awarie". Łódzka firma Bartolini Air, która szkoli pilotów dostała ponad milion złotych z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Łódzkiego. Dołożyła pół miliona i kupiła nowy wyjątkowy samolot. To naprawdę cieszy, że są ludzie, którym się udało zrealizować projekt, o którego sfinansowanie zabiegali. Mieli oni godnych poprzedników, którzy z równą determinacją walczyli o wprowadzenie do polskiej floty statków powietrznych supermyśliwca SKORPION, a wcześniej samolotu GROT słynnego konstruktora Tadeusza Sołtyka. Jego ISKRY okazały się tak świetne, że latają do dzisiejszego dnia. Inżynier Margański zapragnął skonstruować następcę tego szkolnego samolotu. Prototyp nazwany roboczo ISKRA II otrzymał później wdzięczne imię Bielik i na lotnisku fabrycznym w Mielcu odbyły się nawet jego próby w locie. Rejestrowaliśmy te mozolne przygotowania samolotu i testy, jakim go poddawano podczas kołowania, a także w ewolucjach powietrznych. Konstruktor otrzymał na te wstępne prace grant z Komitetu Badań Naukowych PAN, ale gdyby nie posiadał własnej firmy, do niczego by nie doszło. BIELIK  miał  zastąpić ISKRĘ oferując uczącym się kadetom symulator, który działa w locie umożliwiając młodemu pilotowi sterowanie różnymi typami awioniki montowanej zarówno w szybowcach, myśliwcach i samolotach transportowych. Prowadząc mały, lekki aeroplan, przyszły lotnik mógł zapoznawać się z tajnikami pilotowania rozmaitego typu maszyn latających. To bardzo tanie rozwiązanie umożliwiało wyszkolenie dużej ilości kadetów Szkoły Orląt i członków Aeroklubu Polski. Niestety, ambitny projekt inżyniera Margańskiego podzielił los zaniechanych projektów SKORPIONA i GROTA. Może naprawdę jesteśmy skazani na importowanie, nie tylko latających maszyn ze świata, pomimo niesamowitego potencjału myśli technicznej w kraju. To naturalne, że pieniądze pochodzące z Uni Europejskiej wspierają przy okazji produkt z kraju, którego przemysł lotniczy może zawsze liczyć na życzliwość urzędników z Brukseli. Dopóki nie zrozumieją tego nasi politycy, na razie wypada życzyć sobie przynajmniej wsparcia tego typu projektów z Warszawy.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

trumna i znicze dla kultury

21 maj

Krach wielkich idei jest w świecie czymś zupełnie naturalnym. Największe plany biorą w łeb, jeżeli ich realizatorzy biorą się za łby. Marek Żydowicz z uporem walczy o swoje prawa, a radni miasta Łodzi nie są skorzy do wydawania pieniędzy na ambitną wizję kreatora sztuki filmowej. Sam pamiętam rozczarowanie, jakiego doświadczyłem po zaprezentowaniu własnego projektu Festiwalu, który jeszcze nie miał nazwy Czterech Kultur, chociaż na prośbę Witka Knychalskiego wytypowałem je i wspólnie z Jerzym Kaliną opracowałem ze szczegółami sposób realizacji napisanego scenariusza imprezy. O ile udało mi się pozyskać do współpracy warszawiaków, o tyle w Łodzi spotkałem się ze zdziwieniem, że zamierzam odbierać im chleb. Wycofałem się i nie walczyłem z łodzianami, aby nie sprawiać kłopotów Witkowi Knychalskiemu. Ten sam człowiek, który blokował moje wejście na łódzką arenę zdarzeń kulturalnych teraz procesuje się ze spadkobiercami Witolda Knychalskiego o należne mu rzekomo honoraria. Przypadek? Na pewno nie. Źli ludzie nie mogą stworzyć czegoś wielkiego i dobrego. To, co oczywiste dla mnie i współpracujących ze mną artystów nie mogło znaleźć zrozumienia w smutnej i przerażająco dusznej Łodzi. . Odżywają te mało sympatyczne wspomnienia, kiedy czytam o manifestacji z zapalaniem zniczy dla umierającej kultury. Czy winni są miejscy urzędnicy, czy też bezkompromisowy producent, nie mnie oceniać. Widzę jednak, że powstające w tym miejscu idee umierają bez twórczego wsparcia. Podobnie, jak wypieszczony projekt Festiwalu 4 Kultur skazany był na nieuchronną klęskę, po wzięciu go w pacht sprytnych kombinatorów, tak pozostałe plany podążają tym fatalnym szlakiem. Łódź była, jest i będzie miastem wielkich interesów i nie zmieni tego obecność słynnej w świecie szkoły filmowej. Polski Manchester nie ma w sobie takiej siły przyciągania, jaki ma Kraków, czy Warszawa. Realizując szkolne etiudy korzystaliśmy z upiornej scenerii tej ponurej przestrzeni, ale na weekend szybko opuszczaliśmy Łódź, aby odetchnąć i nabrać sił w zupełnie innym mieście. Powinienem mieć sentyment do tego miejsca, bo poznałem tu żonę i zgłębiałem tutaj tajniki ukochanej profesji. A jednak wyjechałem stąd najszybciej, jak to było możliwe i nie wracam do Łodzi, jeśli nie jest to konieczne. Wbrew pozorom, nie jest to obszar sztuki. Przypomina mi rozczarowania, jakie wiążą się z kradzieżą dzieła Festiwalu 4 Kultur i widzę, że podobne przekleństwo ciąży na równie ambitnych zamierzeniach Davida Lyncha. Zazwyczaj życzę realizacji wszystkich planów zgodnie z ideą, jaka przyświecała twórcom imprez kulturalnych. Tym razem nie wierzę, że konflikt zostanie wreszcie zażegnany, a Łódź spełni oczekiwania wielkich producentów, architektów i artystów kina… Chyba, że stanie się cud. To jednak już nie jest kwestia wiary, ale nadziei.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kowal zawinił, Cygana powiesili

20 maj

Unikałem, jak ognia wejścia w wir dyskusji o katastrofie samolotu 154M w Smoleńsku, aby nie powiększać chaosu, jaki spowodowała dyskusja ludzi mniej, czy więcej obeznanych z techniką lotniczą. Czy tego chcemy, czy nie, ten wypadek pozostanie w naszej pamięci na zawsze i z tego powodu muszę bronić dobrej pamięci poległych pilotów. Na długo przed zaprezentowaniem pierwszego raportu Komisji oskarżano ich o wszystkie możliwe błędy pilotażu ze złamaniem wszelkich procedur obowiązujących podczas prowadzenia statku powietrznego. Pisano i mówiono o ich podatności na polecenia przełożonych, którzy chcieli mieć wpływ na decyzję o lądowaniu. Szkoda czasu na wyliczanie wszystkich domysłów i kalumni. Nie pozostawiono na nieszczęsnych oficerach 36 Pułku Lotnictwa suchej nitki. Owszem, ukazał się list w ich obronie, ale zawarte w nim usprawiedliwienia także zawierają oskarżenia pod adresem szkoleniowców. Tymczasem wedle słów generała Donalda Kutyny, w dęblińskiej szkole lotniczej kadet wykonuje najwięcej lotów ćwiczebnych na świecie. Tak przynajmniej było w momencie jego wizyty w słynnej Szkole Orląt. Były Szef ośrodka NORAD mieszka w Colorado Springs i ma okazję porównać system polskiego i amerykańskiego szkolenia pilotów. Za Oceanem kadet musi odbębnić kilka lat naziemnej teorii oraz ćwiczeń w symulatorach, zanim siądzie do szkolnego myśliwca. W Dęblinie odbywa się to niejako polifonicznie, wielotorowo. Zaprawa fizyczna idzie w parze z nauką języków, których znajomość wymagana jest już na egzaminie wstępnym. Szkoła posiada wiele symulatorów kilku typów samolotu używanego w trakcie lotniczej edukacji. Loty w symulatorach odbywają się równolegle z lotami na ISKRACH i ORLIKACH. Kto tęskni do romantycznych lotów w stylu uprawianym przez pionierów lotnictwa, ma do dyspozycji stary, poczciwy dwupłatowiec do takich powietrznych spacerów w miejscowym aeroklubie. Wychowankowie Szkoły Orląt udowodnili już nieraz swoje wysokie kwalifikacje, a powietrzne ewolucje "Orlików" i akrobatycznego zespołu biało – czerownych "Iskier" podziwiano na całym świecie. Naprawdę, mamy z kogo być dumni i trudno spokojnie przyjąć tak powierzchowne orzeczenie Komisji MAK stwierdzającej winę pilotów, jako powód katastrofy lotniczej. Bez dostępu do szczegółowych danych trudno dyskutować z orzeczeniem. Dlatego przytaczam tutaj fakty świadczące za tym, że osoby prowadzące rządowy samolot były niezwykle doświadczonymi pilotami. Tyle przynajmniej należy im się od skromnego obserwatora dziejów Polskich Skrzydeł.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

czytanie ze zrozumieniem

19 maj

Mój pierwszy redaktor demonstracyjnie pozostawiał z wielostronnego scenariusza pierwszą i ostatnią kartkę. Reszta lądowała w koszu. Tłumaczył mi, że w filmie najważniejszy jest efektowny początek i wyrazisty finał. Wszystko inne, to paplanina i popelina. Oceniający współczesne prace literackie eksperci zdają się iść podobnym torem rozumowania. Co więcej, domagają się efektownego pomysłu, który porwie ich na tyle, że od razu zrozumieją, jaka jest wizja autora. Jest to konsekwencja niesamowitej ekspansji teledysków i spotów reklamowych. Ludzie zatracili umiejętność skupiania się na bardziej obszernych utworach, które wymagają uważnej analizy. Naprawdę, nie wszystko w świecie sztuki jest błyskawicznym, efektownym aktem strzelistym. Sam Andrzej Wajda wyliczał nieliczne chwile w trakcie tworzenia dzieła wymagające natchnienia. Pozostałą pracę przyrównał do monotonnego piłowania laubzegą. Tymczasem współcześni eksperci pozwalając sobie na recenzję w stylu oceniającym scenariusz, jako artykuł gazetowy pomijają fakt, że tak pisał sam mistrz Fellini. Artykuł jest opowieścią o zdarzeniu i jego szczegółową analizą. Jeżeli zamierzamy zrobić film na temat Bitwy o Anglię musimy znaleźć bohatera, który o niej opowie a w tle relacjonować poszczególne fazy konfliktu z hitlerowską Luftwaffe. Do niedawna tak właśnie robiło BBC, Discovery, National Geographic, Channel History, żeby wymienić najbardziej zasłużone w tej materii kanały telewizyjne. Ludzie z zapartym tchem śledzili dzieje wojen, oglądali broń, jakiej używały obie walczące strony i słuchały historyków występujących w roli Narratora. Zaproponowanie klasycznego komentarza i postaci Narratora we współczesnym scenariuszu grozi tymczasem autorowi posądzeniem o brak oryginalnego pomysłu. Tymczasem klasyczna narracja i odpowiedni komentarz są sprawdzonym elementem filmu dokumentalnego. Podziwiam odwagę eksperymentatorów i mam wiele szacunku dla artystów kina, którzy wyprawiają niesamowite rzeczy poszukując nowych środków wyrazu. Obawiam się jednak, że ten sposób opowiadania nie ma szerokiego zastosowania, a jest jedynie właściwym środkiem wyrazu oryginalnego twórcy w jednostkowym przypadku. Ekspert oceniający scenariusz filmowy powinien doceniać wartość klasycznych metod konstrukcji opowieści i narracji. To prawda, że trwające ponad godzinę "Koyannisquatsi" jest pozbawione komentarza. Wiele wybitnych filmowców rezygnuje z Narratora posługując się inscenizacją lub animacją zamiast słów, lecz wyrosły one z solidnego pnia i pozostają jedynie gałęziami, jakich wiele na tym samym drzewie. Doceńmy to wspaniałe dziedzictwo, warto stosować wypróbowane, dobre wzorce. Paradoksalnie, dzisiaj taki wybór czyni autora może najbardziej oryginalnym z grona wciąż poszukujących twórców kina.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Co w głowie, to i na języku.

18 maj

W starym chińskim powiedzeniu jest następujące przesłanie: Jak wiesz, to nie mów, ale jeśli już mówisz, to nie pisz… Jak piszesz, to się nie dziw. Piszę o tym i dziwię się, że tę mądrość przekazał mi serdeczny przyjaciel Andrzeja Wajdy, który usłyszał ją od Mistrza. Tymczasem jeden z najświetniejszych reżyserów europejskich wykazał się w ogniu kampanii wyborczej wyjątkowym brakiem rozsądku. Wiem, że emocje podpowiadają nam czasami takie głupstwa, że od tego boli głowa. Kiedyś siedzący obok mnie ksiądz słysząc, jak mówię do przyjaciela, że piekło jest pełne ludzi skrzywdzonych podszepnął obu nam uwagę, że mówić można wszystko, ale przy okazji warto być odpowiedzialnym za to, co wypowiadamy w stronę bliźniego. Otóż, rację ma legenda ruchu solidarnościowego we Wrocławiu, Władysław Frasyniuk, radzący obdarzonym przez naturę większą ilością szarych komórek, aby używali ich uczestnicząc w publicznych zgromadzeniach. Jeżeli tak się nie dzieje, rodzi się poczucie winy, zagrożenia, a za tym idzie agresja. Nie wytłumaczy postępowania tych autorytetów usprawiedliwienie, że każda kampania ma swoje prawa. Kiedy rozum śpi budzą się upiory. O tym dobrze wiedzą ci, którzy oglądali ilustracje okropności wojny Francesca Goyi. Za wszystkie wypowiedziane i napisane słowa trzeba być odpowiedzialnym. Musimy być świadomi faktu, że wspomagając kogoś podziwianego przez nas, możemy jednocześnie wyrządzać innym ludziom niepowetowaną szkodę. To nieprawda, że cel uświęca środki. Sposób dochodzenia do sukcesu i zwyciężania z przeciwnika wiele o nas mówi. Jeszcze jeden cytat pochowanego na Skałce Miłosza: "… który skrzywdziłeś człowieka dobrego, nie bąź bezpieczny… Poeta pamięta… spisane będą czyny i rozmowy". Tak oto pisał genialny Noblista w obronie protestującyh i więzionych robotników, gnębionych przez komunistów. W starej łacińskiej maksymie jest równie mądra uwaga: "Słowo ulata ptaszkiem, a powraca wołem". Wybory przemijają, emocje opadają a po zwycięstwie i porażce pozostaje tylko moralny kac. Warto trzymać się bogatej spuścizny myślowej, z jakiej możemy korzystać do woli… jeżeli tylko pozostała w nas odrobina dobrej woli. Sam Mistrz Wajda, który wypowiedział publicznie kilka słów za wiele, innym razem słusznie przywołał myśl Wyspiańskiego: "… Ileż to by oni mogli mieć, tylko oni nie chcą chcieć !". I tu się z nim zgadzam.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

85 – lecie Szkoły Orląt

17 maj

Nie minęło wiele lat od powstania filmu z okazji 80 Rocznicy narodzin Szkoły Orląt w Dęblinie. Pierwszy i jedyny do tej pory kosmonauta z Polski rodem, opowiadał o swoich latach spędzonych w Dęblinie. Mirosław Hermaszewski z równą swadą wspominał pierwsze skoki z wieży spadochronowej, pierwsze starty na dwupłatowym samolocie z instruktorem i  długie biesiady w szkolnym "Piekiełku". Producent sprzedał film do telewizji, która kilka razy go emitowała, aby zatrzeć złe wrażenie po katastrofie samolotu w okolicach Mirosławca. Już nikt po niesławnej opowieści Komorowskiego o umiejętności latania polskich pilotów na drzwiach od stodoły, nie odważył się na równie bezsensowny słowotok. Za to pojawiły się rozsądne głosy na temat koniecznych w procedurach lotu i procesie szkolenia. Usiłowano nawet powierzyć je wyspecjalizowanym agencjom, które miały uczestniczyć w specjalnie organizowanym przetargu. Mając doświadczenie przetargu z kupnem myśliwców F-16 zrezygnowano z obłędnych pomysłów prowadzących w istocie do prywatyzacji słynnej Szkoły Orląt. Trudno ukrywać, że finansowa nędza kraju nie sprzyja rozkwitowi chluby polskiego lotnictwa, jakim jest wojskowa uczelnia w Dęblinie. Okazją dowartościowania tej zasłużonej placówki będą uroczyste obchody jubileuszu jej powstania z pokazami lotniczymi, piknikiem i pierwszym festiwalem filmów lotniczych. Tam właśnie będzie okazja do zaprezentowania pełnej wersji filmu o Dębliniakach. Tak zwą kadetów i absolwentów Szkoły Orląt i ono z dumą sami się tak nazywają. Czerwcowych obchodom towarzyszy planowana naukowa sesja historyczna z referatami sięgającymi tematycznie głęboko w przeszłość i wybiegającymi perspektywicznie w przyszłe plany Uczelni. Chcę wierzyć, że mierząc siły na zamiary uda się osiągnąć więcej, niż chłodno kalkulując zamiar według sił. Lotnicy to ambitni, wszechstronnie utalentowani ludzie. Jeżeli potrzeba, stać ich na wiele więcej, niż zwykłego miłośnika polskiej awiacji. Potrafią sprostać tak wielkim celom i wyzwaniom, wobec których niejeden racjonalista z miejsca by spasował. Dlatego Dębliniacy nie poddają się trudnościom ekonomicznym i najdziwniejszym zaleceniom urzędników Ministerstwa Obrony Narodowej. Dzielnie przetrwali rządy Onyszkiewicza, Szeremietiewa, Komorowskiego, Sikorskiego i zapomnieli innych cywilnych ministrów wraz z ich nazwiskami. Z pokorą i cierpliwością znoszą kolejnych reformatorów i za to należy się im cześć i chwała. Oby wreszcie spotkali godnego siebie wizjonera, który nareszcie doceni ich doświadczenie wsłuchując się w ich postulaty. Rolnik najlepiej wie, jak siać, aby zebrać obfity plon. Lotnik jest najlepszym ekspertem w tej wciąż zamkniętej dziedzinie pełnej tajemnic dla amatorów i uchodzących za znawców awiacji, teoretyków.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Archiwum filmowe Alana Berlinera

16 maj

Do tej pory sądziłem, że mogę być dumny z prywatnego archiwum filmowego. Mam przecież setki samolotów bojowych w akcji na wszystkich ważniejszych frontach walk na świecie… Nic podobnego. Kiedy zobaczyłem i usłyszałem, co Alan Berliner zgromadził w swoim domowym zaciszu, po prostu oniemiałem. On ma nie tylko filmy i kroniki z różnych dziedzin życia obywateli Stanów Zjednoczonych. Posiada też nagrania muzyki i efektów, które jego przyjaciele z branży chcieli wyrzucic na śmietnik. On skrzętnie zbierał latami plik po pliku, kopiował i rekonstruował każdy ton i obraz tworząc imponujące archiwum zdjęć, ilustracji, efektów dźwiękowych, ilustracji muzycznych oraz ujęć filmowych. Katalog zawiera wszystkie elementy tego olbrzymiego zbioru, ale dodatkowo zróżnicował tematycznie swoje skarby wkładając je do pudełek o różnych kolorach. W niezliczonych szufladkach znajdują się drobiazgi, które zwykle zalegają na półkach i w zakamarkach biurek pod stosem papierów. U Alana Berlinera taki nieporządek jest nie do pomyślenia. Dzięki świadomości posiadanych zasobów archiwalnych autor filmów może się pochwalić niezwykłą różnorodnością rzadkich ujęć, jakie wmontowuje w swoje awangardowe filmy. Przypominają one formą francuską awangardę lat dwudziestych, a w Polsce takie filmy Stanisława Manturzewskiego, jak choćby: "W tym szaleństwie jest metoda". Ostatnio zaproszono Alana Berlinera do realizacji międzynarodowego projektu" Kapsuła czasu". W tym niezwykle bogatym domowym archiwum odbywają się lekcje historii z jego udziałem dla uczniów szkół nowojorskich a nawet specjalistyczne zajęcia uniwersyteckie. Są tu przecież przedmioty z różnych epok, kupowane na bazarach, pozyskiwane od znajomych i ludzi, którzy usłyszeli o jego rzadkiej pasji kolekcjonerskiej. Alan Berliner nie ma, dzięki temu zbiorowi przedmiotów, najmniejszego kłopotu z rekwizytami i materiałem wizualnym do montażu. Z ogromnym zacięciem i desperacją poświęcił się realizacji filmowej kroniki rodzinnej, na wzór kręconych dawniej na taśmie filmowej amatorskich rejestracji ślubów, urodzin, imienin, prywatnych uroczystości, jubileuszy i pogrzebów. Jest w tym pasja socjologa, historyka i po trosze nawet filozofa, a nawet estetyka sztuki. Wszechstronność Alana Berlinera wzbudza podziw i szacunek, ale przede wszystkim chęć do naśladowania. Dla dokumentalisty to konieczność i szansa zaistnienia. Wówczas może być potrzebny, a film to przede wszystkim współdziałający ze sobą członkowie ekipy realizatorów. Samotny geniusz nie ma szans w tym zawodzie. Jedyną pewną konsekwencją, jaka go czeka jest właśnie zawód i rozczarowanie.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

karuzela opinii

15 maj

Miało być wreszcie godnie, cicho i spokojnie. Przez pewien czas po tragicznej katastrofie w Smoleńsku wszyscy starali sie zachować uroczyste milczenie. To przecież należy się ofiarom bez względu na ich dotychczasowe postępowanie w życiu. Nie minęło wiele czasu, jak w przestrzeni publicznej zaczęły się pojawiać opinie i podejrzenia, które są naturalnym odzwierciedleniem olbrzymich emocji. Kamery telewizyjne rejestrowały, co mówią zrozpaczeni, smutni ludzie. Później wyemitowano zmontowany film z tych samych wpowiedzi. Powstał wielki szum i rwetes, rozpętała się dyskusja o manipulacji opinią zwykłych ludzi i prawdziwości tych oświadczeń. Autorka dokumentu czasu została odsądzona od czci i wiary, a jeszcze niedawno ta sama stacja telewizyjna, która zmieszała z błotem jej kwalifikacje i talent wychwalała pod niebiosa jej film o trzech kumplach ze Staszkiem Pyjasem na czele. Znałem zamordowanego studenta z Krakowa i wiem, jak wiele w tym filmie naiwności i spekulacji. Wówczas jednak nie przeszkadzało to producentowi filmu, bo taka wersja wydarzeń pasowała do obowiązującej linii, dawniej nazywaną partyjną. Film "Silidarni 2010" wyprodukowała firma OPEN FILM GROUP reżysera Roberta Kaczmarka, który firmował już tak głośne projekty, jak film Grzegorza Brauna o Wałęsie i o generale Wojciechu Jaruzelskim. Obejrzałem wszystkie te filmy i nie pojmuję, jak to jest z oceną dzieła… Chyba to prawda, że łaska Pańska na pstrym koniu jeździ. Nigdy nie wiemy, jaki będzie los utworu, który powstaje w tak wielkim trudzie, kosztem wielu upokorzeń, a na pewno pomimo wszystkich naturalnych przeszkód. Jesteśmy mistrzami świata w improwizacji i dlatego powstało tak wiele świetnych filmów dokumentalnych. Gorzej jest z akceptacją wielkości dokonań bliźniego i nie chodzi tu o małostkową zawiść. Z tym mamy do czynienia na całym świecie. Sądzę, że tu chodzi o użyteczność dzieła filmowego i skuteczność jego oddziaływania na serca i umysły rodaków. Okazało się po raz kolejny, że nawet po śmierci Lenina, film naprawdę jest najważniejszą ze sztuk. Wódz Rewolucji Październikowej miał w tym wypadku rację. Cóż z tego, skoro w kraju nad Wisłą nie szanuje się twórców filmowych, a ich dzieła traktuje instrumentalnie. Na szczęście z czasem minie fala manifestacji, a film pozostanie na półce w archiwum. Po latach widzowie ze zdumieniem będą wysłuchiwali opowieści o tym, jak skrajne reakcje ludzi wzbudzał obejrzany przez nich dokument dawno minionej epoki.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS