RSS
 

Archiwum - Marzec, 2010

Treatment

31 mar



 Po zgłoszeniu projektu scenariusza do PISF mam przynajmniej pewność, że twórcy projektu "Chłopcy z nieba" zyskali ochronę praw autorskich. Dobre i to, chociaż przydałoby się nieco więcej przychylności i uwagi. Na początek kilka stron opisu autentycznej historii.

CZAS I MIEJSCE
AKCJI

 
Jest to opowieść o siedmiu chłopcach z jednego bombowca
Royal Air Forces. Każdy z nich pochodzi z innej części Rzeczpospolitej. Ba!…
dwóch znalazło się za Oceanem i do Wielkiej Brytanii dotarło aż z Argentyny i
Stanów Zjednoczonych. Reszta przedzierała się po klęsce wrześniowej przez
Rumunię do Francji aby walczyć w jej obronie. Po kapitulacji ewakuowani zostali
do Anglii, gdzie trafili do polskich dywizjonów RAF. W filmie relacjonujemy
siedem lotów bojowych siedmiu członków załogi bombowca Avro Lancaster w
składzie Dywizjonu Bombowego Ziemi Mazowieckiej. Siódmego czerwca  w czasie operacji D-Day rozpoczęli swoją serię
powietrznych wypraw nad Niemcy i okupowaną Francję. Siódemka okazała się
niestety liczbą nieszczęśliwą do tego stopnia, że 13 czerwca 1944 roku zostali
oni zestrzeleni przez niemiecki nocny myśliwec i spadli do jeziora Yjselmeer w
Holandii. Rekonstruując historię dokonań tej wspaniałej siódemki z Avro
Lancastera przywołujemy pamięć lotników zbratanych ze sobą na śmierć i życie.
Film ma również pewien ekumeniczny wymiar, bowiem wewnątrz samolotu lecieli ze
sobą Katolik, Żyd, Protestant, Kalwinista a także zdeklarowany ateista.
Niesamowita mieszanina Amerykanina, Ukraińca, Białorusina, Litwina, Słowaka i Polaków z centrum Rzeczpospolitej czyni bombowiec RAF
symboliczną międzynarodową przestrzenią. Ten wymowny symbol i fakt ma po
siedemdziesięciu latach od Bitwy o Anglię szczególnie uniwersalny wymiar.

