RSS
 

C’est le ton, qui fait la chanson…

10 wrz

… czyli, że na urok piosenki ma wpływ ton, tembr głosu śpiewaka, szansonerki, a o ich powodzeniu decyduje publiczność.
Można oczywiście sprytnie podmienić osobę i podłożyć zupełnie inny dźwięk, ale prędzej czy później oszustwo wyjdzie na jaw.
Ostatnimi czasy zauważam coraz więcej takich prób zauroczenia odbiorcy przy użyciu nowoczesnej techniki i oprogramowania. Mamy więc okazję usłyszeć wywiad ze zmarłym filozofem, kaznodzieją, pilotem samolotu, bo przecież ciemny lud wszystko kupi. Nieważne, po czyjej stronie leży wina. To współczesne media serwują swojemu audytorium coraz potężniejszą porcję info propagandy. Po raz kolejny słyszymy więc o odkryciu oryginalnych nagrań z kabiny tupolewa TU154 M. Dzisiaj nikogo już to nie dziwi. Wiedząc o tym, że bez dowodów śledztwo jest niemożliwe czekałem na zwrot czarnych skrzynek i wraka.
Nie wypowiadałem się o przyczynach tragicznej katastrofy polskiego samolotu z prezydentem na pokładzie mając nadzieję na dostęp do źródeł. Do tej pory to nie nastąpiło i dopóki się to nie stanie będziemy świadkami wrzawy wściekłych, nastawionych przeciw sobie ludzi. Jedni nie czują się winni, inni są skrzywdzeni, a otacza ich tłum domagających się prawdy Polaków. Trudno wciąż prostować kłamstwa, bzdury i oczywiste przeinaczenia faktów ukryte pod płaszczykiem naukowych teorii.
Kiedy młodszy ode mnie wydawca, który jest doświadczonym kontrolerem lotów, odpowiedział na pytanie ministra obrony niezgodnie z jego oczekiwaniami, został uznany przez niego za oszołoma. Ja również mam techniczne wykształcenie w dziedzinie awiacji i właśnie dlatego milczałem, kiedy politycy, internauci i wszelkiej maści znawcy przedmiotu prześcigali się w oskarżeniach o manipulację. Jednym z tych niesłusznie obwinionych jest reżyser filmu „Smoleńsk„, wielki artysta polskiego kina. Przedstawił on swoją, indywidualną wersję wielkiej, narodowej tragedii, jaką była katastrofa lotnicza 10 kwietnia 2010 roku.
Fabularna wizja Antoniego Krauzego wywołała konsternację i zrozumiałe niezadowolenie przeciwników spiskowej teorii zamachu. Sęk w tym, że grono zwolenników tej wersji wydarzeń jest niemałe i wszelkie próby ośmieszenia, czy zohydzenia filmu są daremne. On już jest i trzeba się pogodzić z jego istnieniem. Jakiś webmaster zredagował sprytnie bazę IMDB zaliczając „Smoleńsk” do gatunku fantasy o czym nie omieszkał poinformować na facebooku.
Pal diabli takie, dość mało wybredne wybryki, ale żal mi twórcy tego nieudanego ponoć dzieła. Ataki na jego osobę przypuściły tzw. autorytety moralne, chociaż od dawna słyszę, że większość z nich już odeszło bezpowrotnie w przeszłość. Obawiam się, że autor może nie wytrzymać presji sprzeciwiających się jego filmowi opozycjonistów. Chciałbym, aby ten chór ucichł, ale zdaję sobie sprawę, że wszelkie apele w tej sprawie są wołaniem na puszczy.
W końcu, kim ja jestem, żeby prosić o spokój dla tego reżysera, mojego mistrza, który wcześniej nakręcił sporo wybitnych filmów…?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

I ty, Brutusie, przeciw mnie?

27 cze

To nie ja powinieniem pisać o “Bandzie Czworga”, ani wspominać o tym, że ich prowokacyjne działania zapoczątkowały właściwie rzeczywistą reformę kinematografii jeszcze w PRL. Data śmierci mojego mistrza i nauczyciela, w dniu imienin mojej świętej pamięci żony, skłania jednak do osobistych rekapitulacji faktów z przeszłości. eKiedy u schyłku ubiegłego wieku wywieszałem na korkowej tablicy w korytarzu WFD swoje płomienne oświadczenia i manifesty, dojrzali dokumentaliści stukali się w czoło, bo w owym czasie nikt nie wierzył w skuteczność jakiejkolwiek próby odmiany ustalonego schematu działania multimedialnego molocha w służbie rządowej propagandy. O założeniu samodzielnej grupy twórczej nikomu się wtedy nawet nie śniło. Nam, młodym i zbuntowanym reżyserom było za ciasno w oficjalnych strukturach, które uniemożliwiały nam jakikolwiek swobodny ruch, nie wspominając już zupełnie o wolości artystycznej. Kierownik produkcji, Zbigniew Domagalski, nieśmiało zagadnął mnie chcąc zaspokoić ciekawość, czy też rozwiać swoje podejrzenia i wątpliwości. Byliśmy wtedy w sytuacji sam na sam, więc zdobył się na szczerość i zapytał wprost, czy możliwe jest powołanie spółdzielni filmowej w kontrolowanej przez władzę kinematografii. Ja powołałem się na przykład funkcjonującego w istniejącym jeszcze wówcza NRD, dokumentalnego Studia Sheymana i Heynowskiego. Oczywiście tam nic się nie działo bez przyzwolenia Partii i Rządu, ale sama idea wspólnej pracy w naturalnie dobranym gronie producentów i autorów, była wielce pociągająca. Mieliśmy świeżo w pamięci współpracujące ze sobą komuny artystyczne, hippiesowskie grupy muzyczne… coś jednak udało się im stworzyć. Gdyby te nasze mrzonki poddać racjonalnej ocenie, to gest stukania się w czoło przez uznanych i doświadczonych filmowców, wydawałby się usprawiedliwiony. Im pewnie także śniło się kiedyś, że mogą o wiele więcej, niż pozwalają na to warunki.
Akurat w tym czasie nam sprzyjała atmosfera dojrzewającego w kraju przewrotu i pokojowej rewolucji. Właśnie na tej fali zdecydowaliśmy się przedstawić w Naczelnym Zarządzie Kinematografii projekt powstania Studia Filmowego autorów, dokumentalistów. Grupa inicjatywna: Zbigniew Kowalewski, Grażyna Bryżuk, Ignacy Szczepański i Włodzimierz Szpak, chciała obrać za patrona profesora Jerzego Bossaka. Urzędnicy poddali to w wątpliwość, przeciwnicy zaprotestowali, a my nie mieliśmy zamiaru trwonić sił na daremne zmagania. Na razie nie mieliśmy nazwy, ale szybko ją znaleźliśmy. Z mojego skrótu: Wiara i Rozwaga pozostała tylko nazwa WIR, którego logo stworzył Jerzy Kalina. Istotnym elementem jest w nim pióro ujęte w ramy kadru filmowego. Miało to głębokie uzasadnienie w repertuarze kina, jakie było blliskie członkom zespołu skupionego wokół “Bandy Czworga”. Tak nas własnie ochrzcił zacietrzewiony w walce z WIR-owcami reżyser Tadeusz Pałka zarzucając najpierw śmiertelnie poważnie, nieco później obracając w żart wszelkie posądzenia o rozbijactwo i chaos, jaki wprowadzaliśmy w ówczesny ład, wygodny dla tłustych kotów, które niedopuszczały do karmy nuworyszy i osób spoza ścisłego kręgu kamaryli wybranych dokumentalistów.
Toczyła się przez pewien czas podskórna lecz bezwzględna walka starych i młodych. Podczas ostatnich kolaudacji w dogorywającej instytucji filmowej, jedni atakowali drugich wytaczając przeciw sobie ciężkie działa. Każdy argument był dobry, żeby skompromitować adwersarza. Sam doświadczyłem tego jako członek Rady Artystycznej WFD i reżyser z trudem powstającego filmu o Violetcie Villas. Jest to jednak temat na osobną opowieść. Większość filmowców czuło tchnienie śmierci, jaka czekała skostniała Wytwórnię Filmów Dokumentalnych. Do tej nazwy dodano jeszcze jeden przymiotnik, Fabularnych, ale to na nic się nie zdało. Jej los był przesądzony, natomiast w zmarginalizowanym przedsiębiorstwie pozwolono na zaistnienie zupełnie nowych studiów. Nikt nie miał pojęcia, czym one miały być w rzeczywistości. Najważniejsze, że po długich i ciężkich cierpieniach udało się nam uniknąć nieuchronnej klęski, jaką nam przepowiadali rozsądni i doświadczeni ludzie. Pojawiali się wokół nas oferując rozmaite ekspertyzy, praktyczne wsparcie i znajomości, które okazały się w ich wypadku bezużyteczne, bo zostali na rozdrożu bez wsparcia, jakie do tej pory zapewniała im zakładowa organizacja partyjna. My byliśmy na samym początku drogi i staliśmy, jak Herkules na rozstajach, zmuszeni decydować, który szlak jest dla nas najwłaściwszy. Dzisiaj już wiemy, że szczęśliwie obraliśmy słuszny kierunek i bez Studia Filmowego WIR nie powstałoby Studio KRONIKA, a nawet sposób działania zreformowanego WFD i F oparty był w dużej mierze na naszych pionierskich przedsięwzięciach. Wspomina o tych pierwszych próbach zaistnienia na polskim rynku filmowym Pani Małgorzata Smoleńms w swojej pracy doktorskiej, poświęconej dorobkowi filmowemu twórców działających w studiach przy ulicy Chełmskiej 21.
Wbrew pozorom, wrogość niedawnych przeciwników zgasła natychmiast po przystąpieniu do realizacji pierwszych produkcji filmowych. Szefowie, Andrzej Brzozowski i Ignacy Szczepański zaprzyjaźnili się pomimo bariery pokoleniowej, a także odmiennego spojrzenia na kino. Pierwszy z nich był moim profesorem w łódzkiej szkole filmowej. Gdy żartował pytając: “I ty Brutusie przeciwko mnie?” odpowiedziałem mu, że nie byłbym godnym jego uczniem, gdybym pewnego dnia nie zbuntował się przeciwko swojemu ukochanemu mentorowi.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

INCYDENT NA URODZINACH

27 cze

Czasami zdarza się w życiu coś zupełnie dla nas nieoczekiwanego i tylko od nas zależy, czy należycie wykorzystamy ten moment w dobrym celu. Kiedy ta chwila mija bezpowrotnie żałujemy, że w porę nie dostrzegliśmy niepowtarzalnej szansy na zaistnienie. Taka sposobność nadarzyła się podczas imienin Jana Kochanowskiego, na których staram się być w połowie czerwca każdego roku. Przy okazji miałem ogromną przyjemność spokojnej lektury wydobytych z szuflad rękopisów wierszy Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Nie doceniamy wielkości polskich poetów, a oprócz Wieszczów mamy literacką spuściznę o niesamowitym ładunku emocjonalnym.
Legendarny bard Powstania Warszawskiego, kultowy poeta Pokolenia Kolumbów, poległy żołnierz, był jednym z wielu, wybitnych twórców, po których pozostały prawdziwe perły polszczyzny i arcydzieła. Nie możemy o nich zapominać, bo to są prawdziwe skarby: utwory i artyści. Kilka z nich nadaje się jako epitafium dla poległych w czerwcu 1944 bombowców z polskiego Avro Lancastera. O nich właśnie traktuje książka z filmem „Requiem dla Orłów„, która ukaże się niebawe nakładem Oficyny Wydawniczej AURORA. Jest to prawdziwa historia siedmiu wspaniałych, młodych lotników, którzy pochodzili z różnych stron świata. Każdy z nich wierzył w swojego Boga, ale byli złączeni więzami męskiej przyjaźni i wspólnym losem na śmierć i życie.
Wracając do wspomnianych na wstępie urodzin Jana Kochanowskiego, to ja naprawdę nie planowałem tego incydentu, ale skoro nagle i niespodziewanie pojawiła się okazja do promocji książki „Z nieba do Nieba”, o Janinie Lewandowskiej, skorzystałem z niej skwapliwie. Nie dość, że otrzymałem gratis ciekawą książkę, to w ramach podziękowań za opasły tom amerykańskiej powieści przedstawiłem fragment prawdziwej historii Polski. Spisaliśmy ją wspólnie ze Sławomirem Kozakiem na kilkudziesięciu stronach i wydrukowaliśmy w pierwszym tomie z serii POLSKIE SKRZYDŁA. Uznałem, że powinien on zaistnieć obok mojego nazwiska, bo jego twórczy wkład w powstanie POLSKICH SKRZYDEŁ jest o wiele poważniejszy, niż zazwyczaj bywa w rozmaitych wydawnictwach, których wiele w Rzeczpospolitej po śmierci cenzury rodem z PRL.
Sławomir Kozak, z zawodu kontroler lotów, nie wyjeżdża na Karaiby i nie korzysta z uroków życia, jakie obiecują możnym tego świata kusicielki z wszęchobecnych reklam. On wydaje pieniądze na książki, nie tylko własne, ale zaprasza do swojej oficyny autorów, którym leży na sercu prawda o Polsce i szacunek dla Naszej Ojczyzny. Przed laty opublikowałem w portalu obywatelskim i emigracyjnym czasopiśmie „Zmywak” artykuł pod znamiennym tytułem „Patriotyzm nie jest taki głupi„. Komentarze po jego publikacji były wielce wymowne i różnej maści od niewybrednych ataków, poprzez próby ośmieszenia poglądów autora, posądzenia go o skrajną naiwność aż do akceptacji.
Znalazłem bratnią duszę i zrozumienie u Wydawcy, którego nie zawaham się nazwać teraz już swoim przyjacielem. Wydaliśmy do tej pory dwie książki z serii POLSKIE SKRZYDŁA. Zimą zapewne wyjdzie „Requiem dla Orłów„. Po niej planowana jest biografia konstruktora łodzi podwodnych i samolotu Canard, Stefana Drzewieckiego herbu Nałęcz. Tyle ambitnych planów na dzień dzisiejszy… a jak się to potoczy z następnymi bohaterami POLSKICH SKRZYDEŁ, przyszłość pewnie nam wszystkim pokaże.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

O Bandzie Czworga, filmach i artystach kina

12 cze

BRIDGNigdy nie pielęgnowałem w sobie złych, a nawet dobrych wspomnień. Uznałem, że nie ma sensu bez końca rozpamiętywać zwiędłych laurów, a także porażek, ustalać winnych i szukać odwetu. To nas naprawdę wyniszcza i uniemożliwia jakąkolwiek twórczość. Lepiej patrzeć przed siebie i mimo wszystko, iść do przodu. Dlatego dawno zapomniałem o legendarnej “Bandzie Czworga”z ulicy Chełmskiej, która wbrew wszelkiej logice i sprzeciwie starej kadry dokumentalistów, utworzyła Studio Filmowe “WIR”.
To nic, że niewiele wyszło z naszych rewolucyjnych zamiarów zmiany kina autorskiego na lepsze. Szkoda, że ten ogromny wysiłek zaistniał przez tak krótki czas i zniknął jakby nas w ogóle nie było. Pani Małgorzata Smoleń odszukała mnie, Ignacego Szczepańskiego, Grażynę Bryżuk, Włodzimierza Szpaka, a także nieco starszych konkurentów ze Studia Filmowego KRONIKA, aby napisać wspaniałą monografię dotyczącą naszych artystycznych poczynań w burzliwym okresie przemian kinematografii polskiej po obradach Okrągłego Stołu i wyborach w czerwcu 1989 roku.
Dla mnie osobiście był to akurat dzień kinowej premiery dokumentalnego portretu filmowego Violetty Villas.
Trudno zapomnieć taki zbieg okoliczności i te wszystkie fakty zebrała Małgorzata Smoleń DYPLOMpisząc pracę, która ma objętość sporej książki. Być może znajdzie wreszcie jej wydawcę, czego życzę ambitnej badaczce dziejów najnowszych polskiej sztuki filmowej. Z pełnym dystansu uśmiechem stwierdzam, że to właśnie dzięki niej zaistnieje obecny prezes Studia Filmowego KRONIKA, Bogdan Kozyra. Przejdą wraz z nim do historii nazwiska naszych adwersarzy, jak Tadeusz Pałka, który wymyślił nam ksywkę BANDY CZWORGA. Dzięki pracowitości autorki pozostaną w pamięci chociaż tytuły zrealizowanych przez nas filmów, których nie obejrzała większość telewidzów, a nawet festiwalowych bywalców. W dniu 16 czerwca 2016 roku autorka odbierze w stołecznym Pałacu Staszica wyróżnienie za swoją wieloletnią pracę nad dziełem, które zostało wreszcie zauważone i należycie docenione.

Cieszę się również z sukcesu kompozytorki muzyki do filmu “ Z nieba do Nieba”, która otrzymała nagrodę z rąk ministra Glińskiego. Cóż z tego, że niektórzy jej rówieśnicy i zazdrośnicy zżymali się na widok fotki utalentowanej Anny Marii Huszczy z bojkotowanym niekiedy, przez część środowiska, dygnitarzem. Co te różnorakie zachowania twórców i krytyków, mają wspólnego z szeroko rozumianą kulturą… nie wiem. Urzędnicy państwi przychodzą i odchodzą, a laury pozostają już na zawsze. Nie martwię się więc ciszą, jaka panuje nad filmami, które nikogo nie obchodzą i brakiem zainteresowania rozmową o sztuce kina ze strony mainstreamowych dziennikarzy. Sukcesy współpracowników i trwałe opracowania będą świadectwem, że coś jednak udało się w tym krótkim życiu zrobić i są to wartościowe dokonania. W połowie czerwca wieczorem, w ogrodach Zamku Królewskiego gala laureatów nagrody im. Oskara Kolberga uwieńczy wysiłek kompozytorki, która właściwie bez należytego honorarium poświęciła swój czas i wspaniały talent dla filmów „Ślązacy z bombowców” i „Z nieba do Nieba”. Od tego czasu jej dorobek urósł do imponujących rozmiarów. Ale o tym innym razem…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Referat realizatora

16 maj

Podczas Nocy Muzeów organizowanej przez Dyrektora ARCHIWUM AKT NOWYCH miałem okazję wygłosić niniejszy odczyt:

To niecodzienny, wzruszający wieczór, bo nieczęsto twórcom zdarza się prezentować swoje filmy wobec tak wdzięcznego audytorium w tak szacownej instytucji. Dziękuję za zaproszenie na seans „Albumu Rycerskiego”, który po latach od jego powstania, musi skłaniać do osobistej refleksji, która jest wszakże daleka od zachwytu i zadowolenia z okoliczności, jakie towarzyszą dzisiaj dyskusjom o naszej historii. kino
Niestety, oprócz przykładów wspaniałego sposobu upowszechniania wiedzy o przeszłości naszej Ojczyzny jest sporo nawiedzonych i wyrachowanych propagatorów treści, które niejako przykleja się do faktów, jakie po latach bez żyjących świadków, można interpretować w rozmaity sposób. W internecie roi się od rozgorączkowanych dyskutantów, uznających jedynie słuszną rację, odmawiających jej innym Polakom, Ukraińcom, Żydom, oraz obywatelom Rzeczpospolitej, których nazwiska nie kończą się na -ski.
Niedawno przeczytałem wpis na Facebooku z pretensjami autorki filmu o polskich lotnikach w Pakistanie, zarzucającej innej autorce, że ta śmie sobie przypisywać zasługę odkrycia nieznanych nad Wisłą bohaterów, kształcącym nowe kadry lotników w dalekim, egzotycznym dla nas kraju. Otóż, śmiem sądzić, że nie tak ważna jest osoba publikująca wyniki badań historycznych, jak temat i bohater. Historia nie jest bowiem powieścią sensacyjną lecz opowieścią o faktach.

Świętej Pamięci reporter i pisarz, kronikarz najnowszej historii kraju, w którym żyjemy zwykł mawiać, że słowo ma potęgę bomby atomowej. Jeżeli przypomnimy sobie wyrażenie amerykańskiego redaktora Arthura Brisbane’a roku który w 1911 roku napisał, że obraz ma siłę tysiąca słów, dopiero wtedy naprawdę możemy się przekonać, jak potężnym narzędziem dysponujemy i jak ogromna jest jego siła rażenia. Historyk, który odziaływuje na masy wpływowych czytelników cytujących ustępy z jego prac, nie powinien kreować się na kultowego pisarza, chociaż sława poczytnego naukowca Umberto Eco wzbudza zazdrość i pobudza do twórczego naśladownictwa. Dzisiaj żyjemy w świecie chaosu, który jest targowiskiem próżności na globalną skalę. To sprawia, że codziennie powstaje mnóstwo popularnonaukowych publikacji, aspirujących do miana tekstów naukowych, a w istocie są co najwyżej doraźną publicystyką.

Niestety, powtórzę to ze smutkiem, „… bom sam pełen winy”, dotyczy to również wielu programów telewizyjnych i filmu. Dlatego z pewnym rozrzewnieniem wspominam nieżyjącego już przyjaciela, reżysera -Tadeusza Pawłowicza, współtwórcę cyklu (zatytułowanego dość znacząco: „Album Rycerski”), który z uporem maniaka zgłębiał wszelkie dostępne materiały, drążył dostępnych jeszcze świadków historii sprawdzając, czy nie mylą się im fakty, nie ufając żadnemu autorytetowi naukowemu, poddając wstępnie zmontowany odcinek „Albumu Rycerskiego” surowej ocenie ekspertów z różnych dziedzin nauki i sztuki.
Dzisiaj, w dobie szalonego pędu do doraźnego sukcesu, metoda ta wydaje się skrajnie nieefektywna i wręcz samobójcza finansowo. Ów nieprzejednany twórca zmarł zresztą z wyczerpania, bo żył zbyt intensywnie i tak samo pracował nad każdym programem, który składał się na wspomniany „Album Rycerski„. Poświęcaliśmy około kwadransa czasu emisyjnego na zmontowaną wypowiedź bohatera, który uczestniczył w ważnym okresie dziejów Polski, od najwcześniejszych lat istnienia odrodzonej ojczyzny, aż do ostatnich lat współczesnej Rzeczpospolitej… Z taką intencją rozpoczynaliśmy to dzieło zamierzone na dłuższy czas, niż dane nam było je realizować.
W ciągu niespełna roku powstał wszakże cykl zawierający kilkanaście portretów świadków historii, uczestników powstań, wojen, konspiracji, walczących o wolną Polskę w każdy, dostępny dla siebie sposób. Większość z tych osób już nie żyje, może nawet wszyscy… a nawet twórcy odchodzą bezpowrotnie w przeszłość. Cóż, to smutne, ale właśnie taka jest naturalna kolej rzeczy. Nas już nie będzie, ale zostaną po nas artykuły w prasie, książki, filmy fabularne i dokumentalne, oraz subiektywne świadectwa zapisywane przez nas w druku i utrwalone w obrazach. Nie miejmy złudzeń, nie istnieje prawda obiektywna, lecz właśnie dlatego tak ważna jest odpowiedzialność za wypowiedziane słowo i wyrażona w piśmie opinia, która w przyszłości może być użyta w rozmaity sposób, czasem niezgodny z naszymi intencjami.
sala
Mam nadzieję, że „Albumie Rycerskim” udało się nam choć częściowo pozostać wiernym prawdzie, jaką przekazali nam kombatanci walczący o wolną Polskę, pielęgnujący ich groby kontynuatorzy świetlanej tradycji, a także oddani tej samej sprawie profesorowie i konsultanci, wśród których niemałą zasługę ma Pan Tadeusz Krawczak. Jemu zawdzięczamy wybór postaci, których wspomnienia i opinie zdążyliśmy utrwalić na taśmie, prezentując ich osobiste refleksje i czyny telewidzom w kraju na antenie ogólnopolskiej.
Być może uda się wskrzesić ten sam projekt w innym, nowocześniejszym kształcie, we współczesnej narracji dla pokrzepienia serc i oświecenia umysłów, które atakowane są dzisiaj zewsząd dość agresywnymi, przyznam, że efektownymi, choć nie zawsze prawdziwymi wersjami najnowszej historii Polski.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jan Rutkiewicz

20 kwi

Kto nie może robić filmów, ten uczy innych w szkole… Taka oto złośliwa maksyma przez długi czas krążyła w środowisku twórców filmowych. Dziś status profesora szkoły filmowej jest uznawany za dowód wysokiego prestiżu w tym samym kręgu artystów polskiego kina. Powojenne pokolenie reżyserów kształciło się w jednej, jedynej wszechnicy, którą poprzedziła zlikwidowana wkrótce po inauguracji, krakowska szkoła filmowa. Łódzka szkoła filmowa, w skrócie PWSFTv i T, imienia Leona Schillera, to nie żadna filmówka, tylko po prostu szkoła i taką wszyscy absolwenci ją pamiętają. Tylko w ten sposób o niej mówią między sobą, z odrobiną nostalgii, nawet czułości, której nikt ze starych reżyserów się nie wstydzi. Najstarsi z nich odchodzą pozostawiając po sobie spore grono wdzięcznych za mistrzowskie rady i opiekę artystyczną, wychowanków.
Nie każdy z wykładowców szkoły filmowej dzielił się swoim doświadczeniem tak chętnie i obficie, jak legendarny dyrektor WFD, szef PKF, profesor Jerzy Bossak, grający u Polańskiego Henryk Kluba, czy niezwykle oddani mu asystenci. Wojciech Jerzy Has słynął z błyskotliwych bon mote’ ów, które pozwalały mu ukrywać tajemnice sztuki reżyserskiej. Jerzy Kawalerowicz zamilkł po kwadransie pierwszego i ostatniego wykładu, jaki odbył się w murach zabytkowej willi przy ulicy Targowej w Łodzi.
jrPomiędzy tak skrajnymi postawami pedagogów potrafił znaleźć się elegancki pan, Jan Rutkiewicz, któremu można było zwierzyć się z kłopotów i porozmawiać o realizowanym scenariuszu bez obawy, że potem zostanie to wykorzystane jako argument podczas egzaminu i dowód niedoskonałości warsztatowej studenta. Ten sam opiekun artystyczny grał w słynnej etiudzie Romana Polańskiego odstającego od reszty rozbawionej młodzieży młodzieńca. Podczas seansu kultowego filmu: “Rozbijemy zabawę”, na ekranie widać, jak ten młody, zawadiacki reżyser, wymierza koledze Rutkiewiczowi powalający cios, który wcale nie był markowany. Ale Pan Jan zasłynął w polskim kinie jako wybitny znawca militariów, mundurów, ojciec pięknej żony i córki.
Żona, ( jak to dziewczyna...) wyszła potem za odtwórcę legendarnego Hansa Klossa w serialu “Stawka większa niż życie”. Gdyby nie to, że nie ma żadnych tajemnic w tak małym gronie filmowców, po Janie Rutkiewiczu nie byłoby zupełnie znać, co dzieje się w jego sercu i umyśle. Żył zgodnie z maksymą mistrza Jana z Czarnolasu, który pisał po śmierci Urszulki: “Ludzkie rzeczy, ludzkie noś...”.
Po śmierci tego niedocenionego reżysera pozostało sporo dobrych filmów, w których widać rękę wytrawnego rzemieślnika z wykształceniem i kulturą osobistą. Skromne budżetowo i inscenizacyjnie, filmowe kryminały, dramaty i komedie, są zrealizowane ze znawstwem i smakiem, którego dzisiaj nie uświadczysz zbyt często w polskim kinie. Będzie nam brakowało nauczyciela i wielkiego przyjaciela, który interesował się karierą każdego ze swoich uczniów, wspierał nas psychicznie i nie odmawiał pomocy zawsze znajdując czas na lekturę przekazanego w jego ręce scenariusza.
Konsultowałem z nim projekt “Marty Hitler” i chociaż wszystko, co z nim zrobiłem skończyło się fiaskiem, to nigdy nie zapomnę życzliwości tego wspaniałego człowieka, w którym nie było śladu zawiści. Profesor, prodziekan, wychowawca kilku pokoleń reżyserów naprawdę nie zazdrościł nikomu ze swoich licznych współpracowników festiwalowych laurów, autentycznie ciesząc się razem z nimi z osiągniętego sukcesu. Jego mądrość polegała na tym, że był wierny prostej prawdzie: Film, to jest ekipa.
W pojedynkę można napisać konspekt scenariusza, ale dziś już nie da się zrealizować samodzielnie nawet najskromniejszej wizji. Dzięki takim skromnym, cichym i dobrym ludziom istniejemy pracując ( ze zmiennym powodzeniem), w wymarzonej, ukochanej dziedzinie sztuki filmowej. Oddając mu hołd wiem, że mam do spłacenia moralny dług przekazania komuś młodszemu tego, co od niego otrzymałem.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nie wierzcie gawędziarzom

04 mar

W Cesarsko – Królewskim Mieście Krakowie poeta Adam Ziemianin pisał: “…wyprowadzamy się powoli z równowagi snu”.
W Kongresówce, nazwanej tak przez Jana Nowickiego, dzieje się zgoła inaczej. Wielokrotnie budzę się (nie tylko z wiadomego starcom powodu) i z powrotem zasypiam, kiedy stwierdzam, że nie jestem jeszcze gotowy do normalnego życia. Dopiero, kiedy stalowy ucisk zakleszczonych wokół mojej głowy pierścieni zelży na tyle, że nie muszę wracać do zmierzwionej pościeli, dopadają mnie paniczne myśli o tym, co dokładnie powinienem zrobić, aby nie uznać swojego kolejnego dnia za stracony. “Cokolwiek zrobisz, będziesz żałować” – tak mnie pociesza święty Augustyn dodając: “… więc nie martw się, bo i tak nic od Ciebie nie zależy na tym świecie”.
Będzie, co ma być. Wiem o tym nie od dzisiaj.

W porannej prasie natknąłem się kiedyś na wywiad przeprowadzony ze znanym aktorem, który wspominał młodego człowieka, który stanął obok niego prze witryną antykwariatu na Placu Szczepańskim przy Teatrze Starym. Do głowy mi wówczas nie przyszło, że zwykła, ulotna wymiana spojrzeń może mieć aż tak piorunujący efekt, żeby wyciągać z nich po latach tak niesamowicie dziwne wnioski. Przypomniałem o tym sobie zresztą dopiero po latach od przeczytania tego wywiadu… nie wiem dlaczego. Ale powróćmy do rzeczy:
Oto dowiedziałem się, że w tym wychudzonym studencinie ujrzał on bezdomnego, wygłodzonego homoseksualistę i zaczął się z tego powodu obawiać niesamowitych komplikacji. On chciał wybrnąć z tej sytuacji, ale na szczęście uśmiechnięty żaczek pożegnał Jana Nowickiego pozbawiając go kłopotu. Dlaczego o tym piszę?… Na pewno nie dlatego, że akurat rozpoznałem siebie w tej zabawnej anegdocie. Cenię gawędziarski styl Pana Jana, zarówno w jego felietonach, jak na kartach książek. Oby ich było jak najwięcej, bo zupełnie słusznie autor ma dość liczne grono wiernych czytelników. Wśród nich jestem i ja, który śledzi tok myśli wielkich opowiadaczy historii.
Jeden z nich, świętej pamięci Andrzej Żuławski napisał w “Zaułku pokory”, że nie powinno się ufać opowiadającemu, natomiast można zawierzyć opowiadaniu, zdarzeniu, faktom. Przytoczony epizod z okresu letniego przesilenia świadczy o tym, że nawet pozbawieni uprzedzeń, najzupełniej różnie pojmujemy znaczenie tych samych gestów, spojrzeń, samej obecności bliźniego. Słyszymy od jednych przyjaciół: “Jak dobrze, że z nami jesteś…”, a od innych otrzymujemy złośliwe pytanie: “- Jeszcze tu jesteś?”…
Cóż, wszystkie rzeczy na niebie i na Ziemi trzeba przyjąć, jakimi one są. Pamiętam, z jak wielkim przekonaniem powtarzała za siostrą Faustyną Kowalską świętej pamięci Violetta Villas: “Nie skarżyć się, nie tłumaczyć i nie żalić”.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

KU PAMIĘCI ICH TROGA

17 lut

Z upływem lat mam coraz więcej znajomych wśród umarłych, coraz mniej wśród pozostałych przy życiu uczestników ich pogrzebów.
Czytam niedawno opublikowany w „GW” nekrolog Grażyny Pliszczyńskiejgk z małym, literowym chochlikiem w gazecie, ale wiem, że te szczere wyrazy żalu i współczucia dotyczą nieszczęśliwego męża i całej rodziny nieodżałowanej Grażyny Kociniak.
Zanim ją odprowadziliśmy na miejsce wiecznego spoczynku dopadła nas kolejna zła wieść z Krakowa. Odszedł wspaniały Wojski z „Pana Tadeusza” w reżyserii Andrzeja Wajdy – Jerzy Grałek. W „Końcu Polski„, który przed laty kręciliśmy na Helu wystąpił młody, ambitny badacz fauny i flory Bałtyku, bezkompromisowy w swych poglądach, doktor Krzysztof Skóra. Jego także już nie ma dzisiaj wśród żywych, polskich naukowców, aktorów i montażystów. Generacja mistrzów wysokiej sztuki, rzetelnej wiedzy i nauki powoli, ale coraz tłumniej znika z pola widzenia wchodzącego na to miejsce pokolenia, które nie ma już w sobie tyle atencji, tak głębokiego szacunku, uwielbienia i podziwu dla ludzi wielkiego serca i umysłu. Na zawsze zapamiętam mądre, życiowe rady Grażyny, której uśmiech nigdy nie znikał z twarzy, a nigdy to nie było udawane, chociaż z aktorstwem miała do czynienia od świtu do nocy. Zawsze była autentyczna, naturalna i wesoła, choć pewnie powodów do zmartwień miała bez liku. Mówiła o nich, “pół żartem, pół serio”.

Zanim rozpocząłem studia w łódzkiej szkole filmowej Jurek Grałekjg opowiadał mi o niej na artystycznym zlocie AKT 77 w Pieninach. Byłem wtedy zupełnie zagubionym, nieopierzonym polonistą, któremu udało się zdać egzamin na Wydział Reżyserii łódzkiej szkoły filmowej. On miał już za sobą pierwsze role filmowe u pierwszorzędnych twórców kina. Moja buława reżyserska spoczywała gdzieś bardzo głęboko na dnie plecaka obok sporego młotka do wybijania z głowy nadmiernych ambicji. Jurek lojalnie, po koleżeńsku uprzedzał mnie, że praca w filmie polega przede wszystkim na czekaniu i mówił, żebym nie obiecywał sobie za wiele po ukończeniu słynnej w całym świecie szkoły filmowej. Słuchałem go z uwagą, ale mu oczywiście nie wierzyłem… No, w ogóle nie dowierzałem życzliwemu mi człowiekowi. Okazało się, że we wszystkim miał absolutną rację. Potem już się nie spotkaliśmy na planie filmowym, ani w teatrze, chociaż obiecywaliśmy sobie wiele o naszej współpracy. Łączyła nas szalona miłość do Krakowa i wspólna nadzieja na artystyczne powroty do tej Mekki sztuk wszelakich. On pozostał w niej na zawsze, ja zaś kilkaset kilometrów na północ od Cesarsko – Królewskiego miasta Stołecznego w Galicji.

Na samej północy Polski, w Trójmieście pracował nad morświnami i fokami Krzysztof Skóra nie bacząc nawet na brak funduszy i warunki, w jakich mieszka z żoną i rodziną. Jego pasją były zwierzęta pływające Bałtyku i właśnie im poświęcał się bez reszty. Na celuloidowej taśmie zarejestrowałem w ostatniej dekadzie ubiegłego wieku, z jaką miłością i troską waleczny doktor nauk mówił o faunie i florze Helu. Interesowały go nawet buszujące po helskich śmietnikach dziki. To naturalne, że ten wybitny biolog bronił ginącej przyrody i środowiska przed inwazją uzbrojonego w nowoczesne maszyny różnego rodzaju przemysłu, także turystycznego.

Tych troje zupełnie różnych ludzi, pochodzących z różnych miejscowości w Polsce, zaznaczyło swój mocny ślad w moim sercu. Naprawdę, dopiero teraz do mnie dociera, jak bardzo wiele im zawdzięczam. Doceniam to, co wcześniej wydawało mi się oczywiste. Po latach pojąłem, że od każdego człowieka, z każdej rozmowy czerpiemy prawdziwe skarby i nawet tego nie zauważamy. Dzisiaj nie ma nawet komu z nich za to podziękować, chyba że ten skromny bukiet kwiatów pośród wieńców i ofiara na mszę za spokój duszy… Tak hojnie i bezinteresownie obdarowanych szczęśliwców, jak ja, pozostawili oni po sobie z pewnością więcej. Wiem, że z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc będzie przybywać tych, których odejście dziś opłakujemy. W końcu i na nas przyjdzie kolej, ale mnie to już przynajmniej, zupełnie nie interesuje.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Przypadek Adalberta

10 gru

Nigdy nie byłem w swoich ocenach sprawiedliwy i pewnie teraz też nie będę obiektywny, ale widzę pewną analogię między smutnym finałem wojaży Violetty, tragicznie krótkim okresem tryumfu Manturzewskiego i kresem podróży producenta mojego filmu o zdobywcy Atlantyku. Jego bohater, kapitan pilot Stanisław Skarżyński znalazł śmierć w zimnych falach Morza Północnego podczas kolejnej misji bombowej. Wcześniej witany przez tłumy brazylijskiej Polonii doświadczył tego, co dziś odczuwają wszyscy celebryci na całym świecie. Miło być gwiazdą wieczoru a nawet towarzyszyć uwielbianej przez tłumy osobie. Naprawdę warto ogrzać się przez chwilę w blasku cudzej sławy, udzielać wywiadów i jak przebojowo śpiewała Kora, pić szampana w boskim Bueno Aires. I ją dopadła ciężka choroba, zaś wspomniani idole nie żyją. Polegli w bezpośrednim starciu z rzeczywistością. Ludzie, którzy uprawiają trudne poletko sztuki są w swojej istocie bezbronni wobec każdej przeciwności losu. Pamiętam Jacka Janczarskiego, który cieszył się sławą i powszechnym uznaniem. Słuchowiska jego pióra były niezwykle popularne, a powodzenie pozwalało mu sądzić, że ma przed sobą świetlaną przyszłość. Tętniak w mózgu nie wytrzymał ciśnienia wywołanego zbyt intensywną pracą i nagła śmierć na zawsze zabrała niesłychanie płodnego twórcę.
Wylew krwi do mózgu nastąpił także w innym warszawskim domu, podczas pakowania walizki przed wyjazdem producenta na lotnisko Okęcie, skąd startował samolot z delegacją filmowców do Państwa Środka. Wcześniej Wojtek odwiedził sąsiednie kraje i zjeździł wraz z polskimi twórcami niemal całą Europę i wszystkie kontynenty na tej Ziemi. Zachwycało go to i z wielką pasją wyruszał na kolejną eskapadę mając nadzieję zdobycia nowych kontaktów oraz możliwości koprodukcji. Nadzieje, jak ptaki szybują po niebie… jak nie pada. A jak pada, to nie szybują.
Tak pisał Adam Kreczmar, którego dopadło to samo przekleństwo i odszedł z tego świata zdolny dramaturg w kwiecie wieku.
Jestem ostatnim, który by się ośmielił przedkładać samotność autora ponad uroki życia, bo ono jest jedno, jedyne i umiejętność wykorzystanie tej szansy stanowi o ludzkim geniuszu albo głupocie człowieka, który ją zmarnował. Nauczycielka powtarzała nam uparcie wbijając nam to do głowy, że nie ma ważniejszego zadania do rozwiązania jak sposób życia i spędzenia go w taki sposób, żeby nie żałować w ostatniej godzinie swojego lenistwa, zaniechania i własnej głupoty. Dlatego te losowe przypadki powinny być dla wciąż żyjącego człowieka swoistym memento.
Nie powiem, że akurat ja wiem lepiej, jak postępować, bo sam już od lat bardzo żałuję wielu swoich wyborów i fatalnych w skutkach decyzji. Mając wszakże w pamięci sporą grupę tak nieszczęśliwie i bezpowrotnie znikających artystów, nie skłaniam się w tę stronę, którą oni podążali w poszukiwaniu szczęścia, uznania, bogactwa i sławy. Być może to zwykły, ludzki strach, a może instynkt przetrwania podpowiada nam, aby w tym nieustannym wirze emocji zatrzymać się choć na moment, aby odetchnąć i przemyśleć wszystko to, czemu tak łatwo, bezwiednie ulegamy. Czasami ta chwila musi trwać wieki, ale innym wystarcza o wiele mniej, żeby się otrząsnąć z szaleństwa, jak pies na plaży, po wyjściu z wodnej kąpieli. Należę do pośredniego gatunku myślicieli i autorów, którzy nie spędzają życia nad opasłymi woluminami w bibliotekach, ale bez dokonania osobistej konstatacji w rzeczonej kwestii nie ruszają się z domu, dopóki nie znajdą właściwej formuły. Jasne, że to nie są odkrycia na miarę kartezjańskiego „Cogito, ergo sum„, ale czy warto doprowadzać się do takiego stanu, że przypomina on zachowanie samobójcy?…
Jeśli to, co robiliśmy do tej pory i kontynuujemy tę pracę z nadzieją spożywania jej owoców, warto żyć świadomie, trochę dłużej, niż podpowiada instynkt czerpania pełną garścią wszystkiego, co nam oferuje świat i ludzie. Tak więc dylemat Carpe diem czy memento mori?… pozostaje do wyboru, chyba że są jeszcze jakieś inne możliwości, o istnieniu których nie mam bladego pojęcia. Mówiąc szczerze, szkoda życia na tego typu rozważania, ale nie da się o tym pomyśleć później, jak to czyniła Scarlett O’Hara, czy też usprawiedliwiać w stylu Kubusia Puchatka, swoim małym rozumkiem. Nikogo ta najważniejsza decyzja życiowa nie ominie i w żadnym wypadku nie można jej odkładać w czasie.
A jak powiada nasz doświadczony kolega z branży filmowej nawet zła decyzja jest lepsza od braku jakiejkolwiek.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

V V… i co dalej?

10 gru

… a jeżeli się rozchodzi o wspomnianą wcześniej propozycję dokumentalnego filmu o Violettcie Villas, to przystąpienie do jego realizacji w ogóle nie byłoby możliwe bez powołania się na osobistą znajomość ze Staszkiem Manturzewskim. On go po prostu bardzo lubiła i chociaż wszystkim wokół odmawiała zgody na kręcenie filmu, to z uwagi na dawną przyjaźń przynajmniej wysłuchała prośby nieznanego reżysera. Gwiazda z miejsca przystąpiła do rzeczy i zapytała mnie o znak Zodiaku, a kiedy dowiedziała się, że jestem Lwem, odpowiedziała:

- A ja jestem tygrysica… z Magdalenki!

Kiedy to powiedzenie wykorzystał Witold Filler tytułując w ten sposób swoją książkę, obraziła się na niego do końca życia. Ona po prostu taka była, że gdy ufała komuś, to bezgranicznie, a jeżeli ktoś zawiódł jej zaufanie, to już w żaden sposób nie miał szans go odzyskać. Na pewno wszystkim jest dość dobrze znana jej tragiczna historia. Po śmierci i uroczystym pogrzebie Violetty zjawił się u mnie Krzysztof Gospodarek z żoną namawiając do napisania monodramu, który zresztą powstał w oparciu o teczkę osobową TK Gabrielli, jaką wydobyłem z archiwum IPN. Rozmawialiśmy wtedy o sensacyjnej książce pary reporterów, którzy nie przedstawili jej w najkorzystniejszym świetle. Oczywiście, życie tej nieco ekscentrycznej gwiazdy dostarcza materiału do sensacyjnego scenariusza, ale syn stara się być sui generis strażnikiem pamięci sławnej mamy.
Nie dość, że przeżył sporo złego bez niej oraz przy niej, to po śmierci wdał się, bo przecież musiał wystąpić przeciwko złoczyńcom, w długotrwały, kosztowny proces, który musiał przypłacić, nie tylko własnym zdrowiem. Chora żona wspierała go duchowo, lecz poza tym walczyli o dobre imię rodziny samotnie, otoczeni przez żądnych sensacji dziennikarzy. Być może dlatego odrzucał sporo pozornie intratnych propozycji, które miały zdyskontować popularność Violetty Villas na ekranie kina, scenie teatralnej i w telewizji. Obserwowałem, jak powoli ulega zaprzepaszczeniu ogromny kapitał zafascynowania fenomenem Violetty i było mi żal każdej ze stron toczącego się sporu.
Nikt nie chciał ustąpić, więc ambitna myśl o założeniu w rodzinnym Lewinie Muzeum Violetty Villas, z jej wspaniałymi strojami, pamiątkami i nagrodami, powoli ginęła w nieokreślonej mgle. Tymczasem na wrocławskiej oraz łódzkiej scenie powstał spektakl, w którym skazana, za psychiczne i fizyczne znęcanie się nad piosenkarką, osoba została przedstawiona jako wcielenie Anioła Stróża. Natomiast kreowaną przez Monikę Niemczyk postać Violetty Villas, ukazano we fragmentach dziwacznej rejestracji video i niemal dosłownych cytatach z dokumentalnego filmu, jaki cieszy się w internecie niebywałym powodzeniem.
To akurat mój film z 1989 roku, ale nikt nie pytał mnie o pozwolenie użycia sekwencji „Violety Villas” w sztuce, która wcale nie służy najlepiej jej bohaterce. Swoją drogą to jest dość ciekawe i zastanawiające, że sporadycznie prezentowano go w kinach, ale w telewizji do tej pory nie wyświetlono go w całości, chociaż na witrynie You Tube licznik odsłon wskazuje grubo ponad pół miliona widzów. Spektakl nie podobał się Krzysztofowi ani publiczności bo jego żywot był stosunkowo krótki. Od czasu do czasu czytam i słyszę o festiwalu poświęconym pamięci Violetty, serialu, jaki ma powstać dla telewizji, etc. Na pewno powinna zostać napisana książka o jej życiu. Ona by na pewno mogła być podstawą do rozmowy o scenariuszach planowanych filmów i sztuk. Klincz, jaki powstał i trwa już kilka lat po śmierci gwiazdy, sprawia, że na razie pamięć o niej ginie a ze śmiercią pokolenia, które pamięta jej występy, trudno będzie wskrzesić naturalny entuzjazm, jaki towarzyszył piosenkarce na wszystkich koncertach w kraju, w Europie i za Oceanem.
Z własnej woli oddałem kiedyś młodemu reżyserowi kopię filmu na celuloidowych krążkach z taśmą 35 mm, na której Violetta Villas odpowiada na pytania, chętnie opowiadając o sobie, mówi, śpiewa i tańczy. Nie zamierzałem wracać do tematu, który kosztował mnie sporo zdrowia i właściwie nie przysporzył niczego oprócz rozlicznych kłopotów. Teraz widzę, że nie jestem jedynym twórcą, który mierząc się z tym ogromnym wyzwaniem, jest właściwie skazany na niepowodzenie. Po Aksinowiczu próbowała wziąć na warsztat ten temat Magda Łazarkiewicz, wspomniany twórca teatralny i nie są oni jedynymi artystami, którzy widzą szansę na dobre kino w światowym wymiarze. Ktoś wreszcie to zrobi, ale mam nadzieję, że nie przystąpi do realizacji tego dzieła na pół gwizdka, a naprawdę serio i profesjonalnie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS