RSS
 

WYRWANE Z KONTEKSTU

29 kwi

Bywam czasami w Domu Sztuki na Ursynowie, bo tam jeszcze można zobaczyć perełki prawdziwego kina opatrzone wspaniałym komentarzem Stanisława Janickiego. Przemierzyłem nieomal cały dystans dzielący północ Warszawy od południowego krańca na Ursynowie, żeby przypomnieć sobie dość rzadko pokazywane filmy Andrzeja Barańskiego. Nie zawiodłem się, chociaż sposób opowiadania starego mistrza zasadniczo różni się od autorskich wypowiedzi współczesnych twórców. a
To oczywiste, że zmieniają się gusta wraz z nadejściem nowych czasów. Niezmienna, wieczna jest tylko środowiskowa zawiść i nieśmiertelne komentarze w stylu: „skończył się„, „nic więcej już nie zrobi„, etc… Nie do końca jest to prawda. Przeczy temu przesądowi twórczość Andrzeja Żuławskiego.
Pozbawiony możliwości realizacji rodzinnej trylogii księżycowej “Na srebrnym globie” napisał: “Możesz odjąć wszystko od wszystkiego, a wszystko pozostaje”. W ten oto sposób buńczucznie, młody reżyser słowem przeciwstawiał się systematycznemu niszczeniu swojego ukochanego dzieła. Nie on jeden tak miał, inni mieli gorzej.
Filmowcy są niepowtarzalną zbiorowością Indywiduów, o którym mój pierwszy Cicerone, reżyser Bogdan Górski powiedział, że równie dobrze pasują do więzienia, jak warszawskiego salonu. Potwierdził tę dość niepochlebną opinię Andrzej Żuławski w książce „Jonasz” umieszczając obok tytułowego bohatera w brzuchu wieloryba, postać ślepego reżysera filmowego.
Reprezentuje on grupę zakompleksionych, próżnych ludzi, uważających się za wyrocznię, pełnych pretensji do świata, że nikt ich nie chce uznać za proroków. Pisarz mowi ustami reżysera do uwięzionego wraz z nim Jonasza: “Musisz zrozumieć, że tylko niemądra myśl, słowa na opak wypowiedziane opanowują świat, cieszą widzów, nasycaja uczestniczących. Kino, stąd. Religie niezdolnych… Ale ja o tym nie wiedziałem. Byłem spod spódnic matki, spod cichej ręki ojca, który zmarnował sobie życie, aby rodzina się ostała. Z małej budki kolejowej, gdzie ojciec stał się dróżnikiem po powstaniu 63-go roku. Z książek. Z niczego. Mam czterdzieści lat ”mówi filmowiec”, pół życia zżarły mi kobiety. Wyzwoleni, w końcu swój raj ustanawiają wśród kobiet. Są królami haremu, jak filmowe gwiazdory, jak tancerze, jak fryzjerzy:wypomadowani…
Twórcy uwielbiają moralizować nie czując absolutnie obowiązku życia zgodnie z objawionymi i głoszonymi przez siebie prawdami.
Programowo niewierny anarchista w dziedzinie sztuki, autor recenzji filmowych krytykuje krytyków oskarżając ich o nienawiść wobec scenarzystów, reżyserów i aktorów, bo im samym nie udało się dostać do żadnej szkoły artystycznej. Sam jednak pozwala sobie na bezwzględną ocenę filmów Andrzeja Wajdy, aktora Olbrychskiego, zjawiskowo pięknej Beaty Tyszkiewicz, Krzysztofa Zanussiego, Bogdana Poręby, Ryszarda Filipskiego, oraz innych, pozostających na świeczniku współpracowników pieszczochów władzy.
To nic, że sam obficie korzystał z profitów, jakie dawała mu funkcja pełniona przez wpływowego ojca. Wojenne cierpienia twórcy “Trzeciej części nocy”, usprawiedliwiają wszelkie pretensje, jakie mogą się pojawić w tej kwestii.
Tak właśnie sądził i wcale nie obchodziło go, czy ktoś mu przyznaje rację. Pisarz, reżyser, krytyk filmowy i filozof w jednej osobie rozdaje celne ciosy na prawo i lewo nie zważając na uznane autorytety. Bezczelnie podważa je zdradzając nawet sekrety własnej alkowy i nie waha się bezlitośnie rozliczać osób, które mu zaufały angażując się bez reszty w dzieło jego życia.
Nikt nie chce kochać, choć każdy chce być kochany. Tak właśnie brzmi motto naszych czasów. Potwierdza się to z latami, w miarę poznawania kolejnych artystów ze spalonego teatru, estrady, kina, telewizyjnych celebrytów, sponsorów sztuki i wpływowych producentów. Rozczarowany, rozgniewany i zrozpaczony autor zdecydował się zrezygnować z leczenia wykrytego nowotworu. Była to właściwie swoista odmiana auto da fe
Pochówek zwłok, zgodnie z życzeniem reżysera, odbył się bez księdza w asyście tych, którym zmarły geniusz nie szczędził ostrych słów.
To i tak wyglądało lepiej, niż pogrzeb Krzysztofa Krauzego z udziałem natchnionego kaznodziei usiłującego w Kazimierzu nad Wisłą zastąpić kapłana, który wykonuje krok po kroku nakazane kościelną procedurą czynności. Nad grobem Stanisława Manturzewskiego SMwygłosił mowę sam Adam Michnik, co umarłemu pomogło tyle, ile dymiło kadzidło. Nie biorę już udziału w tych smutnych ceremoniach, chociaż wiem, że odchodzącym do wieczności przyjaciołom należy się nasz szacunek. YONAS
Dopóki żyję, zachowam ich w mojej wdzięcznej pamięci i to powinno nam, przynajmniej na razie, wystarczyć… No bo jak inaczej oddać to mistyczne rozdarcie pomiędzy materialna egzystencją, a twórczą esencją, niż słowami z “Jonasza: … takich ludzi, jak on, nie ma i dlatego nie można o nich opowiedzieć, ani dać sobie z nimi rady? Że śmierdzą jak wszyscy i gorączkują jak wszyscy, mają wrzody i kataraktę i broczącą fistułę pod pachą, i piją a przecież,,, Czy też Ci powiedzieć raczej, że nigdy tam nie byłem, nigdy go nie widziałem”. Filmowiec ma łzy w oczach. “Nienawidzę go jak nikogo” mówi “nienawidzę , bo ich nie można pokonać. Nienawidzę, bo lepiej krzyczą, lepiej zabijają. Niczego im nie można przeciwstawić, prócz filmu, który byś o nim zrobił…”.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Smieszno i straszno…

22 mar

eKiedy po trudach przetrwania w szarej codzienności udało mi się wreszcie ukoić skołatane nerwy w objęciach Morfeusza, znalazłem się w zupełnie innym świecie. Oto miałem do dyspozycji wszelkie urzadzenia, o jakich może marzyć współczesny operator, fotograf i twórca filmowy. Przesuwałem we śnie obrazy i ujęcia, dokonywałem na nich wszelkich operacji montażowych. Kadr po kadrze, ton z tonem, układałem z nich misterną kompozycję z pasją chłopca, który buduje z klocków lego miniaturę świata
dorosłych mężczyzn. Zanim zdążyłem przejrzeć zmontowaną wersję dzieła, obudziłem się. Nie od razu do mnie dotarło, że cała ta wytężona praca poszła na marne. Zaangażowana w nocna twórczość fantazja nie zdała się na nic. Po prostu to, co wydawało mu się rzeczywiste, było w istocie czystą iluzją. Tylko ogromne zmęczenie pozostało po uczuciu zadowolenia ze skończonej roboty. Okazało się, że trzeba zaczynać jeszcze raz, ale to już nie to samo… Nie da się powtórzyć ulotnych nastrojów, pomysłów,jakie pojawiają się w szczytowych momentach zachwytów, które już bezpowrotnie minęły.
Porażka nie zawsze oznacza klęskę, bo czasem inspiruje nas w myśleniu, na które w inny sposób być może nigdy byśmy się nie zdecydowali. Senna wizja jest odważniejsza od rozsądnego rachunku walorów i wad zjawiska analizowanego wedle obowiązujących reguł i ustalonej metodologii badań. Nikt nie ośmiela się dziś podważać ogłaszanych przez Stephena Hawkinsa kosmicznych wizji i proroctw, które są w ogromnej mierze jego osobistymi spekulacjami. Wszyscy na świecie uznali go za wizjonera, bo każda epoka potrzebuje swojego wizjonera. On zaś puszcza wodze fantazji, jakby wciąż śnił i nie chciał się obudzić. Nie każdy ma to szczęście, ale Geniusz ma swoje nieograniczone prawa wśród zjadaczy chleba naszego powszedniego.
Poniewczasie przyszło mi do głowy, że wcale nie musiało być tak, że operacja, jakiej dokonywałem we śnie uległa całkowitej zatracie. Mogłoby się zdarzyć bowiem i tak, że ten zero-jedynkowy strumień plików audio i video rejestracji, wyeksportowany w przestrzeń jest tam nadal i to po wieczne czasy, aż Kosmos i Wszechświat skurczy się do wymiaru ziarenka piasku. Niezależnie od wartości zmontowanego fragmentu filmu, on zaistniał i nadal trwa jego emisja w nieskończonej przestrzeni Universum.
To oczywiście tylko moja hipoteza, do jakiej zainspirował mnie astrofizyk na wózku inwalidzkim, niezdolny do żadnego gestu i wypowiedzenia samodzielnie słowa. Dotykając klawiszy w osobistym komputerze, podobnie jak ja teraz, stworzył przedziwny obraz, który wystukał palcami i nakreślił granice ludzkich możliwości. Zdaje się nas zachęcać do przekraczania wszelkich barier, jak on z powodzeniem pokonuje fizyczne ograniczenia wynikające z jego postępującej choroby… chyba z wyjątkiem Dobra i Zła. Zło fascynuje i niektórych urzeka jego zniewalająca potęga. Rzuca urok na tych, którzy są podatni na swąd palonych ciał, skłonni są do gwałtu i z lubością obserwują sceny przemocy.
Trudno mieć pretensję o to, że w każdej zwierzęcej społeczności pięć procent populacji stanowią osobniki zdecydowane do boju z wrogiem, bez względu na cenę. Tak również jest w każdym ludzkim mrowisku, chociaż większość ceni sobie święty spokój, ład i harmonię. Ale gdyby nawet stało się tak, że jakiemuś szalonemu programiście, hackerowi przyśniła się wizja hekatomby ofiar na naszej planecie, to pewnie już ta wersja rzeczywistości wirtualnej została już wyeksportowana w Kosmos. Przyzwyczajeni do oceny miarą ludzkich wartości i moralności bylibyśmy zaskoczeni, gdyby taki sen i tęsknoty uwalniały się w istocie, która dla wszystkich jest przykładem cnót wszelakich. Może kimś takim być również nowo narodzone niemowlę, którego mózg jeszcze w postaci embrionalnej wysyła fale alfa, beta, gamma, układające się stopniowo w rodzaj informacji, która po przyjściu na świat formuje się w konkretnym, niezależnym kształcie od osobnika, który ją wytworzył. Odbywa się to niezależnie od tego, czy posiada on dobry komputer i co konkretnie wykorzystuje w tym dość skomplikowanym procesie.
Myślenie ma przyszłość, to prawda… Ale ma również swoją chlubną i niechlubną przeszłość, niezależnie od uzusu w epoce rozwoju ludzkiej cywilizacji. Spalenie Biblioteki Aleksandryjskiej, zburzenie świątyni Diany w Efezie, zabójstwo rzymskiego Cezara, wyprawy krzyżowe, procesy czarownic, królobójstwo, World Trade Center, eksplozja w metrze, rozpylenie śmiertelnego w skutkach gazu Sarin, zamachy, strzelaniny w stolicach Zjednoczonej Europy, tworzą ciąg tragicznych zdarzeń od Herostratesa, który w ten sposób pokusił się o nieśmiertelność, poprzez krwawych dyktatorów, aż po anonimowo ginących bojowników za sprawę. Bogu ducha winny człowiek może tego wcale nie chcieć, ale głęboko tkwiące w jego jestestwie mechanizmy prowokują ludzki organizm do emisji niszczących aplikacji. Działa to na otaczający nas świat, niczym komputerowy, albo prawdziwie istniejący w otoczeniu wirus, powodujący destrukcję pierwotnie zdrowego ciała i niewinnej duszy.
Jak w tym momencie oskarżać, kogo obwiniać za ten naturalny zda się proces… Boga? Szczęśliwi Ci, którzy posiedli łaskę wiary, bo ufającym w potęgę rozumu nie uda się rozwikłać tego problemu. Logika tu nie ma zastosowania, więc racjonalistom pozostaje tylko rozpacz, która jest grzechem. Nie dość, że zostaną pokonani z mocy wysłanej przez mózg człowieka, ale będą za to potępieni… Ha, ha… cha,cha, cha:))) żartowałem!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

ODEJŚCIA I POWROTY

02 lut

OPALENICAW drugiej połowie grudnia odszedł mój ukochany ojciec. Powaliła go ciężka choroba, z którą zmagał się dzielnie przez całe lata. Miałem nadzieję, że chociaż jeszcze to jedno Święto Bożego Narodzenia uda się nam spędzić w komplecie… Kiedyś musiało jednak nastąpić to, co nieuchronne. Ojciec żył prawie dziewięćdziesiąt lat i pewnie mógłby jeszcze pobyć na tej Ziemi, gdyby nie mordercza, całodzienna i nocna praca przy opiece nad bardzo chorą mamą.
Grudzień był również ostatnim miesiącem dla Anny Iżykowskiej – Mironowicz, która tak pięknie wspominała reżysera Stanisława Jędrykę, który zawdzięcza jej wspaniałą oprawę muzyczną swoich filmów.
Stało się, ale nim się zdołałem pogodzić ze śmiercią ludzi, którzy wciąż są obecni w moim życiu, doszły mnie wieści o pogrzebie młodszego od nich Leszka Winnickiego i jego imiennika, Leszka Brańskiego.
Obaj wielcy artyści kina, ledwie przekroczyli urzędowy próg wieku emerytalnego, a już przyszło im się pożegnać z tym napiękniejszym ze światów. Zawdzięczam im przepiękne zdjęcia i niepowtarzalną muzykę, której uroda sprawiła, że nie tylko ja sięgałem po nią w innych swoich filmach, jak „Pętla”, czy „Nie zostałem artystą”. Z Leszkiem Brańskim spotkałem się w debiutanckim portrecie poety Rafała WojaczkaPtak, o którym trochę wiem„.
W odróżnieniu od moich innych spotkań z profesjonalistami on ucieszył się, że ktoś nowy usiłuje wejść do świata filmu. On akurat traktował moje pojawienie się w wytwórni przy ulicy Chełmskiej, jako szansę dla siebie, a nie zagrożenie, jak pozostali weterani, którzy zjedli zęby na niejednym planie filmowym. Leszek Winnicki od początku próbował zaistnieć w branży na różnych polach. Chciał być aktorem, reżyserem, producentem. usiłował to wszystko robić, gdy tylko nadarzyła się ku temu sposobność. Niestety, poległ w zderzeniu z rzeczywistością.
Lech Brański był zręcznym, delikatnym dyplomatą i wszyscy go lubili, a nawet kochali. Chętnie mu proponowano pracę przy filmach fabularnych i serialach telewizyjnych. Nasz “Powrót z Galaktyki Gutenberga” znalazł się nawet w setce wybranych filmów na stulecie polskiego dokumentu. Natomiast “Podróż do Witkacji” ze zdjęciami Leszka Winnickiego znajduje się na poczesnym miejscu w wideotece Instytutu Witkacego.
Trudno się dziś pogodzić z tym, że tak wybitnych ludzi w dojrzałym wieku, niespodziewanie powaliła nieuleczalna choroba i uniemożliwiła im czerpanie z dorobku całego życia należnego im uznania. Nie doczekali się takiego hołdu, jaki słusznie zresztą oddawano nieodżałowanemu Mistrzowi, Andrzejowi Wajdzie. Każdy z nich powinien móc przejść się po lesie, usiąść na polanie i posłuchać śpiewu ptaków. To nieprawda, że do końca swoich dni musimy w pocie czoła pracować.
Może to prawda, że praca uszlachetnia, ale mamy tylko jedno życie. Zastanawiam się, które życie było lepsze, mojego taty, bez wielkich wzlotów i bolesnych upadków, czy to pozornie bardzo atrakcyjne, na planie filmowym, z wyjazdami na międzynarodowe festiwale, ale głównie w świecie fikcji. Dola artysty jest naznaczona wiecznym niespełnieniem marzeń. Ogarnia mnie smutek i żal nie tylko z powodu śmierci tak bliskich mojemu sercu twórców, lecz trudno mi się pogodzić z okolicznościami ich odejścia z tego świata. Ono nie powinno być tak rozpaczliwie beznadziejne i ostateczne. Mam nadzieję, że obaj pozostaną w naszej pamięci na zawsze… tak, jak niedawno zmarła Ania Lewandowicz, pod której opieką spoczywały na przepastnych półkach filmowego archiwum WFD, metalowe pudełka z naszymi taśmami prawdy o świecie i ludziach. Nas już nie będzie, a one po nas pozostaną.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

To nie jest recenzja

12 gru

aNa europejskiej gali filmowców we Wrocławiu nagrodzono mistrza Andrzeja Wajdę pośmiertnie za dokonania artystyczne w dziedzinie filmu. Był rzeczywiście wielkim artystą światowego formatu. A jakim był człowiekiem?…
No, tutaj już zdania przyjaciół reżysera i jego współpracowników są niejednoznaczne w ocenie malarza, filmowca, społecznika a po troszę nawet polityka, bo i w tej dziedzinie starał się odcisnąć swoje piętno. Dla mnie osobiście najważniejsza jest jego relacja z tymi twórcami, którym udzielał materialnego wsparcia, oczywiście na miarę swoich możliwości. Wielki, uznany geniusz mógł działać tak, jak mu się podoba i swobodnie decydować o tym, co mu odpowiada, a co nie.
Tymczasem na planie filmowym wysłuchiwał opini każdego, kto pozwolił sobie na jej głośne wyrażenie, a nawet kupował pomysły, niezależnie od tego, czy były autorstwa jego asystentów, czy zwykłego pomocnika oświetlacza. Do dzisiaj mam w szufladzie własnoręcznie pisany list od Mistrza, co dzisiaj, w dobie emajli jest prawdziwym rarytasem. Były szef Studia Filmowego X, prezes Stowarzyszenia Filmowców Polskich, z niezwykłą ostrożnością dobierał osoby, z którymi miał współpracować.
Pomimo osobistej rekomendacji Marka Kukawskiego i Andrzeja Brzozowskiego nie znalazłem się w orbicie jego zainteresowań, ale list był tak napisany, że nie odczułem żadnego afrontu z tego powodu, szczególnie gdy na zakończenie prosił o wzajemną życzliwość. My po prostu byliśmy zupełnie innymi ludźmi, a to wyklucza współpracę. Inni, jak Krzyś Tchórzewski znaleźli się w jego zespole, a potem zmienili orientację polityczną. Ja wylądowałem u Ernesta Brylla w osieroconej po rezygnacji Kazimierza Kutza, SILESII, gdzie spotkałem się z Michałem Komarem, który pełnił tam funkcję kierownika literackiego. Wspominam to jako bardzo ważne doświadczenie na swojej własnej drodze twórczej.KADR.jpg
Mistrz z równym pietyzmem odnosił się do tak pomijanych przez większość ludzi ze środowiska filmowego, jak Stanisław Manturzewski. Dostrzegł w nim iskierkę duchowego żaru i prawdziwego talentu w analizowaniu zakamarków człowieczej duszy. Na własny koszt utrzymywał półroczny pobyt dokumentalisty w ośrodku dla nerwowo chorych z nadzieją pozyskania ciekawego scenariusza. Jak w wielu takich projektach, ten również nie przyniósł spodziewanego rezultatu.
Jednak w ostatnim filmie, którego premiera przypada już po śmierci reżysera jest pokłosie tego zmagania się z widmem biedy i beznadziei. Los nieprzejednanego w głoszeniu swoich poglądów na sztukę, a więc i świat… i życie, prześladował artystę pamiętającego równie dramatyczny los kaskaderów literatury. Ani malarz, ani tym bardziej reżyser, Andrzej Wajda nie miał w sobie tak wielkiej determinacji, żeby zmierzyć się bezpośrednio z dyktatorami wygłaszającymi tezy o wyższości socrealizmu nad “zgniłą sztuką Zachodu”. Głośny debiut Wajdy, “Pokolenie” powstał z okazji zjazdu Związku Młodzieży Polskiej, a jego wierny współpracownik, Andrzej Żuławski potępiał go za “Popiół i diament” przede wszystkim za to, że jest to tak dobry film. Uważał, że jego pryncypał uwiarygadnia komunistów dając im arcydzieło do rozpowszechniania w kinie, które jest najważniejszą ze sztuk.
Zapewne Andrzej Wajda nie zapomniał gorzkich słów z ust ludzi mądrych, doświadczonych, jak on, życzliwych mu i nie obojętnych na to, co wybiera jako materiał do kolejnego filmu.
W “Powidokach” zawiera się ta jego osobista rozterka nad nędzą ludzkiego losu. Zewsząd wyziera prawda o tym, że cokolwiek artysta nie zrobi, to jest skazany na klęskę.
Tak oto przegrał swoje życie Stanisław Manturzewski, wielki operator filmowy Stanisław Niedbalski, bohater ostatniego filmu, Władysław Strzemiński a ostatecznie, chyba również sam reżyser… Pomimo tylu międzynarodowych laurów i sukcesów, jakoś zbyt szybko ucichły słowa żalu po jego odejściu. cropped-cestmoi.jpgNie wiem, co o tym sądzić teraz, być może musi upłynąć jeszcze jakiś czas, żeby skonstatować, co to dla nas może oznaczać.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Powrót do LZN

21 lis

AERODROM Cokolwiek nie pomyśleli o nas obrzydliwie bogaci partnerzy zza Oceanu, na pewno nie dali po sobie tego poznać. Nie zmienili pierwotnego zamiaru, aby pomiędzy zdjęciami i wywiadami, zaprosić nas wieczorem do eleganckiej restauracji na uroczystą kolację, w gronie współpracujących z nami osób w stosunkowo młodym wieku. Przed wejściem stał potężnej postury Murzyn (pardonne mois le mot) Afroamerykanin w uszytym na swoją miarę kostiumie. Wyglądał imponująco w feerii jarzących się przed wejściem świateł. Można było odnieść wrażenie, że to nie restauracja, a kinoteatr gdzieś na Broadwayu. Tymczasem był to największy port wielorybniczy w tym zakątku kuli ziemskiej.
Proponowane menu było przebogate, pełne owoców morza i wykwintnych dań. Jakoś nie mogłem się zdecydować, więc dla pewności zamówiłem zwykły kotlet schabowy z ziemniakami, białą kapustę i piwo. Okazało się, że największy kłopot był z kartoflem, którego mi podano na gorąco zawiniętego w sreberku, rozkrojonego z kostką masła w środku. Można się poczuć zaskoczonym oczekując, że gdzieś indziej spożywają zupełnie dla nas nieznane potrawy, a nie potrafią przyrządzić tak prostych i smacznych dań jak zupa ogórkowa, czy gotowane kartofle z kwaśnym mlekiem. Dla pewności wszelkie wstępne ustalenia przed wylotem za Ocean poczyniliśmy już w Warszawie z nieco starszym od amerykańskich biesiadników, przedstawicielem firmy Boeing z polskiej strony. Był on niezmiernie dumny z wprowadzania do rejsowych samolotów innowacyjnego rozwiązania „winglet”, które dzisiaj jest powszechnie stosowane w liniach lotniczych na całym świecie. Montowane dzisiaj na końcówkach skrzydeł profile pozwalają oszczędzać znaczne ilości paliwa, a o decyduje o kosztach przewozu pasażerów. Lecieliśmy Boeingiem do Stanów Zjednoczonych i Kanady z nadzieją pozyskania nowych przyjaciół i nie zawiedliśmy się.
Mogę dziś powiedzieć więcej, że nie spodziewaliśmy się tak wielkiej ilości niespodzianek. Jedną z nich zgotował nam nasz spolegliwy Cicerone, Adam Przekop. Zawiózł nas on w magiczne miejsce, nieopodal Kill Devil Hill w Pensylwanii, skąd bracia Wilbur i Orwill Wright wystartowali do pionierskiego lotu w przestworza. Był doskonale zorientowany w początkach historii lotnictwa, o czym opowiadał na tle szopy, w której spali i naprawiali przygotowywany do lotu samolot. Pokazywał szynę, po której sunęło podwozie aeroplanu wspomaganego przez pomysłową dźwignię z ciężarem, który opadając dodawał startującemu bolidowi sporej porcji energii kinetycznej. Ostatecznie on sam zaprezentował się na ekranie jako student amerykańskiej uczelni o specjalności, którą docenili w NASA, angażując go do zespołu naukowców opracowujących projekt poszycia kadłuba statku kosmicznego lądującego w przyszłości na Marsie.
Kolejna, wielka kariera polskiego studenta wydziału ME i L Politechniki Warszawskiej rozpoczęła się w osiedlowej modelarni pod patronatem Aeroklubu Polski, prowadzonej przez instruktora modelarskiego, Bogdana Wierzbę z Aeroklubu Polski w Warszawie. Tam, na Polu Mokotowskim startowali w pierwszych latach istnienia polskiego lotnictwa piloci, którzy byli pensjonariuszami Villa Wawel Copernicus Center w Kanadzie, a w Stanach Zjednoczonych mieszkali w ofiarowanej Polsce i Polonii willi Apolonii Chałupiec. Pilot Stanisław Błasiak zdążył nagrać na video ostatnią rozmowę z Bolesławem Orlińskim, a my mogliśmy zarejestrować na taśmie opowieści przyjaciół bohatera rekordowego rajdu na trasie Warszawa – Tokio – Warszawa w Izbie Tradycji Jego imienia i wiecznej pamięci. Prowadził ją niestrudzony w propagowaniu polskiej awiacji kurator tej placówki, Tadeusz Kowalczyk z pilotem Markiem Ostrowskim, autorem wspomnieniowej książki: „Wyżej niż Piniory” o długiej drodze emigrantów z Ameryki Południowej do polskich dywizjonów lotniczych w Wielkiej Brytanii. On był jednym z nich. Towarzyszył następnego dnia kombatantom z całych Stanów, którzy zjechali do Miasta Aniołów, aby spotkać się, być może po raz ostatni z byłymi pilotami, nawigatorami, bombardierami, radiotami, strzelcami i technikami pokładowymi różnych specjalności.
Willa Rudolfa Valentino i Poli Negri w okolicy Los Angeles wyglądała przepięknie, wręcz okazale, zaś zgromadzeni w niej weterani lotnictwa polskiego przyjechali tam na doroczny zjazd. Aby ułatwić nam pracę Andrzej Dąbrowa i jego rówieśnicy zebrali w jednym miejscu żyjących weteranów lotnictwa.KASPERKA Urodzony w Opolu Werner B. Kirchner miał do organizatorów zlotu pretensje, że go nie poinformowano o tej imprezie. Nie mieliśmy wystarczająco dużo czasu, żeby pokonać odległość 200 mil w tę i z powrotem, dla nagrania jednego, choć bardzo cennego wywiadu. Podobnie było w Seattle, gdzie jeszcze mieszkał i żył, w stosunkowo dobrej formie, pilot Bolesław Gładych ze słynnej amerykańskiej formacji Eagles w Wielkiej Brytanii. Udało się nam tylko zarejestrować ( przy okazji filmu o Stanisławie Skalskim) rozmowę z generałem lotnictwa Tadeuszem Anderszem w Londynie, z tej samej jednostki. Wystawę pamiątek po trzecim pilocie myśliwskim z amerykańskiego Dywizjonu Orłów, w którym latali również Polacy, sfilmowaliśmy w nowojorskiej siedzibie weteranów. Przyjechał tam również pilot latający w Pakistanie, niezwykle szanowany i zasłużony pilot Jan Franczak, ale cóż z tego, jeżeli on nie potrafił płynnie mówić. Nie chodzi o to, żeby kombatant oczarowywał widza i słuchacza krasomówstwem, chociaż Stanisław Skalski miewał takie monologi. Nic dziwnego, skoro ten As myśliwski chciał być w młodości aktorem. Z dziennikarskiego obowiązku zarejestrowaliśmy jego wspomnienia,ale do filmu weszły kadry z ekspozycji poświęconej lotnikowi z amerykańskiego Dywizjonu Orłów (Eagles Formation) Frankowi Gabresky’emu, czyli Franciszkowi Gabryszewskiemu z Żyradowa, który zdążył jeszcze wykazać się skutecznością i mistrzostwem pilotażu w wojnie koreańskiej. Wspominał o nim generał Donald Joseph Kutyna, z podobnym uznaniem wyrażał się o nim w laboratorium badań aerodynamicznych szef tej placówki naukowej uniwersytetu w Pensylwanii. Najbardziej osobiste wspomnienia o tym wspaniałym pilocie i człowieku usłyszeliśmy z ust generała pilota Tadeusza Sawicza, chociaż i on miał już spore trudności z płynna wymową i układaniem zdań w sensowną całość. Wywiad trwał ponad godzinę, a do wyboru było niewiele użytecznego materiału.
Niestety, wiek i prawa biologii robią swoje. Czas jest nieubłagany, czyniąc z dnia na dzień w ludzkiej pamięci olbrzymie spustoszenia. Zdawałem sobie sprawę, że choć słusznie zdecydowaliśmy się, to było już stanowczo za późno na tę pobieżną z konieczności dokumentację ostatnich, żyjących lotników z okresu drugiej wojny światowej. W Kanadzie zjawili się oni razem w Muzeum Historii Lotnictwa w Hamilton, gdzie znajduje się latający egzemplarz bombowca Avro Lancaster z insygniami poległego bohatera, Andrzeja Młynarskiego. Samolot ma pod kabiną pilota wymalowany wizerunek najwyższego odznaczenia przyznanego mu pośmiertnie w uznaniu zasług przez królową Imperium Brytyjskiego. Zależało nam przede wszystkim na żyjących uczestnikach drugiej wojny światowej, ale zapominaliśmy o poległych lotnikach myśliwskich i bombowych, którzy stali się dla nich wzorcem do naśladowania. O nich piszą sami piloci, którym udało się przejść przez to piekło: Janusz Meissner, Bohdan Arct, Stanisław Skalski, Witold Urbanowicz, Eugeniusz Ejbich, Włodzimierz Olszewski, Stanisław Pawlikowski, Ludomił Rayski, Tadeusz Rolski, Wacław Król, a w ich ślady poszli młodsi polscy piloci i historycy lotnictwa, dla których oni z kolei są wielkim natchnieniem. Stworzyli oni nawet grupę rekonstrukcyjną, która pojawia się w mundurach lotniczych z okresu drugiej wojny światowej prezentując, obecnym na uroczystościach ludziom, jak w rzeczywistości wyglądali bohaterowie Bitwy o Anglię w polskich mundurach RAF. Są dzisiaj wysoko cenionymi konsultantami wielu filmów historycznych i dokumentalnych, w tym ekranizacji „Dywizjonu 303” Arkadego Fiedlera.
Tak oto w skrócie wygląda historia naszej zaoceanicznej eskapady z filmowym tryptykiem lotniczym, jako materialnym rezultatem tego zbiorowego wysiłku. Pozostało nam jeszcze odwiedzić w kraju Szkołę Orląt, muzea lotnicze i zakłady produkujące samoloty. Wtedy było to jeszcze możliwe, dzisiaj wiadomo, jak to wygląda… czarna rozpacz, Black Hawk.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

z Psiego Pola za Ocean

20 lis

Wywiad z inżynierem Piaseckim i jego córką pracującą w firmie Boeing, były nie lada kąskiem na ubogim w sensacje gruncie polskich mediów. Ledwo się tym jednak zainteresowali ci, którzy wysłali nas z kamerą za Ocean. Po powrocie do kraju dowiedzieliśmy się, że był to ostatni wywiad, jakiego nestor konstruktorów udzielił właśnie nam, Polakom. Dzisiaj na pokładzie helikopterów skonstruowanych przed laty przez Piaseckiego, Sikorskiego, Bella, latają polscy oficerowie pełniący służbę w strukturach NATO. Pokonują oni waz z żołnierzami, odległości dzielące centrum operacyjne z poligonami na terenie USA i teatrami wojennymi na całym świecie.
Major Zbigniew Praszczałek był jednym z nich, bo dzisiaj jest już pewnie emerytowanym oficerem ze sporym doświadczeniem wojskowym. Już dziś nie pamiętam, czy zdołaliśmy z nim wejść do środka amerykańskiego gmachu centrum dowodzenia NATO. Być może wcale nam na tym nie zależało, bo w końcu wszędzie sale konferencyjne i gabinety wyglądają podobnie, ale mamy zbiorową fotografię ekipy filmowej, z jego udziałem, zrobioną na zewnątrz, w sąsiedztwie, przy narodowych flagach wszystkich członków tej organizacji militarnej. W tej dość szalonej eskapadzie byliśmy nieustannie w podróży. Obładowani kilogramami sprzętu zdjęciowego pilnowaliśmy, czy zgadza się ilość pakunków przed załadunkiem i po odbiorze cennego bagażu. Wszystko to działo się dosłownie w wigilię kolejnej po operacji „Pustynna Burza” misji wojskowej w Iraku.
Trzeba przyznać, że na bramkach celników i kontrolerów byliśmy dość skrupulatnie sprawdzani, rewidowani i przepytywani. Jeszcze nie stosowano wówczas promieni radiowych do prześwietleń podróżnych, więc czasem za kotarą rozbieraliśmy się do naga przed umundurowanymi pracownikach lotniska. Ta właśnie procedura niesłychanie zdenerwowała i doprowadziła do wściekłości pilota Leszka Horbaczewskiego, absolwenta LZN, który kończył tę szkołę równocześnie ze mną. Na nic się zdały jego protesty, musiał poddać się kontroli, jak wszyscy członkowie ekipy filmowej. Wieczorem, już w jego domu, przy kieliszku dobrego alkoholu, mogliśmy żartować sobie ze służbistów, ale w czasie tej rewizji nikomu nie było do śmiechu, tym bardziej, że w pewnej chwili urzędnik zaczął rozkręcać mikrofon kierunkowy, który był wart powyżej tysiąca dolarów. Ten przedmiot kojarzył się kontrolerowi z laską dynamitu, czy innego materiału wybuchowego, jaki można ukryć wewnątrz metalowej osłony mikrofonu. Doktor Adam Przekop spokojnie i rzeczowo starał się wytłumaczyć mu absurdalność takich podejrzeń. Zajęło to sporo czasu, ale po długich i ciężkich cierpieniach, wreszcie udało się nam razem wejść na pokład rejsowego samolotu linii Quantas, pracodawcy pilota Leszka Horbaczewskiego. Kiedy już zajął on swoje miejsce w cockpicie, zaczął nam opowiadać o swoim legendarnym wujku, popularnym wśródlotników „Dziubku”, dowódcy dywizjonu myśliwskiego podczas Bitwy o Wielką Brytanię, pochowanego we Francji po trafieniu jego samolotu przez Niemca w kabinie Messerschmitta.
Mówił o pracy na platformach wiertniczych w Zatoce Meksykańskiej, gdzie dostarczał sprzęt i skąd zabierał na zasłużony odpoczynek robotników naftowych. Wspominał nestora polskich pilotów śmigłowcowych, który pomógł mu uzyskać licencję ważną na terenie USA. Umówiliśmy się z nim w Muzeum Helikopterów w Pensylwanii. Sfilmowaliśmy wywiad w kabinie śmigłowca ratowniczego, który pilotował. Rozczarowany współpracą z Frankiem Nicholasem Piaseckim nie wypowiedział złego słowa o dawnym pracodawcy. Lotnicy na całym świecie szanują się nawzajem i jeśli nawet mają do siebie nawet uzasadnione pretensje to zachowują dla siebie nazwiska winowajców i okoliczności konfliktu. To jest międzynarodowe bractwo związane niesamowicie silnymi emocjami, które sprawiają, że w każdych okolicznościach są gotowi udzielić pomocy nie tylko sobie wzajemnie, ale tym, których wskaże lotnik, niezależnie od miejsca, z którego taki sygnał pochodzi. Dlatego ja mogłem spokojnie oczekiwać, że absolwenci Lotniczych Zakładów Naukowych zorganizują program pobytu ekipy zdjęciowej tak, że nie musimy się wcale martwić o zezwolenia i skupić tylko na merituum spraw artystycznych.
Podobnie przyjął nas emerytowany pilot Bronisław Żurakowski w Kanadzie i równie serdecznie powitał legendarny POLISH GLIDER – Donald Joseph Kutyna w Colorado Springs. Czterogwiazdkowy generał US Air Forces w stanie spoczynku równie dumny był z posiadania tytułu mistrza narciarskiego w swojej grupie wiekowej, jak z wiszącej na ścianie fotografii kadeta amerykańskiej uczelni wojskowej, który przed laty został pływackim mistrzem kraju. Oprowadził nas po swoim domu, po koszarach z basenem jego imienia, a przede wszystkim po wykutym w skale ośrodku NORAD, którym dowodził w okresie prezydentury Gerge’a Busha – seniora. Miał wówczas do osobistej dyspozycji Air Forces 2 – bliźniaczo podobny do prezydenckiego samolot typu Boeing 747.
W koszarach widoczne było poruszenie wywołane stanem gotowości przed drugą inwazją na Irak. Na pasach startowych aerodromu w Colorado Springs stały potężne samoloty transportowe załadowywane sprzętem wojskowym. W drodze do centrum NORAD przejeżdżaliśmy estakadami nad magistralą kolejową, która była zatłoczona transportami kołowymi czołgów przeznaczonych na Bliski Wschód. Wszystko było zapięte na ostatni guzik, tylko nie dano jeszcze hasła do wymarszu. W tej podminowanej nieco atmosferze niezwykle pomocne było towarzystwo generała amerykańskiego lotnictwa, który jako były szef ośrodka kontroli lotów gwarantował i ręczył za nas własną osobą. Znaleźliśmy się razem w jego dawnym królestwie, pełnym najnowocześniejszej aparatury, naszpikowanym elektroniką, a wszystko to w celu zapewnienia bezpieczeństwa nad niebem Kanady i Stanów Zjednoczonych. Warto w tym miejscu napomknąć, że choć to tajny obiekt wojskowy, to nie jest on całkowicie zamknięty dla oczu i uszu podatników, dzięki którym mógł on powstać niemałym nakładem sił i środków. Zorganizowane grupy wycieczkowe odwiedzają od czasu do czasu ośrodek w górze Cheyenne, wjeżdżając na pilnie strzeżony teren specjalnymi autobusami.
Polscy dziennikarze lubią się chwalić, że są pierwszą ekipą dopuszczoną do tajemnic, których zwykli śmiertelnicy nie są w ogóle wstanie poznać. Nic podobnego, choć na terenie Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej każdy powinien zachowywać się wedle obowiązujących powszechnie procedur. Tę prostą regułę poznaliśmy zatrzymując się przed centrum firmy Boeing. Producent i operator kamery, przejęci doniosłą chwilą zapragnęli uwiecznić ten moment i niespodziewanie znaleźli się oko w oko z trzymającą odbezpieczony pistolet strażniczką. Z pomocą Adama Przekopa udało mi się wytłumaczyć zdecydowanej na wszystko dziewczynie, że jesteśmy tu zaproszonymi gośćmi okazując jej pismo przesłane na nasz polski adres przez córkę Franka Nicholasa Piaseckiego.
Incydent ten nie miał wpływu na dalszy przebieg wizyty, która przewidywała wywiady z Polakami zatrudnionymi w tej firmie na eksponowanych stanowiskach. Wspomniana córka konstruktora amerykańskich śmigłowców, Nicolle Piasecky,była ważnym członkiem Zarządu Korporacji Boeinga i umożliwiła nam swobodne filmowanie produkcji wszystkich typów tego samolotu. Mogliśmy wejść do symulatora lotu imitując start, lot, lądowanie a nawet pożar samolotu. W dodatku zaoferowano nam kasety do wykorzystania zapisanych na nich materiałów w procesie montażu. Firma posiada dział promocji z kompletnie wyposażonym studiem do nagrań video w dowolnym systemie. Mogliśmy im tylko pozazdrościć takiej aparatury do rejestracji obrazu i tonu. Wydawało się nam, że przewiezioną przez Ocean masę sprzętu powinniśmy sprzętnie ukryć przed wzrokiem tych życzliwych nam osób, ale co sobie o nas pomyśleli, to możemy się tylko domyślać.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Przyjaciele LZN za Oceanem

20 lis

duoBOOKJeden z absolwentów Lotniczych Zakładów Naukowych, mój serdeczny kolega ze szkolnej ławy, po wybuchu stanu wojennego w Polsce, znalazł się za Oceanem. W kraju nie miał żadnych perspektyw na przyszłość. Dyplomowany inżynier Politechniki Wrocławskiej, Jerzy Michniewicz, jako technik o specjalności budowy silników lotniczych, pracował w kanadyjskich zakładach Orenda Aerospace Corporation… właśnie tam, gdzie skonstruowano i zbudowano prototypy słynnego, ponaddźwiękowego myśliwca Avro Arrow. Samolot ten był na owe czasy prawdziwą rewelacją techniczną i nowością pod każdym względem. Oblatywali go również polscy piloci doświadczalni: Żurakowski i „Spud” Potocki. Byliśmy goszczeni przez Państwa Annę i Bronisława Żurakowskich na oddalonych o pięćset kilometrów od Toronto „Kaszubach”, gdzie spotkaliśmy się z wnuczką lotnika i dowódcy Dywizjonu Myśliwskiego 306. Krysia poszła w ślady słynnego dziadka i jest dzisiaj instruktorem szybowcowym. Tam też zarejestrowaliśmy rozmowę Bronisława Żurakowskiego z pilotem 300 Dywizjonu Bombowego Ziemi Mazowieckiej, Kazimierzem Szrajerem, który Dakotą latał do okupowanego kraju z takimi kurierami, jak Jan Nowak Jeziorański, czy Józef Hieronim Retinger, a także po części z dokumentacją techniczną pocisku V-1. Podczas pobytu w zimowym krajobrazie kawałka Polski za Oceanem, udało się nam spotkać z emerytowanymi pilotami bombowymi, a przy okazji poznać konstrukcje Polaków, którzy w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych spędzili większość profesjonalnego życia.
Mam jeszcze gdzieś dokumentację i zachowany fragment amatorskiego filmu z próbnego lotu szybowca, znanego jako „latające skrzydło”. Mimo pokaźnej biblioteczki lotniczej, jaką posiadam w swoich zbiorach i częstego zaglądania do tych książek, dowiadywałem się całkowicie dla mnie nowych rzeczy. Byłem niezmiernie wdzięczny gospodarzom Kaszub, za sposobność do spotkania z tak ciekawymi ludźmi, których pasją życia jest lotnictwo. Czas zaciera ludzkie wspomnienia, ale na szczęście pozostały taśmy z wywiadami o pracy członków kanadyjskiego aeroklubu nad nowym samolotem, który dzisiaj ma pewnie na liczniku sporo wylatanych kilometrów, nie mil, bo w Kanadzie temperaturę i odległość mierzy się dokładnie tak, jak w Europie. Inaczej, niż w Stanach Zjednoczonych, które po zabójczej ingerencji w program budowy Avro Arrow, traktowane są z taką samą rezerwą, jak Polacy zawsze traktowali swojego Wielkiego Brata.
W towarzystwie Petera Grajdy, autora internetowej strony o polskich tradycjach kulturalnych, morskich i lotniczych w Kanadzie, udaliśmy się do członków grupy rekonstrukcyjnej, którzy budowali ruchomą makietę Avro Arrow z myślą o tym, żeby były fabryczny pilot doświadczalny, Bronisław Żurakowski mógł nim kołować po pasie startowym fabrycznego aerodromu. Zostaliśmy szczegółowo zaznajomieni przez tych zapaleńców z dramatyczną historią zniszczenia gotowych już samolotów, której poświęcono nawet wielki, fabularny film z gwiazdorską obsadą. Po jego obejrzeniu u Państwa Boehm, ruszyliśmy do siedziby największych zakładów lotniczych w Ameryce Północnej, w Seattle. Centrala koncernu Adobe, matecznik Billa Gatesa, jest miejscem, do którego prybywają transporty z podzespołami Boeinga z całych Stanów Zjednoczonych. Scalane są one w największej hali montażowej na świecie, którą zwiedzaliśmy w towarzystwie polskiego inżyniera zatrudnionego przy projektowaniu podwozia. Spotkaliśmy tam także Polki i Polaków instalujących we wnętrzu ogromnego kadłuba kilometry rurek pneumatycznych, hydraulicznych i przewodów elektrycznych. Co ciekawe,wszyscy sobie chwalili program socjalny w tym kapitalistycznym przedsiębiorstwie. Opieka medyczna, bezpłatne szkolenia, bogaty program z tanią ofertą wypoczynku i rekreacji to standard… Zupełnie inaczej, niż w Polsce.
Norman Boehm, który poślubił polską pisarkę, Aleksandrę Ziółkowską, nie dałby jednak o tym kraju złego słowa powiedzieć.AleksNorman Na dodatek jest on zdeklarowanym fanem lotnictwa. Nic dziwnego, bo w młodości był pilotem lotnictwa morskiego US Air Forces. Z myślą o nas, zaprosił do siebie dwóch weteranów polskiego lotnictwa, jednego myśliwca, drugiego bombowca. Rozprawialiśmy więc z nimi o dawno minionej historii walk podczas drugiej wojny światowej, obowiązującej wówczas taktyce, epizodach z przeciwnikami, których nie znajdziesz w oficjalnych historycznych opracowaniach, bo nie wszystko nadaje się do druku. Prawdę, o jakiej nie wypada mówić publicznie usłyszeliśmy z ust świadków historii. Fred Bankowski nie owijał w bawełnę zdradzając się z niepohamowanej chęci całkowitego unicestwienia wroga, który salwował się ucieczką z płonącego samolotu na spadochronie. Dla niego był to po prostu osobisty rewanż za hitlerowskie zbrodnie wojenne podczas kampanii wrześniowej w Polsce wedle zasady: Oko za oko, ząb za ząb…” Niemcom za sterami myśliwców i bombowców wmawiano wówczas, że na ziemi nie ma żadnej ludności cywilnej, tylko wszystko, co się rusza jest to siła żywa do zlikwidowania.
W trakcie długiej rozmowy z weteranami, słuchając ich wojennych wspomnień, nabrałem ogromnego szacunku do Freda Bankowskiego, który przywędrował aż z dalekiej Syberii, żeby uczestniczyć w nalotach bombowych na Niemcy i okupowaną Francję. Jednak w tym samym dniu, kiedy ogłoszono wreszcie pokój po sześcioletniej, krwawej wojnie, on sam natychmiast zapomniał o wojsku i lataniu. Po prostu wyrzucił z pamięci wojenne koszmary starając się powrócić do normalnego życia. Naturalnie z przeszłości płynnie przeszliśmy do wizji przyszłości, która w ich własnej opinii również nie w pełni pokrywała się z projektami zakupów myśliwców F-16 dla Wojska Polskiego.
Doświadczeni piloci, stare, lotnicze wygi, nie byli do końca przekonani o tym, że oddalony o tysiące kilometrów partner jest dość niezawodnym serwisantem w przypadku jakiejkolwiek awarii tak nowoczesnej aparatury i wrażliwego sprzętu bojowego. Z przytulnego, drewnianego domku w kolonialnym stylu, gdzie przy kominku spędziliśmy godziny na nocnych Polaków rozmowach, przenieśliśmy się do odległej siedziby inżyniera Franka Nicholasa Piaseckiego, słynnego konstruktora „latającego banana”, który był często używanym śmigłowcem w amerykańskich operacjach bojowych podczas wojny w Wietnamie.
Korzystając z doskonałej znajomości języka przez zaprzyjaźnionego kierowcę, obieżyświata, zarazem naszego przewodnika, inżyniera Adama Przekopa, przeprowadziliśmy wywiad ze znanym polskim inżynierem, konstruktorem, wielce zasłużonym dla promocji słynnego „Sokołasw3” Schorowany starzec ledwie odpowiadał na zadane mu pytania, a właściwie mamrotał po angielsku, bo przed naszym przyjazdem przeżył kolejny wylew krwi. Stąd wynikała konieczność dokładnego rozpoznania intencji naszego rozmówcy. Dzięki niemu produkowany w Świdniku śmigłowiec SW-3 otrzymał cenny, międzynarodowy certyfikat techniczny stanowiący ważną przepustkę na targi lotnicze odbywające się na całej kuli ziemskiej. Synowie, którzy kontynuują pracę znanego w kraju i za Oceanem ojca, opowiedzieli o swoich projektach lotniczych realizowanych w założonym przez Franka Nicholasa Piaseckiego przedsiębiorstwie. Fotografując się razem po zdjęciach filmowych miałem wrażenie, że uwieczniamy coś, co za chwilę przestanie istnieć. Nie chodzi o wystrój wspaniale urządzonego domu, ale o gospodarza, który niebawem zamilknie i bezpowrotnie odejdzie w przeszłość, jak zresztą wielu polskich lotników, którzy po wojnie znaleźli się poza Polską. Zdaję sobie sprawę, że piszę głównie o zmarłych, którzy mieli tak wspaniałe życie w lotnictwie i zostali docenieni przez swoich współczesnych. Dobrze wiedzieć, że coś takiego jest na tym świecie możliwe.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

z LZN za Ocean

19 lis

cvJak napisałem już, wspomnienia o wrocławskiej szkole lotniczej poświęcam je wszystkim tym kolegom i przyjaciołom Polskich Skrzydeł, którzy zawsze mieli głęboko w sercu naszych pilotów, bombardierów, nawigatorów, strzelców, techników, radiotów i myśliwców spełniających samodzielnie wszystkie te funkcje tocząc z lotnikami Luftwaffe samotny bój pod niebem Wielkiej Brytanii. Ja szczęśliwie miałem kilku sprzymierzeńców w swojej walce o ich upamiętnienie. Spotkałem na swojej drodze kilkoro zainteresowanych polską awiacją, życzliwych i sprzyjający realizacji tej idei ludzi. Dzięki wsparciu redaktor Anny Teresy Pietraszek i współpracującemu ze mną reżyserowi Ś.P. Tadeuszowi Pawłowiczowi, mogłem rozpocząć realizację skromnego pocztu Asów myśliwskich i weteranów lotnictwa, bohaterów wojny w powietrzu, na wszystkich frontach drugiej wojny światowej. Tadeusza poznałem już w czasie uniwersyteckich studiów filmoznawczych w krakowskiej Alma Mater, tak że od razu znaleźliśmy wspólny język.
Nasz wspólny, historyczno – biograficzny cykl: „Album Rycerski” z udziałem kombatantów walki o Polskę i nestorów Polskich Skrzydeł z powodzeniem kontynuowaliśmy również po zmianie szefowej redakcji wojskowej na Barbarę Bilińską – Kępę. Tak się szczęśliwie złożyło, że mój kolega z ławy szkolnej został dość ważnym dyrektorem w Telewizji Polskiej i zachęcał mnie, aby pojechać z kamerą do Holandii i rejestrować proces wydobywania wraku odnalezionego w głębinach Ijsselmeer polskiego bombowca Avro Lancaster wraz ze szczątkami członków załogi. Zrobił to, bo ja początkowo wątpiłem, czy znajdą się środki na sfilmowanie tak skomplikowanej i długiej operacji, w którą zaangażowani byli zarówno zwykli rybacy, płetwonurkowie, oraz polscy dyplomaci, holenderscy działacze społeczni, członkowie Polonii, archeolodzy, historycy wojskowości, marynarze i eksploratorzy z grupy historycznej ARG 1940 – 45.
Nie śmiałem wówczas prosić przyjaciela o tak dużą sumę, potrzebną do realizacji dokumentalnego filmu, którego kształt zależał od dynamicznego rozwoju sytuacji. Dyrektor Wojciech Kabarowski był sam jednak absolutnie przekonany o konieczności utrwalenia tego doniosłego faktu i dlatego mogliśmy z jedynym, ocalałym z tej katastrofy bombardierem, pojechać do Volendam, gdzie około dwóch kilometrów od brzegu jeziora leżał pod wodą wrak jego bombowca oznaczonego kodem BHC 286 D. Z pomocą byłego komandosa i wspaniałego menadżera, Nico Kvakmana udało się nam w porę uchwycić sporo faktów, miejsc i ludzkich wspomnień, bo dzisiaj wielu z nich już nie ma wśród nas.
Zawdzięczam te niepowtarzalne zdjęcia pasji jego przyjaciół, którzy łowiąc w jeziorze ryby natrafili na szczątki strąconego w czerwcu 1944 roku samolotu RAF. Film „Requiem dla Orłów” nie był emitowany na antenie TVP, bo po kolejnej, politycznej zmianie „na górze” Wojciechowi Kabarowskiemu podziękowano za pracę. Powinienem poświęcić więcej miejsca osobie tego znakomitego menadżera, podobnie jak pozostałym absolwentom LZN, wśród których byli zarówno generałowie lotnictwa, jak Andrzej Baraniecki, inżynierowie, wśród których był nawet syn Bolesława Bieruta i odrzuceni przez Komisję Egzaminacyjną, wśród których znalazł się późniejszy pilot – kosmonauta, komendant dęblińskiej Szkoły Orląt, generał Mirosław Hermaszewski. Uczniowie tej niezwykłej szkoły pochodzili z różnych stron kraju a po maturze rozjechali się po całym świecie. Oni na wspomnienie o LZN gotowi są nieść szeroko zakrojoną pomoc każdemu absolwentowi wrocławskiego technikum lotniczego. Taka właśnie była prosta tajemnica sukcesu w realizacji tego rodzaju tematów w TVP.
Tak więc pełnometrażowy dokument i reportaż „Spełniona misja”, były początkiem naszego lotniczego tournée ( po muzeach, lotniskach i fabrykach w Polsce, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie), śladem zatrudnionych w przemyśle lotniczym całego świata absolwentów Lotniczych Zakładów Naukowych. Za Oceanem służyli nam oni jako przewodnicy po aeroklubach, zaoferowali pomoc w wejściu na teren zakładów lotniczych Boeinga, a także opowiedzieli nam przed kamerą historię życia w polskim lotnictwie, a po emigracji, pracy w tym przemyśle za granicą. Trasa wędrówki z kamerą filmową wiodła od wschodniego do zachodniego wybrzeża, od ośrodków akademickich w Pensylwanii, znajomych lotników w Delaware, aż po Seattle, Denver i Los Angeles. Do tego doszła Kanada „pachnąca żywicą”, ale to był okres zimnego przedwiośnia. Z Toronto, Missasagui, pojechaliśmy do tamtejszych Kaszub, zatrzymaliśmy się nad wodospadem Niagara, aby wrócić do rejestracji rozmów z tymi lotnikami, którzy jeszcze mogli coś nam o swoich powietrznych walkach opowiedzieć. Przed obiektywem przewinęły się więc takie postaci, jak Zygmunt Hobot, syn mechanika 308 Dywizjonu Myśliwskiego RAF, który był po powrocie do Wrocławia nauczycielem zawodu na Psim Polu, w warsztatach technikum Lotniczych Zakładów Naukowych.
Dzisiaj z rozrzewnieniem wspominają go zaawansowani wiekowo uczniowie i praktykanci. Jego niezapomniane gawędy o uczestnictwie w walkach powietrznych brzmiały tak, jakby to on sam siedział w kabinie Spitfire‚a czy Hurricane‚a. Utożsamiał się z pilotem, który dotykał tych samych urządzeń i przyrządów, które po locie on pieczołowicie sprawdzał, naprawiał i wypieścił własną ręką. Dawno już nie ma wśród nas tak genialnych profeosorów, jak była asystentka Stefana Banacha, Irena Lukasowa, Andrzeja Lange, który założył pierwszy DKF na Dolnym Śląsku, właśnie na Psim Polu, a przede wszystkim dyrektora Ignacego Bekiera, za czasów którego ta szkoła rozkwitła i była słynna w całym kraju. O niebywałej popularności technikum świadczy fakt, że na jedno miejsce w LZN kandydowało kilkanaście osób.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

LZN po raz siedemdziesiąty

19 lis

70Siedemdziesiąt lat minęło już od momentu powstania Lotniczych Zakładów Naukowych we Wrocławiu. logOd uroczyście obchodzonego półwiecza szkoły na Psim Polu, kolejne dekady jubileuszy były coraz mniej huczne, a coraz bardziej smutne. Coraz rzadziej odwiedzali ją zagraniczni absolwenci, a ci z kraju stopniowo zasilali szeregi Niebieskiej Eskadry. Tam przecież, wśród świetnych pilotów z różnych epok, także jest miejsce dla wykształconych inżynierów i techników. Wielce znacząco, gorzko brzmi to, co zdecydowali się napisać rozczarowani uczestnicy, powracający z ostatnich obchodów w październiku 2016 roku:
Lotnicze Zakłady Naukowe, najlepsza, najbardziej elitarna szkoła średnia w powojennej historii Polski. Wojskowe samoloty na dziedzińcu szkoły mogą nieco wprowadzać w błąd. W czasach swojej świetności była to szkoła ogólnokształcąca z bardzo pogłębionym profilem matematycznym. Jak mogło być inaczej jeśli matematyki uczyła nas współpracowniczka Stefana Banacha na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, prof. Irena Lukasowa. Genialna „Babcia” – tak ją w szkole nazywaliśmy. Dziś trudno wręcz sobie wyobrazić sytuację, że u władzy był Gierek a każdą lekcję historii, nasz nauczyciel rozpoczynał od postawienia na katedrze popiersia Piłsudskiego. Takich mieliśmy nauczycieli, którzy abstrahowali od otaczającej nas rzeczywistości. LZN właśnie obchodzi 70-lecie istnienia. 8 października odbył się z tej okazji zjazd absolwentów. Wybrałem się do Wrocławia z mieszanymi uczuciami. Spotkanie z koleżankami i kolegami jak zawsze było wspaniałe. Lubiliśmy się bowiem bardzo i tak nam zostało do dzisiaj. Bałem się natomiast tego co zastanę na miejscu, co zostało z naszej szkoły. Rzeczywistość przeszła moje najgorsze oczekiwania. Krótki spacer po terenie szkoły pozwala na zorientowanie się jak wygląda Europejska Stolica Kultury od podwórka. Budynek główny szkoły jeszcze jakoś się trzyma ale reszta kampusu to już całkowita degrengolada. Używam słowa kampus bowiem szkoła zajmuje bardzo duży kilkuhektarowy obszar. Przy dzisiejszych możliwościach mógłby być wizytówką miasta. Upadek LZN nie rozpoczął się oczywiście wczoraj, trwa od dziesięcioleci. Do czasu jednak gdy matematyki uczyli profesorowie Irena Lukasowa i Wiktor Sulima a polskiego profesor Krystyna Donigiewicz, szkoła broniła się przynajmniej w obszarze naukowym. Gdy ich zabrakło w miarę upływu czasu było już tylko gorzej. Jak można było pozwolić aby szkoła z tak wspaniałymi tradycjami, rozpalająca umysły młodzieży w całej Polsce, staczała się w niebyt? Od wielu lat, do Wrocławia płyną miliardy Euro unijnych dotacji. Jak pusto w głowach muszą mieć więc ludzie, którzy wydając unijną i miejską kasę na różne bzdury, zapomnieli o legendarnej szkole, jedynej takiej w Polsce. Szkole prezentującej w czasach swojej świetności poziom nieosiągalny dzisiaj dla żadnej polskiej uczelni, o Lotniczych Zakładach Naukowych. p
Przed tymi obchodami ktoś umieścił wpis o zaniedbanych, upstrzonych ptasimi odchodami samolotach, których coraz mniej w przestrzeni LZN-u. Roman Woźniak wspomniał o swoich wysiłkach w sprowadzeniu słynnej „Tutki”, w której wnętrzu odbywały się wykłady. tuDziś jej już nie ma, zniknęła jak niepotrzebny nikomu rekwizyt z odległej przeszłości. Wpisy internautów na fejsbooku przypominają absolwentom o moralnych zobowiązania wobec Ich macierzystej szkoły:
- A co z limkiem panowie ? Panie też się chętnie dołączą do mycia i czyszczenia. Tylko nikt z was nie widział na Jubileuszu 70 lecia szkoły, jak tragicznie wygląda LIM-ek. Wstyd Panowie Chorążowie WP, którzy z taką dumą chodziliście po naszej SZKOLE w mundurach lotniczych WP, macie po 20 kilka lat, a w dniu 08-10 2016 r.; a nie zauważyliście stanu eksponatów przed SZKOŁĄ i warsztatami. Wstyd dla techników lotniczych, których mundury i oznaczenia nosicie.Absolwent 1975 . Pozdrawiam
W tym roku nie było mnie wśród świętujących absolwentów, ale uroczyście obchodzone sześćdziesięciolecie LZN uwieczniłem i rozpowszechniłem w sieci, żeby to dotarło do jak najszerszej społeczności. W podobny później dystrybuowaliśmy z holenderskimi przyjaciółmi powielone tysiąc razy kasety VHS z nagraniem historii załogi polskiego bombowca. Aby go wydobyć, potrzebne były spore fundusze, a te kasety były swoistą cegiełką dla tych, którzy zechcieli ofiarować nam datek na ten szlachetny cel. Udało się zebrać poważną kwotę i zainteresować ważnych działaczy państwowych. Rozpoczęła się wielka operacja przy ścisłej współpracy marynarzy, eksploratorów, archeologów, historyków, działaczy Polonii holenderskiej i zwykłych ludzi. Od wydobycia wraku Avro Lancastera i uroczystego pogrzebu załogi polskiego bombowca w Bredzie minęło kilkanaście lat… wystarczająco długo, aby po tym czasie snuć osobiste refleksje, od których nie ma ucieczki. Natrętne myśli o poległych dopadają nawet człowieka nie związanego w żaden sposób z wojskiem i lotnictwem, a ja przecież wywodzę się z grona absolwentów Lotniczych Zakładów Naukowych a w dodatku parę lat intensywnej pracy w mediach spędziłem wśród ludzi z redakcji wojskowej Telewizji Polskiej. Przyznaję, że to nie był najbardziej twórczy okres mojego życia, ale też nie o mnie są te wspomnienia. Poświęcam je wszystkim tym kolegom i przyjaciołom Polskich Skrzydeł, którzy zawsze mieli głęboko w sercu naszych pilotów, bombardierów, nawigatorów, strzelców, techników, radiotów i myśliwców spełniających samodzielnie wszystkie te funkcje tocząc z lotnikami Luftwaffe samotny bój pod niebem Wielkiej Brytanii.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

WBREW EXPERTOM

16 paź

Zazwyczaj scenariusz filmowy zawiera jakiś wyraźny konflikt pomiędzy wyrazistymi charakterami, najlepiej czarnym i białym. Na wojnie ich nie brakuje, a sytuacji dramatycznych wywołujących koszmarne awantury jest bez liku. Zdumiałem się więc czytając opinie i słysząc od ekspertów z komisji scenariuszowej PISF, że w “Requiem dla Orłów” brak jest wyraźnie opowiedzianej historii. Dobre sobie! – pomyślałem.LAhall
Przecież sama różnica wieku sprawia, że daje o sobie znać klasyczny konflikt pokoleń. A ich różniła jeszcze wiara i kompletna obojętność na istnienie żydowskiego, katolickiego, czy protestanckiego Boga. Mimo tych zdecydowanych różnic w wychowaniu i pochodzeniu była to niesamowicie zżyta ze sobą paczka kumpli, z którymi nikt nie śmiał zadzierać. Pozostawiony przez ojca Władka Lepperta pamiętnik dostarcza autentycznych opisów sytuacji, które wystarczy rozpisać na statystów obserwujących rozmowy aktorów i reakcje epizodystów. Istniejące fotografie członków załogi pozwalają wnikliwie przestudiować psychikę każdego nich wiedząc, kim był każdy z tych ludzi, jaką ma za sobą przeszłość i niestety, jaki los im jest pisany. Czy naprawdę koniecznie trzeba jeszcze do tych bohaterów opowieści dopisywać jakieś fikcyjne historyjki? Mnie to się wydaje akurat absolutnie zbędne. Żadnego z recenzentów nie przekonywało jednak, że na pokładzie bombowca znajduje się siedmiu kompletnie różnych od siebie typów z najodleglejszych krańców świata, a liczba siedem też nie jest bez znaczenia, bo siódemka lotników z Avro Lancastera 300 Dywizjonu Ziemi Mazowieckiej zginęła w trakcie powrotu z siódmej misji bojowej. Siostra górnego strzelca, Pani Halina Pawłowicz – Leppert , ochrzciła ich cudownym mianem „Chłopców z nieba„.

Wierzę w siłę prawdy utrwalonej na fotograficznych kliszach, w listach, pamiętnikach, dziennikach i spisywanych po wylądowaniu w bazie Faldinworth raportach. W kultowej “Bitwie o Anglię” i “Ciemnoniebieski świat” wymyślono historie miłosne w myśl zasady, że troszkę pieprzu i soli nie zaszkodzi, a doprawi monotonny rytm życia pilotów uczestniczących w powietrznej batalii z Luftwaffe. Dorzucono również karykaturalny wątek opasłego nieudacznika dowodzącego hitlerowską Luftwaffe. Mieli prawo tak zrobić, ale czy koniecznie jest to idealne rozwiązanie dramaturgiczne i recepta, którą warto powielać?… Nie sądzę.
Sceny, jakie zaledwie naszkicowałem zostały opowiedziane przez Polaków służących w Royal Air Forces podczas drugiej wojny światowej. Układają się one w chronologiczną opowieść o szkoleniu w teorii i praktyce, walce, nauce języka i sztuki przetrwania, współzawodnictwie, miłości, śmierci, mszach, ślubach i pogrzebach. Tych dramatycznych scen jest wystarczająco dużo, aby napisać wiarygodną historię o siedmiu chłopcach z Avro Lancastera BHC 286D. Nie musiałem nic wymyślać, bo wszystko opowiedział ocalały z katastrofy bombardier ppor. Bogusław F. Morski, a mnie pozostało tylko pójść śladem wspomnianych przez niego miejsc i ludzi. Większość z nich już nie żyje, ale pozostały po nich listy i fotografie. Jest także bogato ilustrowana dokumentami i zdjęciami, opatrzona przypisami książka, którą można uznać za historyczną monografię 300 Dywizjonu Ziemi Mazowieckiej. Minęło już kilkanaście lat od wydobycia bombowca z dna jeziora Ijsselmeer i uroczystego pogrzebu członków załogi. ZADUMA Zmarł też ocalały z katastrofy podpułkownik bombardier, podporucznik czasów wojny, Bogusław Morski, a dzieje jego poległych kolegów nadal pozostają nieznane. Przez moment było o tym nieco głośniej, ale głównie w holenderskich mediach. Polacy jakoś tego faktu nie zauważają… Starałem się więc sam wypełnić tę wstydliwą lukę. Na szczęście, niespodziewanie dla mnie, z twórczą pomocą ofiarował się Sławomir M. Kozak, właściciel Oficyny Wydawniczej AURORA.
Wpisując nazwiska polskich bombowców do internetowej wyszukiwarki, nie uzyskamy zadowalających nas wyników. Nie dowiemy się o tym, czego razem dokonali w tych siedmiu lotach nad Niemcy i okupowaną Francję, zżyci ze sobą na śmierć i życie, prawdziwi przyjaciele. Rozpoznaję ich sylwetki i twarze na jednym ze zdjęć w albumie złożonym w Muzeum Lotnictwa w Krakowie. Chcę się upewnić, że to są naprawdę oni, ale na mój post nie otrzymuję żadnej odpowiedzi. Nieważne, są inni ludzie, którzy mają w sobie wytrwałość za kilku innych researcherów. dziecko

Cioteczna prawnuczka poległego pilota Franciszka Rembeckiego, Monika Sokołowska zwraca mi uwagę na postać majętnego parlamentarzysty Sejmu II RP, który widząc zdolnego młodzieńca łożył na utrzymanie w okresie nauki biednego Franka. Dzięki niemu okazał się on zdolny do opanowania trudnej sztuki pilotażu ciężkiego bombowca RAF. Pani Monika Sokołowska wytrwale przeszukiwała otwarte po latach archiwa wojskowe, krajowe i zagraniczne. Tuż przed śmiercią 95- letniej siostry Franciszka Rembeckiego nagrała z nią rozmowę o poległym bracie. Odwiedziła też po latach, wraz ze swoją córką mogiłę załogi polskiego bombowca RAF. Tak naprawdę, to rzeczywistość i ludzka wrażliwość podpowiada nam najlepsze pomysły. Mając tak obfitą faktografię i wszystkie życiorysy lotników z ich podobiznami, nie muszę już wymyślać tego, co zdarzyło się na dywizjonym aerodromie w tragicznym czerwcu 1944 roku.
Uważnie wczytuję się w osobiste zapiski krewnych bohaterów, wymieniam z najbliższymi osobami uwagi o nich, a także ustalam to, co mogło być najważniejsze w ich minionym życiu. A do tej kompozycji zdjęć, skanów, grafik i scen z udziałem siódemki lotników bombowych, zainspirowała mnie rzucona od niechcenia uwaga eksperta z komisji PISF, który zarzucał mi brak historii w prawdziwej opowieści. Gdyby nasi lotnicy nie byli artystami o całej gamie rozmaitych talentów, to ich przeszłość można by rzeczywiście prezentować w oszklonych gablotach z pamiątkami , które w ten sposób chroni się od kurzu i skutków kontaktu z żywymi ludźmi. Oni jednak zdążyli pozostawić po sobie mnóstwo oryginalnych w formie i treści dzienników, piosenek, rysunków, które pozwalają odtworzyć ich codzienne życie na lotniskach dywizjonów myśliwskich i bombowych.

Nie wiem, ile twórcy ekranizacji “Dywizjonu 303” dopisali do pierwowzoru Arkadego Fiedlera, ale ja wierzę w moc pozyskanych dokumentów, jakie są kanwą mojej opowieści. Liczę, że będę mógł się do niej zabrać po ukazaniu się książki, która jest zaczątkiem szkicu do scenariusza filmowego. Dopiero wtedy z pewnością rozpocznie się twórcza dyskusja o tym, jak należy opowiedzieć w filmie historię polskich lotników bombowych, o których do tej pory jedynie napisano kilka dobrych książek. Dzięki wsparciu Oficyny Wydawniczej AURORA ja do tej skromnej kolekcji ośmielam się dołożyć swoje „Requiem dla Orłów„.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS