w ostateczności o sobie i nie tylko 2012-05-27 08:13:58

Mama leżąc w wannie słyszała, że ktoś dzwoni, ale nie mogła zerwać się i podejść do aparatu. Tata zwlókł się z łoża boleści i przekazał mu ostatnie wieści. W Dniu Matki napuścił jej do wanny ciepłej wody, żeby mogła zrelaksować się i odpocząć po wyrównywaniu poziomu cukru w organizmie. To straszna choroba, a jeszcze gorzej się ją znosi, kiedy człowiekowi brak wiary i nadziei. Na samą myśl o tym, że kończy się ona nieuchronną śmiercią drżę i nie mam pojęcia, jak sobie z tym wszystkim poradzę. Już teraz jest mi ciężko znieść każdą wiadomość o pogorszeniu się stanu, który w tej chwili może być co najwyżej stabilny, ale tak nie jest i na pewno już nie będzie. W tej sytuacji jedyną możliwą pociechą jest duchowa podróż w głąb samego siebie i być może to jest jedyny, dobroczynny skutek hipochondrii starszego człowieka. Jest skupiony wyłącznie na swojej chorobie wsłuchując się w swój organizm, uważny, czuły i gotowy jak nigdy przedtem, na natychmiastową reakcję. W takiej chwili życie przebiega przed oczami, niczym szereg ujęć filmowych i zatrzymanych w kadrze fotografii w rozpędzonym kalejdoskopie. Myśląc o tych sprawach jesteśmy przekonani, że ktoś powoli odchodzi z pola naszego widzenia. Najpierw opuszczamy terytorium matecznika, w którym spędziliśmy dzieciństwo. Potem już rzeczywiście oddalamy się w stronę własnych spraw rodzinnych i zajmujemy się pracą oraz wiązaniem końca z końcem. Uciekamy zapominając w ten sposób o nieuchronności losu, który i tak nas w końcu dopadnie. Stojąc u progu magicznej granicy wieku sześćdziesięciu lat nie powinienem właściwie myśleć o chorobie i śmierci swoich bliźnich, a wreszcie zająć się własnym życiem. Gdyby ono było poukładane i harmonijne nie próbowałbym go składać tak mozolnie w zdania ze słów,  jak klocki lego. Ale próbuję to, ( przyznam, że z różnym skutkiem),  robić w literaturze i w rzeczywistości… Spisuję wszystkie dobre myśli, ale i obawy, które dzięki temu zapisowi mam na stałe przed oczami. Wczytuję się w zapiski poszukując w tej swoistej, emocjonalnej buchalterii fałszywego tonu i w żadnym wypadki nie ingeruję nawet, jeśli zauważę literówki i błędy stylistyczne. Z gramatyką jeszcze jakoś sobie radzę, gorzej z życiem, ale nie jestem jedynym Glogerem na tym ziemskim łez padole, który może o sobie w ten sposób napisać. Piszę więc i wyznaję wszystkie swoje winy, spowiadam się Bogu w tej formie, skoro nie stać mnie jeszcze na rzeczywisty powrót do świątyni i zebrania się na tę odwagę, aby po prostu podejść do konfesjonału. Być może minie jeszcze sporo czasu, zanim to się stanie, ale wierzę, że to nastąpi już wkrótce. Noszę w sobie tę myśl i mam właśnie takie niezłomne przekonanie, dzięki któremu mam w sobie dość sił, żeby przetrwać kryzys.  W porównaniu z tym, co dzieło się w moim mikroświecie, panujący na zewnątrz chaos i bałagan jest naprawdę niczym. Wydaje mi się, że pogodziłem się z tym światem, ale pozostaje mi  jeszcze osobista rozmowa z kapłanem, a może przez niego z samym Bogiem? To, co nieuchronne, utrzymuje we  mnie, słabym człowieku dyscyplinę i wymusza sposób codziennego funkcjonowania w zgodzie z samym sobą. Nie ma tutaj żadnych ustępstw. Wyczerpałem już limit słabości powodujących stan, z którego próbuję się wydobyć od jakiegoś czasu. Idzie mi to, jak po grudzie, ale już nie ma z tej drogi odwrotu. Zainspirowany przez życzliwych, rozumiejących mnie i kochających ludzi, ruszyłem naprzód i nie zawrócę z raz obranej drogi prąc uparcie, niczym perszeron z końskimi okularami na oczach. Może zabłądzę, a nawet padnę na tym nieznanym szlaku, ale z przekonaniem, że podjąłem wyzwanie i próbowałem przejść poważną próbę wiedzy i charakteru. Wszyscy jesteśmy słabi i marni, a ja nie jestem żadnym wyjątkową istotą. Podlegam tym samym prawom, co wszystkie stworzenia na Ziemi. Sprowadza mnie to zawsze z wyżyn intelektualnych dywagacji i abstrakcji na właściwy poziom. Teraz już dobrze wiem, że ten ostateczny jest około sześciu stóp pod poziomem gruntu, po którym jeszcze razem i osobno stąpamy.

Tagi: miłość, tęsknota, szansa, zrozumienie, spokój, harmonia

skomentuj (0)

Dzień Kobiet 2012-05-27 01:30:12

Zawsze mnie uczono, że choćby nie wiem co się działo, to kobiecie należy koniecznie wręczać kwiaty bez opakowania , podniesione łodygami do góry i płatkami widocznym na wierzchu bukietu. Wtedy widać ich barwę, czuć zapach i w ogóle obdarowana kwiatami dama czuje się doceniona i nie ma wrażenia, że ktoś jej ten przeterminowany wiecheć podeschłych róż, tulipanów, czy goździków rzuca tylko dlatego, że nie ma z nim co zrobić. Wyrzucić do kosza na śmieci żal, a skoro już się wydało na coś pieniądze, to powinno się ten koszt jakoś zamortyzować… Widziałem dziś smutnych facetów z zapakowanymi w papier i celofan wiązankami. Spieszyli się idąc w towarzystwie żon, czy bliskich przyjaciółek do domów, w których wypada na powitanie wręczyć gospodyni coś z kwiaciarni. Moja córka wręczyła kiedyś po koncercie Violetty Villas kwiaty łodygami skierowanymi w dół, ale usprawiedliwia ją ciężar bukietu kilkudziesięciu róż, który dla dziewczynki musiał być spory i sprawiać trudność w niesieniu. To miała być symboliczna scena spotkania dojrzałej artystki z jej dziecięcym wyobrażeniem. Cóż, wyszło, jak zwykle... Urodziny, imieniny, rocznica, Dzień Kobiet, Dzień Matki, Dzień Babci… jest mnóstwo okazji po temu, żeby obdarowywać się roślinami, które wzbudzają w nas tak czułe myśli i marzenia. Wspomniani mężczyźni nieśli swoje wiązanki trzymając je mocno, skierowane ku ziemi. W ludowych przesądach jest zawarta mądrość pokoleń, a właśnie na wsi można usłyszeć, że takie wręczenie wróży nieszczęście a nawet śmierć. Nieświadome tych tradycyjnych przesądów dziewczyny jechały w wagonie metra aż do samego końca. Mimo tak długiej trasy trzymały otrzymane kwiatki prosto skierowane ku górze wpatrując się w żółtawy odcień płatków i wczuwając się w ich świeżą woń. Na pewno nie były jeszcze matkami i chyba nie obchodziły urodzin czy imienin. Mogły je dostać ot tak, po prostu na ulicy. Widziałem już takie sceny na ulicach Warszawy. Kwiaty kwiatom nierówne i nawet one nie są bezpieczne, gdy ktoś położy je na grobie bliskiej osoby. Zapobiegliwi opiekunowie mogił potrafią wynieść je na inną płytę z nazwiskiem osoby uwiecznianej na fotografii, która wkrótce trafi do sieci jako dowód wykonanej pracy. Wkrótce potem ten sam bukiet ozdobi kolejny grób, bo spryciarzom nie przyjdzie do głowy zapamiętywać pierwotnego miejsca, w którym stały, czy leżały skradzione kwiaty. Piszę o nich z okazji Dnia Kobiet, ale gdy zadzwoniłem do mamy z życzeniami dowiedziałem się, że ojciec zdecydował się wreszcie na zabieg koronografii. Gdyby gwałtowny ból w klatce piersiowej nie zmusił go do wezwania karetki pogotowia mógłby nie przetrwać do rana o własnych siłach. Brat dzwonił w tej sprawie usiłując wydobyć więcej szczegółowych informacji, ale tata nie miał sił, albo ochoty, żeby o tym opowiadać. Już chodzi na działkę i jak dawniej przekopuje grządki plewiąc je z chwastów. Niespełna parę mórg gliniastej ziemi wyznacza mu przestrzeń autentycznego życia. W tych granicach czuje się naprawdę swobodnie. Mam wręcz przeciwnie. Trudno ją namówić na wyjście z mieszkania na podwórko, bo musi pokonać jedno piętro schodów, a przede wszystkim przebrać się na spacer. Wiekowa już osoba w wieku Brigitte Bardot spędza więc ( z własnej, nieprzymuszonej woli) noce i dnie, uwięziona we własnym domu, podczas gdy jej warszawskie rówieśniczki samodzielnie przemierzają trotuary zatrzymując się przed wystawami salonów damskiej mody. Nie odezwałem się do jednej z takich pań ani słowem, ale przez bardzo krótki moment spojrzeliśmy na siebie… Chociaż już przekroczyłem smugę cienia, byłem sporo młodszy od tej kobiety, która stała przed ubranymi w modne sukienki i żakiety manekinami. Nawet nie zapamiętałem tych strojów lecz pod jej powiekami na pewno pozostały kształty i kolory kreacji, na które nie było jej już stać a nawet gdyby ktoś jej kupił cos z tej kolekcji, nie mogła by nic z tych rzeczy na siebie włożyć. Działo się to w Dniu Kobiet. Smutne, ale prawdziwe. Tylko tyle i aż tyle…

Tagi: kobieta, warszawa, mężczyzna, kwiaty, violetta villas

skomentuj (0)

Requiem dla Opery Kameralnej i nie tylko 2012-05-26 22:11:21

Ostatnimi czasy czytam w sieci coraz bardziej dramatyczne wpisy poświęcone sytuacji ludzi kultury i tryumfalny komunikat pani uczestniczącej w strajku artystów. Oto sam minister zaprosił ją wraz z przyjaciółmi na obiad. Mało tego, zaprosił ich aby siedzieli blisko przy nim i pochylili się nad projektem, który on przedłoży na obradach premierowi i członkom rządu. Co prawda obecny klimat nie sprzyja, więc cokolwiek zrobi będzie miał usprawiedliwienie, że w obecnej sytuacji nie dało się nic załatwić... a i tak twórcy będą go kochali bo rozumie… Rozumie? Więc dlaczego nie pojawił się na tłumnie obleganej prezentacji dorobku Opery Kameralnej, której grozi zagłada? Aktorzy i dyrekcja zapraszając warszawiaków do siedziby przy Alejach Solidarności zbierali podpisy pod apelem o ratunek dla tej zasłużonej instytucji. Podobnie dramatyczne wpisy i apele czytam na witrynach w sieci co i raz: Sytuacja Telewizji Kraków jest dramatyczna. Ten profil ma za zadanie zebrać grono ludzi którym nie obojętny jest los Telewizji Kraków a co za tym idzie i innych ośrodków regionalnych. Brak środków finansowych może tłumaczyć wiele ale nie wszystko. Można by powtórzyć za szakspirowskim Hamletem: Słowa, słowa, słowa… Jakoś nie jestem w stanie przejąć się argumentami tych, którzy spędzają cały swój profesjonalny żywot na korytarzach ośrodków telewizyjnych w całym kraju. Pracowałem z nimi, można by powiedzieć, żyłem i cierpiałem, ale są to jednak dla mnie obcy duchowo ludzie z zupełnie innego świata. Nie są twórcami, żerują na tym, co zarejestrują i na dziedzińcu przed Operą Kameralną także kręciły się ekipy robiące wywiady i rejestrujące opinie ludzi czekających w kolejce na darmowe wejście do wnętrza teatru. Nie każdego warszawiaka stać na bilet, a tego wieczoru mogli obcować ze sztuką Wolfganga Amadeusza Mozarta i rozmawiać z artystami Opery, którzy z uśmiechem na twarzy przechadzali się pomiędzy nimi, urozmaicając czas oczekiwania na upragnioną wejściówkę. Człowiek pracujący w centrali TVP czy w regionie jest zupełnie innym typem. Zapamiętałem, że ze wszystkich czystek i tzw. reform ostają się najpokorniejsze cielęta. Dopiero kiedy już nie czują wsparcie piszą znowu dla odmiany tak: Telewizja Polska i jej struktury regionalne osiąga szczyty pełnej polityzacji. Z zarządu na zarząd jest coraz gorzej, coraz bardziej jest nasza Telewizja Polska umoczona w układzie politycznym. Każda władza, każdy rząd robi wiele, by mieć jak największy na Telewizję Polską wpływ. Swój wpływ. Jedyny i słuszny. Polityczny. Telewizja umiera z braku fachowego zarządzania nią, umiera w ciągłym boju o nią. Zapomina sie przy tym o prawdziwym celu istnienia TVP. Zapomina się o misji, a przypomina się o emisji odpowiednich partyjnych programów i układów. .....Można by tak pisać jeszcze długo. Zmienimy to? Pomożesz?  Ani myślę!... Nic takiego się nie stanie z bogoojczyźnianą kulturą narodową i partyjną, jeśli najjaśniejsza Telewizja poważnie powalczy z decydentami o swoją rację bytu i w boju poobija sobie kostki zamiast dopominać się abonamentu za nieustające pasmo reklam i nieznośnego potoku nowomowy. Może z czasem będzie można tam usłyszeć i zobaczyć kogoś rozsądnego, ale dziś nikt poważny nie pojawi się na ekranie tocząc intelektualny spór z Lechem Wałęsą, czy Stefanem won Niesiołowskim. Żadną sztuką nie jest opłacenie kilkunastu błaznów, żeby po otrzymaniu horrendalnie wysokiego  honorarium piali z zachwytu nad zaletami swoich dobroczyńców. Tasiemcowe „Kocham Cię Polsko” zagłusza swoim wyciem odgłos protestu ludzi teatru, którym odebrano dotacje na rzecz budowanych w Stolicy Stref Kibica. Dominacja troglodytów poubieranych w najdziwniejsze stroje trefnisiów doskonale ilustruje polityczny cyrk i zakłamanie tuszując przy okazji mnóstwo finansowych afer zaistniałych w trakcie realizacji programu EURO 2012. Nie mam obawy, że po uderzeniu w stół nożyce się odezwą. Aferzyści są spokojni, bo prawdziwego kibica interesuje tylko wynik meczu, a jak mu się wręczy jeszcze darmowe piwo, to będzie wdzięczny aż do końcowego gwizdka. Teraz chodzi tylko o to, żeby grać na remis i dogrywkę, a potem dotrwać do rzutów karnych. Niech ten mecz trwa jak najdłużej, to wszyscy będą szczęśliwi… Oczywiście oprócz tych, którym wyłączono prąd i zabrano telewizor, bo nie mogli spłacić swoich długów. Ale kto by się dziś przejmował wyrzucanymi na bruk biedakami. Przecież u nas jest EURO,  trzeba się teraz razem cieszyć i używać dnia. Zawołajmy więc: CARPE DIEM! Póki jeszcze można… Ale artyści Opery Kameralnej są w zgoła innym nastroju. Zaśpiewali już pod pomnikiem Mikołaja Kopernika na Krakowskim Przedmieściu, a niebawem przejdą pod gmach ministra kultury i dziedzictwa narodowego, cokolwiek by ta nazwa urzędu znaczyła. Tam właśnie zaśpiewają „Requiem” Mozarta. Wybór tego arcydzieła jest tyleż doniosły, co znaczący. Nic już do tego nie dodam, bo reszta jest milczeniem

Tagi: tvp, mozart, requiem, opera kameralna, sawko

skomentuj (0)

nieskończone możliwości tworzenia 2012-05-23 08:19:41

Pokój między chrześcijanami, braćmi i siostrami wszelkiej wiary zaproponowali politycy, więc i ja się ochoczo dostosuję do powszechnie obowiązującego trendu. Do finałowego meczu Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej zapomnę o tym, co mnie denerwuje i przestanę bronić oczywistej prawdy, tak oczywistej, jak oczywista oczywistość. Nie chcę też za wszelką cenę walczyć o swoje prawa, bo to najważniejsze i tak jest głęboko w nas. Zajmuję się za to nudnymi rozliczeniami i wypełnianiem formularzy ewaluacyjnych po powrocie z cudownego Schwerina. Dokładniej rzecz ujmując zajmę się tym niebawem, ale muszę zdążyć przed wyjazdem do Krakowa, żeby nie odkładać na później spraw, o których z czasem zapomina się z tragicznym skutkiem. To tak, jakby poniechać wywiązywania się z obowiązku opłat za sieć internetową, czynsz i prąd. Natychmiast byśmy zostali odcięci od kontaktu ze światem, a to przecież dzisiaj jest nasze życie. Dochodzę do przekonania, że via net wszyscy znaleźliśmy się nagle w stokroć ciekawszej krainie czarów, niż zwiedzana przez małą Alicję przestrzeń po drugiej stronie lustra. Prawdę mówiąc w naszych rękach jest narzędzie umożliwiające kontakt i oddziaływanie na olbrzymie masy ludzi. Już nie jesteśmy tak samotni we Wszechświecie, jak pisali o tym przed laty rozczarowani intelektualiści, pozbawieni tych nowych możliwości, jakie otworzyła przed nami rewolucja technologiczna. Jeżeli tylko chcemy, mamy szansę dać znać o sobie i swoich potrzebach całemu światu. Nie musimy kołatać w drzwi urzędów aby zarejestrować partię czy stowarzyszenie. W jednej chwili można taką społeczność zbudować na portalu Google Plus czy na Facebooku. Ogromne możliwości, jakie wyzwala w nas sieć, fascynują, a zarazem przerażają… Dziś wyobrażam już sobie, że w dającej się przewidzieć przyszłości autorytety moralne i wszelkiej maści idole nie będą kreowane przez nadawców telewizyjnych, ale właśnie w necie. Zastanawiam się nad tym, (czysto teoretycznie) jakie dziś miałby szanse Adolf Hitler, który zaistniał dzięki nowemu medium, jakie było w jego czasach powszechnie dostępne radio, a wkrótce potem telewizja, która transmitowała ważniejsze konkurencje Olimpiady 1936 roku w Berlinie. Zabranianie używania radia podczas okupacji miało swoje uzasadnienie w obawach i świadomości, jak potężne jest jego oddziaływanie na ludzką świadomość. Właśnie tak wielki jest dzisiaj wpływ Internetu i spontanicznych ruchów obywatelskich, jakie się dzięki niemu zrodziły i uaktywniają z dnia na dzień. To wielka rzecz, potężne narzędzie umożliwiające ludziom autokreację i ujawnienie swoich poglądów na świat a przy okazji dostaje się naszym bliźnim. W sieci każdy może tworzyć i rozpowszechniać swe utwory spełniając marzenia o tym, żeby stać się artystą. Może nie każdy nim naprawdę jest, (nawet na pewno) ale śmiało można stwierdzić, że wszyscy jesteśmy autorami. Chodzi tylko o to, żeby odpowiadać za to, co się pisze i maluje, emituje w sieci i jakimi treściami dzielimy się z internautami. To dziwne pojęcie ukuto naśladując słowo określające przemierzającego Kosmos astronautę. W przeciwieństwie do pustki panującej między planetami, otacza nas morze niezwykle atrakcyjnych treści. W tej nieskończonej przestrzeni i chaosie wrażeń  jesteśmy poszukiwaczami prawdy o otaczającym nas Wszechświecie. Dopiero porównanie swojej nikłości z tym ogromem musi wzbudzić pokorę, jaką Immanuel Kant wyraził słowami: „Niebo gwiaździste nade mną, a cała pokora we mnie”. Cóż z tego, że jesteśmy tak potężni i mamy dzisiaj tak wiele możliwości, skoro w skali wiecznego Wszechświata znaczy to tak niewiele… a może nawet nic nie znaczy ? Ot, kolejna zabawka i smakowite jabłko w rękach Ewy. A co było dalej… wszyscy już dobrze znają tę historię.

Tagi: internet, bóg, autor, artysta, sieć, prawo moralne

skomentuj (0)

czy na forum będzie quorum? 2012-05-22 17:07:27

Niebawem odbędzie się podczas Festiwalu Filmu Krótkometrażowego w Krakowie kolejne forum dokumentalistów i twórców filmów krótkometrażowych wszelkiego gatunku i rodzaju. Do tej pory uważałem to za oczywistą stratę czasu, bowiem wielokrotnie uczestniczyłem w podobnych spędach sfrustrowanych artystów. Nikt nie wychodził z nich zadowolony, bo nawet nie pozwolono mu porządnie ponarzekać. W tym roku w porządku obrad znalazł się referat o sukcesach polskiego dokumentu i animacji. Jeżeli mamy przez pół Polski jechać, żeby słuchać przechwałek urzędników od kultury i dyrektorów instytucji filmowych to jest to marnotrawienie cennego czasu, który można poświęcić rozmowie na temat rozwiązania stanu zapaści. Prawda jest przecież zupełnie odmienna od wizji, jakie usiłują malować pięknoduchy i urzędowi kłamcy. W następnym punkcie obrad ma być właśnie mowa o przebiegu prywatyzacji instytucji kinematograficznych w Polsce. Jeżeli ma to przebiegać tak, jak w moim macierzystym Studio KRONIKA, to uzdrowienie sytuacji polegające na zwolnieniu twórców jest reformą funta kłaków nie wartą. Taka prywatyzacja dawno już na Zachodzie została rozpoznana jako markowanie rzeczywistych działań i dowód bezsilności likwidatora. Może powinniśmy od razu nazwać to likwidacją przedsiębiorstw filmowych zamiast kłamstw o prywatyzacji. Dziwnym trafem urzędnicy z takich opresji wychodzą zawsze obronną ręką. Wiadomo, co zawsze na wierzch wypływa… nie oliwa. Dla przeciętnego twórcy, a do takich ja się zaliczam, nie są jasne prawne zawiłości uchwał i projektowanych ustaw. Wykorzystują ten fakt twórcy ustawy medialnej, po ustanowieniu której już pozbawieni zostaniemy resztek należnych nam tantiem nie mając żadnych podstaw do prywatnych roszczeń wobec naszego producenta i nadawcy. Nie oszukujmy się, jeżeli nawet wydelegujemy swoich przedstawicieli do prac nad tą ustawą, to drużyna rządowych prawników i tak przeprowadzi to, co im każą zapisać w każdym paragrafie Ustawy medialnej. Akurat w tym punkcie nie wystosowuję żadnych żądań i pretensji nieśmiało optując za zachowaniem status quo. Wiem jednak, że świat pędzi w oszałamiającym tempie pomimo moich zastrzeżeń i wbrew moim postulatom. Nie obrażam się więc na rzeczywistość i z pokorą przechodzę do kolejnego punktu porządku dziennego. Pochylam się nad tematem notacji dziedzictwa narodowego. No cóż, to kolejna działka zastrzeżona dla kręgu wtajemniczonych i zaufanych ludzi, którzy nie pozwolą robić tego, co jest dla nich źródłem stałego dochodu. Chciałbym się w tej materii mylić, ale nigdy mi się nie udało ( a próbowałem) doszlusować do programów firmowanych przez instytucje europejskich funduszy medialnych, Narodowy Instytut Audiowizualny czy działający w Warszawie Instytut im. Adama Mickiewicza. Jeżeli ogłaszane są jakieś publiczne przetargi czy konkursy, to właściwie pro forma. Czy to jest naganne? Skoro działają tak, jak większość innych fasadowych instytucji to potępianie tego procederu jest walką z wiatrakami. Pisałem projekty, wysyłałem je (jak się okazało, na Berdyczów) i nie otrzymywałem od organizatora żadnej (nawet negatywnej) odpowiedzi. Rozsądni znajomi przestrzegali mnie i zniechęcali, ale ja uparcie postępowałem tak choćby po to, żeby mi nie zarzucano brak aktywnej wiary i osobistego zaangażowania. To samo dotyczy planowanej informacji o dokumencie w TVP. Jak można ufać w słowa i deklaracje redaktorów odpowiedzialnych za film dokumentalny, jeśli wykazali się oni do tej pory skrajną nieodpowiedzialnością za wygłaszane wcześniej zapewnienia o tym, że czekają na nasze scenariusze i projekty?... Nic dodać, nic ująć. Zasuńmy nad tą wstydliwą kwestią kotarę milczenia. Na koniec porządku obrad zapisano Apel Dokumentalistów, ale mam nadzieję, że przybyłym z kraju i zza granicy twórcom, nie wystarczy już czasu ani cierpliwości na to bicie piany. Tym bardziej, że w tej profesji pojawia się coraz więcej przedstawicielek płci przeciwnej i nie było by to tak przyzwoite, jak nudnie lecz oficjalnie brzmiące wstępne zagajenie pod tytułem: „Na początku był dokument”. Ja wiem, że na początku był chaos, więc po co mijać się z oczywistą prawdą ?

Tagi: dokument, tvp, animacja, krakowski destiwal filmowy

skomentuj (0)

między kołami Fortuny 2012-05-20 18:51:08

Dwie kwestie wryły mi się w pamięć po obejrzeniu w Kinotece filmów z festiwalu Planete Doc. Samozwańczy guru porywa za sobą grupę wyznawców powtarzając im, jak mantrę, że nie mówi im prawdy, a w rzeczywistości źródło siły jest w nich samych. Każdy może być dla siebie guru. Potrzeba tylko wiary i przekonania o własnej wartości. Drugie, równie ważne zdanko jest rzucone ot tak sobie, mimochodem, a przecież uchwyciłem się go, jak pijany płotu. Słyszałem go w różnych okolicznościach już nie raz, ale w tym momencie rada, żeby przed wszystkim trzymać się blisko tych ludzi, którzy cię kochają zastanawia. Musi być przecież, gdzieś w przeszłości, jakaś przyczyna mojej dotychczasowej głuchoty, głupoty i ślepoty na tak jasno sformułowane, proste i oczywiste stwierdzenia. Teraz wiem, że muszę wrócić na Śląsk aby być jak najbliżej rodziców. Nie można całej opieki powierzać dobroci tylko jednej czy paru osób. Starszy człowiek musi czuć, że jego istnienie nie jest obojętne bliźnim, a oni powinni mieć w sobie zapas dobrej energii i pozytywnego myślenia o świecie. Tylko wtedy nas nie przerażą trudności, niezależnie od tego czy są to sprawy finansowe, zdrowotne, czy też sercowe. A propos serca, to teraz już uspokoiło się po ryzykownym zabiegu i tata może znów pomagać chorej mamie odmierzając jej codzienną porcję leków. Do tej pory musiał sam się często kłaść, bo wszystko tak go bolało. Mając dwoje chorych na cukrzycę i serce rodziców zbadałem się, ale na szczęście moje wyniki mieszczą się w normie. Czasami jednak serce podchodzi do gardła, kiedy przyjdzie wiadomość o skuciu z płyty nagrobnej teścia i żony części metalowych liter. Mamy dylemat, czy zrekonstruować brutalnie zdemolowany napis, czy też pozwolić złodziejowi zabrać resztę mosiężnych kawałków, które sprzeda w skupie złomu i kupi za to alkohol?... Chyba się zdecydujemy na wyrycie w kamiennej płycie nazwisk i imion zmarłego ojca i córki, bo wtedy przetrwa on przynajmniej do czasu, kiedy nas już nie będzie. Nie mogę pomstować, ani życzyć źle człowiekowi, który tak zbezcześcił grób naszych bliskich.  Wiem jednak, że taki czyn nie pozostanie bez kary, bo wyrządzone komuś zło powraca do człowieka dopadając go ze zwielokrotnioną siłą. Śmierć i obrzędy pogrzebowe przybierają najprzeróżniejsze formy na całym świecie. Oglądałem to w chińskim filmie o umieraniu i pożegnaniu obłożnie chorej kobiety. Kiedy umiera dziecko, wszyscy płaczą z powodu ogromnej straty, ale gdy odchodzi stary człowiek pogrzeb jest okazją do radosnej uczty, bo jest to prawdziwe uwolnienie z ziemskich trosk. Zmarłego nic już nie boli i nie martwi się on, że jest ciężarem dla rodziny. Tych filmów jest ponad sto. Niemożliwe, żeby zobaczyć je w komplecie, ale cieszę się, że udało mi się je oglądać (z krótką przerwą na wyjazd do Schwerina na Medientage) i trafić na prawdziwe perełki dokumentu. Zdziwił mnie tylko brak reżyserów z mojego pokolenia na seansach i warsztatach. Być może młodsi filmowcy tam byli, ale ja ich za bardzo nie znam i oni mnie nie znają. Dlatego między innymi poszedłem na sobotni pokaz filmowy do Domu Sztuki na Ursynowie, gdzie prezentowali się debiutanci. Zostałem niespodziewanie poproszony o zabranie głosu w dyskusji, ale w tym gronie wolałem nie mówić rzeczy, które by mogły zostać poczytane jako złośliwość. Pierwsze próby rzadko bywają genialne i trudno je rozpatrywać jako profesjonalne filmy dokumentalne. Szczerość nie zawsze jest na miejscu, więc w ślad za Bogdanem Kozyrą bezwiednie powtórzyłem słowa uznania dla twórców i złożyłem im naprawdę szczere życzenia powodzenia na przyszłość. Wszyscy uczestnicy seansu filmowego myśleli już o czekającym na piętrze słodkim poczęstunku i wybornym winie. My też spieszyliśmy się na finał Ligi Mistrzów, ale zdążyliśmy jeszcze uszczknąć tego i owego z mniej obleganego, niż zazwyczaj stołu. Po prostu dobra pogoda nie sprzyja frekwencji i tym samym dla upartych fanów kina zostało dość sporo łakoci do skosztowania. Dzień po dniu zapamiętujemy nie tylko czyste fakty i obrazy, ale także powidoki, smaki i zapachy, czuły dotyk i pierwsze wrażenie w kontakcie z kimś, kogo do tej pory nie znaliśmy. Czasami (często) jest to rozczarowanie, ale niekiedy ten ktoś okazuje się kimś niezwykłym, jak smaki egzotycznych serów, którymi częstuje swoich przyjaciół i znajomych. Imponuje znajomością zasad gry i trafnością ocen w typowaniu wyników totalizatora sportowego. Zazdroszcząc mu powodzenia nie mamy jednak podstaw do zawiści, bo wszystko, co do tej pory udało mu się wygrać stało się dzięki jego niezwykłym umiejętnościom. My, zwykli śmiertelnicy nie mamy w sobie tego daru. Dlatego on jest królem życia, a my korzystamy z owoców jego powodzenia. Fortuna kołem się toczy. Mamy nadzieję, że odmieni się wreszcie na naszą korzyść. Cóż tego, że teraz jest źle i nie jesteśmy tak kochani, jak byśmy tego chcieli … Jeszcze będziemy szczęśliwi, przez chwilę, to prawda, ale na pewno tak się stanie. Trzeba w to wierzyć i nieustannie być dobrej myśli nawet, jeśli w tej chwili nic nie wskazuje na to, że nastąpi cudowna przemiana zła w dobro i nędzy w bogactwo. Skoro innym szczęście sprzyja, kiedyś musi przyjść wreszcie nasza kolej. Z tym przekonaniem ruszam do Krakowa przekonany, że członkowie Apelu Dokumentalistów nie skrócą mnie o głowę za to, co pod ich adresem tu i tam wypisywałem.

Tagi: życie, los, dziennik, myśl, pamietnik, wpis, raptularz

skomentuj (0)

eine kleine Peterman 2012-05-17 21:16:56

Jakże dziwne i niespodziewane są tak przypadkowe związki, jak bohaterowie legend i znajomi z naszej codzienności. Tym razem, na kolejnym Medientage nie śledziłem już z tak wielką uwagą przebiegu obrad na Sali plenarnej. Bardziej zajmowała mnie uroda zamku, w którego salach odbywały się panele dyskusyjne i konferencja o perspektywach polsko – niemieckiej współpracy. Rysują się one wcale dobrze, więc uspokojony poświęciłem swój wolny i część teoretycznie zajętego czasu na pieszą podróż po uliczkach Schwerina. Później zafundowano nam zwiedzanie miasta z przewodnikiem, ale cóż znaczy dwugodzinna gonitwa pomiędzy zabytkami, kiedy jest ich w siedzibie Landtagu na każdym kroku co niemiara. Koleżanka, która z wykształcenia jest historykiem sztuki prowadziła mnie śladami swojej pierwszej studyjnej podróży dziennikarskiej i zwróciła mi uwagę na jeden z najciemniejszych, niepozornych portretów zdobiących pałacowe komnaty. Była to figura królewskiego pazia zwanego przez współczesnych Piotrusiem - Człowieczkiem. Nie było w tym przydomku nic ujmującego. Wręcz przeciwnie, bowiem chociaż ulubieniec króla i królowej Pomorza Przedniego nie mógł się pochwalić wzrostem, to jednak wyróżniał się błyskotliwym intelektem i dowcipem. Mądry karzełek wzbudzał wśród swoich rówieśników i przełożonych prawdziwą sympatię, której ślad w Schwerinie jest dzisiaj widoczny na każdym kroku. Imię Piotrusia noszą statki flotylli rzecznej i tramwaje turystyczne. Portret Piotrusia zdobi wejścia do sklepów i miejskich instytucji. Plakaty z jego wizerunkiem są na wszystkich trzech dworcach kolejowych i w hotelach. Zastanawiające, że my nie wpadliśmy na tak wspaniały  pomysł mając przecież w historycznej pamięci równie sympatyczną postać Stańczyka. Odpowiedź tkwi chyba w naszej skłonności do krytyki, niż poszukiwaniu autorytetu i pozytywnego wzorca. Trend odbrązawiania legend sprawił, że często odbijamy się od ściany do ściany: od skrajnego uwielbienia do bezpodstawnego oczerniania. Czasami doświadczamy tego na własnej skórze i przyzwyczajamy się do złych opinii na swój temat. Wcześniej obrażałem się i nawet próbowałem tłumaczyć się, że to fałsz i kalumnie, dopóki ktoś mi nie uświadomił, jak odbierane są usprawiedliwienia obwinionych. Jeżeli czujesz się winny, wtedy się bronisz… Niewinni nie potrzebują obrony. To jest tak samo prawdziwa teza, jak powiedzenie o tym, że gdy trzech ludzi mówi Ci, że jesteś pijany idź do domu wytrzeźwieć. Próżno w tej sytuacji opowiadać, że czujesz się zdrowy i sprawny. Kiedy więc niedawno przeczytałem post od utytułowanych „tfurcuf”  filmowych zwątpiłem, ale na prośbę jednego z nich przeprosiłem za czyny, których się nie dopuściłem. Zrobiłem to dla świętego spokoju, żeby nie powtarzano, jakim to ja jestem niewykształconym gburem. Najciekawszy w całej tej historii bez szczegółów, jest fakt zatajenia moich przeprosin i pominięcia ich milczeniem w długiej liście głosów w dyskusji autorów na temat ciężkiego stanu polskiej sztuki filmowej. Widocznie moderator uznał, że nie mam prawa do moralnej ablucji i powinienem w oczach uczestników sporu pozostać tym, który bezpardonowo wali na odlew rozdając ciosy Bogu ducha winnym członkom grupy inicjatywnej Apelu Dokumentalistów. Tymczasem ja nikomu nie dawałem upoważnienia do reprezentowania moich interesów jako dokumentalisty. Równie dobrze mógłbym wystosować do jakiegoś ważnego urzędu, czy nawet rządu, Apel Blogerów, bo przecież jestem blogerem. Ponieważ nie jestem blagierem nigdy by mi to nawet nie przeszło przez myśl, żeby tak uczynić nie pytając nikogo z blogerów o zdanie. Nie spytano mnie, więc mam prawo krytykować tych, którzy po roku działalności Apelu Dokumentalistów czują się już zmęczeni i składają broń bo właśnie mają sposobność pracy nad skierowanym do produkcji filmem. Podzieliłem się na forum wątpliwością na temat związku pomiędzy otrzymanym skierowaniem do produkcji filmu, a faktem istnienia w strukturach grupy roboczej Apelu Dokumentalistów. Wywołało to burzę wśród poruszonych tym członków i kolejny apel o wycięcie mnie z listy dyskutantów poprzez zablokowanie możliwości udziały w wymianie poglądów.  Śmieszne, żałosne, ale prawdziwe… Dlatego tak bardzo wzrusza mnie historia Piotrusia – człowieczka, który nikomu z dostojnych mieszczan w pomorskim Schwerinie nie przeszkadzał, chociaż w swoim krótkim życiu nie szczędził im słów prawdy i krytyki.

Tagi: film, historia, sztuka, plotki, obyczaj, apel dokumentalistów

skomentuj (0)

Księga Gości
http://www3.sympatico.ca/hobot/Zbyszek.htm
"Ślązacy z bombowców" cz.1 dokumentu o 304 Dywizjonie Bombowym
film "Z nieba do nieba" cz.1 dokumentu o Jance Lewandowskiej
10 wybranych netbooków witryna publikacji autora
projekty i dorobek autora strona osobista autora
AUTOPREZENTACJA wywiad w Kino Polska
werki z planu filmowego ZAMACH MAJOWY
autorskie spoty i filmy lotnicze 17 wspaniałych