PREZENTACJA BOHATERÓW OPOWIEŚCI

 
Losy wojennych asów przestworzy siegają początku XX wieku.
Urodzili się tuż po powstaniu Odrodzonej Rzeczpospolitej, a niektórzy jeszcze w
okresie walki o niepodległość Ojczyzny. Idyllicznych scen dzieciństwa i
dojrzewania jednak w filmie nie ma, bo wszystkich połączyła wojna. Jest pogodny
wrzesień 1939 roku na Kresach Rzeczpospolitej. Świeżo upieczony student historii doświadcza na własnej
skórze jej bezwzględnych praw. Jedno z nich głosi, że  historia jest nauczycielką życia. Drugie
prawo uzupełnia tę mądrość o zdanie tej oto treści:…" Jedyną konkretną rzeczą jaką wynosimy z nauki historii jest prawda,
że  że w rzeczywistości niczego nie jest
ona w stanie nikogo nauczyć
".                                                                                          Równocześnie z prezentacją sylwetki bohatera w tle są
ludzie w strojach z epoki i doskonale rozpoznawalne elementy miejsca, w którym
znajduje się postać z filmowej opowieści. Dotyczy to wszystkich siedmioro
przyjaciół tworzących załogę bombowca Avro Lancaster. Bombardowanie Wilna zmusza pierwszego z siódemki bohaterów
filmu do natychmiastowej  ewakuacji w
rejon zbiórki ochotników do walki z wrogiem. W ten sposób poznajemy Bogusława Franciszka Morskiego. Jego późniejszy
partner z pokładu bombowca na razie liczy 
akcje na Wall Street. Nic jeszcze nie zapowiada jego udziału w bojowych
misjach nad III Rzeszę. Józef Izaak
Feill
króluje na parkiecie realizując najbardziej  zyskowne transakcje. Świetny matematyk i potomek
pobożnych Żydów z Kalisza prosperuje na wysokiej stopie odpowiadającej jego
wspaniałym kwalifikacjom. Jedynie słuchając transmisji  radiowych przemówień Hitlera martwi się, gdy
CBS nadaje frontowe relacje z komentarzami Murrowe’a. Wtedy też w rodzinie
wybucha dyskusja o konieczności zniszczenia hitlerowców w zarodku.  Zwycięża jednak rozsądek starszyzny, która
twierdzi, że w neutralnej Ameryce jest dość dużo problemów i w pierwszym
rzędzie należy zadbać o ich rozwiązanie. Daleko na południu tego wielkiego kontynentu, w polskiej
prowincji Argentyny, żyje i pracuje młody Słowak z pochodzenia, przyjaciel wielu
polskich narciarzy z Korbielowa. Kształcący się na mechanika Jan Bokroś  przysłuchuje się wiadomościom o wojnie,
ofiarach, wśród których jest wielu jego ziomków i rodaków. Namawiany przez
polskich emigrantów waha się. Dopiero 
przystąpienie sąsiedniej Brazylii do wojny przeciw Hitlerowi skłania go
do opowiedzenia się po stronie rwących się do boju Polaków. Dociera wraz z nimi
do obozu  wojskowego w Wielkiej Brytanii.
Nie ma polskiego obywatelstwa. Słowacja jest przecież zdeklarowanym
sojusznikiem Hitlera. Sytuacja ochotnika jest więc bardzo niejasna. Potrzeba
jednak żołnierzy do walki. Wielka Brytania od wieków wykorzystywała olbrzymi
potencjał tkwiący w rezerwach pochodzących z jej licznych kolonii i państw
sprzymierzonych. Premier Winston Churchill sam w przeszłości dowodził
oddziałami wolontariuszy z różnych krajów. Po szczegółowym  przesłuchaniu i badaniach lekarskich
zdecydowano jednak zakwalifikować przybyłego z Argentyny kandydata do służby w
lotnictwie Royal Air Force. Świętowanie tego faktu jest pretekstem do pokazania
weselszej odsłony życia dywizjonu. Oprócz surowych regulaminów szkolenia jest
przecież czas na odpoczynek i rozrywki w gronie pełnych fantazji rówieśników.
Przyjechali do Wielkiej Brytanii ludzie z całego świata i w rzeczywistości jest
to istna Wieża Babel. W lotniczej bazie rozbrzmiewają pieśni w różnych językach i
narzeczach. Komisja  zwleka jednak
z przyjęciem kolejnego kandydata ze stolicy Polski. Pochodzenie niemiecko
brzmiącego nazwiska wyjaśnia pospiesznie sam Władysław Leppert.  Ubiegający się o przyjęcie do lotnictwa RAF pochodzi z
hugenockiej rodziny osiadłej przed wiekami w Rzeczpospolitej. Jest członkiem
zasłużonego rodu rycerzy,  potomkiem
wielkiego fabrykanta farb i lakierów produkowanych na potrzeby Marynarki
Wojennej RP. Świeżo upieczony maturzysta pragnie bić się z Niemcami,  tym bardziej, że jego ojciec, pułkownik Zygmunt Leppert,  nie może tego czynić będąc nieformalnym
więźniem gen. Władysława Sikorskiego na wyspie Bute. Zyskała ona złą  sławę "Wyspy wężów". Minie wiele czasu, zanim brytyjskie dowództwo
wyda pozytywne orzecznie w sprawie przyjęcia Władysława Lepperta do wojsk lotniczych  walczącego z wrogiem Imperium. W międzyczasie
Zygmunt Leppert zostanie zatrudniony w sztabie Armii Polskiej na Wychodźctwie, co diametralnie zwiększa szansę
Władysława na lotniczą karierę w Royal Air Force. Tego kłopotu nie ma technik Feliks Bladowski, który przed wojną
wraz z pilotem Rembeckim na warszawskim Okęciu doświadczyli  niejednej przygody w powietrzu. Feliks
Bladowski zdobył sławę legendarnej "Złotej Rączki" niosąc zawsze
pomoc, znajdującym się w pilnej potrzebie, lotnikom i kierowcom  samochodów. Właśnie dzięki jego technicznej opiece
pilot Stefan Rembecki potrafił
dokazywać cudów podczas rewii lotniczych na Polu Mokotowskim. Zawsze z
powodzeniem  tworzyli nierozłączny tandem
i przetrwali w tym samym składzie przenosząc się do polskiego dywizjonu
bombowego RAF. Podobnie, jak w Polsce, razem chodzili  na wódkę i na kobiety także podczas pobytu w
Wielkiej Brytanii. Obaj z trudem dotrzymywali jednak kroku ostatniemu z
załogi, strzelcowi Miszturakowi. Stanisław wodził rej 
we Lwowie podrywając panienki, uwodząc je śpiewem i żartami z iście
batiarowskim wdziękiem. Rejestracja śpiewów, tańców i muzyki w dywizjonowym
kasynie jest okazją do zaprezentowania autentycznych piosenek i hymnów
skomponowanych przez służących w lotnictwie artystów. Wśród pilotów są również
malarze, instrumentaliści, poeci oraz ludzie z wielkim talentem wokalnym, jak
Kazimierz Świtaj. Odtworzymy tę niezwykłą atmosferę umieszczając pary tancerzy
i muzyków w tle dialogów i przedstawionych wydarzeń z dziejów załogi bombowca
300 Dywizjonu Bombowego Ziemi Mazowieckiej.

LOSY BOHATERÓW W WIELKIEJ BRYTANII

Wymieniona siódemka lotników bombowych została
starannie  dobrana przez kadrowców RAF w
procesie tzw. "zgrywania załóg". Przedtem wszyscy członkowie załogi
Avro Lancastera odbywali własne szkolenia z pilotażu,  nawigacji, obsługi radiostacji pokładowych,
bombardowania, strzelectwa, a przede wszystkim techniki urządzeń i wszystkich instalacji pokładowych. Wojenne  kroniki propagandowe i frontowe news’y
wyświetlane są na ekranach kin we wszystkich stolicach Europy. Na ekranie
filmowym pokazano, jak różnymi szlakami 
docierali do Wielkiej Brytanii polscy ochotnicy walczący z niemiecką Luftwaffe. Poznajemy całą "siódemkę
wspaniałych" lotników przed pierwszym, ćwiczebnym lotem nasd  okupowaną Francję. Przed wylotem nowicjusze
przechodzą obrzęd swoistego laszowania. To niełatwy egzamin, jak uniwersyteckie
bachanalia beanów, Neptunalia  na pełnym
morzu, przed prawdziwym przyjęciem do elitarnego towarzystwa. Jednocześnie ma to ich uchronić i zapenić szczęśliwy
powrót do bazy. Wszyscy w to  głęboko
wierzą, a więc wszyscy też w tym uczestniczą… od asów przestworzy, poprzez
kapelana, aż po nieznanych bliżej idolom światowej awiacji
techników  lotniczych wychodzących na tę uroczystą chwilę z ciemnego kąta hangaru. Obserwowali
oni już niejedną katastrofę ludzi szkolących się i marzących o uczestniczeniu w
ceremonii laszowania lotników. Oglądają oni razem z pilotami filmowe zdjęcia z
takich wypadków wraz z instruktorami. Chodzi o znalezienie sposobu na
ograniczenie tak bolesnych strat w sprzęcie i ludziach. Pierwsza wyprawa bombowa nad hitlerowskie Niemcy rozpoczyna
się szczęśliwie, bowiem start odbywa się wzorcowo.  Pogoda jest idealna, a na trasie omijają ich
pociski z niemieckich myśliwców.  Owszem,
Miszturakowi udaje się nawet strącić zagubionego w chmurach marudera z  krzyżem wymalowanym na kadłubie uszkodzonego
Messerschmitta. Powodzenie misji opijają wszyscy razem w lotniskowej kantynie. Wszyscy
bawią się przypominając sobie dramatyczne epizody z długiego, pełnego emocji
lotu. Razem rozładowują się psychicznie przy szklance piwa, kieliszku dobrego
trunku, w towarzystwie wesołych dziewczyn. Chociaż knajpa dostępna jest  tylko dla oficerów, zaproszeni są tam
mechanicy, którym piloci zawdzięczają sprawność maszyny bojowej. Ich technika i
maestria jest nie tylko doceniona, ale głośno, pod niebiosa wychwalana przez
podziwiających ich kunszt lotników. Na scenie gra i
śpiewa do tańca zespół "Wesołej
Czwórki  Lotników
" pod
kierownictwem Jasia Wojewódki.
Zaintonowany hymn dywizjonu Lwowskich Puchaczy podejmuje cała sala. To
specyficzna formacja bojowa, która 
specjalizuje się w nocnych lotach myśliwskich i bombowych. 307
Dywizjon Lwowskich Puchaczy
łączy w sobie lotników tych różnych przecież
sposobów walki  powietrznej – myśliwców i
bombowców. Tu nie ma żadnych animozji, bezzasadnego poczucia wyższości, chociaż
zdarzało się to w innych bazach Wielkiej Brytanii. Towarzysze broni wzajemnie
się ubezpieczają i dopełniają w walce. Myśliwcy nazywają załogę bombowca Wielkim Bratem, a oni z kolei nadali
pilotom myśliwskim  równie miły dla ucha
przydomek, szybkich skurwieli. Właśnie
ten dywizjon ocalił hrabstwo Exeter od zniszczenia zabytkowej stolicy
malowniczego południa wyspy. Odwiedzający stację lotniczą dostojnicy z zaskoczeniem
obserwują, jak polscy lotnicy całują Jego Królewską Wysokość w dłoń, czego
etykieta stanowczo zabrania. Królowa Matka jest zachwycona. Premier Winston
Churchill usiłując wybrnąć z sytuacji pozwala sobie na żart: -  Dzisiaj Polacy wystrzelali już chyba wszystkie
Messerschitty co do ostatniego!…
                 Na co słyszy natychmiastową ripostę wśród polskich
lotników: -  Jeszcze jeden się tu nam ostał się wśród nas,
Panie Premierze…
       Jest nim mechanik, Henryk Messerschmidt. Zostaje on
uhonorowany odznaczeniem za wydatne przyczynienie się do ocalenia Exeter przed
skutkami bombardowania Luftwaffe. Takie oto wydarzenia przeplatają się z codzienną, wytężoną
pracą bazy lotniczej RAF. Monotonnię tych samych zajęć piloci i mechanicy wynagradzają
sobie opowieściami, które bardzo przypominają relacje rybaków po powrocie z
łowów. Są one równie barwne i tym bardziej przesadzone, im więcej słuchaczy i
słuchaczek gromadzi się wokoło opowiadającego o locie bohatera. Każdy lotnik
obawia się tego, co go czeka w powietrznej walce, wyprawie bombowej, a
jednocześnie niecierpliwie oczekuje rozkazu wylotu na kolejną misję bojową

 

CHRZEST BOJOWY AVRO LANCASTERA BH – 286C

 

Pierwszy lot bojowy załogi jest prawdziwą próbą generalną
przed otwarciem historycznej operacji D-Day.  Bombardowanie Aachen 28 maja 1944 roku wzmacnia we wszystkich członkach załogi
Avro Lancastera pewność siebie. Szczęśliwcy, przypadkowo dowiadują się  od podpitego kolegi, że RAF uznaje
wyszkolenie załogi bombowej za opłacalną operację dopiero po powrocie z piątego
lotu bojowego. Przed nimi jest do wylatania tura 30 misji  bombowych nad terytorium Niemiec i okupowanej
Francji. Po zbombardowaniu słynnego uzdrowiska Sangatte przychodzi kolej na zbrojną konfrontację z artylerią  nabrzeżną ustawioną na nabrzeżach w Crisberg. Powodzenie tej wyprawy
pozwala wyruszyć Avro Lancasterem w kierunku Achere, gdzie doszczętnie rozbito ważny  węzeł kolejowy. Płonie paliwo i alkohol,
którego tak szkoda amatorom mocnego trunku. Śmieją się z tego w kantynie pełnej
wysmienitych gatunków piwa, wódek, ginu i koniaków. Alkohol jest jednakże tylko
substytutem pozwalającym zapomnieć o grozie walki i jej potwornych skutkach.
Odwiedzają kolegów poparzonych wskutek pożaru samolotu i cudownie ocalonych po
trafieniu maszyny przez niemieckiego myśliwca lub nadbrzeżną artylerię.
Odprowadzają zmarłych na miejsce ostatniego spoczynku. Zdarza się, że nad
grobem grają nie tylko muzykalni towarzysze broni, ale odwiedzający dywizjon
słynni wirtuozi koncertujący przed wojną po całej Europie. Oprócz naturalnych, smutnych konsekwencji powietrznych
zmagań z przeciwnikiem mamy nierzadko do czynienia z konfliktami między
młodymi, krewkimi ludźmi o kobietę. Bójki mężczyzn o kobietę, zdarzające się
kradzieże paliwa i handel tym towarem, to tylko kilka spraw na wokandzie
kolegium, które musi obradować w ramach działalności 300 Dywizjonu Bombowego
Ziemi Mazowieckiej RAF. Obwinieni i osądzeni siedzą w anclu na terenie bazy zaś
ci z większymi wyrokami są odtransportowani do więzienia poza stacją lotniczą.
Opisane epizody nie stanowią jednak reguły lecz wyjątek i margines wydarzeń
wpływających istotnie na panujący w dywizjonie nastrój i atmosferę, która
wpływa na morale wojska. Nieoczekiwanie nastąpił dzień przerwy w lotach ze względu
na padający deszcz. Lotnicy mówią, że pogoda w Wielkiej Brytanii jest zawsze,
ale niestety, rzadko  świeci tu gorące
słońce, a najczęściej leje, jak z cebra. Na szczęście można ten czas miło
spędzić w kantynie, w towarzystwie pięknych, opuszczonych przez walczących
mężów  kobiet. Nie ma w tym nic z
niemoralnego handlu ciałem, ani zdrady małżeńskiej. Po prostu jest to
porozumienie z obu zaprzyjaźnionych stron, które doskonale  rozumieją swoją sytuację. Lotnicy czule i
troskliwie opiekują się wybranymi damami swojego serca, niczym średniowieczni
rycerze podwikami. Otrzymują od nich w zamian prawdziwe uczucie  podziwu i szacunku.  W nocy z 9 na 10 czerwca nawierzchnia w bazie jest już na
tyle utwardzona, że można wreszcie pozwolić na start załóg bombowych. Z aerodromu
w Faldinworth polski Avro Lancaster leci w stronę wrogiego
lotniska Flers. Bomby spadają na
stojące maszyny, hangary i składy paliw. Ginie przy tym bardzo wielu
pracowników obsługi niemieckiej bazy lotniczej we Francji. Nikomu nie zdrży
ręka, bowiem podobnie działo się na brytyjskich lotniskach po nalocie Heinkli i
Messerschmittów. Przycisk bom zostaje zwolniony po dokłanym namierzeniu celu i
odliczeniu poprawki na wiatr. Przy okazji jest to celny odwet za zbombardowanie zabytków Coventry i setki ofiar ginących po wybuchach V1 i V2.

 

KULISY WIELKICH OPERACJI POWIETRZNYCH

 

Młodzi, polscy bombowcy nie zastanawiają się za bardzo na
tym dylematem, czy w dole  giną niewinni cywile, czy też są to zahartowani w boju
niemieccy żołnierze na posterunku strzelający ku nim ze wszystkiego, co mają
pod ręką. Obowiązuje zasada, że myślenie o tych sprawach  zniszczy każdego. Nikt nie jest odporny na
wyrzuty sumienia i przerastajacą człowieka wyobraźnię. Dzienny sen nie przynosi
jednak ukojenia, bowiem wszyscy śnią to, co widać z wysokości podczas nalotu. Wyobrażają sobie,
co się może dziać w ognistym piekle, jaki wywołało ich bombardowanie.
Współczucie ginie  jednak wraz ze
wspomnieniem strąconych przez artylerię bombowców, którymi lecieli ich koledzy.
 Niektórym członkom załogi samolotu
wydaje się nawet we śnie,  że słyszą
przeraźliwe krzyki umierających lotników. W nocy i we dnie widzą ich twarze.
Ten koszmar może stłumić tylko następna porcja silnych wrażeń w kolejnej  misji bombowej nad Niemcami. Nieocenioną
pomoc niesie ksiądz kapelan, który potrafi uspokoić te wszystkie duchowe
rozterki i zwykły ludzki strach. Podobne napięcie istnieje również po drugiej stronie. Tam
również znajduje się centrum dowodzenia, bateria artylerii z reflektorami
łukowymi, których zwierciadła są skierowane prosto w niebo. Kiedy syreny sygnalizują
cywilom konieczność udania sie do schronu, piloci biegną w stronę rozgrzanych
maszyn bojowych i startują na spotkanie formacji alianckich bombowców. W
powietrzu i na ziemi trwa nieustanny pojedynek wrogów zdesperowanych do walki na śmierć i życie. Obserwujący te zmagania
reporter wojenny odnosi wrażenie, jakby żołnierze przypominali zawodników
uczestniczących w sportowych zmaganiach. Kiedy bombowiec zostanie namierzony
smugą reflektorów i trafiony celną serią pocisków z dział lotniczych,
natychmiast powstaje wielka wrzawa, jak po strzeleniu gola przez napastnika. Ten koszmarny doping wzmagają radiowe przemówienia
Goebbelsa. Z drugiej strony premier Winston Churchill nie ustępuje w dosadnej
treści swoich przemówień do Narodu. Stara się sumiennie przygotować
Brytyjczyków na cierpienia i ciężką walkę mówiąc: „Obiecuję wam pot, krew i łzy”… aż do zwycięstwa! Pomimo fiaska
operacji Lew Morski Bitwa o Wielką
Brytanię nadal trwa. Tym razem oprócz myśliwców w powietrznych operacjach
bierze udział coraz więcej załóg bombowych. Wśród nich jest siedmiu wspaniałych
polskich lotników. Zbombardowany w nocy z 11 na 12 czerwca węzeł kolejowy w Evreux 
przypomina do złudzenia wyprawę nad Achere, lecz jest on  o wiele
silniej broniony a tym samym obficiej bombardowany. Również tym razem udaje się
powrócić do bazy bez większych uszkodzeń. Owszem, w kadłubie jest  wiele dziur po pociskach, nawet większe
otwory po działkach pokładowych, ale maszyna nie utraciła swoich
technicznych możliwości lotu i zabrania kolejnego ładunku  bomb na następną wyprawę.

BOMBOWE WYPRAWY DO POLSKI

 W tle wielkich operacji powietrznych zaistniały też
wyprawy do walczącej Warszawy i zrzuty dokonywane z udziałem słynnego dowódcy
polskiego lotnictwa Ludomiła Rayskiego. Również OPERACJA MOST III z udziałem
Władysława Gedymina, umożliwiła wysłanie do Wielkiej Brytanii szczątków rakiet
V1 i V2. Na pokładzie brytyjskiej DAKOTY znajdowali się tacy dygnitarze i
kurierzy, jak Józef Hieronim Rettinger, czy Jan Nowak Jeziorański. Są to
oczywiście historyczne epizody, jednak na tyle znaczące w tej wojnie, że
niezależnie od toku akcji związanej z siódemką bohaterów powinny się one
znaleźć w filmie, jako istotny wkład Dywizjonu Ziemi Mazowieckiej w ostateczne
zwycięstwo nad Niemcami. Opisane operacje istnieją w tle historii siódemki
wspaniałych bombowców, którzy są z tego samego dywizjonu. Obcują z tymi samymi
postaciami, które zaistnieją w tle filmowej opowieści by rekonstrukcja faktów
była maksymalnie wierna i zgodna w szczegółach z wojenną rzeczywistością.

PRZED OSTATNIM LOTEM AVRO LANCASTERA

 
Anglicy
zwykli powtarzać: "Last but not
least…".
Niestety, wyprawa nad Gelsenkirchen okazała się siódmym i ostatnim lotem załogi  polskiego bombowca RAF. W jej składzie byli
przedstawiciele różnych wyznań mieszkający w różnych regionach przedwojennej
Polski i świata. Ekumeniczny 
przekrój narodowościowy i wyznaniowy sprawia, że ta załoga jest
wspaniałym symbolem harmonii i porozumienia ludzi pochodzących z różnych
środowisk  społecznych. To jednak chwila
osobistej dygresji autora przed ostatnim startem Avro Lancastera z bazy RAF w
Faldinworth. Dzisiaj stoi tam pomnik poświęcony 
lotnikom, którzy latali stąd nad hitlerowskie Niemcy z misją
bombardowania zakładów zbrojeniowych, fabryk i rafinerii. Podczas jednej z nich
zrzucono nad obozem  jeńców wojennych
protezę dla Młodszego Brata, brytyjskiego asa lotnictwa
myśliwskiego – Andreasa Badera. Najbardziej dramatycznym epizodom wojny zawsze
towarzyszyła jakaś komiczna sytuacja, jak w codziennym życiu. Nawet największa
kanonada musiała się kiedyś skończyć, a żołnierz kładł się spać po walce, aby
po obudzeniu się wziąć udział w następnej batalii. Oprócz dział, armat, rakiet
i ryku silników słychać było czasami muzykę i śpiew. To również obraz teatru
wojennego, jaki był udziałem wszystkich uczestników drugiej wojny światowej. Obserwowali te wojenne przedstawienia i czynnie, z wielkim
zaangażowaniem uczestniczyli w dywizjonowych uroczystościach dygnitarze Rządu
Rzeczpospolitej na Wychodźctwie. Podczas jednej z wizyt generała Władysława
Sikorskiego w bazie lotnik Bochniak zachęcony do szczerej wymiany myśli zadaje
kilka śmiałych pytań, na co słyszy ripostę zwierzchnika: - Posłuchaj synku,
zamiast rzucać bezpodstawne oskarżenia powinieneś skupić się na lataniu. Masz
walczyć i zwyciężać, żebym ja miał argumenty do dyplomatycznej walki o
Polskę…

  Zbesztany  pilot myśliwski salutując przyznaje generałowi rację i
przeprasza za niesubordynację, której żałuje. Udobruchany Generał wybacza mu i
powraca do obserwacji uroczystości lotniczych. Tak dramatyczne i zabawne, czasem liryczne epizody wojny
często zapowiadają nadchodzącą tragedię. Również i nasza siódemka wspaniałych
lotników z Avro Lancastera nie spodziewała się katastrofy, z jakiej ocalał
tylko jeden z nich. Wszyscy byli jednak świadomi ponoszonego ryzyka i gotowi
ponieść najwyższą ofiarę w walce „O
wolność Waszą i Naszą
”..

OSTATNIA WYPRAWA BOJOWA ZAŁOGI  BH-286C  NAD NIEMCY

 
Nasi znajomi lotnicy nie mieli tej czerwcowej nocy
pokojowych  zamiarów. Dostali rozkaz
zbombardowania fabryki oleju syntetycznego w Gelsenkirchen. Najpierw cel
określiły myśliwce bombardujące Mosquito. W rozpalone  ognisko bomb zapalających kierowały się kolejne
maszyny formacji bombowej. Dywizjon 300
Ziemi Mazowieckiej
wysłał na tę misję osiem maszyn bojowych.  Wśród nich był Avro Lancaster oznaczony kodem
BH- 286C. Bombardier Morski zrzucił półmetrowej długości listki
folii aluminiowej, która powodowała fałszywy 
obraz i zakłócenia na ekranach niemieckich radarów. Po namierzeniu celu
padła komenda "Bombs gun!".
W odpowiedzi rozlega się potwierdzenie:"Bombs away".  W stronę
niemieckiej rafinerii  leci seria 500
funtowych bomb zapalających i pięciotonowy olbrzym zwany „Cook”. Spojrzenie
kontrolne bombardiera w dół trwa bardzo krótko. Dobra robota została wykonana.
Jeszcze tylko należy wykonać kilka fotografii zbombardowanego celu i można wracać do bazy. Powrót  wydaje się bezawaryjny. Samolot mija smugi reflektorów i zbliża się w kierunku wybrzeży Holandii. Bogusław Morski
pozwala sobie na głośne rozmyślania o losie 
żołnierzy uczestniczących w inwazji: "Oni za parę
godzin mogą zginąć na tych wybrzeżach, a my spokojnie wracamy do domu…"
                                                                               Ledwie wypowiedział tę myśl, już  pojawił się nocny myśliwiec Messerschmitt BF
110, uzbrojony w zsynchronizowane działka z doskonałym radarem pokładowym.
Pilot usadowił się w tzw. "martwym punkcie", skąd nie  dosięgały go lufy strzeców w wieżyczkach
bombowca. Celna seria spod ogona w górę uczyniła wyłom w kadłubie Avro
Lancastera. Pociski zabiły Izaaka Feila,  ciężko raniły pilota Rembeckiego, także
radiotę Bokrosiai spowodowały zwarcie w instalacji elektrycznej.
Momentalnie wybuchł pożar na pokładzie, ale nie było czasu na jego ugaszenie.
Zablokowani  strzelcy w wieżyczkach
umierali z barku tlenu i ogromnej temperatury. Poprzez trzeszczące radio można
w słuchawkach usłyszeć głos umierającego Władka Lepperta. Uwięziony w
przezroczystej kapsule górny strzelec śpiewnym głosem mówi do rannych kolegów
nie wiedząc, że niewielu z nich przeżyło ostrzał z nocnego myśliwca: - Ach,  jak słodko i zaszczytnie jest umierać za
ojczyznę…

O wiele bardziej zdecydowany  i praktyczny jest technik pokładowy
trafionego bombowca. Awaria wszystkich instalacji uniemożliwiła obrócenie i
otwarcie kapsuł, w których obaj byli 
uwięzieni. Ranny pilot Rembecki leżał na wolancie. Mechanik Bladowski
pomógł Morskiemu wygramolić się z nosa Avro Lancastera. Powiedział tylko jedno
słowo:  "Skaczemy!". To wystarcza Morskiemu, by zrozumiał, że nie ma innego
wyjścia, jak przez wyważone drzwi bombowca. Pierwszy otwiera je Bladowski i
wypada na zewnątrz. Przed bombardierem wolna droga do ocalenia. Rad nierad
wybiera jedyne możliwe wyjście. Spadając w dół obserwuje płonącą maszynę, która
wolno pogrąża się w odmętach jeziora.

BILANS OFIAR I CUDOWNE OCALENIE

 
Mechanik Bladowski ocalił w ten sposób bombardierowi
życie. Sam niebawem utonął w zimnych wodach jeziora Ijselmeer. Bogusław przez cały
czas pobytu w wodzie  święcie wierzył w
to, że kto, jak kto, ale człowiek o nazwisku Morski nie może przecież w morzu utonąć… Wydobyli go rybacy
holenderscy i zgodnie z procedurami przekazali niemieckim marynarzom. Bogusław
Morski wraz z innymi schwytanymi lotnikami został przewieziony do centrum przesłuchań, a następnie umieszczony w słynnym
obozie jeńców wojennych  SAGAN BEFEHL. W
drodze do miejsca internowania obserwuje morze ruin i stwierdza z zadowoleniem, że również dzięki niemu kawał porządnej
roboty został  jednak wykonany. W niewoli spotyka się z wcześniej strąconymi kolegami z
dywizjonu. Razem obserwują lot formacji bombowej w kierunku bazy rakietowej
Pennemunden na wyspie Uznam. Widzą też późniejsze wyprawy ze zrzutami żywności
nad Holandię w ramach operacji MANNA. Morski dowiaduje się, że nie byli jedyną
zestrzeloną załogą tej tragicznej nocy, w której ocalał tylko on jeden z całej
siedmioosobowej załogi. Nie brakuje mu tematów do rozmowy i zagadek do
wyjaśnienia. Przeraża go myśl o bezczynności, na jaką skazany jest więzień
Offlagu. Morski przybywa do miejsca, skąd udało się niedawno uciec
około 50 jeńcom alianckim. Większość schwytano i rozstrzelano. Nie ryzykuje
ucieczki.  Zostaje wyzwolony przez wojska
radzieckie. Po braterskim spotkaniu wojsk nad Łabą Rosjanie przekazują
Morskiego Amerykanom. Trafia on na kolejną komisję  weryfikacyjną obradującą w Saint Paul
College. Z pewnym trudem, jednak udaje mu się udowodnić, że
wszystko, co opowiedział o tragedii załogi z jego bombowca jest szczerą prawdą.
Skierowano go do pokojowej formacji maszyn 
transportowych. Nie ma już potrzeby lotów bojowych, a na lotniskach
okupowanych przez aliantów w Niemczech królują głównie myśliwce, które
patrolują przestrzeń powietrzną. Polscy piloci tworzą klucz lotniczy nad defilującymi
oddziałami zwycięzców podczas Victory Day. Na ziemi nie ma zaproszonych do
udziału w paradzie Polaków. Owszem, są w tłumie obserwatorów tej podniosłej
uroczystości. Polscy lotnicy z goryczą patrzą na pozdrawiającą maszerujących
żołnierzy rodzinę królewską z premierem Churchillem na balkonie pałacu
Buckingham. Służby porządkowe dopuszczają się nawet brutalnego pobicia
protestującego głośno pilota z naszywkami POLAND na ramieniu. Pozostawiają go w
kałuży krwi, a tłum świętujących poddanych Korony Brytyjskiej odsuwa się od
uciszonego w ten sposób Polaka leżącego w kałuży krwi. Ta dziwna forma
wyrażania wdzięczności przez Aliantów skłania bohaterów Bitwy o Wielką Brytanię
do głębokiej refleksji. Rozczarowany kompromitującą postawą Brytyjczyków wobec
Polaków, Bogusław Morski oddala się wreszcie od lotnictwa. Nawiązuje bliski kontakt z Amerykanami, a przede wszystkim
z piękną Amerykanką, która zakochuje się w Polaku z wzajemnością. Ten pilny student
historii powszechnej świata szybko zapomina o Uniwersytecie im. Stefana
Batorego w Wilnie. Morski doskonale wie, że nie może już wrócić na dawne Kresy
Rzeczpospolitej. Zamierza zerwać z wybranym jeszcze przed wybuchem wojny
kierunkiem nauki. Czuje, że wobec historii jest bezsilny i nie ma sensu
roztrząsać filozofii praw rządzących wydarzeniami na froncie walk cywilizacji. Rozczarował się najnowszą historią i jej tragicznymi dla
Polski skutkami do tego stopnia, że również z wojskiem i lotnictwem nie chce
mieć już nic wspólnego. Prosi władze wojskowe o przeniesienie do cywila i wyjeżdża ze świeżo poślubioną
małżonką za Ocean. Jego koledzy, którym nie udało się pozostać w Anglii i
wyjechać za Ocean decydują się na powrót do kraju. Właśnie tam, zamiast wdzięczności za ofiarną walkę, czeka
ich „pot krew i łzy” tak dobrze
pamiętane ze słynnego przemówienia Churchilla. To już jest jednak zupełnie nowy rozdział życia bohaterów
i inna historia…

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

linki do recenzji filmu: „Chłopcy z nieba”

31 mar

BOHATEROWIE SCENARIUSZA FILMOWEGO

http://www.albumpolski.pl/index.php?act=view&ktg=46&idt=1384

OPIS ZESTRZELENIA BOMBOWCA AVRO LANCASTER

http://pl.info.pl/img/KOWALEWSKI_ZBIGNIEW/aviacje.pdf

PIOSENKI I MARSZE LOTNICZE

http://www.albumpolski.pl/index.php?act=view&ktg=46&idt=1429

AERODROMY DYWIZJONÓW RAF

http://www.albumpolski.pl/index.php?act=view&ktg=46&idt=1443+

OPOWIEŚĆ O ZAŁODZE BOMBOWCA BHC DV286

http://www3.sympatico.ca/hobot/SKYBOYS.pdf

FILMOWA RELACJA DOKUMENTALNA Z WYDOBYCIA WRAKU I POGRZEBU ZAŁOGI:

REQUIEM DLA ORŁÓW cz2

REQUIEM DLA ORŁÓW cz2

SPEŁNIONA MISJA

Nie należy tracić nadziei, że na tym musimy poprzestać. W epoce kina trójwymiarowego możemy się spodziewać remake’ ów wszystkich wielkich superprodukcji w rodzaju "TORA, TORA, TORA", "Bitwa o Midway", "Bitwa o Anglię", czyli tych filmów, gdzie przestrzeń jest niesamowitym teatrem zarejestrowanych batalii na lądzie, wodzie i przede wszystkim w powietrzu. To tylko kwestia czasu i woli Mecenasa. Sądzę, że taki w końcu się pojawi…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

szansa na polski film lotniczy

30 mar

Zastanawiało mnie, dlaczego do tej pory na ekranach polskich kin nie pojawiły się znaczące filmy o wyczynach polskich lotników. Nawet bracia Czesi zrobili z hollywoodzkim rozmachem swój "Ciemnoniebieski świat", chociaż ich dokonania były o wiele skromniejsze, niż polskich pilotów myśliwskich i bombowych. Za Oceanem usłyszałem nawet ze zdziwieniem pytanie znawcy historii awiacji, czy Polacy naprawdę mieli lotnictwo bombowe?… Aby nikt mi nie zarzucił, że potrafię tylko narzekać napisałem dość obszerny konspekt scenariusza "Chłopcy z nieba". Zgłosiłem go do jedynej w naszym kraju instytucji, która jest w stanie profesjonalnie zrealizować to, co zostało szczegółowo opacowane przez autora projektu filmowego. Jakież było moje zdziwienie, gdy w recenzjach przeczytałem uzasadnienie odmowy finansowania prac nad scenariuszem tego filmu. Otóż, występujący w programie o znaczącym tytule – "Kocham kino" redaktor Tadeusz Sobolewski poświęca owocowi ponad pięcioletniej pracy kilka zdawkowych zdań. Trudno to nazwać recenzją, ale jeden cytat z jego opinii świadczy, że lektura tekstu "Chłopców z nieba" miała chyba miejsce gdzieś w przelocie między jednym, a drugim zajęciem tego wziętego publicysty. Pisze on, że "Nie ma idei: o czym ma być film. Gatunkowo należałby on do tradycji wojennych dramatów lotniczych, angielskich i amerykańskich – ale autor scenariusza nie wskazuje na żadne filmowe odniesienie. Zamieszczone fragmenty przyszłego scenariusza, dialogów, są jedynie sztucznym ożywieniem martwego materiału. Film taki, gdyby miał powstać – rzadkość w naszej kinematografii; ostatnie tego typu filmy robił u nas Hubert Drapella w latach 50/60 – musiałby być kosztowną koprodukcją. Nie wydaje się, aby ten projekt dawał tego rodzaju szanse." Tej klasy recenzent powinien pamiętać Piotra Dejmka w roli pilota bombowca. Aktor jest w moim wieku, więc jest to film zrobiony ćwierć wieku później. To po pierwsze. Druga sprawa jest o wiele poważniejsza. Wydaje mi się, że tak doświadczony publicysta nie powinien mieć kłopotu z czytaniem ze zrozumieniem. Tymczasem zachował on chyba głównie umiejętność szybkiego czytania. Szkoda, że po zbyt powierzchownym poznaniu tekstu ustanowiony autorytet wygłasza sądy skreślający kolejny projekt filmu lotniczego. Może zadowala go realizacja filmu o Dywizjonie 303 przez angielskiego reżysera i emitowanie go brytyjskim Channel 4. Aby mogli go obejrzeć polscy widzowie telewizja musi wydać pieniądze, których i tak już ma niewiele. W ten sposób, dzięki rodzimym autorytetom, mamy filmy pokazujące polską historię w krzywym zwierciadle państw ościennych i tych, które bezkarnie propagują wiedzę o naszej Ojczyźnie w sposób instrumentalny, nie zawsze przychylny dla Polski. Nadchodzi właśnie kolejna, okrągła rocznica Bitwy o Wielką Brytanię. W zeszłej dekadzie "zapomniano" wziąć z dygnitarzami asa Battle of Britain, Stanisława Skalskiego. Kiedy Anglicy usłyszeli o takiej małostkowości polityków, złożyli się na bilet dla polskiego pilota. Gościł go emerytowany kolejarz, podczas gdy VIP-y zostały ulokowane w drogich,  eleganckich hotelach Londynu. Niczego nie oceniam, ale ta sytuacja powraca za każdym razem, gdy usiłuję przypomnieć prostą prawdę, że wyczyny polskich pilotów, ich zwycięstwa umacniają morale narodu w najcięższych chwilach. Czasy nie są łatwe i warto ludziom dać od czasu do czasu coś budującego psychicznie. Naprawdę, nikt w świecie za nas tego nie zrobi…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS