RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Bez kategorii’

o „REQUIEM DLA ORŁÓW”

12 paź

W oczach potomnych pozostaniemy tacy, jak nas opiszą współcześni i zapamiętają nas…
Zimą, czyli już niebawem, nakładem Oficyny Wydawniczej AURORA, ukaże się trzecia książka z cyklu POLSKIE SKRZYDŁA p.t: „Requiem dla Orłów”.
Pierwszą przyczyną sprawczą, dla której zdecydowałem się kontynuować publikację tej lotniczej serii, jest swoisty boom na tematykę historyczną. duoBOOKOtoczony dość przychylną atmosferą środowiska twórców kina, powstaje ekranizacja reportażu Arkadego Fiedlera o Dywizjonie 303, ale przecież oprócz asów myśliwskich w Wielkiej Brytanii latali i ginęli także polscy lotnicy bombowi. To wymaga naprawdę ogromnego zdyscyplinowania i wielkiej odwagi, aby przez kilka godzin trwać na wyznaczonym kursie i nie mając możliwości zejścia z linii ostrzału kontynuować misję bojową. Zostało to opisane przez tych, którym udało się przeżyć, a wszechstronnie uzdolnieni lotnicy mają także dar narracji na miarę poległego, w czasie nocnego lotu pilota, Antoine’a de Saint Exupery’ego.
Od lat obserwowałem losy żyjących legend polskiej awiacji i tych pilotów, którzy odeszli już do Niebieskiej Eskadry. Rejestrowałem ich opowieści i refleksje montując z nich telewizyjne newsy, reportaże i filmy dokumentalne. ssbookTym razem zdecydowałem się na quasi literacki zapis tych myśli z elementami artystycznej fikcji na użytek kina. Dość ryzykowny format przekazu opowieści o siedmiu lotnikach z polskiego bombowca RAF, wynika z utylitarnego celu, jakim jest realizacja filmu. Nigdy nie ukrywałem przed czytelnikami, że jestem przede wszystkim reżyserem, a nie pisarzem, co zresztą udowadniam załączając do każdej swojej książki DVD z filmem pod tym samym tytułem, identycznym z zawartością wydanego woluminu. bDlatego też nie dziwię się reakcji odbiorcy, który czytając i oglądając na ekranie „Spętanego Anioła” (o Stanisławie Skalskim), czy „Z nieba do Nieba” (o Janinie Lewandowskiej) stwierdza, że nie ma tam typowego elementu literackiej fikcji, czy estetycznych opisów świata przedstawionego przez autora. Tam jest przede wszystkim obszerna, szczegółowa dokumentacja faktów i postaci dramatu, jaki rozegrał się przed kilkudziesięciu laty podczas drugiej wojny światowej.

COVERRRNie inaczej jest w „Requiem dla Orłów” z tym, że myśląc o przyszłym filmie do kin wykorzystuję istniejące w internetowej przestrzeni fragmenty tekstów, interpretacje dokumentów, historyczne komentarze, a przede wszystkim ikonografię ilustrującą dzieje siedmiu misji polskich lotników bombowych z Avro Lancastera 300 Dywizjonu Bombowego Ziemi Mazowieckiej. Jest to uzasadnione oczywistym brakiem oryginalnych zdjęć, choć mimo surowego zakazu fotografowano się tam wzajemnie i jakaś część negatywów, czy odbitek znajduje się w prywatnych i muzealnych archiwach. Używam więc pozostałych po żywych ludziach, tych jedynych świadectw istnienia bohaterów, o których staram się opowiedzieć. Zamiast ich twarzy na stronicach książki pojawiają się twarze zupełnie innych ludzi, ale noszą oni takie same mundury, jedzą i piją to samo, co Władysław Leppert, Bogusław Morski, Franciszek Rembecki, Issack Joseph Feil, Stanisław Miszturak, Jan Bokroś i Feliks Bladowski.
Takich siedmioosobowych załóg, które w bazie lotniczej Faldinworth razem spożywały posiłki i bawiły się śpiewając w kantynie, było bardzo wiele. Niewymienialny w tej ikonograficznej operacji jest tylko Adolf Hitler, premier Winston Churchill i królowa Imperium Brytyjskiego. Józef Stalin Dżugaszwili istnieje daleko w tle tych wydarzeń.AVROmenRequiem dla Orłów” jest osobistą relacją z eksploracji szczątków strąconego przed laty bombowca, ale przy tej okazji nastąpiło odtworzenie historii, opowiedzianej nam przez ocalałego z tej katastrofy bombardiera Morskiego. Idealnym środkiem do jej wiernego przekazania jest film. Zrobiłem to już w formie dokumentu, a jeśli znajdzie się ktoś równie o tym przekonany, jak ja, to może wreszcie powstać fabularna wersja dziejów siedmiu misji bojowych Avro Lancastera, oznaczonego na kadłubie znakiem rozpoznawczym BHC 286 D.

Podobną funkcję, jak uwiecznione na fotografiach wizerunki lotników, dowódców, mechaników, członków obsługi technicznej dywizjonu, spełniają cytaty listów pisanych do rodziny, pamiętników, codziennych raportów, a także istniejących już relacji znad tego samego akwenu, nad którym w nocy z 12 na 13 czerwca 1944 roku rozegrała się tragedia polskiej załogi. Zestrzelił ich myśliwiec Luftwaffe i właśnie jako uzupełnienie realiów wstawiłem cytat z opisem diametralnie odmiennych akcji. Len Deighton, którego „Bombowiec” inspirował twórców legendarnej „Bitwy o Anglię”, niezwykle sugestywnie i plastycznie przedstawił sytuację nocnego myśliwca, który polując na Avro Lancastera sam zostaje zestrzelony. Śmiertelnie ranny pilot i nawigator Messerschmitta BF110 spadają w wody Ijseelmeer, gdzie faktycznie zginęli koledzy Bogusława Morskiego. Natomiast w tej samej powieści załodze trafionego przez niego bombowca RAF udaje się cudem powrócić do macierzystej bazy w Anglii i szczęśliwie wylądować.
To wszystko jest oczywiście literacką fikcją, wymyślonymi epizodami wojny w powietrzu, rozgrywającej się na nie istniejącym aerodromie w dniu 31 czerwca, którego nie ma w żadnym kalendarzu świata. Drobiazgowo opisane przeżycia niemieckich i brytyjskich lotników są jednak rzeczywiste i prawdziwe do bólu. W takim właśnie piekle cierpieli zestrzeleni przez niemieckich myśliwców polscy bombowcy.BMOKRSKI Los polskiego samolotu z 300 Dywizjonu Bombowego, także był inny, niż opisany w cytowanych fragmentach powieści, która ukazała się w Polsce pod zmienionym tytułem „Nalot”.
Słowa ocalałego bombardiera Bogusława Morskiego zostały zarejestrowane na taśmie filmowej i utrwalone w druku. Są teraz podstawą scenariusza, który na stronicach „Requiem dla Orłów” stanowi na razie wstępny szkic, bo przecież wiadomo, jak bardzo zmienia się jego struktura w zależności od istniejących realiów i budżetu, jakimi dysponuje producent. Niezależnie jednak, czy ten film kiedyś powstanie, losy siedmiu wspaniałych chłopców z polskiego bombowca zasługują na opisanie i utrwalenie w takiej, dość surowej czy innej, bardziej rozbudowanej formie. Czas w końcu pokaże, na ile nas rzeczywiście stać.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Szkic do scenariusza bombowego

08 paź

ZIBIKPiszę ten tekst w nocy, przypatrując się uważnie słowom i obrazom, z których większość znalazło się już w kolejnej książce Oficyny Wydawniczej Aurora, z historycznego cyklu: POLSKIE SKRZYDŁA
Requiem dla Orłów„. Już po jej napisaniu obejrzałem film, w którym aktor wypowiada znamienną kwestię, że jego partner popełnia poważny błąd skupiając się tylko na realizacji spraw, które są dla człowieka możliwe…

Nie formułowałem tego w słowach, ale teraz wiem, że racjonalizm nie wystarcza do spełnienia marzeń. Opowieść o Polakach z bombowca RAF 300 Dywizjonu Ziemi Mazowieckiej powstawała z nadzieją, że skoro jest dobry klimat dla ekranizacji znanego reportażu „Dywizjon 303” Arkadego Fiedlera o polskich pilotach myśliwskich, to może ktoś zainteresuje się wreszcie naszymi bombowcami w służbie RAF… Osiągnięcie etapu realizacji zdjęć jest w polskich warunkach wyczynem na granicy cudu, ale okazało się to wykonalne nawet tu, nad Wisłą. Uparty producent i jego ekipa filmowa przecierali trudny szlak w kierunku, który wytyczam opisując strona po stronie, scena po scenie to, co usłyszałem od weteranów awiacji i kombatantów drugiej wojny światowej.
Naprawdę, nie było łatwo przekonywać internautów i ludzi mających dostęp do funduszy, aby poświęcić je na film o polskich lotnikach. Nazwisko reżysera, Ridleya Scotta z polskimi korzeniami Skotnickich, operatora Sławomira Idziaka, czy George’a Cloney’a i Brada Pitta w roli asów przestworzy nie poruszyło serc i umysłów, aby oddali na ten szlachetny cel choćby symboliczną złotówkę. Na koncie zgłoszonego projektu ostatecznie pozostało okrągłe zero. Ostatecznie jednak zdesperowany wizjoner osiągnął przynajmniej połowiczny sukces wygrywając z Władysławem Pasikowskim wieloletnią batalię dofinansowanie przedsięwzięcia z budżetu Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej. Kiedy sytuacja dojrzeje na tyle, że i moja wizja nabierze realnych kształtów, pójdę być może podobnym tropem.LOT
W rozmowie z utalentowaną i doświadczoną graficzką, która dba o wygląd każdej z kilkuset stron opracowania dziejów siódemki lotników bombowych, usłyszałem, że dla kobiety nie ma większej różnicy pomiędzy formacjami dywizjonów myśliwskich i bombowych RAF. Utwierdziło mnie to w zamiarze uprzystępnienia Polakom wiedzy o tym, że w okresie drugiej wojny światowej nie tylko piloci dywizjonu 303 walczyli pod brytyjskim niebem. Różnicę między ogromną superfortecą, a szybkim i zwrotnym, jednoosobowym samolotem można ujrzeć na wykonywanych rekonstrukcjach maszyn bojowych RAF i modelach redukcyjnych. Wyszkolony myśliwiec w kabinie Hurricane, czy Spitfire, mógł swobodnie manewrować w powietrzu, rzucając się do walki, unikając jej w stosownej chwili i powracając dzięki opanowanej akrobacji, do korzystnej pozycji strzeleckiej. Natomiast ciężki samolot w formacji bombowej musiał bezwzględnie lecieć po ściśle określonym kursie i do chwili bombardowania celu był podporządkowany poleceniom prowadzącego dowódcy. To było niebywałe bohaterstwo, bo ci straceńcy nie mieli innej możliwości obrony przed samolotami wroga, jak ostrzeliwanie się z działek i karabinów maszynowych. Ponosili olbrzymie straty w ludziach i sprzęcie, co zostało odnotowane w licznych raportach i pamiętnikach tych, którym udało się wyjść cało po odbyciu pełnej tury lotów bojowych. Istnieje nawet malarska wizja ostatniego lotu BHC286D powracającego z nalotu na zakłady w Gelsenkirchen do macierzystej bazy RAF w Faldinworth. Nic nie stoi na przeszkodzie (oprócz braku funduszy) aby statyczna wizja malarska nabrała dynamiki na ekranie kina.KABAROWSKI
Nie wszyscy Polacy czytali kultową powieść „Bombowiec„, „Spitfire„, „Żądło Genowefy„, „L jak Lucy„, czy „Siedmiu z Halifaxa„. Kilkanaście polskich dywizjonów, to spora ilość ludzi, z których wielu oddało swoje życie w walce z potężną siłą hitlerowskiej Luftwaffe. Jedyny, ocalały z katastrofy bombardier Bogusław Morski w ostatnich latach życia poświęcił się bez reszty poszukiwaniom szczątków swoich kolegów. To mu się udało, między innymi dzięki ówczesnemu dyrektorowi Wojciechowi Kabarowskiemu,który umożliwił nam telewizyjną rejestrację eksploracji wraku bombowca przez rybaków z Volendam. 859864847_2bb5034e1b_b
Co więcej, zmultiplikowane nagrania akcji płetwonurków z Aircraft Recovery Group rozprowadzane były w całej Holandii jako swoiste cegiełki, które wykupywane przez prywatne osoby, przedsiębiorców, firmy i urzędy państwowe, umożliwiły zgromadzenie sumy umożliwiającej przeprowadzenie operacji wydobycia wraku i uroczystego pochówku szczątków polskich lotników. Coż, absolwent Lotniczych Zakładów Naukowych we Wrocławiu nie mógł pozostać obojętny na apel innego maturzysty, który nieustępliwie walczył wraz z podporucznikiem czasów wojny, Bogusławem Morskim o sprawiedliwą pamięć dla poległej załogi polskiego bombowca.coverflm
GAZETTASiedmiu członków załogi Avro Lancastera BHC 286D pochodziło z różnych stron Rzeczpospolitej, Europy i obu Ameryk.Opowiem o każdym z nich w książce”Requiem dla Orłów” poświęcając im więcej miejsca, niż ta skromna witryna internetowa. Na kilkuset stronach pojawią się ilustracje z ich codziennego życia oraz wizerunki bombardiera Bogusława Morskiego, radioty Janka Bokrosia, nawigatora Issacka Józefa Feila, pilota Franciszka Rembeckiego, tylnego strzelca Stanisława MiszturakaSTANMSZTRK, mechanika pokładowego Feliksa Bladowskiego i górnego strzelca Władysława Lepperta. W archiwum krakowskiego Muzeum Lotnictwa Polskiego zachowała się fotografia(nr 63) z załogą Avro Lancastera BHC286D. Wypoczywający lotnicy są zrelaksowani i starają się nie myśleć o tym, co się z nimi stanie w następnym locie bojowym. Imiona i nazwiska tych bohaterów są anonimowe dla postronnych osób, a przecież powinny być równie często powtarzane, jak legendarne imię generała brygady w stanie spoczynku, pilota Stanisława Skalskiego. Dlatego właśnie przeprowadza się wywiady ze świadkami historii, kręci się filmy dokumentalne, pisze się powieści, a w moim przypadku powstał obszerny szkic do scenariusza filmowego, w którym odtwarzam z pamięci i zdobytych materiałów codzienność polskiego dywizjonu bombowego z udziałem bohaterów, którzy przeszli do historii.

Być może, przy sprzyjających wiatrach uda się zrealizować pełnometrażową panoramę dziejów wspaniałej siódemki przyjaciół, ale to czas pokaże. Na razie, pókim żyw, nie tracę nadziei… Dum spiro – spero!

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kiedyśmy żyli …

30 wrz

Coraz liczniejsze, nagłe i niespodziewane odejścia, bez powrotów bliskich sercu ludzi, zdarzają się coraz częściej, a myśl o tym nie opuszcza mnie, im bliżej listopadowych Zaduszek. Nie ma już między nami niezapomnianego Edka Żentary, ( chyba przeczuwał własną śmierć grając tak sugestywnie Janka Praderę w „Siekierezadzie”) Jurka Grałka… miałem nadzieję, że do tego czasu lista odchodzących na zawsze znajomych nie zwiększy się ani o jedną osobę, ale to było niewykonalne. Nauczyciele z naszej łódzkiej szkoły filmowej, także udają się na wieczny spoczynek, jak parę lat temu Wojciech Jerzy Has a także spore grono jego współpracowników. Oni również mieli na nas wielki wpływ. Asystowaliśmy im po ukończeniu szkoły, a w szufladzie zachowałem jedyny, ręcznie napisany list od Andrzeja Wajdy. Wielki Mistrz już nie będzie obecny na polskiej premierze swojego najnowszego filmu. Ktoś kiedyś rzekł, iż wraz ze śmiercią ważnych dla nas osób i my sami, w jakiejś części, umieramy. Może to i prawda… ZWKowalewskiO zmarłych nie powinno się mówić, żle a jednak sławny reżyser kompletnie zagubił się w tym polskim chaosie zmian, nie on jeden zresztą. A to był przecież ktoś, komu zawdzięczamy inspirację i naukę zasad, wobec których buntowaliśmy się, ale też dzisiaj pozostajemy im wierni, bo to były mądre rady bardzo doświadczonego człowieka. Tempus fugit… Czarna seria trwa. Po wielkich cierpieniach odszedł wreszcie słynny, serialowy Czterdziestolatek, któremu małodusznie odmówiono pochówku na cmentarzu w Laskach. Wydaje się to niezrozumiałe, ale dzięki temu Andrzej Kopiczyński pochowany zostanie w Alei Zasłużonych na warszawskich Powązkach. Może to i lepiej?…
Czasy się zmieniają, a my wraz z nimi, nie jesteśmy przecież coraz młodsi, może tylko bardziej interesujący się sprawami, o których wciąż mamy co najwyżej blade pojęcie. Cóż bowiem można rzec o śmierci? Należy się z nią pogodzić i żyć dalej, aż do kresu. Jeszcze jako student łódzkiej PWSFTv i T, grałem u Jurka Ridana w jego absolutoryjnym filmie rolę robotnika, który został pobity przez innych roboli. Film został przez rektora Stanisława Kuszewskiego potraktowany równie brutalnie, a zmarły reżyser nie mógł zrekonstruować go po nadejściu nowej epoki, bez cenzury politycznej. Odszedł niepogodzony z tym światem i jego brutalną rzeczywistością. Wcześniej od niego pożegnał się z nim operator zdjęć w filmach leszka Wosiewicza i moich rówieśników, Krzysztof Ptak. Nigdy nie spotkałem się z nim na profesjonalnym planie, więc pielęgnuję miłe wspomnienia ze szkoły filmowej w mieście Łodzi przy ulicy Targowej. Tak jest o wiele lepiej, niż mieć głupi żal do niesprawiedliwego losu.
W sierpniu pożegnaliśmy skromną i cichą artystkę, którą większość oceniaczy sztuki kojarzyło jako córkę znanego i szanowanego pedagoga Akademii Sztuk Pięknych i wnuczkę słynnego drzeworytnika, Władysława Skoczylasa.witkaDorobek i nazwisko Agnieszki pozostawało znane najbliższym znajomym i rodzinie. A przecież jeszcze na miesiąc przed śmiercią kipiała energią za wielu gości obecnych na ślubie i weselu jej córki. Nie poddawała się chorobie wierząc, że ma jeszcze przed sobą sporo czasu, ale los zrządził inaczej. Odejście ludzi w sędziwym wieku nie powinno nas już dziwić… Od dzieciństwa rodzice wpajają swoim pociechom wiedzę o tym, że wszyscy rodzimy się, powoli dojrzewamy, niepostrzeżenie starzejemy się i w końcu umieramy. Tak to po kolei odchodzili nasi mistrzowie sztuki filmowania, Henryk Kluba (ten, który nad Bałtykiem niósł Polańskiemu szafę z Goldbergiem) i niezapomniany profesor Jan Rutkiewicz, u którego wraz z koleżanką z roku, zagrałem rolę ciężko kontuzjowanego żużlowca w telewizyjnym filmie „Poza układem„. Zdecydował się na to widząc mnie w szkolnych etiudach operatorskich i reżyserskich, a to w „UCIECZCE” Leszka Wosiewicza, znów też w „Lekarzu wiejskim” wg Kafki, w reżyserii Krzysztofa Skudzińskiego. Być może to moje półprywatne aktorzenie zdecydowało o przyjęciu do szkoły, a nie ciąg wydarzeń podczas morderczych egzaminów. To był naprawdę cudowny okres, kiedy wspaniali, wrażliwi ludzie wspierali się wzajemnie, bo potrafili docenić talent, który widać. Nawet, jeżeli jesteśmy przekonani, że to dawno minęło i powoli uległo zapomnieniu… to nie jest zupełna prawda INGRID Są przecież bezinteresowni ludzie, którzy wspierają nas duchowo i przez to wydają się nam wieczni… Czas ich się nie ima… Tak bardzo ich istnienie wydaje się nam oczywiste, że świat bez nich nie istnieje. Dlatego też niespodziewana śmierć Normana Boehma była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Blisko spowinowacony z boską Ingrid Bergman lotnik i przedsiębiorca był mężem świetnej, polskiej pisarki, która przybliżyła mu swój kraj tak bardzo, że go pokochał wraz z nią. Pogodziliśmy się z tym, że niezbadane są wyroki Boskie i w pokorze przyjęliśmy ten kolejny, smutny fakt bez protestów. Taka jest przecież naturalna kolej rzeczy…
Minęło lato i pod koniec września trzeba było pogodzić się z kolejną wiadomością, tym razem o śmierci byłego męża znanej aktorki. Dla mnie to był najbliższy kolega ze studiów w łódzkiej szkole filmowej, Waldek Dziki. VALDiA dziennikarze w prasie i na forach internetowych napisali, że zmarł mąż wcześniej zmarłej na raka, naszej rówieśniczki, Duśki Trafankowskiej. Niech im będzie, ja wiem, że był on kimś wyjątkowym, zawsze życzliwym, bez cienia zawiści, jaka panuje w środowisku artystycznym.
Kiedyś przyjechała do Łodzi dziennikarka z magazynu FILM. Pani Barbara Mruklik po rozmowie z naszym rokiem reżyserii zatytułowała opublikowany wywiad: „ICH BĘDZIE KINO„. Okazało się, że to kino jest rzeczywiście ich, (Nataszy, Dzikiego, Pitery, Novicy, Alego) a nie moje… I bardzo dobrze, bo świat pełen ludzi szczęśliwych, całkowicie spełnionych artystycznie byłby nie do zniesienia. Już jako starszy reżyser, po przejściach odkryłem, że istnieje jeszcze życie poza telewizją i kinem.
Nie wszystko, co zostało powiedziane podczas naszej długiej dyskusji o sztuce, zmieściło się na kilku stronach magazynu filmowego. Zapamiętałem jednak to, że Waldek marzył o tym, aby na planie filmowym pracować, jeść, kochać się i umierać. Paradoksalnie, tak mu się to właściwie ziściło, bo żył w szalonym tempie realizując swoje marzenia, a naprawdę miał ich bez liku. Był najmłodszy na roku i to raczej on miał odprowadzać nas na miejsce wiecznego spoczynku.NATASZA

W ilustrowanym naszymi podobiznami artykule mam z nim wspólną fotografię, a ze szpaleru tych cudownych, młodych, pełnych nadziei postaci zniknęła wcześniej zjawiskowa piosenkarka, dziennikarka i dokumentalistka, Natasza Czarmińska, która pomagała mi w przygotowaniu profesjonalnego debiutu filmowego. Razem pracowaliśmy w filmie zmarłego już reżysera Krzysztofa Nowaka : „Grzechy dzieciństwa„. Ja asystowałem wówczas starszemu koledze, a ona grała w tym filmie rolę guwernantki bohaterek opowiadania Prusa. Wielce tajemniczy, przystojny i intrygujący syn aktora, Paweł Danielewski , z którym w stanie nieważkości, wspólnie przemierzaliśmy o świcie łódzkie parki i ulice, został ostatecznie pokonany przez złośliwy nowotwórDANIEL.

Dzisiaj, po kilkudziesięciu latach spędzonych z dala od szkoły (a nie jakiejś „filmówki”) wspominam tych, którzy pozostali jeszcze z tego wspaniałego roku: Piotr Hanuszkiewicz i Andrzej Falber w Niemczech, Tomek Przestępski, tuż za miedzą, Syed Ali Haider Rizvi wykłada teorię filmu w dalekim Bangladeszu, Peter Vajda na Węgrzech, Novica Dragovic w kraju i na terenie byłej Jugosławii, Aleksander Czekanowski gdzieś we Wiedniu, Paweł Pitera, Bożena Jabłońska i Janek Moskal… no i ja, piszący te słowa nie wiadomo po co… chyba dla tych, którzy wciąż jeszcze pamiętają się nawzajem?…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

C’est le ton, qui fait la chanson…

10 wrz

… co znaczy, że na urok piosenki ma wpływ ton, tembr głosu śpiewaka, szansonerki, a o ich powodzeniu decyduje publiczność.
Można oczywiście sprytnie podmienić osobę i podłożyć zupełnie inny dźwięk, ale prędzej czy później oszustwo wyjdzie na jaw.
Ostatnimi czasy zauważam coraz więcej takich prób zauroczenia odbiorcy przy użyciu nowoczesnej techniki i oprogramowania. Mamy więc okazję usłyszeć wywiad ze zmarłym filozofem, kaznodzieją, pilotem samolotu, bo przecież ciemny lud wszystko kupi. Nieważne, po czyjej stronie leży wina. To współczesne media serwują swojemu audytorium coraz potężniejszą porcję info propagandy. Po raz kolejny słyszymy więc o odkryciu oryginalnych nagrań z kabiny tupolewa TU154 M. Dzisiaj nikogo już to nie dziwi. Wiedząc o tym, że bez dowodów śledztwo jest niemożliwe czekałem na zwrot czarnych skrzynek i wraka.
Nie wypowiadałem się o przyczynach tragicznej katastrofy polskiego samolotu z prezydentem na pokładzie mając nadzieję na dostęp do źródeł. Do tej pory to nie nastąpiło i dopóki się to nie stanie będziemy świadkami wrzawy wściekłych, nastawionych przeciw sobie ludzi. Jedni nie czują się winni, inni są skrzywdzeni, a otacza ich tłum domagających się prawdy Polaków. Trudno wciąż prostować kłamstwa, bzdury i oczywiste przeinaczenia faktów ukryte pod płaszczykiem naukowych teorii.
Kiedy młodszy ode mnie wydawca, który jest doświadczonym kontrolerem lotów, odpowiedział na pytanie ministra obrony niezgodnie z jego oczekiwaniami, został uznany przez niego za oszołoma. Ja również mam techniczne wykształcenie w dziedzinie awiacji i właśnie dlatego milczałem, kiedy politycy, internauci i wszelkiej maści znawcy przedmiotu prześcigali się w oskarżeniach o manipulację. Jednym z tych niesłusznie obwinionych jest reżyser filmu „Smoleńsk„, wielki artysta polskiego kina. Przedstawił on swoją, indywidualną wersję wielkiej, narodowej tragedii, jaką była katastrofa lotnicza 10 kwietnia 2010 roku.
Fabularna wizja Antoniego Krauzego wywołała konsternację i zrozumiałe niezadowolenie przeciwników spiskowej teorii zamachu. Sęk w tym, że grono zwolenników tej wersji wydarzeń jest niemałe i wszelkie próby ośmieszenia, czy zohydzenia filmu są daremne. On już jest i trzeba się pogodzić z jego istnieniem. Jakiś webmaster zredagował sprytnie bazę IMDB zaliczając „Smoleńsk” do gatunku fantasy o czym nie omieszkał poinformować na facebooku.
Pal diabli takie, dość mało wybredne wybryki, ale żal mi twórcy tego nieudanego ponoć dzieła. Ataki na jego osobę przypuściły tzw. autorytety moralne, chociaż od dawna słyszę, że większość z nich już odeszło bezpowrotnie w przeszłość. Obawiam się, że autor może nie wytrzymać presji sprzeciwiających się jego filmowi opozycjonistów. Chciałbym, aby ten chór ucichł, ale zdaję sobie sprawę, że wszelkie apele w tej sprawie są wołaniem na puszczy.
W końcu, kim ja jestem, żeby prosić o spokój dla tego reżysera, mojego mistrza, który wcześniej nakręcił sporo wybitnych filmów…?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

I ty, Brutusie, przeciw mnie?

27 cze

To nie ja powinieniem pisać o “Bandzie Czworga”, ani wspominać o tym, że ich prowokacyjne działania zapoczątkowały właściwie rzeczywistą reformę kinematografii jeszcze w PRL. Data śmierci mojego mistrza i nauczyciela, w dniu imienin mojej świętej pamięci żony, skłania jednak do osobistych rekapitulacji faktów z przeszłości. eKiedy u schyłku ubiegłego wieku wywieszałem na korkowej tablicy w korytarzu WFD swoje płomienne oświadczenia i manifesty, dojrzali dokumentaliści stukali się w czoło, bo w owym czasie nikt nie wierzył w skuteczność jakiejkolwiek próby odmiany ustalonego schematu działania multimedialnego molocha w służbie rządowej propagandy. O założeniu samodzielnej grupy twórczej nikomu się wtedy nawet nie śniło. Nam, młodym i zbuntowanym reżyserom było za ciasno w oficjalnych strukturach, które uniemożliwiały nam jakikolwiek swobodny ruch, nie wspominając już zupełnie o wolości artystycznej. Kierownik produkcji, Zbigniew Domagalski, nieśmiało zagadnął mnie chcąc zaspokoić ciekawość, czy też rozwiać swoje podejrzenia i wątpliwości. Byliśmy wtedy w sytuacji sam na sam, więc zdobył się na szczerość i zapytał wprost, czy możliwe jest powołanie spółdzielni filmowej w kontrolowanej przez władzę kinematografii. Ja powołałem się na przykład funkcjonującego w istniejącym jeszcze wówcza NRD, dokumentalnego Studia Sheymana i Heynowskiego. Oczywiście tam nic się nie działo bez przyzwolenia Partii i Rządu, ale sama idea wspólnej pracy w naturalnie dobranym gronie producentów i autorów, była wielce pociągająca. Mieliśmy świeżo w pamięci współpracujące ze sobą komuny artystyczne, hippiesowskie grupy muzyczne… coś jednak udało się im stworzyć. Gdyby te nasze mrzonki poddać racjonalnej ocenie, to gest stukania się w czoło przez uznanych i doświadczonych filmowców, wydawałby się usprawiedliwiony. Im pewnie także śniło się kiedyś, że mogą o wiele więcej, niż pozwalają na to warunki.
Akurat w tym czasie nam sprzyjała atmosfera dojrzewającego w kraju przewrotu i pokojowej rewolucji. Właśnie na tej fali zdecydowaliśmy się przedstawić w Naczelnym Zarządzie Kinematografii projekt powstania Studia Filmowego autorów, dokumentalistów. Grupa inicjatywna: Zbigniew Kowalewski, Grażyna Bryżuk, Ignacy Szczepański i Włodzimierz Szpak, chciała obrać za patrona profesora Jerzego Bossaka. Urzędnicy poddali to w wątpliwość, przeciwnicy zaprotestowali, a my nie mieliśmy zamiaru trwonić sił na daremne zmagania. Na razie nie mieliśmy nazwy, ale szybko ją znaleźliśmy. Z mojego skrótu: Wiara i Rozwaga pozostała tylko nazwa WIR, którego logo stworzył Jerzy Kalina. Istotnym elementem jest w nim pióro ujęte w ramy kadru filmowego. Miało to głębokie uzasadnienie w repertuarze kina, jakie było blliskie członkom zespołu skupionego wokół “Bandy Czworga”. Tak nas własnie ochrzcił zacietrzewiony w walce z WIR-owcami reżyser Tadeusz Pałka zarzucając najpierw śmiertelnie poważnie, nieco później obracając w żart wszelkie posądzenia o rozbijactwo i chaos, jaki wprowadzaliśmy w ówczesny ład, wygodny dla tłustych kotów, które niedopuszczały do karmy nuworyszy i osób spoza ścisłego kręgu kamaryli wybranych dokumentalistów.
Toczyła się przez pewien czas podskórna lecz bezwzględna walka starych i młodych. Podczas ostatnich kolaudacji w dogorywającej instytucji filmowej, jedni atakowali drugich wytaczając przeciw sobie ciężkie działa. Każdy argument był dobry, żeby skompromitować adwersarza. Sam doświadczyłem tego jako członek Rady Artystycznej WFD i reżyser z trudem powstającego filmu o Violetcie Villas. Jest to jednak temat na osobną opowieść. Większość filmowców czuło tchnienie śmierci, jaka czekała skostniała Wytwórnię Filmów Dokumentalnych. Do tej nazwy dodano jeszcze jeden przymiotnik, Fabularnych, ale to na nic się nie zdało. Jej los był przesądzony, natomiast w zmarginalizowanym przedsiębiorstwie pozwolono na zaistnienie zupełnie nowych studiów. Nikt nie miał pojęcia, czym one miały być w rzeczywistości. Najważniejsze, że po długich i ciężkich cierpieniach udało się nam uniknąć nieuchronnej klęski, jaką nam przepowiadali rozsądni i doświadczeni ludzie. Pojawiali się wokół nas oferując rozmaite ekspertyzy, praktyczne wsparcie i znajomości, które okazały się w ich wypadku bezużyteczne, bo zostali na rozdrożu bez wsparcia, jakie do tej pory zapewniała im zakładowa organizacja partyjna. My byliśmy na samym początku drogi i staliśmy, jak Herkules na rozstajach, zmuszeni decydować, który szlak jest dla nas najwłaściwszy. Dzisiaj już wiemy, że szczęśliwie obraliśmy słuszny kierunek i bez Studia Filmowego WIR nie powstałoby Studio KRONIKA, a nawet sposób działania zreformowanego WFD i F oparty był w dużej mierze na naszych pionierskich przedsięwzięciach. Wspomina o tych pierwszych próbach zaistnienia na polskim rynku filmowym Pani Małgorzata Smoleńms w swojej pracy doktorskiej, poświęconej dorobkowi filmowemu twórców działających w studiach przy ulicy Chełmskiej 21.
Wbrew pozorom, wrogość niedawnych przeciwników zgasła natychmiast po przystąpieniu do realizacji pierwszych produkcji filmowych. Szefowie, Andrzej Brzozowski i Ignacy Szczepański zaprzyjaźnili się pomimo bariery pokoleniowej, a także odmiennego spojrzenia na kino. Pierwszy z nich był moim profesorem w łódzkiej szkole filmowej. Gdy żartował pytając: “I ty Brutusie przeciwko mnie?” odpowiedziałem mu, że nie byłbym godnym jego uczniem, gdybym pewnego dnia nie zbuntował się przeciwko swojemu ukochanemu mentorowi.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

INCYDENT NA URODZINACH

27 cze

Czasami zdarza się w życiu coś zupełnie dla nas nieoczekiwanego i tylko od nas zależy, czy należycie wykorzystamy ten moment w dobrym celu. Kiedy ta chwila mija bezpowrotnie żałujemy, że w porę nie dostrzegliśmy niepowtarzalnej szansy na zaistnienie. Taka sposobność nadarzyła się podczas imienin Jana Kochanowskiego, na których staram się być w połowie czerwca każdego roku. Przy okazji miałem ogromną przyjemność spokojnej lektury wydobytych z szuflad rękopisów wierszy Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Nie doceniamy wielkości polskich poetów, a oprócz Wieszczów mamy literacką spuściznę o niesamowitym ładunku emocjonalnym.
Legendarny bard Powstania Warszawskiego, kultowy poeta Pokolenia Kolumbów, poległy żołnierz, był jednym z wielu, wybitnych twórców, po których pozostały prawdziwe perły polszczyzny i arcydzieła. Nie możemy o nich zapominać, bo to są prawdziwe skarby: utwory i artyści. Kilka z nich nadaje się jako epitafium dla poległych w czerwcu 1944 bombowców z polskiego Avro Lancastera. O nich właśnie traktuje książka z filmem „Requiem dla Orłów„, która ukaże się niebawe nakładem Oficyny Wydawniczej AURORA. Jest to prawdziwa historia siedmiu wspaniałych, młodych lotników, którzy pochodzili z różnych stron świata. Każdy z nich wierzył w swojego Boga, ale byli złączeni więzami męskiej przyjaźni i wspólnym losem na śmierć i życie.
Wracając do wspomnianych na wstępie urodzin Jana Kochanowskiego, to ja naprawdę nie planowałem tego incydentu, ale skoro nagle i niespodziewanie pojawiła się okazja do promocji książki „Z nieba do Nieba”, o Janinie Lewandowskiej, skorzystałem z niej skwapliwie. Nie dość, że otrzymałem gratis ciekawą książkę, to w ramach podziękowań za opasły tom amerykańskiej powieści przedstawiłem fragment prawdziwej historii Polski. Spisaliśmy ją wspólnie ze Sławomirem Kozakiem na kilkudziesięciu stronach i wydrukowaliśmy w pierwszym tomie z serii POLSKIE SKRZYDŁA. Uznałem, że powinien on zaistnieć obok mojego nazwiska, bo jego twórczy wkład w powstanie POLSKICH SKRZYDEŁ jest o wiele poważniejszy, niż zazwyczaj bywa w rozmaitych wydawnictwach, których wiele w Rzeczpospolitej po śmierci cenzury rodem z PRL.
Sławomir Kozak, z zawodu kontroler lotów, nie wyjeżdża na Karaiby i nie korzysta z uroków życia, jakie obiecują możnym tego świata kusicielki z wszęchobecnych reklam. On wydaje pieniądze na książki, nie tylko własne, ale zaprasza do swojej oficyny autorów, którym leży na sercu prawda o Polsce i szacunek dla Naszej Ojczyzny. Przed laty opublikowałem w portalu obywatelskim i emigracyjnym czasopiśmie „Zmywak” artykuł pod znamiennym tytułem „Patriotyzm nie jest taki głupi„. Komentarze po jego publikacji były wielce wymowne i różnej maści od niewybrednych ataków, poprzez próby ośmieszenia poglądów autora, posądzenia go o skrajną naiwność aż do akceptacji.
Znalazłem bratnią duszę i zrozumienie u Wydawcy, którego nie zawaham się nazwać teraz już swoim przyjacielem. Wydaliśmy do tej pory dwie książki z serii POLSKIE SKRZYDŁA. Zimą zapewne wyjdzie „Requiem dla Orłów„. Po niej planowana jest biografia konstruktora łodzi podwodnych i samolotu Canard, Stefana Drzewieckiego herbu Nałęcz. Tyle ambitnych planów na dzień dzisiejszy… a jak się to potoczy z następnymi bohaterami POLSKICH SKRZYDEŁ, przyszłość pewnie nam wszystkim pokaże.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

O Bandzie Czworga, filmach i artystach kina

12 cze

BRIDGNigdy nie pielęgnowałem w sobie złych, a nawet dobrych wspomnień. Uznałem, że nie ma sensu bez końca rozpamiętywać zwiędłych laurów, a także porażek, ustalać winnych i szukać odwetu. To nas naprawdę wyniszcza i uniemożliwia jakąkolwiek twórczość. Lepiej patrzeć przed siebie i mimo wszystko, iść do przodu. Dlatego dawno zapomniałem o legendarnej “Bandzie Czworga”z ulicy Chełmskiej, która wbrew wszelkiej logice i sprzeciwie starej kadry dokumentalistów, utworzyła Studio Filmowe “WIR”.
To nic, że niewiele wyszło z naszych rewolucyjnych zamiarów zmiany kina autorskiego na lepsze. Szkoda, że ten ogromny wysiłek zaistniał przez tak krótki czas i zniknął jakby nas w ogóle nie było. Pani Małgorzata Smoleń odszukała mnie, Ignacego Szczepańskiego, Grażynę Bryżuk, Włodzimierza Szpaka, a także nieco starszych konkurentów ze Studia Filmowego KRONIKA, aby napisać wspaniałą monografię dotyczącą naszych artystycznych poczynań w burzliwym okresie przemian kinematografii polskiej po obradach Okrągłego Stołu i wyborach w czerwcu 1989 roku.
Dla mnie osobiście był to akurat dzień kinowej premiery dokumentalnego portretu filmowego Violetty Villas.
Trudno zapomnieć taki zbieg okoliczności i te wszystkie fakty zebrała Małgorzata Smoleń DYPLOMpisząc pracę, która ma objętość sporej książki. Być może znajdzie wreszcie jej wydawcę, czego życzę ambitnej badaczce dziejów najnowszych polskiej sztuki filmowej. Z pełnym dystansu uśmiechem stwierdzam, że to właśnie dzięki niej zaistnieje obecny prezes Studia Filmowego KRONIKA, Bogdan Kozyra. Przejdą wraz z nim do historii nazwiska naszych adwersarzy, jak Tadeusz Pałka, który wymyślił nam ksywkę BANDY CZWORGA. Dzięki pracowitości autorki pozostaną w pamięci chociaż tytuły zrealizowanych przez nas filmów, których nie obejrzała większość telewidzów, a nawet festiwalowych bywalców. W dniu 16 czerwca 2016 roku autorka odbierze w stołecznym Pałacu Staszica wyróżnienie za swoją wieloletnią pracę nad dziełem, które zostało wreszcie zauważone i należycie docenione.

Cieszę się również z sukcesu kompozytorki muzyki do filmu “ Z nieba do Nieba”, która otrzymała nagrodę z rąk ministra Glińskiego. Cóż z tego, że niektórzy jej rówieśnicy i zazdrośnicy zżymali się na widok fotki utalentowanej Anny Marii Huszczy z bojkotowanym niekiedy, przez część środowiska, dygnitarzem. Co te różnorakie zachowania twórców i krytyków, mają wspólnego z szeroko rozumianą kulturą… nie wiem. Urzędnicy państwi przychodzą i odchodzą, a laury pozostają już na zawsze. Nie martwię się więc ciszą, jaka panuje nad filmami, które nikogo nie obchodzą i brakiem zainteresowania rozmową o sztuce kina ze strony mainstreamowych dziennikarzy. Sukcesy współpracowników i trwałe opracowania będą świadectwem, że coś jednak udało się w tym krótkim życiu zrobić i są to wartościowe dokonania. W połowie czerwca wieczorem, w ogrodach Zamku Królewskiego gala laureatów nagrody im. Oskara Kolberga uwieńczy wysiłek kompozytorki, która właściwie bez należytego honorarium poświęciła swój czas i wspaniały talent dla filmów „Ślązacy z bombowców” i „Z nieba do Nieba”. Od tego czasu jej dorobek urósł do imponujących rozmiarów. Ale o tym innym razem…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Referat realizatora

16 maj

Podczas Nocy Muzeów organizowanej przez Dyrektora ARCHIWUM AKT NOWYCH miałem okazję wygłosić niniejszy odczyt:

To niecodzienny, wzruszający wieczór, bo nieczęsto twórcom zdarza się prezentować swoje filmy wobec tak wdzięcznego audytorium w tak szacownej instytucji. Dziękuję za zaproszenie na seans „Albumu Rycerskiego”, który po latach od jego powstania, musi skłaniać do osobistej refleksji, która jest wszakże daleka od zachwytu i zadowolenia z okoliczności, jakie towarzyszą dzisiaj dyskusjom o naszej historii. kino
Niestety, oprócz przykładów wspaniałego sposobu upowszechniania wiedzy o przeszłości naszej Ojczyzny jest sporo nawiedzonych i wyrachowanych propagatorów treści, które niejako przykleja się do faktów, jakie po latach bez żyjących świadków, można interpretować w rozmaity sposób. W internecie roi się od rozgorączkowanych dyskutantów, uznających jedynie słuszną rację, odmawiających jej innym Polakom, Ukraińcom, Żydom, oraz obywatelom Rzeczpospolitej, których nazwiska nie kończą się na -ski.
Niedawno przeczytałem wpis na Facebooku z pretensjami autorki filmu o polskich lotnikach w Pakistanie, zarzucającej innej autorce, że ta śmie sobie przypisywać zasługę odkrycia nieznanych nad Wisłą bohaterów, kształcącym nowe kadry lotników w dalekim, egzotycznym dla nas kraju. Otóż, śmiem sądzić, że nie tak ważna jest osoba publikująca wyniki badań historycznych, jak temat i bohater. Historia nie jest bowiem powieścią sensacyjną lecz opowieścią o faktach.

Świętej Pamięci reporter i pisarz, kronikarz najnowszej historii kraju, w którym żyjemy zwykł mawiać, że słowo ma potęgę bomby atomowej. Jeżeli przypomnimy sobie wyrażenie amerykańskiego redaktora Arthura Brisbane’a roku który w 1911 roku napisał, że obraz ma siłę tysiąca słów, dopiero wtedy naprawdę możemy się przekonać, jak potężnym narzędziem dysponujemy i jak ogromna jest jego siła rażenia. Historyk, który odziaływuje na masy wpływowych czytelników cytujących ustępy z jego prac, nie powinien kreować się na kultowego pisarza, chociaż sława poczytnego naukowca Umberto Eco wzbudza zazdrość i pobudza do twórczego naśladownictwa. Dzisiaj żyjemy w świecie chaosu, który jest targowiskiem próżności na globalną skalę. To sprawia, że codziennie powstaje mnóstwo popularnonaukowych publikacji, aspirujących do miana tekstów naukowych, a w istocie są co najwyżej doraźną publicystyką.

Niestety, powtórzę to ze smutkiem, „… bom sam pełen winy”, dotyczy to również wielu programów telewizyjnych i filmu. Dlatego z pewnym rozrzewnieniem wspominam nieżyjącego już przyjaciela, reżysera -Tadeusza Pawłowicza, współtwórcę cyklu (zatytułowanego dość znacząco: „Album Rycerski”), który z uporem maniaka zgłębiał wszelkie dostępne materiały, drążył dostępnych jeszcze świadków historii sprawdzając, czy nie mylą się im fakty, nie ufając żadnemu autorytetowi naukowemu, poddając wstępnie zmontowany odcinek „Albumu Rycerskiego” surowej ocenie ekspertów z różnych dziedzin nauki i sztuki.
Dzisiaj, w dobie szalonego pędu do doraźnego sukcesu, metoda ta wydaje się skrajnie nieefektywna i wręcz samobójcza finansowo. Ów nieprzejednany twórca zmarł zresztą z wyczerpania, bo żył zbyt intensywnie i tak samo pracował nad każdym programem, który składał się na wspomniany „Album Rycerski„. Poświęcaliśmy około kwadransa czasu emisyjnego na zmontowaną wypowiedź bohatera, który uczestniczył w ważnym okresie dziejów Polski, od najwcześniejszych lat istnienia odrodzonej ojczyzny, aż do ostatnich lat współczesnej Rzeczpospolitej… Z taką intencją rozpoczynaliśmy to dzieło zamierzone na dłuższy czas, niż dane nam było je realizować.
W ciągu niespełna roku powstał wszakże cykl zawierający kilkanaście portretów świadków historii, uczestników powstań, wojen, konspiracji, walczących o wolną Polskę w każdy, dostępny dla siebie sposób. Większość z tych osób już nie żyje, może nawet wszyscy… a nawet twórcy odchodzą bezpowrotnie w przeszłość. Cóż, to smutne, ale właśnie taka jest naturalna kolej rzeczy. Nas już nie będzie, ale zostaną po nas artykuły w prasie, książki, filmy fabularne i dokumentalne, oraz subiektywne świadectwa zapisywane przez nas w druku i utrwalone w obrazach. Nie miejmy złudzeń, nie istnieje prawda obiektywna, lecz właśnie dlatego tak ważna jest odpowiedzialność za wypowiedziane słowo i wyrażona w piśmie opinia, która w przyszłości może być użyta w rozmaity sposób, czasem niezgodny z naszymi intencjami.
sala
Mam nadzieję, że „Albumie Rycerskim” udało się nam choć częściowo pozostać wiernym prawdzie, jaką przekazali nam kombatanci walczący o wolną Polskę, pielęgnujący ich groby kontynuatorzy świetlanej tradycji, a także oddani tej samej sprawie profesorowie i konsultanci, wśród których niemałą zasługę ma Pan Tadeusz Krawczak. Jemu zawdzięczamy wybór postaci, których wspomnienia i opinie zdążyliśmy utrwalić na taśmie, prezentując ich osobiste refleksje i czyny telewidzom w kraju na antenie ogólnopolskiej.
Być może uda się wskrzesić ten sam projekt w innym, nowocześniejszym kształcie, we współczesnej narracji dla pokrzepienia serc i oświecenia umysłów, które atakowane są dzisiaj zewsząd dość agresywnymi, przyznam, że efektownymi, choć nie zawsze prawdziwymi wersjami najnowszej historii Polski.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jan Rutkiewicz

20 kwi

Kto nie może robić filmów, ten uczy innych w szkole… Taka oto złośliwa maksyma przez długi czas krążyła w środowisku twórców filmowych. Dziś status profesora szkoły filmowej jest uznawany za dowód wysokiego prestiżu w tym samym kręgu artystów polskiego kina. Powojenne pokolenie reżyserów kształciło się w jednej, jedynej wszechnicy, którą poprzedziła zlikwidowana wkrótce po inauguracji, krakowska szkoła filmowa. Łódzka szkoła filmowa, w skrócie PWSFTv i T, imienia Leona Schillera, to nie żadna filmówka, tylko po prostu szkoła i taką wszyscy absolwenci ją pamiętają. Tylko w ten sposób o niej mówią między sobą, z odrobiną nostalgii, nawet czułości, której nikt ze starych reżyserów się nie wstydzi. Najstarsi z nich odchodzą pozostawiając po sobie spore grono wdzięcznych za mistrzowskie rady i opiekę artystyczną, wychowanków.
Nie każdy z wykładowców szkoły filmowej dzielił się swoim doświadczeniem tak chętnie i obficie, jak legendarny dyrektor WFD, szef PKF, profesor Jerzy Bossak, grający u Polańskiego Henryk Kluba, czy niezwykle oddani mu asystenci. Wojciech Jerzy Has słynął z błyskotliwych bon mote’ ów, które pozwalały mu ukrywać tajemnice sztuki reżyserskiej. Jerzy Kawalerowicz zamilkł po kwadransie pierwszego i ostatniego wykładu, jaki odbył się w murach zabytkowej willi przy ulicy Targowej w Łodzi.
jrPomiędzy tak skrajnymi postawami pedagogów potrafił znaleźć się elegancki pan, Jan Rutkiewicz, któremu można było zwierzyć się z kłopotów i porozmawiać o realizowanym scenariuszu bez obawy, że potem zostanie to wykorzystane jako argument podczas egzaminu i dowód niedoskonałości warsztatowej studenta. Ten sam opiekun artystyczny grał w słynnej etiudzie Romana Polańskiego odstającego od reszty rozbawionej młodzieży młodzieńca. Podczas seansu kultowego filmu: “Rozbijemy zabawę”, na ekranie widać, jak ten młody, zawadiacki reżyser, wymierza koledze Rutkiewiczowi powalający cios, który wcale nie był markowany. Ale Pan Jan zasłynął w polskim kinie jako wybitny znawca militariów, mundurów, ojciec pięknej żony i córki.
Żona, ( jak to dziewczyna...) wyszła potem za odtwórcę legendarnego Hansa Klossa w serialu “Stawka większa niż życie”. Gdyby nie to, że nie ma żadnych tajemnic w tak małym gronie filmowców, po Janie Rutkiewiczu nie byłoby zupełnie znać, co dzieje się w jego sercu i umyśle. Żył zgodnie z maksymą mistrza Jana z Czarnolasu, który pisał po śmierci Urszulki: “Ludzkie rzeczy, ludzkie noś...”.
Po śmierci tego niedocenionego reżysera pozostało sporo dobrych filmów, w których widać rękę wytrawnego rzemieślnika z wykształceniem i kulturą osobistą. Skromne budżetowo i inscenizacyjnie, filmowe kryminały, dramaty i komedie, są zrealizowane ze znawstwem i smakiem, którego dzisiaj nie uświadczysz zbyt często w polskim kinie. Będzie nam brakowało nauczyciela i wielkiego przyjaciela, który interesował się karierą każdego ze swoich uczniów, wspierał nas psychicznie i nie odmawiał pomocy zawsze znajdując czas na lekturę przekazanego w jego ręce scenariusza.
Konsultowałem z nim projekt “Marty Hitler” i chociaż wszystko, co z nim zrobiłem skończyło się fiaskiem, to nigdy nie zapomnę życzliwości tego wspaniałego człowieka, w którym nie było śladu zawiści. Profesor, prodziekan, wychowawca kilku pokoleń reżyserów naprawdę nie zazdrościł nikomu ze swoich licznych współpracowników festiwalowych laurów, autentycznie ciesząc się razem z nimi z osiągniętego sukcesu. Jego mądrość polegała na tym, że był wierny prostej prawdzie: Film, to jest ekipa.
W pojedynkę można napisać konspekt scenariusza, ale dziś już nie da się zrealizować samodzielnie nawet najskromniejszej wizji. Dzięki takim skromnym, cichym i dobrym ludziom istniejemy pracując ( ze zmiennym powodzeniem), w wymarzonej, ukochanej dziedzinie sztuki filmowej. Oddając mu hołd wiem, że mam do spłacenia moralny dług przekazania komuś młodszemu tego, co od niego otrzymałem.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nie wierzcie gawędziarzom

04 mar

W Cesarsko – Królewskim Mieście Krakowie poeta Adam Ziemianin pisał: “…wyprowadzamy się powoli z równowagi snu”.
W Kongresówce, nazwanej tak przez Jana Nowickiego, dzieje się zgoła inaczej. Wielokrotnie budzę się (nie tylko z wiadomego starcom powodu) i z powrotem zasypiam, kiedy stwierdzam, że nie jestem jeszcze gotowy do normalnego życia. Dopiero, kiedy stalowy ucisk zakleszczonych wokół mojej głowy pierścieni zelży na tyle, że nie muszę wracać do zmierzwionej pościeli, dopadają mnie paniczne myśli o tym, co dokładnie powinienem zrobić, aby nie uznać swojego kolejnego dnia za stracony. “Cokolwiek zrobisz, będziesz żałować” – tak mnie pociesza święty Augustyn dodając: “… więc nie martw się, bo i tak nic od Ciebie nie zależy na tym świecie”.
Będzie, co ma być. Wiem o tym nie od dzisiaj.

W porannej prasie natknąłem się kiedyś na wywiad przeprowadzony ze znanym aktorem, który wspominał młodego człowieka, który stanął obok niego prze witryną antykwariatu na Placu Szczepańskim przy Teatrze Starym. Do głowy mi wówczas nie przyszło, że zwykła, ulotna wymiana spojrzeń może mieć aż tak piorunujący efekt, żeby wyciągać z nich po latach tak niesamowicie dziwne wnioski. Przypomniałem o tym sobie zresztą dopiero po latach od przeczytania tego wywiadu… nie wiem dlaczego. Ale powróćmy do rzeczy:
Oto dowiedziałem się, że w tym wychudzonym studencinie ujrzał on bezdomnego, wygłodzonego homoseksualistę i zaczął się z tego powodu obawiać niesamowitych komplikacji. On chciał wybrnąć z tej sytuacji, ale na szczęście uśmiechnięty żaczek pożegnał Jana Nowickiego pozbawiając go kłopotu. Dlaczego o tym piszę?… Na pewno nie dlatego, że akurat rozpoznałem siebie w tej zabawnej anegdocie. Cenię gawędziarski styl Pana Jana, zarówno w jego felietonach, jak na kartach książek. Oby ich było jak najwięcej, bo zupełnie słusznie autor ma dość liczne grono wiernych czytelników. Wśród nich jestem i ja, który śledzi tok myśli wielkich opowiadaczy historii.
Jeden z nich, świętej pamięci Andrzej Żuławski napisał w “Zaułku pokory”, że nie powinno się ufać opowiadającemu, natomiast można zawierzyć opowiadaniu, zdarzeniu, faktom. Przytoczony epizod z okresu letniego przesilenia świadczy o tym, że nawet pozbawieni uprzedzeń, najzupełniej różnie pojmujemy znaczenie tych samych gestów, spojrzeń, samej obecności bliźniego. Słyszymy od jednych przyjaciół: “Jak dobrze, że z nami jesteś…”, a od innych otrzymujemy złośliwe pytanie: “- Jeszcze tu jesteś?”…
Cóż, wszystkie rzeczy na niebie i na Ziemi trzeba przyjąć, jakimi one są. Pamiętam, z jak wielkim przekonaniem powtarzała za siostrą Faustyną Kowalską świętej pamięci Violetta Villas: “Nie skarżyć się, nie tłumaczyć i nie żalić”.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS